Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
Blog > Komentarze do wpisu

I want to ride my bicycle, I want to ride my bike

           Od kiedy pamiętam mieliśmy w domu rower, rowery. Moim pierwszym był legendarny niebieski pelikan, na którym uczyłam się jeździć. Tata wkładał porządny kij za moje siedzonko i pomagał mi utrzymać równowagę, aż któregoś dnia, w słoneczny wieczór na ulicy Szewskiej, puścił nic mi nie mówiąc, bo już wiedział, że sobie poradzę. Uwielbiałam pelikana za wygodne siodełko, bagażnik na którym woziłam swojego brata. Nieważne były odarte łokcie i kolana, to była cena wolności. Tata uczył mnie przepisów ruchu drogowego, znaków, zabierał mnie do miasteczka ruchu drogowego blisko zalewu w Opocznie (teraz jest tam warsztat samochodowy, gdzie w wakacje oddaje samochód na przegląd i wspominam tamte chwilę z nutką nostalgii). Tata sam miał rower, szary składak, którym jeździł wszędzie. Rowery nie były wówczas modnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, ale koniecznym środkiem transportu. W czasach bonów, punktów, zdobywania samochodów w kolejkach społecznych i po znajomości w partii samochód był dobrem nieosiągalnym dla moich rodziców. Pierwszy samochód tata kupił dopiero latem 1990 roku, kiedy miałam iść do liceum i dopiero wtedy zrobił prawo jazdy. Ale samochód nie służył mu do codziennego poruszania się po mieście, jeżdżeniu do pracy. Wolał jeździć rowerem, bo tak było taniej i zdrowiej, samochód wyciągał z garażu na ważne, specjalne okazje lub kiedy musiał przewieźć coś, czego nie dało się przewieźć na rowerze, albo zabrać całą rodzinę gdzieś dalej, gdzie nie dawało się dojechać rowerem.


              Bo rowery mieliśmy wszyscy, a moją siostrę tata woził w siodełku na kierownicy. Rodzice jeździli nimi nawet na wieś do mojej babci i dziadka, 10 km od Opoczna. Ja najbardziej z dzieciństwa pamiętam wyprawy do lasu, na grzybobranie, jechanie pustymi polami, gdzie potem wybudowano osiedle, na którym zamieszkaliśmy. Z nowego mieszkania mieliśmy bliżej do lasu i na pola. Kiedy miałam 13 lat, w nagrodę za dobre stopnie, tata kupił mi nowy rower, czerwoną damkę. Z pelikana już wyrosłam i jeździł na nim mój brat, przyszedł czas na nowy pojazd. Jaka ja byłam dumna i szczęśliwa, koleżanki mi zazdrościły i każdy chciał się nim przejechać. Ten rower był moim najwierniejszym przyjacielem, lekarstwem na stres, nerwy, na wszystkie smutki. Kiedy rodzice wracali z pracy, mogłam wyjść na rower, do lasu, na pola, pod okna chłopca, w którym się aktualnie podkochiwałam, na wieczorny objazd maista, przed siebie, gdzie opony poniosą.

            Mój tata zawsze kibicował kolarzom. Jego legendą był Ryszard Szurkowski i Wyścig Pokoju. Pamiętam, kiedy przez Opoczno jechał raz Wyścig Pokoju, a faworytem był Lech Piasecki. Staliśmy przy Zamku Kazimierzowskim na ulicy 17 stycznia i czekaliśmy na peleton chyba ze dwie godziny. Kiedy już dojechali, przelecieli koło nas z górki w ciągu 5 sekund, nawet nie dało się im dobrze przyjrzeć, ale darliśmy się na całe gardło, żeby im kibicować. Potem, kiedy tata miał już dostęp do Eurosportu, rytuałem lata były transmisje z Tour de France. Tata wracał do domu po 14.00, zjadał szybko obiad i musiał zobaczyć chociaż końcówkę etapu wyścigu. Kibicował góralom na górskim premiach i nie cierpiał Rosjan,którzy się strasznie rozpychali w peletonie, stwarzając niebezpieczeństwo dla innych zawodników. Najmilej wspominam wyścig w 1993 roku, kiedy w Tour de France brał udział Zenon Jaskuła. Zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej i wygrał 16. etap. Pamiętam, że wyjechałam z przyjaciółmi pod namiot do Miedznej Murowanej i straciłam łączność ze światem, mieliśmy tylko małe radio na baterie, które odbierało dziwne stacje, żadnych wieści o kolarzach. Kiedy tata przyjechał do nas któregoś dnia, żeby sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku i dowieść nam prowiant, pierwsze, o co zapytałam to, jak tam jedzie Jaskuła w wyścigu. Moi koledzy byli zszokowani, skąd u mnie ta pasja, a to w genach.

              Kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, tęskniłam strasznie za moim rowerem i żałowałam, że nie mogę go mieć ze sobą w akademiku. Ale w czasach moich studiów jeszcze nie było modne dojeżdżanie na uczelnie rowerem  i nie było ku temu warunków. Nie było jeszcze Venturilo, niestety. Kiedy zamieszkaliśmy razem z Piotrem, jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiliśmy były rowery. I znowu można było wyruszyć na podbój wiślanych wałów, Pól Mokotowskich. Sieć ścieżek rowerowych nie była wtedy jeszcze tak dobrze rozwinięta, ale nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Rowery dawały nam radość, wolność, niezależność. Do czasu, kiedy ktoś je nam ukradł z piwnicy, kiedy wyjechaliśmy do naszych rodzin na 1 listopada. Pamiętam złość i frustrację Piotra, to uczucie, że ktoś Ci ukradł kawałek wolności, odarł Cię z radości. To już nie chodziło nawet o rzecz samą w sobie, chodziło o pozytywne uczucia, emocja, przygody, wspomnienia.

            Kiedy przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania po urodzeniu się Basinki, wyciągnęliśmy wnioski. Najpierw założyliśmy porządne drzwi w piwnicy, a potem kupiliśmy nowe rowery w komplecie z siodełkiem. Praktycznie jak tylko Basinek zaczęła siedzieć, woziliśmy ją na przejażdżki, uwielbiała w nim spać i majtać nóżkami. A potem historia zatoczyła koło. Basia dostała pierwszy rowerek od swojego pradziadka i zaczęła jeździć z kijem wetkniętym za siodełko w parku Żołnierzy Radzieckich na Ochocie. Dwie szczotki straciły swoje kije, ale Basinka dzielnie jeździła, najpierw z kółkami dokręcanami do boków, a potem już samodzielnie. Zosia odziedziczyła potem rowerek po starszej siostrze i też zaczęła śmigać. Kiedy jeździliśmy na wakacje do Opoczna, Basia uwielbiała jeździć z dziadkiem na działkę rowerami, w kasku jak na bezpiecznego cyklistę przystało. Jechała za dziadkiem i czuła się taka duża. Zawsze rozbawiała mnie powaga, z jaką dziękowała kierowcom, podnosząc dłoń w pozdrowieniu za to, że ją przepuszczali.

            Jednak rower o mały włos nie zabrał mi taty. Ale, co ja mówię, to nie była wina roweru, to była wina palanta, który potrącił mojego tatę, idioty, który w swoim samochodzie czuł się panem na drodze i nie ustąpił pierwszeństwa rowerzyście. Rower nic tu nie zawinił.

            Rowery przyjechały z nami do Ukeju, nadal mamy z Piotrem te same od 16 lat. Dziewczyny oczywiście zmieniały już swoje kilka razy, bo rosły. Sezon mamy w pełni, na dachu mojego samochodu na dobre zagościł bagażnik na rowery i jeśli tylko pogoda dopisuje pakujemy nasze cztery dwuślady i ruszamy w trasę. A pięknych szlaków rowerowych w naszej okolicy nie brakuje. Wystarczy pojechać nad rzekę, do Peak District, tyle pięknych miejsc do odkrycia. W Peak District zbudowano szlaki rowerowe na miejscu dawnych torów kolejowych wiodących przez wzgórza Derbyshire. Dzięki temu szlaki nie mają dużego nachylenia, czy różnicy poziomów. Wspinają się powoli pod górkę, ale nie jest to bardzo męczące, nawet początkujący rowerzyści dają radę. Szlaki nad kanałami też są wyjątkowo piękne na miejscu dróg, którymi chodziły konie ciągnące barki kanałami i rzekami zanim barki miały swoje silniki. Teraz korzystają z tego rowerzyści. Z Ashbourne prowadzi szlak rowerowy nawet do samej Szkocji, jeśli ktoś ma ochotę przejechać szlak wzgórz Pennines.


           Jeździmy tymi szlakami, pomęczymy się trochę, ale to nam zawsze dobrze robi. Zachwycamy się pięknem krajobrazów i głęboko oddychamy. Wolnością...

niedziela, 28 maja 2017, ewa.wolinska
Tagi: rowery

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: