Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Spotkanie

                    Warszawska zima tamtego roku była taka jak zwykle. Śnieg poleżał przez kilka dni i zmienił się w czarne błoto, rozchlapywane przez autobusy, spychane przez dozorców do kratek kanalizacyjnych, oraz w postaci wysuszonych, czarnych pagórków zalegających na trawnikach. Niespiesznie wracałem z zajęć do domu. Metro nie miało jeszcze ani jednej stacji i Plac Bankowy wyglądał trochę inaczej niż dzisiaj. Stałem przed przejściem dla pieszych przez Andersa i z daleka zobaczyłem w tłumie tę postać – dziewczyna w jasnej kurtce, z kapturem naciągniętym na głowę stała przed schodkami Rzepichy. Rozmawiała z kimś, kogo stamtąd nie widziałem. Gdy zmieniło się światło, ruszyłem wraz z tłumem przez wielkie kałuże. Szeroką ławą napływała z przeciwka taka sama szaro-czarna masa ludzi. Ktoś mi ją zasłonił, spojrzałem na coś innego i zginęła mi gdzieś w tłumie. Obok kiosku przy zejściu do Muranowa zwolniłem, zastanawiając się, czy warto kupować gazetę i starając się sobie przypomnieć, czy trzeba zrobić zakupy.

                   Wtedy nagle ją zobaczyłem. Postać, z którą przed chwilą rozmawiała, odchodziła szybkim krokiem w dal, a ona teraz odwróciła się twarzą do mnie. Dzieliło nas kilkanaście metrów. Co było w tej dziewczynie? Nie była szczególnie ładna, choć z pewnością nie brzydka. Spod kaptura wymoszczonego wewnątrz ciemnym futrem wymykały się jasne włosy. Miała zielone oczy. Patrzyła na mnie odważnie, jak patrzy stary znajomy pytając wzrokiem "czy to ty?" Uśmiechnęła się, ale nie był to taki uśmiech, po którym wypowiada się słowa "czy my się znamy". Czułem, że to jest uśmiech którym postanowiła tak bez żadnego szczególnego celu mnie obdarzyć, wiedziała, że ten uśmiech nie zaprowadzi ją do żadnego szczególnego wydarzenia. Wiedziałem, że nie odezwiemy się do siebie ani słowem, że nic nas nie łączy, poza tymi paroma sekundami, kiedy możemy sobie po prostu dać uśmiech. Wiedziałem, że to pierwszy i ostatni raz. Wiedziałem, że ona też to wie. Nie musiałem przełamywać bardzo zwykłego odruchu odwracania wzroku, jakoś wcale nie miałem zamiaru go odwracać. Chyba też się do niej uśmiechnąłem. Obydwoje wyraźnie zwolniliśmy. Miałem wrażenie, jakbym oglądał dwa filmy na raz, jeden w zwolnionym, drugi w przyspieszonym tempie.

                   Zbliżaliśmy się do siebie bardzo wolno, wymijani przez coraz szybciej pędzący tłum i coraz szybciej kręcącą się, szumiącą wokół rzeczywistość. Trwało to zaledwie parę sekund, kilka kroków i koniec. Minęliśmy się w odległości w której wyciągnięcie ręki zatrzymałoby ją. Widziałem każde załamanie skóry wokół jej oczu. Widziałem swoje odbicie w czerni spojówek, pomimo coraz bardziej zmrużonych jej powiek. Czy mrużyła je, bo oślepiło ją nagłe odbicie promieni słońca, czy może było to zmrużenie oczu łączące się z uśmiechem? Nie wiem – kompletnie nie zwracałem uwagi na jej usta. Nie zatrzymałem się. Nie odwróciłem głowy. Stanąłem dopiero przy schodach do Rzepichy i spojrzałem w stronę, w którą odeszła. Zobaczyłem, jak zatrzymuje się przy kiosku i odwraca się do mnie. Staliśmy tak bardzo długo. Nagle ktoś ją potrącił, pochyliła się, jakaś postać ją przesłoniła, potem zobaczyłem, jak biegnie w stronę przystanku autobusowego. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę widziałem tylko jej oczy. Nie zapamiętałem kształtu nosa, ust, nie pamiętam zarysu jej figury pod jasną kurtką. Możliwe więc, że się kiedyś jeszcze spotkaliśmy, ale nie mogliśmy się rozpoznać.

                   W domu powróciłem do lektury którejś z opowieści Mela Wańkowicza. Była tam historia o tym, jak kilkunastoletni Mel jechał pociągiem i zobaczył nocą w oddali pojedyncze światło lampy. Zebrał swoje bagaże i wyskoczył w biegu w śnieg. Długo szedł przez pola do światła, przekonany, że tam czeka go najważniejsza przygoda życia. W domu mieszkała para niechętnych światu staruszków, którzy przenocowali go tylko dlatego, że szczękając z zimna zębami nie potrafił wytłumaczyć, czego szuka. Rano wrócił do torów i cały dzień maszerował do najbliższej stacji. Ani on, ani ja nie żałowaliśmy tego, co zrobiliśmy.

sobota, 19 stycznia 2008, ewa.wolinska

Polecane wpisy

  • Marketing

    Całkiem niedawno temu w naszej wiosce zamieszkał Wynalazca. Gdy wieczorami ludzie zasiadali na progach swoich domów, by odpocząć i pogadać z sąsiadami, on szedł

  • Kask na podłodze

    Spotkałem go już kilka razy. W sumie, powinienem się już przyzwyczaić. A jednak za każdym razem zwalniam krok na jego widok. Zresztą nie tylko ja. Gnający przed

  • Sekundy

    Zastanawialiście się zapewne wiele razy nad tym, jak pojedyncze, krótkie chwile, nieprzewidziane wypadki wpływają na całe nasze życie. Jak wydarzenia, które mia

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: