Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Szkockie zapiski w kratkę - Edynburg i okolice

          Przejechaliśmy 2150 km, zrobiłam 600 zdjęć, Basia 560, jak to obrobimy i wykasujemy nieostre, zostanie pewnie około tysiąca. Zosia też fociła za pomoca telefonu komórkowego. Nas tylko wypuścić w plener ze sprzętem i tak to się kończy.  Ale na takie wyprawy jak ta, chciałabym się wypuszczać znacznie częściej. Wrażeń i miejsc do opisania jest tyle, że nie sposób tego zawrzeć w jednym wpisie, więc pozwolę sobie zapisać te nasze impresje w kratkę, jak to na Szkocję przystało. Pewnie co i rusz mi się przypomni coś nowego.

           Obawiałam się zimna i pogody, po mojej ostatniej chorobie wolałam jechać w cieplejsze rejony. Próbowałam nawet namówić Piotra na zmianę planów, ale od tak dawna marzyliśmy o Szkocji, że w końcu stwierdziłam, że się nie poddamy, zapakujemy mnóstwo kurtek, butów na każdą okazję. W końcu z cukru nie jesteśmy, nie rozpuścimy się, nie jesteśmy początkującymi turystami, wiemy, jak się przygotować do takiej eskapady. Zapakowaliśmy więc wszystko do bagażnika naszej srebrnej strzały i w piątek wieczorem po skończonych lekcjach i pracy zjedliśmy szybko podwieczorek i ruszyliśmy w trasę. Jechaliśmy znaną sobie z poprzedniej wyprawy trasą w stronę Newcastle. Krajobraz był raczej nizinny, zmęczenie całego tygodnia dawało znać o sobie i zaczęłam przysypiać. Ale kiedy tylko opuściliśmy rejony Midlands, niebo się rozpogodziło, słońce zaczęło przezierać przez chmury i robiło się coraz ciekawiej. Jechaliśmy w kierunku Edynburga, a teren stawał się coraz bardziej pagórkowaty, aż w pewnej chwili wyjechaliśmy na nadmorski klif, przekroczyliśmy granicę Anglii ze Szkcoją, a w oddali na wybrzeżu świeciły już światła Edynburga. Mijaliśmy też ogromny posąg Anioła Północy, wielkiego obelisku ze skrzydłami ni to samolotu, ni to ptaka.

           Kiedy w dojeżdżaliśmy do stolicy Szkocji, w świetle zmierzchu długiego wiosennego dnia majaczyły gdzieś zarysy gór, linia morza na horyzoncie. Obiecywało nam to ciekawe widoki następnego dnia. Jedna z głównych ulic miasta została zamknięta dla ruchu, ponieważ modernizują właśnie transport publiczny w Edynburgu i linię tramwajową, co utrudniało nieco poruszanie się po centrum, szczególnie samochodem. Na szczęście szybko zorientowaliśmy się w objazdach. Szkoda tylko, że czasami barierki i rozkopane ulice rzutowały na piękne widoki w mieście. Nie szkodzi... O poranku 2 czerwca czekała na nas niespodzianka - spoźniliśmy się na parking 3 minuty i już na naszej przedniej szybie widniał mandat. Nie zraziliśmy się tym, odstawiliśmy samochód w bezpieczniejsze miejsce i udaliśmy się na wędrówkę ulicą Princes na wzgórze zamkowe, stożek wygasłego już dawno temu wulkanu. Ciekawe, że miasto, jego historycznie starą i nową część oddzielają od siebie tory kolejowe, biegnące w wąwozie. Zamaskowane zielenią parku nie przeszkadzają turystom i mieszkańcom, jak sądzę.

Edinburgh

          Kiedy dotarliśmy na zamek, czekała nas kolejka po bilety. Jednak mój sprytny małżonek zorientował się, że dzięki członkostwu w English Heritage nie musimy stać w kolejce i mamy wstęp za darmo. Zwiedzaliśmy zamek, jego starsze i nowsze części, kaplice i mauzoleum żołnierzy szkockich. Ciekawe były koleje losu zamku, który był fortecą, posiadłością królów, garnizonem wojskowym, a także miejskim więzieniem. W pewnym momencie naszą uwagę zwróciły przygotowania na tarasie z armatami. Okazało się, że raz do roku w weekend poprzedzający oficjalne urodziny królowej ma miejsce salwa armatnia na cześć monarchinii. W tym roku była ona tym bardziej uroczysta, bo wypadała w jubileusz 60 - lecia panowania Elżbiety II. Przekonaliśmy się więc, że Szkoci świętują jubileusz i to nie tylko w Edynburgu, ale potem w wielu innych miejscach. Zosia jako się zwie córka kanoniera odliczała sekundy do salwy, siedząc u Piotra na barana, a potem zastanawiała się, w co armaty celują, z obawy o statki na zatoce. Obawiała się też o ptaki w locie w okolicy zamku. Do wszystkiego przygrywała orkiestra szkocka w kiltach, grająca na dudach.

Edinburgh Castle

          Mimo iż strasznie wiało na wzgórzu zamkowym, cieszyliśmy się wizytą tam i widokami roztaczającymi się wokół. Potem przespacerowaliśmy się edynburską Starówka szlakiem Royal Mile -Królewskiej Mili, prowadzącej główną ulicą od Zamku Edynburskiego obok najważniejszych kościołów i katedr, zabytkowych kamienic i budynków, pełną tajemniczych zaułków i przejść oraz żywych figur zbierających pieniądze aż do parlametu Szkocji i pałacu Holyroodhouse, który jest królewską rezydencją na czas wizyt królowej w Szkocji. W końcu jej małżonek jest księciem Edynburga. Zastanawiam się, czy jakikolwiek inny parlament ma tak zadziwiającą architektonicznie bryłę i tak piękne położenie jak szkocki. Jesteś nadal w centrum miasta, a za zakrętem wznoszą się już wysokie wzgórza, góry właściwie. Poza tym ciekawie wygląda kontrast budowli historycznych i nowoczesnych zgromadzonych w jednym punkcie na tle trwającej od milionów lat natury. Na zboczach gór królował kolor żółty. To ciernisty krzew zwany po angielku gorse, a po polsku kolcolist, który w tym roku wyjątkowo pięknie zakwitł, ścielił całymi połaciami szkockie zbocza. W innym odcieniu żołcił się jeszcze na polach kwitnący rzepak. Zważywszy na to, że wszędzie wzgórza były pokryte wrzosami mogę sobie tylko wyobrazić, jak piękna jest jesień w szkocich górach, kiedy te już zakwitną na różowo i fioletowo.

          Postanowiliśmy zwiedzić Holyroodhouse, pałac z pamiątkami po Marii królowej Szkotów. Kiedy czekaliśmy na przewodnika, Zosia skorzystała z okazji i zaciągnęła mnie do sklepu z pamiątkami. Zważywszy na to, że rezydencja ta ma ścisłe powiązania z królową Elżbietą, sklepik był właściwie zdominowany pamiątkami i ozdobami związanymi z jubileuszem. Zosia nie mogła od tego wszystkiego oczu oderwać. Obiecałam jej przed wyjazdem, że w ramach Dnia Dziecka będzie sobie mogła coś kupić na wycieczce. Wybór padł na pluszową maskotkę, jakby jeszcze mało ich było w Zosinym pokoju. Jednak ta była wyjątkowa, bo była miniaturką pieska corgi, takiej rasy, jaką najbardziej lubi Elżbieta II. Królowa ma tych piesków 4, Zosia musiała się zadowolić jednym. Od tej pory piesek, nazwany zgodnie z imionami piesków królowej - Holly Milie towarzyszył nam na każdym kroku.

          Najpierw poszliśmy na spacer do ogrodów w asyście przewodnika, potem zwiedziliśmy pałac. Najciekawszym i najstarszym miejscem w zamku była wieża w kształcie serca, w której niegdyś mieszkała Maria, królowa Szkotów. Zostały po niej pamiątki, tak samo przystrojone komnaty i miejsce, w którym został zasztyletowany jej osobisty sekretarz. Potem jeszcze udaliśmy się do ruin klasztoru, który został zniszczony w czasach reformacji, a na koniec zwiedziliśmy wystawę olśniewającyh dzieł sztuki z kolekcji królewskiej. Widzieliśmy między innymi szkice Leonardo da Vinci, Rafaela, Michała Anioła, obrazy mistrzów flamandzkich czy jajka Faberge, które kolekcjonowała Elżbieta, królowa matka.

The Holyroodhouse Palace, Edinburgh

           Pogodę mieliśmy miejscami bajeczną, choć w czasie odwiedzin dwóch zamków i to tych wydawałoby się według przewodnika najistotniejszych, niż deszczowy dał znać o sobie, pozbawiając nas przyjemności oglądania widoków i cieszenia się wizytą na zamku w Edynburgu i Stirling. Ale jak pokazało nasze doświadczenie wystarczyło kilka godzin i pogoda się zmieniała. Wystarczyło odjechać kilkanaście mil i mieliśmy piękne słońce. W przypadku zamku w Edynburgu wystarczyło odejść o królewską milę w stronę pałacu Holyroodhouse, by spacerom po ogrodach nie towarzyszyły już straszne chmurzyska.

          Dlatego korzystając ze sprzyjającej aury, udaliśmy się jeszcze do Dunfermline, małego miiasteczka pod Edynburgiem z ruinami opactwa i pałacu. Dunfermline było stolicą Szkocji do 1603 roku. Jego atrakcją są ruiny XII-wiecznego opactwa i pałacu z czasów królewskiej świetności. Król Malcolm III ufundował budowę kościoła, którego podziemia skrywają do dziś grobowce 22 królow szkockich w tym Roberta the Bruce, którego imię wyryte w kamieniu widnieje na wieży kościoła. Kolejną atrakcją miasteczka jest ogromny park wokół ruin pałacu króla Malcolma - Pittencrieff Park. Niestety, nie udało nam się dotrzeć na czas, żeby obejrzeć wnętrze kościoła, ale widoki rozpościerające się dookoła wynagrodziły nam to. Spacer po miasteczku był również przyjemny, jak i kolacja w zacisznej restauracyjce. Potem postanowiliśmy pojechać do The Forth Bridge, żeby podziwiać panoramę zatoki u stop legendarnego mostu w promieniach zachodzącego słońca.

The Forth Bridge

           Most został wybudowany w miejscu, gdzie niegdyś przeprawiała się promem Maria królowa Szkotów do swojej ulubionej kaplicy. Dlatego miasteczka po obu stronach zatoki nosza nazwę Queensferry – północne i południowe. The Forth Bridge robi ogromne wrazenie, kiedy widzi się skalę porównawczą do przejeżdżającego po nim pociągu, przepływających pod nim statków na zatoce, ogromnych drobnicowców czy wycieczkowców. Po tym jak zawalił się most kolejowy w Dundee, którego odbudowaną wersję widzieliśmy  następnego dnia, most pod Edynburgiem był bardzo starannie zaprojektowaną budowlą i majstersztykiem inżynierskim. Wykonany ze stali odlewanej, pokryty czerwoną antykorozyjną farbą może przypominać nieco most w San Francisco, ale ma inną konstrukcję. Wygięte w romby filary działają na zasadzie wsporników i powodują uniesienie środkowej części mostu, przez co nie potrzebuje ona w tym miejscu podpory.

          Wieczorem wróciliśmy do Edynburga i w złotej godzinie, kiedy zachodzące słońce oświetlało miasto cieszyliśmy się widokami Nowego Miasta i zamku. Zaczęliśmy żartować, że fantastycznie byłoby posłać Basię na studia do Edynburga, a my moglibyśmy pod pretekstem odwiedzin u córki ciągle zwiedzać tę okolicę. Bo studiowanie w tym mieście musi być bardzo przyjemne. 45 minut od centrum masz w zasięgu góry, morze, tereny do jazdy rowerem wymarzone, żeglarstwo, surfing, wspinaczka i wycieczki w szkockie ostępy. Potem wracasz do miasta, które słynie na całym świecie z festiwalu kulturalnego i teatralnego. To właśnie dla niego u wejścia do Edynburskiego zamku już zaczęto przygotowywać ogromną platformę dla publiczności na parady i pokazy. Może trochę się to gryzie na pierwszy rzut oka, bo psuje nieco widok na zamek, ale festiwal potrzebuje areny, a z zamkiem w tle aktorzy mają idealną scenerię, do niektórych sztuk nie trzeba wówczas nawet scenografii.

Edinburgh

             Po raz kolejny w czasie naszych wypraw spotkaliśmy się ze zwyczajem angielskich wieczorów kawalerskich i panieńskich. W Derby nie rzuca nam się to w oczy, bo rzadko zdarza nam się chodzić po centrum naszego city w weekendowe wieczory. Po pierwsze rzadko bywamy w centrum miasta w weekendy. Jeśli pogoda na to pozwala, raczej uciekamy z miasta, a jeśli już jesteśmy w centrum, to zazwyczaj po to, żeby pójść z dziećmi do kina, a nie szwendać się po pubach. My już nie ten target, cośmy się mieli wyszumieć, tośmy się wyszumieli. Dlatego zazwyczaj dopiero na wycieczkach, w czasie których chodzimy wieczorami po mieście, poznajemy bliżej nocne życie Anglików. W nie wpisane jest nieodzownie stag and hen nights. Pamiętam, kiedy zwiedzaliśmy Bristol, spotkałam się z tym po raz pierwszy i byłam zaskoczona ostentacyjnością dziewczyn na hen night, które wszem i wobec całemu światu musiały ogłosić, że to już ostatnia szansa na szaleństwa, kto zainteresowany, niech korzysta. Niektóre wręcz desperacko rzucały się w wir towarzystwa, by zasmakować jeszcze wolności. Mam wrażenie, że wszystkie towarzyszące im dziewczyny również bardziej rozebrane niż ubrane  musiały się upić dokładnie tak samo, bo jeśli któraś z nich była na tyle trzeźwa, żeby to pamiętać, miałaby potem niezły materiał do szantażowania pozostałych. Mężczyźni też wychodzą z kumplami na imprezy. Musi być ciekawie, kiedy taka grupka dziewczyn i chłopaków spotka się ze sobą. Okazało się, że w Edynburgu tradycja jest również żywa. Sobotni wieczór należał do nich, przynajmniej w centrum miasta.

           Kiedy nazajutrz już ostatecznie opuściliśmy Edynburg, udaliśmy się na północ. (cdn.)

niedziela, 10 czerwca 2012, ewa.wolinska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: wolinski senior, *.centertel.pl
2012/06/11 10:18:49
W tym roku Międzynarodowy Festiwal w Edynburgu otworzy spektakl "Makbet",w reżyserii Grzegorza Jarzyny /w Szkocji "Makbet" znany jest pod tytułem"Szkocka tragedia" /.
-
2012/06/12 00:33:53
Alez byliscie blisko nas! :))
-
2012/06/12 08:25:59
Niewykluczone, a potem pojechaliśmy na północ kółeczkiem i zjechaliśmy na dół po zachodniej stronie w okolicach Glasgow. Pozdrawiamy!