Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Pośród nas

           Dawniej (w czasach przed Facebookiem i Googlem), o poglądach ludzi dowiadywaliśmy się dyskutując z nimi na żywo. Dyskutowaliśmy na przerwach między lekcjami o wyższości malucha nad syrenką oraz roztrząsaliśmy problemy moralne Krzywego, którego ojciec był milicjantem, a więc uczestniczył w pałowaniu naszych starszych braci. Zastanawialiśmy się, czy robiąc to tylko dla pieniędzy, bo nie może znaleźć innej pracy, nadal jest wart pogardy. Niejedną mniej i bardziej krwawą bójką okupiliśmy sympatie dla drużyn piłkarskich. Gdy Wara w drodze ze szkoły, wykorzystując swoją przewagę wiekową, bezczelnie podszedł do bezdyskusyjnie najładniejszej dziewczyny w naszej klasie i zabrał ją na oranżadę w sklepiku, następnego dnia czekała na niego grupka starszych braci Rycha.

           Na zjazdach rodzinnych, po kilku seriach wódeczki, wujkowie zaczynali dyskusje polityczne. Siedząc na przeciw siebie, przy jednym stole, coraz mniej ostrożnie dobierali argumenty. Niejedna szklanka zginęła w ściskanej dłoni. Pod koniec imprezy, odciągani przez zawstydzone ciotki, ostatecznie bratali się ze sobą w korytarzu, lub rozjeżdżali nie odzywając się do rodziny przez kolejne lata.

           Sąsiadki schodziły się u babci i wspólnie gniotąc pierogi obgadywały te nieobecne. Wywiązywały się dyskusje, czy Chraszczakowa dobrze zrobiła wywalając męża pijaka, czy nie. Czy do farszu na pewno dodaje się taki ser i czy sąsiadce nie wstyd podbierać go ze spiżarni własnej teściowej. Niejedna chochla poleciała w stronę pieca. Wieczorem, nad ciepłym jeszcze ciastem, sąsiadki płakały już razem nad straconą młodością.

           Spotykaliśmy znajomych na ulicy. Jeśli wcześniejsze dyskusje nauczyły nas, że ich poglądy są inne od naszych, mówiliśmy sobie dzień dobry, lub staraliśmy się skręcić do kiosku niezauważeni.

           Większość jednakże ludzi w naszym otoczeniu miała w zasadzie poglądy na świat takie same jak my. W długich dyskusjach na trzepaku, pod budką z piwem, u magla, u fryzjera, w kolejce po mięso, wykuwaliśmy swoje poglądy. Kręciliśmy się wśród naszej małej społeczności i niewyobrażalne dla nas było, że gdzieś, pośród nas mógłby być jakiś odmieniec, jakiś kabel donoszący smutnym panom z milicji. No bo w końcu co miałby donosić – że nasza dzielnica też nie lubi Jaruzelskiego? Wszyscy uważaliśmy to za normalne. Nie mieściło się w głowach, że ktoś mógłby myśleć inaczej. Podświadomie czuliśmy, że ojciec Krzywego pałuje strajkujących robotników tylko dlatego, że jeśli opuści pałkę, to sam zostanie spałowany, a przecież ma w domu siedmioro dzieci do wykarmienia.

            Co do różnic światopoglądowych, wiedzieliśmy że układają się dzielnicami. Wiedzieliśmy, że wille tam za rzeką dostawali zasłużeni u władzy, więc do tych dzieciaków nikt się odzywał, a oni z kolei żyli tylko w swoim kręgu, w wyselekcjonowanych szkołach, oglądając swoje zdjęcia z Bułgarii. Wiedzieliśmy, że na tamtej ulicy, pośród dziewięciu melin, można zarówno dostać w twarz za nic, jak również dostać świece do Poloneza, jeszcze ciepłe.

           Internet dał nam możliwość ukrywania się za pseudonimami. Dał nam też możliwość szerszych kontaktów. Pozwolił znajdować ludzi o takich, jak nasze poglądach poza naszą dzielnicą. Odgrodził nas od konieczności codziennych kontaktów z ludźmi z naszej dzielnicy. Poglądy przestały rozkładać się geograficznie, a zaczęły być związane z odwiedzanymi stronami i forami. Każdy jest inny, każdy ma inne doświadczenia i inne uczucia. Zamknięci w domach, pochyleni nad ekranikami, poczęliśmy przesuwać swoje światopoglądy zupełnie inaczej, niż uczyły tysiące lat historii. Czując nieme poparcie całego forum, radykalizowaliśmy coraz bardziej.

           To właśnie FB uświadomił mi, co się stało z moimi przyjaciółmi. Z ludźmi, z którymi niejedną noc przegadaliśmy, niejedną talię kart zgraliśmy i niejedną ścieżkę przeszliśmy. Wydawałoby się, że wszyscy pójdziemy mniej więcej podobnymi drogami. Że te niewielkie i niegroźne różnice sprzed lat pozostaną nieistotnymi. Tym czasem, poodchodziliśmy w tak strasznie różne strony.

            Gdzieś pośród nas, pośród ludzi starających się prowadzić szczęśliwe życie, pośród nas, zabiegających o zdrowie i szczęście naszych dzieci, pośród wpajania w dzieci marzeń o wspólnym, wolnym od uprzedzeń świecie, pośród pragnień i dążeń do pokoju, do ładu, do szczęścia, do wolności i odpowiedzialności, gdzieś między pierwszym a czwartym piętrem klatek schodowych naszych blokowisk, między brązowym a białym płotem naszych dzielnic willowych, żyją teraz zupełnie inni ludzie. Zrzeszeni w internetowych klubach czystej rasy sączą jad nienawiści. Wpajają swoim dzieciom siłę kastetu, pały i łańcucha. Już nie w przestępczych dzielnicach, gdzie to było normą. Przestępcze dzielnice zniknęły. Wyparły je modne lofciki i apartamentowce za wysoką bramą. Nienawiść zagościła na naszych podwórkach.

         Na co dzień mijamy się na ulicy, mówimy sobie dzień dobry. Jeśli skojarzymy forumowego nicka z twarzą sąsiada, omijamy przezornie z daleka, lub skręcamy gwałtownie do spożywczego. Wieczorami wklejamy na fejsika uśmiechnięte zdjęcia naszych dzieci chłonących radość wolności i tolerancji wskroś Europy. Tymczasem, pośród naszych sąsiadów, pośród naszych bliskich, zdawałoby się znajomych, ktoś właśnie klepie „śmierć wrogom ojczyzny”, bynajmniej nie kryjąc się z tym, że ma na myśli nas. Uczymy nasze dzieci, że potrzebującym trzeba pomagać, a tym czasem za ścianą sąsiad klepie jakieś brednie o Żydach, Masonach i Islamistach. Opowiadamy dzieciom o bezmiarze i bezsensie okrucieństwa wojny, a kilka pięter niżej, stary kumpel ze szkoły organizuje bojówkę żeby spuścić łomot tym szmatom. Już nie musimy patrzeć sobie w oczy. Mamy ajfoniki i łajfaje.

         Ludzie, którzy stają szpalerem wzdłuż ulicy z wyciągniętymi w górę ramionami, którzy palą race, grożą nam kijami, którzy wznoszą nasze wspólne, zdawałoby się, flagi wrzeszcząc przy tym o zemście i śmierci – oni już nie przychodzą z wyklętej ulicy w zapomnianej dzielnicy. Nie zwołał ich krzykacz z boiska przy szkole. Oni przyszli spomiędzy nas, spośród naszych ulic, naszych klatek schodowych. Mijamy ich codziennie na ulicach. Oznaczyliśmy ich jako przyjaciół na naszych fejsikowych ściankach dawno temu i z coraz bardziej opadającą szczęką czytamy ich komentarze.

         Dziś już nie musimy siadać przy stole i patrzeć sobie w oczy. Nie musimy stanąć razem w kolejce, czy spotkać się w sklepie. Nie musimy znieść wzroku drugiej strony. Nie musimy ostrożnie dobierać słów. Nie trzeba obawiać się reakcji ulicy. W ciszy naszych sypialni rzucamy w eter słowa, których na żywo nie odważylibyśmy się wypowiedzieć. Dowalamy naszym przyjaciołom. Wiemy, że w razie czego poprze nas połowa tego forum. Świadomość tysięcy ludzi rozsianych po świecie o równie porąbanych poglądach co nasze, daje nam siłę dopiekania rodzinie i sąsiadom. Daje siłę porównania starego przyjaciela do dowolnie wybranego stworzenia zamieszkującego wysypisko. Już się nie trzeba powstrzymywać. Wypisujemy kalumnie przekonani, że anonimowość i brak kontaktu twarzą w twarz wszystko wybaczy. Wykopujemy coraz głębsze okopy i jakoś nie widać szansy na zbratanie się w korytarzu. 

piątek, 30 września 2016, ewa.wolinska

Polecane wpisy

  • Święto

    Warszawa Alejami Jerozolimskimi, Mostem Poniatowskiego, w stronę Stadionu przeszła grupa patriotów. W jesiennym słońcu połyskiwałe łyse czaszki i zielono-biało

  • Dobry sąsiad to skarb

    Ta historia zaczyna się w kwietniu 2014 roku. Sąsiadujący z naszym dom był na wynajem. Właściciel, który zresztą był kiedyś również właścicielem naszego domu, j

  • Sąsiedzi

    Od kilku miesięcy staramy się sprzedać nasze mieszkanie na Mokotowie. Strasznie długo liczyliśmy na to, że znajdzie się kupiec za dość astronomiczną cenę, ale r

  • Przychodzi prezes do lekarza.

    Przychodzi prezes do lekarza a tam kartka „jeśli kotkowi coś dolega to informujemy, że weterynarze też wyjechali”. Puste ulice,…wiatr stare g

  • płot na nowogrodzkiej

    starzy górale twierdzą , że dla ludzi są ścieżki,...a płoty buduje się tylko po to aby się bydło nie rozlazło po terenie... komenatzr do http://www.tok

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: