Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Mała rocznica


      W miniony poniedziałek obchodziłam małą rocznicę. Małą, bo tylko 5-letnią, a w perspektywie 40 lat życia, 5 zaczyna być małą jego cząstką. W poniedziałek minęło 5 lat od kiedy pracuję oficjalnie na obecnym stanowisku. Pierwszy i najważniejszy aspekt tej rocznicy wcale nie dotyczy moich osiągnięć, ani perspektyw rozwoju mojej kariery czy podwyżki, ale tego, że zwiększa mi się przysługująca mi rocznie ilość urlopu. Od kiedy mamy nowe umowy i nie mamy wolnych wakacji szkolnych, każdy dzień urlopu jest na wagę złota. Przybyło mi 5 dni i bardzo mnie to cieszy.

      Wydawało się, że przyjeżdżamy do Derby tylko na chwilę, przejściowo, najwyżej na dwa lata, by potem ruszyć dalej. A tutaj proszę, jakie zakorzenienie na stacji przesiadkowej, mieszkamy tutaj już 8 lat, a ja na oficjalnym etacie w councilu od 5. Zorientowałam się niedawno, że nasz dom w Derby stał się miejscem , w którym mieszkamy najdłużej ze wszystkich naszych dotychczasowych wspólnych domów. Zasiedzieliśmy się jednym słowem. Nie żeby nie było opcji przeprowadzkowych, projektów i propozycji. Dużo łatwiej jednak było przemeblowywać nasze życie, kiedy w głównej mierze dotyczyło to mnie i Piotra, ale kiedy w grę zaczęły wchodzić szkoły dziewczynek, ich edukacja, jej ciągłość i wpływ naszych wędrówek na ich przyszłość, trzeba było poskromić swoje ciągoty i osiąść na dłużej w jednym miejscu, by dać im możliwość ukończenia szkoły na poziomie małej lub dużej matury. Nawet gdybyśmy rozważali teraz powrót do Polski, nie mielibyśmy sumienia zafundować dziewczynkom bycia mięsem armatnim “reformy edukacji”, która ma tam teraz miejsce.

       Zastanawiam się, co zmieniło się przez te 5 lat. Tak naprawdę w naszej pracy ciągle się coś zmienia, a nam pozostaje się do tych zmian dostosować. Wiele zespołów, które działały na polu edukacyjnym równolegle do nas, przestało istnieć. Z jednej strony to wina kryzysu finansów publicznych w Wielkiej Brytanii i cięć budżetowych, ale również procesu akademizacji szkół i uwalniania się od lokalnych samorządów. Szkoły, które stają się akademiami w Wielkiej Brytanii, są bardziej samodzielne, łączą się w grupy i walczą o swoje budżety bezpośrednio u źródła – budżetu centralnego. Samorządy lokalne przestają nadzorować finanse szkół, a te mogą same decydować, na co chcą wydawać swoje pieniądze. W praktyce oznacza to, że nie są już zobowiązane płacić za usługi lokalnych samorządów, czy serwisów, ale płacić za to, co w ich mniemaniu jest najbardziej ich uczniom potrzebne. W tej całej zawierusze zwolnień, redukcji, cięć budżetowych nasz zespół nadal daje radę utrzymać się na powierzchni, a szkoły są zainteresowane naszymi usługami i chętnie za nie płacą. Wydaje się więc, że niewiele się zmieniło – nadal pomagamy uczniom dwujęzycznym w szkołach, a zmieniło się prawie wszystko.

        Kiedy zostałam zatrudniona, razem ze mną zaczynały 3 inne koleżanki – Estonka, Łotyszka i Polka. Polka miała tylko 1/3 etatu i kończyła studia, więc szybko odeszła z naszego zespołu, zyskała doświadczenie i rozwinęła skrzydła gdzie indziej. My trzy zostałyśmy do dziś wraz z pozostałymi, którzy pracują już w tym zespole dłużej niż ja i z trzema nowymi osobami, które dołączyły do nas 3 lata temu. Z zespołu, który zaczynał w trójkę i wróżono mu najwyżej rok, zespół istnieje ponad 10 lat i ma się dobrze. Ludzie przychodzą, odchodzą, koleżanki rodzą dzieci i idą na macierzyński, ale rok szkolny toczy się dalej i wyznacza nam rytm i tempo naszej pracy. Czasem zdarzają się wolniejsze przebiegi, a czasem nie wiemy, w co mamy ręce włożyć. Ludzie przychodzą do recepcji naszego biura ze wszystkimi swoimi problemami i bolączkami, najczęściej proszą o pomoc w tłumaczeniu z angielskiego na ich rodzimy język. To tylko jeden z wielu rodzajów naszej działalności.

        Jak ja się zmieniłam przez ten czas? Na pewno zyskałam wiele nowych doświadczeń, podszkoliłam nie tylko angielski, ale mój język czechosłowacki. Zyskałam nowe kwalifikacje, zostałam governorem (członkiem rady) w jednej ze szkół i wciąż uczę się tego, jak funkcjonuje ten brytyjski świat.

        Jedno, co się nie zmieniło, to moja niezgoda, niepogodzenie się z krzywdą, dziecięcą krzywdą. Czy można przywyknąć do tego, że dzieci przychodzą do szkoły głodne, w brudnych ubraniach, że nikt w domu nie dba o to, by miały czysty mundurek szkolny, umytą buzię. Niby drobiazgi, ale to się przekłada też na zaniedbywanie wizyt u lekarza, o rejestracji u dentysty czy okulisty już nawet nie wspomnę. Krzywda dzieci, których rodzice uważają, że tak bardzo je kochają, że je ubezwłasnowolniają, traktując je jak żywe lalki do 5. roku życia, nosząc je wciąż na rękach w pieluchach i ze smoczkami w buzi. Które nagle według angielskiego prawa muszą iść do szkoły i są zupełnie do tego nieprzygotowane. Lub dzieci, które są bardzo bystre i mają potencjał, ale nikt ich nie wspiera, nie stymuluje, nie pomaga w rozwijaniu ich talentów w domu i wcześniej czy później zniechęcają się i nie robią już nic. Rodzice, którzy rodzicielstwo pojmują na zasadzie, że mojemu dziecku pozwalam na wszystko i daje wszystko, co mogę bez ustalenia zasad i granic, bez żadnych zaworów bezpieczeństwa. Lub dzieci, których rodzice usilnie starają się zrobić z nich inwalidów, wmówić im niepełnosprawność fizyczną lub umysłową, byleby tylko wyłudzić od państwa więcej zasiłków. Na to nie ma we mnie zgody, nigdy nie było i nie będzie, nie da się do tego przyzwyczaić. Z czasem mam tylko więcej asertywności, by radzić sobie z takimi rodzicami i z własnymi emocjami. Początki odchorowywałam emocjonalnie, teraz już sobie z tym radzę, ale uruchamiam w sobie mechanizmy obronne, by złość, frustrację i bunt przerodzić w czyn i pomoc – dzieciom. Czasem rodzicom też, jeśli chcą z nami współpracować.

       Jutro kolejny dzień w pracy, poranek z maluchami w zerówce, które robią fantastyczne postępy w pisaniu i czytaniu, a popołudnie z juniorami na zajęciach sportowych. Nigdy nie chciałam być nauczycielką i nie chciałam pracować w szkole, ale tak się życie potoczyło, że w tym momencie, na tym etapie właśnie to robię i robię to najlepiej, jak potrafię. Może kiedyś wrócę do innych moich dróżek zawodowych, kto wie, jak się jeszcze życie potoczy. Tymczasem, nawet najbardziej pochmurny dzień potrafi rozpogodzić uśmiech dziecka, które cieszy się na mój widok i okrzyk: „Pani Ewa! Przyszłaś! Cały tydzień na Ciebie czekałem!

poniedziałek, 28 listopada 2016, ewa.wolinska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: