Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

Obcy

        Kiedy byłam studentką polonistyki, szybko zorientowałam się, że pociąga mnie w literaturze motyw obcości, innej kultury, innego języka, innej religii, mierzenia się z nią, spotykania na swojej drodze ludzi, którzy są inni. Wychowałam się w miasteczku, gdzie w latach 80. starano się zapomnieć, przemilczeć istnienie innych kultur, narodowości, religii, gdzie z synagogi zrobiono kino, a macewy z żydowskiego cmentarza poniewierały się po zarośniętym parku. Rosło we mnie poczucie brakującego elementu, przemilczenia, zaniechania, niedoinformowania. Kiedy na studiach zaczęłam zgłębiać tematykę kultury i religii żydowskiej, wgłębiać się w historię miasta, w którym zamieszkałam na czas studiów, ciągle żałowałam, że nie dane mi było doświadczyć życia w Warszawie przed wybuchem wojny, w ulubionym przeze mnie literacko czasie 20-lecia międzywojennego. Marzyłam, o tym żeby doświadczyć wibrującej wielości, spotykania się światów, przenikania się kultur, języków.

       W ramach pracy magisterskiej tropiłam pogranicza kultur, języka polskiego, niemieckiego, jidysz, chodziłam śladami pisarzy, którzy żyli w tamtych czasach i doświadczali tego, czego sama chciałam dotknąć i spróbować. Czytałam powieści tych, którzy po wojnie poddawali się tej samej tęsknocie i za pomocą literackiego wehikułu czasu wracali w przeszłość. Czytałam o przedwojennym Gdańsku, Wrocławiu, Warszawie, Lwowie i zastanawiałam się, jak współistnieli ze sobą ludzie różnych wiar, języków,  religii. Wszyscy wiemy z historii, że nie były to łatwe czasy. Wrogość między nacjami miała różne podłoża, ale były też przykłady na współistnienie, współpracę, spotkanie, poszanowanie wzajemne swoich wartości bez nacisku na przechodzenie lub opowiadanie się po czyjejkolwiek stronie. Tęskniłam za tym, co utracone, czego nie było mi dane doświadczyć i nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi żyć w jeszcze bardziej zróżnicowanym narodowościowo, językowo, religijnie miejscu niż przedwojenna Warszawa czy Gdańsk. Że sama na własnej skórze poznam siłę słowa „obcy” i „swój” i ta dychotomia będzie mi towarzyszyć właściwie każdego dnia, gdzieś podskórnie lub otwarcie za każdym razem, kiedy, słysząc mój akcent, ktoś z ciekawości zapyta „Skąd jesteś?”.

            Pamiętam, kiedy rozpatrywałam kategorię obcości w przeczytanych książkach, sama jej jeszcze bezpośrednio nie doświadczając. Dzisiaj zerknęłam do mojej pracy magisterskiej i poczytałam sobie moje spostrzeżenia z tamtych notatek, urywków, wniosków, ciągle jeszcze na gruncie warszawskim z niewielkim doświadczeniem  podróży zagranicznych, wychodzenia poza to, co polskie, tropienia śladów dawnych rzeczywistości chociażby ścieżkami Alfreda Doeblina, niemieckiego reportera, który odkrywszy swoje żydowskie korzenie podróżował po Polsce lat 30. XX wieku i zapisał swoje spostrzeżenia w książce „Podróż po Polsce”. Wówczas świat nie dzielił się już na przyjaciół i wrogów. Pojawił się bowiem jeszcze trzeci element – obcy, inny, który nie był ani swoim, ani wrogiem. Wiemy że na płaszczyźnie psychologicznej swojskość niesie ze sobą doznania bezpieczeństwa, akceptacji, zadowolenia, spokoju, neutralności, oczywistości i zrozumiałości, a stąd już niedaleko do nudy i zwyczajności. Obcość natomiast wiąże się z poczuciem zagrożenia, niepokoju, niezrozumiałości, niechęci i zdziwienia, ale także zaciekawienia, fascynacji i zachwytu.

          Kim są ci częstokroć mityczni w wymowie obcy? To wygnańcy, przesiedleńcy, emigranci, tak czy inaczej ludzie, którzy nie mieszkają u siebie. Każdy z nich jest ‘nieswój’, w mocnym, podwójnym sensie tego słowa, dotyczącym poczucia i bycia. Czuje się obcy, ale też i jest obcy, nie swój, z zewnątrz. Pograniczność staje się wielką przygodą. W tej sytuacji obcy staje się alternatywą nowego oglądu świata, dzięki czemu ukazują się nowe podmiotowości. Przenikanie się i mieszanie kultur czyni z pogranicza obszar przejściowy - rodzaj pomostu między wzajemnymi wartościami kultury. Sama stałam się przesiedleńcem, imigrantką, obywatelką Europy, która przeprowadziła się z Polski do Czech, a z Czech do Zjednoczonego Królestwa. Wyszłam ze swoich dotychczasowych ram, sfery komfortu i zaczęłam zmagać się z byciem inną, w innym miejscu i porównywać języki, zwyczaje, miejsca. Cytat z nieocenionej Olgi Tokarczuk z jej najnowszej książki „Księgi Jakubowe” dał mi wiele do myślenia w kwestii swojej obcości i mojego postrzegania innych jako obcych.

           „Jakub zaczął nagle przedstawiać się inaczej niż dotąd (...) Frank, frenk czyli obcy. Nachman wie, że to się podoba Jakubowi – być obcym to cecha tych, którzy często zmieniali miejsce zamieszkania. Mówił Nachmanowi, że najlepiej mu jest w nowym miejscu, bo wtedy jakby świat zaczyna się na nowo. Być obcym to być wolnym. Mieć za sobą wielką przestrzeń, step, pustynię. (...). Mieć swoją historię, nie dla każdego, własną opowieść napisaną śladami, jakie zostawia się po sobie. Wszędzie czuć się gościem, domy zasiedlać tylko na jakiś czas, nie przejmować się sadem, raczej cieszyć się winem, niż przywiązywać do winnicy. Nie rozumieć języka, przez co widzieć lepiej gesty i miny, wyraz ludzkich oczu, emocje, które pojawiają się na twarzach niby cienie chmur. Uczyć się cudzej mowy od początku, w każdym miejscu po trochę, porównywać słowa i znajdować porządki podobieństw. Trzeba tego stanu [obcości] uważnie pilnować, bo daje ogromną moc.”(str. 732)

         Zrozumiałam, że patrząc na moją ścieżkę z perspektywy czasu, też pociągało mnie coś nie tylko w innym obcym, ale w byciu samemu obcym, nowym. Czekałam, kiedy pójdę do nowej szkoły, by dać sobie szansę na nową siebie, bałam się zmiany, ale jednocześnie cieszyłam się na nią. Czekałam, kiedy wyjadę na studia, żeby zostawić pewien etap za sobą,  jak wąż zrzucić starą skórę, dać sobie nową twarz, spojrzeć na siebie w innym świetle. Potem status obcości dawały miejsca pracy, a potem przeprowadzki w inne miejsca. Z jednej strony człowiek ma potrzebę bycia przyjętym, zaakceptowanym, ale z drugiej strony bycie nowym, obcym daje mu poczucie wyjątkowości swojej sytuacji. Możesz tworzyć swój świat na nowo tak jak Jakub. Kiedy przychodzi Ci wyjechać do innego kraju, zacząć żyć w innej kulturze, porozumiewać się innym językiem, a jednak mieć dla siebie cały czas oazę własnego języka i kultury, jesteś swój dla podobnych Tobie, a jednocześnie obcy dla tutejszych. W jakimś sensie zaczynasz też być obcy dla miejsca, które zostawiłaś za sobą. Życie tam toczy się już poza Tobą, bez Twojej wiedzy, codziennej obserwacji, jesteś już tylko widzem raz na jakiś czas, raz, dwa razy do roku próbujesz spostrzec zmiany, które umykają innym w ich codzienności. Swój zaczynasz być tylko dla wąskiej grupy ludzi, dla najbliższych, dla siebie. Bywa, że jesteś obcy nawet tam.

         Pracuję dla zespołu, który pomaga uczniom i ich rodzinom, którzy przyjechali dopiero do Wielkiej Brytanii i potrzebują pomocy w sprawach edukacji. Często jesteśmy dla tych rodzin pomostem między rzeczywistością, z której przybyli i do której wkraczają. Potrzebują się oswoić z innym sposobem działania systemu szkolnictwa, służby zdrowia, nie tylko z ruchem lewostronnym, innym językiem. Oswojenie z niektórymi aspektami życia w Wielkiej Brytanii zajmuje jednym więcej, drugim mniej czasu. Jedni wypływają na szerokie wody, są pewni siebie, szczególnie jeśli dobrze znają język. Inni wolą zamknąć się w małej społeczności swojej narodowości, języka i z obawy przed innymi grupami wolą nie mieć z nimi nic do czynienia. Przeraża ich świadomość, że na ulicy spotkają ludzi innej rasy, koloru skóry, ubranych w burki czy sari, nie mogą oswoić się z wielością języków, które słyszą na ulicy czy robiąc zakupy w sklepie. Na ich usprawiedliwienie można dodać, że mieszkający tutaj od lat ludzie, którzy powinni przywyknąć do wielokulturowego aspektu miasta, w którym żyją często od urodzenia, nadal sobie z tym nie radzą. Winią za to fale imigracyjne Hindusów, Pakistańczyków, Polaków, Słowaków, a teraz napływających z Bliskiego Wschodu uchodźców. Boją się ich, bo nie znają, nie rozumieją i nie zadadzą sobie trudu, by zrozumieć.

           W szkołach, w których pomagam uczniom w czasie lekcji, dzieci mówią w ponad 20 językach. Można w jednaj klasie spotkać dzieci prawie wszystkich ras i religii. Na godzinach wychowawczych dzieci uczą się o swoich wierzeniach, religiach i kulturach, bo wszystko to wpisuje się w wytyczne  Departamentu Edukacji, w brytyjskie wartości tolerancji i szacunku dla wszystkich.  Nie jesteśmy tacy sami, ale jesteśmy równi. Sikhowie, hindusi, chrześcijanie, muzułmanie, buddyści uczą się o swoich religiach, by wiedzieć, dlaczego świętują Diwali, Boże Narodzenie czy Eid. Nawet w szkołach założonych przez kościół anglikański czy katolicki w Wielkiej Brytanii obowiązuje taki program nauczania, by wszystkie religie i kultury były uszanowane i nikt nie czuł się dyskryminowany. Jakakolwiek forma rasizmu jest karana jako hate crime. Tego uczymy ich w szkołach, ale potem wracają do domu i często od rodziców słyszą niestety inną wersję, inną ideologię. Zamykają się w swoich grupach lub śnią o powrocie imperium.

           Incydenty hate crime zaczęły się zdarzać częściej po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Brexit widocznie dał ludziom poczucie, przyzwolenie, że teraz wreszcie mogą bezkarnie głosić rasistowskie, ksenofobiczne poglądy. Coś, co dawniej nie miałoby prawa mieć miejsca, jeśli nie w imieniu tolerancji, to chociaż politycznej poprawności, teraz zdarza się bez obawy na konsekwencje. Niedawno słyszeliśmy o przypadku Polki, którą zaatakowano w metrze za to, że mówiła po polsku.  No cóż, w Polsce zaatakowano kogoś, bo mówił w tramwaju po niemiecku, ale nie o to chodzi, żeby sobie wyliczać oko za oko.  Tamten napastnik jest poszukiwany przez policję i zostaną mu postawione zarzuty. Ale co zrobić z uczniem, który na szkolnym korytarzu atakuje innego ucznia za to, że mówi w szkole po polsku, po słowacku czy Punjabi? Jak wytłumaczyć mu, że owszem, językiem obowiązującym w urzędach, szkołach, w życiu publicznym, w miejscu pracy jest angielski, ale nie można nikomu zabronić w czasie przerwy porozmawiać z kolegą w swoim własnym języku. A może się mylę, może jednak można zabronić. Najczęściej tego typu komentarze wychodzą od ludzi, którzy nie znają żadnego języka obcego, tylko angielski i uważają, że żaden inny nie jest im do szczęścia potrzebny. Czy to zawiść, czy zazdrość, czy po prostu brak szansy na przyjrzenie się sobie z innej perspektywy, jak chociażby podróż do innego kraju nieanglojęzycznego?

           Wiem, że szkoła wyciągnęła wobec wspomnianego ucznia konsekwencje, ale tego typu incydenty zdarzają się często i są zazwyczaj przemilczane i zignorowane. Bo czasami to jest jedyne wyjście - zignorować kogoś, kto nas prowokuje do dyskusji, bo chce wykrzyczeć z siebie swój strach przed obcością innych, bo sobie z tym nie radzi, bo sam nie mówi w żadnym innym języku, nie otwiera swojego umysłu na nic innego jak tylko ideologia czystej rasy, Anglii dla Anglików i wyrzucenia z Jego kraju wszystkich, którzy mu nie pasują do jego schematu. Mógłby się zdziwić nie jeden, jakie geny nosi w sobie i jakie ma korzenie. W gruncie rzeczy, kiedy spojrzy się w głąb naszego DNA, wszyscy jesteśmy imigrantami, to jest tylko kwestia czasu i przestrzeni. Otwarty świat zaczyna się od otwartego umysłu.

         Niedawno angielskie media obiegła informacja, że brytyjskie firmy powinny wykazać, ile obcokrajowców zatrudniają. Klimat polityczny po głosowaniu w sprawie wyjścia z Unii sprawił, że tego typu pomysły stają się między Brytyjczykami coraz bardziej normalne. Te dane statystyczne miałyby dotyczyć firm prywatnych, gdzie rząd doskonale zdaje sobie sprawę, że procent zatrudnionych obcokrajowców jest wysoki. Wczoraj  usłyszałam, że urząd miasta, w którym pracuję, nosi się z podobnym zamiarem. Chcieliby, żeby tego typu spis statystyczny dotyczył również pracowników sektora publicznego - budżetowego. Jeszcze 10 lat temu tego typu liczenie ludzi tylko ze względu na to, jaki posiadają paszport, byłoby nie do pomyślenia i byłoby uznane za rasizm. Dziś okazuje się to być całkiem normalne, a polityczna poprawność już nikogo nie obowiązuje. Zastanawiam się, co chcą osiągnąć ludzie, którzy domagają się takiego liczenia, co chcą wytknąć. Po raz kolejny krzyczeć, ile obcokrajowców zabiera pracę Brytyjczykom? Już niejednokrotnie przerabialiśmy ten temat, że obcokrajowcy często dostają pracę, bo trudno jest znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego Brytyjczyka na to miejsce. Wielu z nich woli zostać na zasiłku niż poniżać się do pracy w fabryce. Wielu Brytyjczyków nie dostaje pracy, bo nie mają odpowiednich kwalifikacji, nie mają aspiracji, żeby się dalej uczyć, wolą szybko zacząć mniej płatną pracę, wkroczyć w dorosłe życie, niż męczyć się na studiach. Więc co im da ten spis obcokrajowców w biznesie i sektorze budżetowym? Wytkną mnie placem i dowiem się, że jestem ta obca. Nieważne, że mieszkam tu i pracuję uczciwie od 8 lat – właśnie mieliśmy kolejną rocznicę naszej przeprowadzki. W angielskiej mentalności możesz mieszkać gdzieś i 50 lat, ale jeśli się nie urodziłeś tutaj i Twoja rodzina nie mieszka od 3 pokoleń w danej okolicy, nadal jesteś obcy. 8-letni staż jest w tej sytuacji niczym.

           Dzisiaj jest szczególny dzień, kiedy myślę o obcości, o pograniczach, o przenikaniu się kultur, narodowościach i językach. 9 listopada 1989 roku runął mur berliński rozdzielający jedno miasto, ludzi mówiących tym samym językiem. To był festiwal wolności, demokracji, radości. 27 lat później do władzy w Stanach Zjednoczonych dochodzi człowiek, który nie ma żadnego doświadczenia w pełnieniu funkcji publicznych i nawołuje do budowania nowego muru, który będzie dzielił ludzi na  lepszych i gorszych. Według danych statystycznych głosowali na niego w większości biali, z małych miejscowości, którzy czuli się wykluczeni i zapomniani, sfrustrowani swoimi kłopotami, brakiem pracy, niepowodzeniami, których amerykański sen się nie spełnił, którzy uznali, że Ameryka już nie jest najwspanialsza i najsilniejsza. To jest teraz siła zmieniająca oblicze polityczne kolejnego kraju, gdzie dotychczasowy polityczny establishment ludzi rozczarował i zawiódł.

            Szanuję demokrację i uważam, że człowiek wybrany w praworządnych wyborach bez naruszenia żadnych procedur dostaje mandat zaufania do sprawowania władzy nadany mu przez społeczeństwo, nawet jeśli to nie jest mój wybór, mój kandydat. Szanuję to, chociaż się z tym wyborem nie zgadzam. Narzekać na to mogą tylko ludzie, którzy nie korzystają ze swojego prawa wyborczego. Kiedy ktoś mnie pyta o wyniki referendum w Wielkiej Brytanii nie ukrywam, że jestem rozczarowana i zaniepokojona wynikiem, ale szanuję głos demokracji, głosy oddane przez brytyjskich obywateli. I  właśnie ludziom, którzy szanują demokrację, najtrudniej jest się pogodzić z wynikami wyborów, kiedy większość ludzi głosuje za opcją lub osobą, która może być zagrożeniem dla tej właśnie demokracji. To jak podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Tak, jak to stało się w przypadku polskich wyborów, Brexitu, a teraz wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Czy po latach demokracji i względnego spokoju ludzie się znudzili? Ich ksenofobiczne i rasistowskie poglądy i frustracje nie znajdują drogi ujścia i głosują na innych, im podobnych, którzy szerzą populistyczne hasła wybawienia ich od ich kompleksów i od obcych? Ja wiem, że demokracja nie jest idealnych ustrojem, już starożytni ateńczycy to wiedzieli, ale jakoś jeszcze nikt nie opracował lepszego ustroju. Nie pozostaje nic więcej, jak czekać i ze spokojem obserwować, co będzie dalej. Zawsze jeszcze można się wyprowadzić na Falklandy...

środa, 09 listopada 2016, ewa.wolinska

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: