Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Nocna rozmowa z kawałkiem blachy

                  Latem 1997 roku Polskę nawiedziły potężne ulewy. To właśnie wtedy zalało Wrocław. To właśnie wtedy gigantyczna fala powodziowa zatopiła ogromne obszary południowo-zachodniej Polski. Deszcz padał i padał, a wielka masa brunatnej wody zrywała kolejne mosty i zalewała kolejne bezbronne miasta. W kilka tygodni po przejściu powodzi, Ewa wybrała się na warsztaty artystyczne do Załęcza. To takie małe miasteczko w środku drogi między Wrocławiem, Poznaniem, Ostrowem Wielkopolskim i Zieloną Górą. Warsztaty w zasadzie nie odbywały się w samym miasteczku, ale w starej stanicy harcerskiej, w lesie niedaleko Załęcza. W lesie, nad rzeczką. Nad strumykiem, który jeszcze kilka tygodni wcześniej był gigantyczną, rwącą rzeką, która zniosła ze sobą domy, stodoły i kilka mostów.

                 No właśnie, mostów. Pamiętam, że gdy jechaliśmy w tamtą stronę – im dalej na południowy zachód, tym więcej mostów trzeba było objeżdżać przez drewniane tymczasowe konstrukcje. I znowu zaczynał padać gęsty deszcz. Za Ostrowem Wielkopolskim droga była zniszczona wojskowymi transporterami, które kilka tygodni wcześniej próbowały docierać do odciętych od świata wysp, na których gromadzili się mieszkańcy z dobytkiem. A potem objazdy, objazdy, mosty tymczasowe, mosty pontonowe, objazdy i na koniec Załęcze. Stanica harcerska jest po drugiej stronie rzeki od miasteczka, a mostu już nie ma. Mieszkańcy wytłumaczyli nam, że trzeba pojechać tą nieoznakowaną drogą jakieś 15 kilometrów, potem skręcić w piaszczystą drogę przez las, potem trzecia dróżka w lewo, czwarta w prawo i wyjeżdża się na stary drewniany most, który podobno przetrwał powódź. Znaleźliśmy ten mostek. Stał. Barierki zabrała woda, mostek się kołysał, ale przejechać się dało. Potem znowu starą leśną drogą i byliśmy wreszcie w stanicy. O dziwo, inni uczestnicy też jakoś dojechali. Wieczorem zostawiłem więc Ewę – niech się artystycznie udziela, a ja pojechałem do Warszawy.

                 Tydzień później miałem po Ewę wrócić. Zanim wyszedłem z biura, zanim się spakowałem, zanim się udało wyjechać, w Jankach spotkała mnie noc. Do Kalisza jakoś szło, a potem tradycyjnie rozpadał się deszcz. Drogę przecież znałem, więc dużo łatwiej szło znajdowanie objazdów i do Załęcza dotarłem około pierwszej w nocy. Teraz pozostawało znaleźć ten mostek w lesie i będę już na miejscu.

                 Mieliśmy wtedy samochód dość szczególny. Peugeot 405 (break oczywiście), rocznik 1991, sprowadzany z Niemiec na tak zwanego składaka. O czym dowiedziałem się dopiero po zakupie, samochód miał w Niemczech najpierw poważny wypadek (z urwaniem tylnej osi i wyrwaniem kawałka podłogi bagażnika), a następnie trafił w 1995 roku do warsztatu w Koblencji. Koblencję w 1995 roku nawiedziła powódź, co wyjaśniło muł znajdujący się między dywanikami a blachą. Potem za grosze kupił go jakiś blacharz z Piły, który wygląd zewnętrzny doprowadził do przyzwoitości, ale z kilkoma uszczelkami sobie nie poradził. Kiedy padał deszcz, często mieliśmy mokro w bagażniku. Nie poradził sobie też biedaczysko z wymontowywaniem silnika przed granicą i zmontowywaniem go z powrotem. Olej ciekł wszystkimi możliwymi szczelinami. Na koniec udało mu się zepsuć rozrusznik, a resztki mułu z Saary wykończyły pompę wodną. Elektronika działała jak chciała. Tylne koła stały krzywo, przód również błagał o nowe zawieszenie. Na dodatek kiedy pojechałem do warszawskeigo warsztatu Peugeota, po otwarciu maski mechanik zrobił wielkie oczy, potem zawołał wszystkich pozostałych i długo patrzyli z podziwem. Wyjaśnili mi, że trafił mi się jeden z legendarnych 50 egzemplarzy wyprodukowanych z eksperymentalnym silnikiem. I mam się modlić, żeby się nie psuł, bo części do tego generalnie nie ma. Doprowadzenie Peugeota do używalności pochłonęło mniej więcej tyle samo, ile wydaliśmy na jego zakup, ale ilość radości, jaką nam dał, była zdecydowanie tego warta.

                  Tak więc na znajomym skrzyżowaniu w prawo, potem za białym domem w lewo, potem za złamanym drzewem w prawo, na rozstajach w lewo i jakieś 10 kilometrów prosto, starą drogą przez las. I teraz trzeba wypatrywać tabliczki "zauważyłeś pożar w lesie – alarmuj" i zaraz będzie ta piaszczysta droga w lewo. Wydawało mi się, że tabliczka powinna była już dawno być, ale nadal jej nie widziałem, więc jadę. Coraz wolniej, wpatruję się w ścianę drzew po prawej. Deszcz się trochę uspokoił. Powolutku, przed siebie. Minęło 20 minut. Nie ma tabliczki, nie widziałem tej drogi. Zawracam. Jadąc z powrotem, nie zobaczę tabliczki, ale może zobaczę drogę. Dojechałem do Załęcza. Ani drogi, ani tabliczki. Znowu zawracam. Teraz powolutku jadę przez las. Tabliczka mogła przez tydzień zniknąć, ale ta droga musi tu gdzieś być. Znowu zorientowałem się, że jestem już za daleko. Musiałem znowu nie zauważyć zjazdu w las. Trzeba zawracać. Kierownica w lewo, samochód w poprzek drogi, wsteczny i ..... silnik zgasł. Kolejne długie minuty spędziłem na próbie uruchomienia. Przekręcenie kluczyka w stacyjce nie zaowocowało nawet zapaleniem się kontrolek, a co tu marzyć o silniku. No dobra. Jest grubo po pierwszej w nocy. Samochód stoi w poprzek drogi, nieoświetlony. Tędy bardzo rzadko ktokolwiek jeździ, ale ciekawe, czy mnie zauważy. Pamiętam, że trząsłem się ze strachu i z zimna, że płakałem i ślizgając się po pokrytym błotem dziurawym asfalcie, przepychałem samochód na pobocze. Udało się. Stoi trochę bezpieczniej wzdłuż drogi, jest nadzieja, że nikt go nie staranuje. Znowu kombinuję z kluczykiem. Nic, żadna kontrolka się nie świeci. Jest jakoś tak idealnie ciemno, choć oczy na szczęście przyzwyczaiły się już do ciemności.

                     Wysiadłem. Nie dam rady jej sam popchnąć, poza tym nie wiem, czy zapali, skoro ewidentnie nie dostaje prądu, a tym samym komputer nie poda paliwa do silnika, więc sobie tak mogę pchać. Rozglądam się. Ciemny las. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Wiem, w którą stronę jest Załęcze. Jakieś 20 kilometrów prosto. Lepsze to, niż siedzenie tutaj. Ale zostawiać samochód w lesie, w nocy? Rano go już może nie być. Odszedłem trochę i rozglądam się w rozpaczy. Daleko, za drzewami, zobaczyłem światło. O rety, jakaś wieś. Może mi ktoś pomoże. Była jakaś ścieżka przez las, a potem jakieś pole i już widać było pojedynczy dom i kilka zabudowań gospodarczych. Światełko okazało się być żarówką nad drzwiami. Kiedy doszedłem do domu, obejrzałem się. Za mną ściana ciemności. Rety, a jak ja zamierzam trafić do samochodu? No cóż, skoro doszedłem, trzeba próbować. Na podwórku stoi traktor, może się dadzą namówić, żeby Peugeota pociągnąć. Ale jest druga w nocy. Pukam do okna. Cisza. Pukam znowu. Jakieś cienie przesuwają się w środku. Kobiecy głos "czego tam?" i wielki drąg w jej ręku wyjaśnia mi, że obydwoje boimy się tak samo.  Nie wiedziała, gdzie jest harcerska stanica. Stary most jest tam w lewo, za zakrętem rzeki, ale jak dojechać to ona za bardzo nie wie, bo po powodzi nie ma starych dróg. To tyle rozmowy przez zamknięte okno. Już nie pytałem o pomoc z samochodem. Zorientowałem się, że musi być sama w domu. Albo dzieci śpią, a męża powaliła wódeczka.

                    Tak, w lewo za zakrętem rzeki. Tylko jak tam dotrzeć? Dawno się tak nie bałem. Teraz przez zamokłe pole, potem przez tamte krzaki, a potem las i powinna być droga. A na drodze powinien stać szary Peugeot.

                    Droga była, ale gorzej z samochodem. To może w lewo. I nagle zrobiło się jaśniej. Chmury zrobiły się rzadsze, a w nikłym świetle gwiazd, daleko pośród drzew zamajaczył kawałek blachy. Znalazłem cię! Czy już ci kiedyś mówiłem, że jesteś jednym z najlepszych samochodów, jakie znam? Wsiadłem do środka, kluczyk w stacyjkę i .... no nie, cudu nie będzie.

                   Słuchaj, stara. Ja wiem, że ty dużo przeszłaś. Że nie traktowali cię dobrze. Ja wiem, że jesteś zmęczona. I wiesz co? Ja ci z przyjemnością pomogę. Bo cię po prostu lubię. Lubię tę wytartą kierownicę i dziurę w gumie przy drążku skrzyni biegów. Lubię te skrzypiące fotele i lubię, jak ci pięknie tył chodzi na zakrętach. Wiem, że potrafisz 1900 kilometrów przejechać bez kropli oleju w silniku i się nie zatrzeć. Wiem, że potrafisz odzyskać siły po zalaniu rzecznym mułem. Wiesz co? Ja nie kupię sobie tych książek ani płyt, co to mi chodziły po głowie. Wezmę jeszcze trochę projektów i nadgodzin. Jeżeli ty pomożesz mi dzisiaj i jutro, jeżeli dojedziesz do Warszawy, w poniedziałek pojedziemy do warsztatu i kupimy nowy rozrusznik. I nowe kable do świec. A za miesiąc powinno mnie być stać na nowe zwrotnice. Będziesz jeździć jak w dniu, kiedy wyjechałaś z fabryki, tylko zawieź mnie proszę do Warszawy. No dobra. A teraz włożę kluczyk do stacyjki, a ty wykrzeszesz z siebie trochę sił i pojedziemy po Ewę, dobrze?

                     Tamtej nocy nauczyłem się, że z samochodami warto rozmawiać. A most rzeczywiście był za zakrętem.

piątek, 08 maja 2009, ewa.wolinska

Polecane wpisy

  • Marketing

    Całkiem niedawno temu w naszej wiosce zamieszkał Wynalazca. Gdy wieczorami ludzie zasiadali na progach swoich domów, by odpocząć i pogadać z sąsiadami, on szedł

  • Kask na podłodze

    Spotkałem go już kilka razy. W sumie, powinienem się już przyzwyczaić. A jednak za każdym razem zwalniam krok na jego widok. Zresztą nie tylko ja. Gnający przed

  • Sekundy

    Zastanawialiście się zapewne wiele razy nad tym, jak pojedyncze, krótkie chwile, nieprzewidziane wypadki wpływają na całe nasze życie. Jak wydarzenia, które mia

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: