Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Warstwy czasu

          Z czasem obrastamy w skórę jak cebule, niektóre nasze warstwy łuszczą się z czasem, inne trzymają się mocno, czasem jest ich zbyt dużo, by dostrzec jacy jesteśmy naprawdę, by dotrzeć do sedna sprawy. Starzejemy się i jak słoje drzewa przybieramy warstwy wieku, obrastamy w doświadczenia, spotkania, ale obrastamy również w rzeczy, pamiątki, rzeczy codziennego użytku.

            Wyjeżdżając z rodzinnego domu, zostawiamy wszystko za sobą, bierzemy plecak z najpotrzebniejszymi ciuchami, torbę z książkami. Mamy małą patelnię, talerz i sztuće, żeby upichcić coś w akademiku. Nie ma tam miejsca na odkładanie naszych warstw, naszych rzeczy, bo co roku zmieniamy pokój, bo łatwo to wszystko stracić. Ale przychodzi czas, kiedy zakładamy własną rodzinę i dom, zaczynamy wić gniazdo. Wprawdzie wiano odeszło już do lamusa, ale rodzice wciąż zbierają coś, przechowują dla nas, żeby potem nas tym obdarzyć. W czasach kryzysu trzeba było mieć to na uwadze wcześniej i kupować na zapas. Teraz wiele młodych małżeństw ceni sobie gotówkę w ramach ślubnego prezentu, żeby kupić sobie to, czego dokładnie im trzeba i co pasuje do urządzanego przez ich pierwszego mieszkania. Każde z nich wnosi ze sobą w nową przestrzeń swoje rzeczy, drobiazgi, książki, płyty. Czasem łaczą te księgozbiory, płyty, czasem oznaczone exlibrisami trzymają osobno.

             Każde z nich ma rodziny, dziadków, babcie, którzy dokładają z czasem kawałki tej układanki. Prezenty dla nich, dla dzieci. Upływ czasu powoduje, że kiedy ktoś z rodziny odchodzi, pamiątki po nim dziedziczy następne pokolenie. W naszym Domu codziennie godziny wybija zegar po babci Heli, babci Piotra, pijemy kawę w serwise, który ma już prawie 80 lat. W kredensie, który kupiliśmy na targu staroci w Warszawie stoją obok siebie kolekcje półmisków, każdy z innej parafii, ale jakże się przydają w czasie świąt, urodzin czy spotkań z przyjaciółmi. Ten po babci, ten od rodziców, ten kupiony samemu. W szafce za szkłem czeka na kolejną kawę ze znajomymi zestaw romantyczny, który dostałam od mojej mamy, a na dole stoją sobie talerze i półmiski oraz misa do zupy także romantyczne, z identycznymi zdobieniami, które dostaliśmy z kolei od mamy Piotra. Podobnie z różnymi zestawami sztućców, kompletami pościeli. Ciekawe, ile kiedyś z tego będą chciały wziąć moje córki, czy w ogóle będą zainteresowane lnianymi obrusami i porcelaną?

              Zastanawiam się czasem, czy jesteśmy rodzajem chomikujących, ale wydaje mi się, że nasze przeprowadzki zweryfikowały dość radykalnie różne nasze przydasie – przyda się. Jedyne czego nie ubywa, a wręcz odwrotnie to książki i płyty z muzyką. Jesteśmy łasuchami książkowymi, nie jesteśmy w stanie sobie odmówić kolejnych tomów. Książki towarzyszą nam od zawsze i towarzyszą naszym córkom. Teraz one stają się, a właściwie są już małymi molami książkowymi. Kiedy przed egzaminami kończącymi szkołę primary nauczyciel Basi poprosił dzieci, by poczytały trochę więcej książek, żeby testy z angielskiego lepiej im poszły, Basia zamyśliła się i zapytała: Czy można jeszcze więcej? Bo ona naprawdę bardzo dużo czyta. A my dokupujemy tylko kolejne regały na książki.

              Kilka miesięcy temu zmarł tata mojej przyjaciółki. Mieszkał sam po śmierci żony, kilka mil od domu swojej córki, pozostałe rodzeństwo rozpierzchło się po Anglii. Przyjaciółka pomagała ojcu w chorobie i kiedy była szansa, że już z tego wyjdzie, ojca dopadła kolejna infekcja. Walczył dzielnie, ale poległ, serce nie wytrzymało wysiłku walki z kolejnymi atakami choroby. Przyjaciółka powoli, krok po kroku podnosi się po stracie najbliższej jej osoby. Przyszło jej i jej braciom i siostrom stawić czoła uporządkowaniu dobytku, który ojciec po sobie pozostawił. A zostawił wiele. Z wartości niektórych rzeczy oni sami nie zdawali sobie sprawy, więc poprosili o wycenę rzeczoznawcę. Jednak większość rzeczy ma wartość sentymentalną, prywatną. Ogromne ilości dokumentów, zdjęć, kolekcje znaczków, pocztówek. I mimo iż przyjaciółka bardzo dobrze znała swojego tatę, teraz przyszło jej odkrywać go na nowo, przedzierać się przez te wszystkie warstwy czasu, w jakie się przywdział. Porządkowała jego biuro, biurko, szafy z posegregowanymi dokumentami i sama nie mogła uwierzyć, że tyle się tego nazbierało i że w sumie ojciec starał się zachować w tym wszystkim chronologię i porządek. Stare zdjęcia skanował, opisywał, gromadził dokumentację elektroniczną i papierową, miał mnóstwo segregatorów. Potem okazało się, że na stryszku jego parterowego domu jest jeszcze drugie biuro, schowek, gdzie czekają kolejne niespodzianki.

              Rodzeństwo wzięło się do pracy i zaczęło porządkować wszystko po kolei. Z jednej strony byli zatrwożeni faktem, że ojciec niczego nie wyrzucał, wszystko przechowywał, ale dzięki temu wiele bezcennych pamiątek rodzinnych, dokumentów przetrwało różne rodzinne zawierchy. Kiedy spotykam się z moją przyjaciółką, poznaję kolejny fragment życia jej taty i rodzinnej historii, przygody dziadka w Indiach, wyjazdy ojca na konferencje do Polski, kolekcje pocztówek z przełomu wieków, pisane po rosyjsku. Wszystko to tworzy obraz niezmiernie interesującego człowieka, który miał wiele pasji i wciąż chciał żyć, by móc je kontynuować. Z drugiej strony przyjaciółka i jej bliscy byli zasmuceni faktem,  ile znaleźli w domu śmieci, niepotrzebnych szpargałów, zepsutych urządzeń, poupychanych w garażu. Kiedy przebrnęli przez tę segragację i podstawowe porządki, przed domem czekały dwa kontenery śmieci do wywiezienia.

              Ojciec przyjaciółki również obrastał w warstwy czasu, coraz większe zataczały one wokół niego kręgi. Im starsze drzewo, tym słoje większe. Teraz rodzeństwo podzieliło między sobą najważniejsze pamiątki po ojcu, oni dołożą to do swoich warstw czasu, gromadzonych latami. Kiedyś opowiedzą swoim wnukom o pradziadku i prapradziadku walczącym na wojnie. Tak tworzą się rodzinne tradycje, historie. Były i są jednak nadal rzeczy, z którymi nie wiedzą, co mają zrobić. Kiedy przyjechałam do przyjaciółki pewnego dnia, w jej korytarzyku królował kolor żółty. Na początku byłam zdezorietowana, a potem zrozumiałam, że te stosy to całe roczniki magazynu National Geographic i aż mi mowę odjęło. Toż to prawdziwy skarb!

              Polską wersję Natonal Gegraphic kolekcjonowaliśmy z Piotrem od pierwszego polskiego numeru. Cieszyliśmy się, że wreszcie mamy dostęp do tego magazynu, który był symbolem wolności, podróżowania, poznawania świata i wiedzy na jego temat, do którego jako dzieci nie mieliśmy dostępu. Zaczęliśmy więc go zbierać, wiedząc, że wcześniej czy poźniej te numery na pewno przydadzą się naszym córkom. Wprawdzie dzisiaj, w erze Internetu i internetowych wydań magazynów, gazet i książęk ich papierowa wersja uległa dewaluacji, ja nadal wierzę, że te papierowe mają w sobie magię nie do przecenienia. Pamiętam, kiedy Zosia opanowana manią wszystkiego, co chińskie, siedziała między naszymi rocznikami i wypatrywała na grzbietach napisu ‘Chiny’. Jednak przydają nam się na coś. Nie dawno zrezygnowaliśmy z polskiej prenumeraty i postanowiliśmy zaprenumerować NG w Wielkiej Brytanii. Nie ma wydania angielskiego, specjalnie na Wyspy, po prostu jest tutaj dostępne oryginalne wydanie amerykańskie.  Kiedy nowy numer pojawia się w skrzynce, dziewczynki wydzierają go sobie, która pierwsza obejrzy zdjęcia. Kiedy w kwietniu numer był poświęcony 100. rocznicy zatonięcia Titanica, nie mogły się naoglądać wszystkich map, schematów i zdjęć podwodnych wraku.

              Kiedy zobaczyłam te wszystkie żółte okładki na podłodze domu przyjaciółki i jej bezradność, co ona właściwie ma z tym zrobić, wiedziałam już, że wybawię ją od tego kłopotu. Zapakowałam wszystko, co przywiozła z domu swojego taty do bagażnika swojego auta i z niecierpliwością jechałam do domu. Wiedziałam, jak bardzo Piotr i dziewczynki ucieszą się ze skarbu, który im wiozłam i już nie mogłam się doczekać ich min. Kiedy wpakowaliśmy to wszystko z bagażnika, nie mogli uwierzyć, że to dla nas, numery z lat 70., 80., archiwum całych roczników dziesięcioleci. Pośród tych okładek były zdjęcia dotyczące najważniejeszych wydarzeń historii końca XX wieku. Były reportaże z jeszcze koministycznej Polski, reportaż o upadku muru berlińskiego, a potem kolejne lata wolnej Europy. Za drugim razem przywiozłam następne numery z XXI wieku i mogliśmy porównywać, które mają podobne lub te same okładki, co ich polskie odpowiedniki, stojące już na naszej półce w salonie.

            Po kolejnych rocznikach widać, jak zmieniały się modele aparatów fotograficznych, jak z użycia wyszły klisze fotograficzne i zaczęła królować cyfrowość, jak kształtował się rynek i język rekamy. Te z XX wieku pokazują jeszcze spokojne czasy, kiedy telefony służyły do rozmawiania, aparaty do robienia zdjęć, a komputery do obliczeń, żyło się wolniej. Te zeszyty są niesamowitą kopalnią wiedzy, jest to archiwum, pokazujące zmiany w historii i sposobie postrzegania, stylu życia, poświadczające inne pukty widzenia, sprzed i po upadku komunizmu. Widać kolejne etapy różnych historii, jak chociażby wspomniany wcześniej Titanic. Teraz mamy archiwalne numery z lat 80. XX wieku, czyli z czasów zlokalizowania i odkrycia wraku pechowego parowca na dnie morza. Historia zamyka się w klamrę z numerem sprzed miesiąca. Teraz wieczorami zamiast sięgać po książkę, sięgamy po kolene numery National Geographic i oglądamy, czytamy, chłoniemy wiedzę i porównujemy ją z dzisiejszymi obserwacjami. Łącznie z naszą polską wersją mamy jakieś 600 numerów tego jednego z najbardziej znanych periodyków na świecie. Oczywiście kompletnie nie mamy gdzie tego wszystkiego pomieścić, ale nie szkodzi. Stoją sobie dzielnie w segragatorach i dobrze im, mam nadzieję. Nasza kolejna warstwa.

               Mam nadzieję, że gdzieś tam wysoko, ten wysoki, starszy uśmiechnięty pan patrzy na kolekcję swoich żółtych magazynów NG i cieszy się, że trafiły właśnie do mnie, do moich córek. Dziękujemy za ten niezwykły prezent!

niedziela, 20 maja 2012, ewa.wolinska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Karolina, *.8-3.cable.virginmedia.com
2012/05/20 22:40:02
wspaniala ta Wasza pasja, ja tez tak chce:)
pozdrawiam :)
-
Gość: Aga, *.centertel.pl
2012/06/28 10:13:42
Wspaniały blog, czyta się go jak dobrą książkę.
Pozdrawiam
-
2012/06/29 23:03:34
Dziękuję Ci, Aga, serdecznie, to bardzo miłe z Twojej strony. Pozdrawiam