| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
środa, 28 czerwca 2017

           Czy pamiętacie, co działo się na świecie 26 czerwca 1997 roku? Wielka Brytania wciąż emocjonowała się efektami wyborów parlamentarnych i obraniem Tony’ego Blaira na premiera Zjednoczonego Królestwa, Spice Girls święciły triumfy na listach przebojów,  na jaw wychodziły kolejne szczegóły z życia miłosnego księżnej Diany, do kin wszedł „Batman i Robin”. W Polsce dzieci skończyły rok szkolny i szykowały się na wakacje. Nikt nie przeczuwał powodzi tysiąclecia na południu Polski i tego, że wspomniana księżna nie będzie już żyła pod koniec sierpnia. My z Piotrem planowaliśmy wyprawę w góry.

            Tymczasem nikomu nieznana, debiutująca pisarka Joanne Rowling wydała pierwsze 500 egzemplarzy swojej książki “Harry Potter i kamień filozoficzny”. Ta pierwsza edycja została praktycznie niezauważona na rynku księgarskim. 300 egzemplarzy trafiło do bibliotek. Okazuje się, że po 20 latach ta pierwsza edycja jest sporo warta. Książki w twardej oprawie, które mogą zalegać gdzieś na  strychach lub w sklepach charytatywnych są warte 30 tysięcy funtów za sztukę. Warto poszperać po swoich zapomnianych biblioteczkach z dzieciństwa. My wczoraj obeszliśmy 20. rocznicę wydania pierwszej książki z serii oglądając pierwszy film z serii pod tym samym tytułem – “Harry Potter i kamień filozoficzny”, jeszcze jeden z tych, który mamy z polskim dubbingiem. Ja prasowałam, a dziewczyny oglądały z przejęciem, choć znają chyba tę historię na pamięć zarówno z książek jak i z filmu, ale nadal odkrywając nowe szczegóły, wspominając nasze dwie wizyty w studiach filmowych Harry’ego Pottera i przerzucając się ciekawostkami na temat całej historii najsławniejszego małego czarodzieja. Ciekawostek jest niezliczona ilość, strony fanów Harry’ego są nadal oblegane przez nowych młodych czytelników, a ja wybrałam za gazetą “The Guardian” kilka z nich.


          J.K. Rowling, której majątek liczy się w miliardach funtów, jak każdy pisarz piszący serie książek, popełniała drobne błędy. Fani, jeśli nie fan-atycy są w stanie wyłapać wszystko i czasem lepiej pamiętają szczegóły z książek niż sam pisarz, który jest zajęty wiązaniem kolejnych wątków opowieści w atrakcyjny dla czytelnika sposób. Podobnie rzecz ma się z wielbicielami książek z serii „Gry o tron”, oni też prześcigają się w łapaniu szczegółów i pisarza za pióro. Rowling nie ustrzegła się więc małych wpadek. Jedną z nich była na przykład kolejność dusz zmarłych, zabitych przez Voldemorta, które po sprzęgnięciu się jego różdżki z różdżką Harry’ego ukazywały się za plecami czarnego maga.  Powinny być w odwrotnej kolejności niż ginęli, a ojciec Harry’ego pojawił się pierwszy zamiast jego mama. Pisarka wyciągnęła wnioski i poprawiła swój błąd w następnym wydaniu książki „Harry Potter i czara ognia” i przeprosiła za swoje niedopatrzenie.

          Okazuje się, że książki dla dzieci mogą mieć polityczne zabarwienie. Z pewnością świetną decyzją Rowling był fakt, że jej bohaterowie rośli razem z czytelnikami jej książek i tak samo dojrzewali do coraz trudniejszych zadań stawianych przed nimi, coraz trudniejszych dylematów moralnych i coraz niebezpieczniejszych przygód. Kiedy po kilku latach dochodzimy do książki numer 4 – Czary Ognia, Hermiona rozpoczyna kampanię na rzecz zniewolonych elfów domowych i ich praw. Rita Skeeter, dziennikarka „Proroka codziennego” uosabia stereotyp dziennikarki tabloidów, wysysających informacje z palca. Ministerstwo Magii ma biurokrację rozbudowaną do rangi Białego Domu. Różnice między czarodziejami z rodzin mugoli a magami czystej krwi czy też czarodziejami pół krwi podkreślane przez tych czystej krwi, którzy czuli się lepsi i ważniejsi ukazują schematy prześladowań rasistowskich i prób ich zwalczania.

           Świat Harry’ego został bardzo poważnie potraktowany przez wielu badaczy i nauczycieli akademickich, podejrzewam, że nie tylko na gruncie brytyjskim. Okazuje się, że powstało wiele prac naukowych, prac magisterskich z literatury, socjologii i psychologii posiłkujących się historią Harry’ego i jego przyjaciół. Mnożyły się analizy psychoanalityczne, socjologiczne czy kulturoznawcze. Z pewnością książki Rowling miały niebywały pozytywny wpływ na wzrost poziomu czytelnictwa między młodymi ludźmi, ale również dorosłymi w Wielkiej Brytanii. Pamiętam, że moi polscy znajomi szkolili sobie na tej przyjemnej dla nich lekturze swój angielki. Z drugiej strony byli i nadal są zaprzysięgli przeciwnicy tej serii, którą uważają za niemoralną i szkodliwą. W Stanach Zjednoczonych książki Rowling były palone na stosach przez fundamentalistów chrześcijańskich, którzy uważali, że książki zachęcają dzieci do praktykowania czarnej magii.


          Warto wiedzieć, że kawiarnie są świetnymi miejscami na pisanie powieści. Dzisiaj wydaje nam się to tym bardziej oczywiste, bo w większości takich miejsc mamy darmowy WIFI. W kawiarniach siedzą studenci i pracownicy biur, nieprzestający pracować  na swoich laptopach zamawiający tylko kolejne kubki kawy. J.K. Rowling nie korzystała jeszcze w 1996 roku z dobrodziejstw WiFi, ale może potem z czasem mogła już z tego skorzystać. Poza tym Rowling twierdzi, że po prostu nie chciała siedzieć w pustym domu, chciała być otoczona ludźmi, pisząc czasem na laptopie lub w zwykłym brulionie. Kawa jednakże była bardzo mile widziana jako doping do pisania. Znane są dwie kawiarnie, w których pisarka pracowała nad pierwszą powieścią najczęściej – obie w Edynburgu. Jedna została przerobiona na restaurację chińską, a druga jest tak okupowana przez turystów, że wszyscy chętni, którzy chcieliby napić się kawy, zaczerpnąć inspiracji i być może napisać tam powieść, nie mogą się przepchnąć przez tłumy turystów odwiedzających to miejsce.

           Może się to wydawać seksistowskie, ale Joanne została poproszona przez wydawców pierwszej książki, aby obrała sobie inicjały zamiast swojego pełnego imienia Joanne. Chodziło o to, by z góry nie definiować, że autorem książki jest kobieta i by zachęcić chłopców do sięgnięcia po nią. Uważali, że może ich zrazić fakt, że skoro została napisana przez kobietę, to jest tylko dla dziewczynek. Joanne przystała na to, a potem i tak przestała być anonimowa i wszyscy wiedzieli, że jest kobietą i jakoś nie zraziło to chłopców do czytania jej książek. Kiedy Rowling zapragnęła sięgnąć po inny gatunek i napisała serię powieści detektywistycznych, zaczynających się książki „The cuckoo is calling” - znowu sięgnęła po męski pseudonim, tym razem Robert Galbraith.

         Szybko okazało się, że nie tylko dzieci szaleją na punkcie przygód Harry’ego. Dorośli też chcieli zaczytywać się w przygodach czarodziejów, ale wstydzili się czytać książki dla dzieci, więc wydawca wypuścił specjalną edycję, która wyglądała poważnie. Pamiętam, że mój mąż przechodził też fazę zawstydzenia, że czyta Harry’ego, ale nie dlatego, że jest to książka dla dzieci, tylko, że tak późno się za nią zabrał. Owijał je w dodatkowe okładki, żeby w metrze go palcami nie wytykali ��

Privet Drive

            Tłumacze książek Rowling mieli nie lada wyzwanie. Od czasu „Czary ognia” wszystkie premiery książek były pilnie strzeżoną tajemnicą, tłumacze musieli przestrzegać wszystkich zasad bezpieczeństwa, by zapobiec wyciekom przed publikacją w Wielkiej Brytanii. Podobne obostrzenia dotyczą praw autorskich. Jeżeli ktokolwiek próbowałby opublikować powieść, opowiadanie lub sztukę teatralną opartą na wątkach Harry’ego, mającą jakikolwiek związek z Hogwartem lub jakąkolwiek postacią z książki, ryzykuje sprawę w sądzie. Jednak Rowling rozumie potrzeby swoich fanów i wie, że pisanie kolejnych opcji dalszych przygód bohaterów jej sagi przysparza jej tylko dalej trwającej popularności. Dała więc swoje błogosławieństwo wszystkim, którzy chcą pisać dalsze losy, opowiadania, pod warunkiem, że nie publikują ich dla zysku i korzystają z jej strony internetowej.

         Wszystkie dzieci w Wielkiej Brytanii, które zbliżają się do swoich 11. urodzin, żartują, że czekają na list z Hogwartu. Moje też tak miały. Zosia czekała, Basia czekała. Bez efektu. Książki o Harrym miały wpływ na szkolnictwo w Wielkiej Brytanii na inny sposób. Nie tylko trafiły one na listy lektur, a dzieci przebierały się najchętniej w kostiumy skojarzone z powieściami na szkolne festyny. Okazuje się, że szkoły z internatami zyskały na popularności. Podobno w latach 90. szkoły te odnotowały zwiększoną ilość podań, bo młodzież pomyślała, że bycie w szkole z internatem daleko od rodziców nie jest takie straszne. Niektóre szkoły musiały zainwestować w nowe budynki szkolne i internaty, by sprostać oczekiwaniom aplikantów. Nazywa się to zjawisko efektem Harry’ego Pottera. Przeciwnicy elitarnych szkół z internatami podkreślają jednak, że większość pisarzy, którzy odnieśli sukces  w ostatnich latach w tym sama J. K. Rowling chodziło do normalnych, państwowych szkół bez internatu.


         Za każdą historią jest zawsze coś więcej, tym bardziej, że świat Harry’ego ma ogromny potencjał do tworzenia historii, podobnie jak inne sagi literackie. Można pisać książki o wątkach pobocznych lub książki używane w głównej historii, jak na przykład historia Quidditcha czy rzeczy o fantastycznych stworach lub bajki barda Beele'a. Rowling nie zostawiła bohaterów samych sobie.  2 lata temu miała miejsce premiera jej sztuki scenicznej “Harry Potter i przeklęte dziecko”, która nadal jest oblegana przez fanów, czekających wiele miesięcy na bilety na to przedstawienie. Nasze dziewczyny się tymczasem nie wybierają. Magia książek nigdy się nie kończy, pewnie przeżyją swój renesans z kolejnym pokoleniem w rodzinie.

Ps. Zdjęcia pochodzą z naszej drugiej wizyty w studiach filmowych pod Londynem, gdzie kręcono filmy o Harrym Potterze.

czwartek, 22 czerwca 2017

         Podobno wczoraj na Wyspie naszej padł rekord najcieplejszego czerwcowego dnia od pamiętnego gorącego lata 1976 roku. Akurat w pierwszy dzień lata temperatury dały znać o sobie rosnąc już od piątku, uderzając w nas falą ciepła w czasie weekendu, by w końcu osiągnąć swoje rekordowy odczyt. W naszej okolicy było bardzo słonecznie i ciepło w czasie weekendu, poniedziałek był jak na miarę Derby prawdziwy upał, ale we wtorek i w środę temperatury trochę zelżały, bo się zachmurzyło. Ciągle jednak było ciepło i wilgotno i wszyscy czekali na zapowiadaną burzę, która oczyści powietrze. Bo przecież pogoda się zepsuła i kataklizm nastał z tym „upałem”.

        Tak to właśnie jest z Anglikami, ale to chyba nie jest wyłącznie ich cecha, że narzekają na upały, ale kiedy mają okropną deszczową pogodę, marzą o cieple i słońcu. Koniec końców jeżdżą na egzotyczne wakacje, żeby wygrzać się w słońcu i nabrać energii na sprostanie wilgotnemu klimatowi swojej ojczyzny. Kiedy słucham tych marudzeń i narzekań, jak jest gorąco, to przypominają mi się te same marudzenia i narzekania z zimy, kiedy zaledwie kilka centymetrów śniegu przyprawiało Anglików o palpitacje serca i stan wyjątkowy na drogach. Teraz jesteśmy po drugiej stronie amplitudy temperatury. 30 stopni Celsjusza, czyli 86 stopni w skali Fahrenheita i ludzie nie wiedzą, jak mają sobie poradzić. Klimatyzacje we wszystkich biurach nastawione na maksimum, po powrocie do domu nie znajdują ulgi, bo domy nagrzane, w nocy duszno, ciężko się śpi. Dzisiaj w radio słyszałam, że ludzie śpią z termoforami pełnymi lodu, a pod poduszkę kładą sobie mrożonki z zamrażalnika. A potem mają sny w groszki lub fasolkę szparagową.

          Zastanawiam się, jak sobie radzą z podobnymi lub dużo wyższymi temperaturami, kiedy jeżdżą na te egzotyczne wakacje. Zamiast cieszyć się tym, że mają piękną pogodę bez wyjeżdżania ze swojego kraju, marudzą i nie doceniają. Kiedy przyjdą znowu deszczowe dni, będą wspominać z rozrzewnieniem, jak to było ciepło, ale już uciekło. Jakiś temat do narzekań być musi. A że pogoda to najczęstszy temat small talk między Anglikami, to zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony z obecnie panującej aury.

          Jedyne, na co ja mogę narzekać, to moja alergia na pyłki – hay fever, która dała znać o sobie. Po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii zorientowałam się, że tutejszy wilgotniejszy jednak nieco od polskiego klimat sprzyja mi i łatwiej mi się wiosną i latem oddycha. Spotkałam się z wieloma osobami, których alergia uległa uśpieniu po przeprowadzce na Wyspę naszą Wielką, ale są też tacy, których to właśnie tutejsze gatunki traw czy kwiatów uczulają bardziej, a w Polsce czy na Słowacji nie mieli żadnych objawów alergii. Wilgotne powietrze Brytanii nie sprzyja też osobom uczulonym na pleśń i grzyb, których niestety w wielu domach angielskich nie brakuje, kiedy ludzie są zmuszeni oszczędzać na ogrzewaniu.

       Ja zazwyczaj jestem w stanie przetrwać wiosnę i lato w Anglii bez leków antyhistaminowych, co w Polsce byłoby nie do przyjęcia. Przed wyprowadzką z Polski miałam początki astmy, na porządku dziennym były inhalatory, krople do oczu, krople do nosa. Każdego roku odkrywałam nowe rzeczy – alergeny, na które jestem uczulona. W środkowej Wielkiej Brytanii klimat jest w dużej mierze zbliżony do polskiego, w końcu Derby znajduje się na tej samej mniej więcej szerokości geograficznej co Toruń, ale jednak w odległości 150 kilometrów na wschód i na zachód mamy morze i powietrze jest wilgotniejsze. Powodem mogą też być inne gatunki traw, zbóż, krzewów czy drzew i ich nieco inny zestaw powoduje, że moja alergia nie męczy mnie aż tak.

          Wystarczyło jednak kilka słonecznych, gorących dni, żeby powietrze się osuszyło, a poziom pyłków wzrósł znacznie i alergia przypomniała mi o sobie. Załzawione oczy, kichanie jak z armaty, zatkany nos z lejącym się z niego katarem siennym zmusiły mnie do brania leków. W poniedziałek jednak nasycenie było zbyt duże i niezbyt dobrze się czułam. Do tego koleżanki w biurze nastawiły klimatyzacje na 18 stopni co powodowało, że między temperaturą na zewnątrz i wewnątrz budynku różnica wynosiła 15 stopni. Dla mojej głowy i zatok to widocznie było za dużo. Rozbolały mnie zatoki i chodziłam jak zombie. Wyszłam wcześniej z biura i na mentalnym autopilocie dojechałam do domu. Klimatyzacja to jednak straszna jest czasami. W naszym budynku nie da się przetrwać słonecznego dnia bez włączenia jej chociaż na chwilę, ponieważ ktoś zaprojektował ten budynek jak szklarnie. W swoim twórczym szale projektant myślał o tym, jak ten budynek będzie dizajnersko wyglądał z częścią dachu ze szkła, ale nie przewidział, jaki to będzie miało wpływ na ludzi w nim pracujących. Za karę powinien spędzić z nami rok by w zimie marznąć, a latem czuć się jak roślina tropikalna.

          Wydaje mi się, że tak jak Brytyjczycy zapomnieli jak radzić sobie z zimą, bo już od dawna nie mieli prawdziwej zimy, tak samo nie potrafią sobie radzić z upałami. Przyzwyczaili się do pogody constans przez cały rok wiosenno-jesienne temperatury, deszcz i nie trzeba się martwić ani ciepłym ubiorem na zimę, ani letnim dającym ulgę w upałach. Oczywiście można zainstalować sobie klimatyzację w domu, ale pytanie czy warto. Czasami wystarczy mieć jakiś wiatraczek, żeby chociaż trochę ruszyć powietrze, jeśli jest duszno. Wychodząc z domu warto pozasłaniać okna, by dom się nie nagrzewał. Starsze pokolenie radzi zaopatrzyć się w wachlarze i ubieranie się w przewiewne stroje. Na Facebooku roi się od filmików ludzi, którzy naśmiewają się z tych narzekających i doradzają, jak oni sobie radzą. BBC News wyprodukowało nawet spot z udziałem osób pochodzących z krajów tropikalnych, by doradzili, jak sobie radzić z upałami. Wydawałoby się, że to jest oczywiste, tak na zdrowy rozsądek, ale okazuje się, że trzeba ludziom przypominać o nakryciach głowy, o luźnym ubiorze, najlepiej w jasnych kolorach, piciu wody, na przykład z dodatkiem soku z cytryny, zimnych okładach.

          Inni z kolei narzekają, że społeczeństwo się za bardzo roznegliżowuje i mamy obywateli paradujących po ulicach prawie nago. Mężczyźni zdejmują koszulki i wkładają je sobie za pasek u spodni, jak nie przymierzając ręcznik, kobiety noszą sukienki, które ledwo co zakrywają. Jak stwierdziła jedna pani:  noś ubiór, który nadaje się do Twojego ciała takim, jakie jest, a nie ubiór do ciała, jakie chciałabyś mieć. Pojawiają się też protesty mężczyzn, którzy chcieliby ubrać się do pracy w krótsze spodnie i móc się nieco ochłodzić. Dzisiaj w mediach pojawiły się informacje o mężczyźnie, który przyszedł do pracy w smart shorts czyli nieco skróconych spodniach garniturowych, ale jego menadżer odesłał go do domu, by się przebrał. Ten zdenerwowany sytuacją i upałem w biurze postanowił przywdziać sukienkę swojej dziewczyny, którą ona nosi do pracy i mimo, że jest dość krótka, jest akceptowana. Menadżer nie znalazł w dress code policy punktu, który zabraniałby mężczyźnie przyjść do pracy w sukience i tak pracownik ów stworzył precedens. Firma zgodziła się na krótsze spodnie w pracy, szczególnie, że jako pracownik call centre mężczyzna nie miał bezpośredniego kontaktu z klientami firmy. Niektórzy argumentują zakaz noszenia szortów tym, że nie chcą oglądać w pracy owłosionych nóg kolegów, ale bądźmy szczerzy, koleżanki też nie zawsze są wydepilowane.

         

          Drugi protest zasłynął w mediach za sprawą chłopców ze szkoły w hrabstwie Devon, którym również nie pozwolono nosić krótkich spodenek do szkoły. Zamiast tego pożyczyli do swoich koleżanek i sióstr spódniczki i wzorem szkockich pobratymców przyszli dzisiaj w spódniczkach do szkoły. Muszę tutaj oddać sprawiedliwość szkole mojej córki, że pozwoliła dzieciom od początku tygodnia chodzić do szkoły w szortach – w stroju na WF czyli Physical Education i uczniowie mają do wyboru, czy przyjść w normalnym uniformie, czy w stroju sportowym. Chociaż trochę im dzięki temu chłodniej. Zosia też mogła skorzystać z tej opcji, ale jej w spódnicy było już wystarczająco wygodnie.

          Tymczasem nasza lokalna stacja radiowa BBC Radio Derby przypomina lato 1976 i sztandarowe przeboje z tego upalnego czerwca. Co było wtedy na topie? Abba “Dancing Queen”, Elton John “Don’t go breaking my heart”. Ja miałam wtedy niecały roczek i nie wiem, czy w Polsce było wówczas upalnie, ale zawsze lubiłam ciepłe lato, bo oznaczało to kąpiele i pływanie w jeziorze lub rzece, dojrzałe, słodkie truskawki, czereśnie, pełne karotenu marchewki. Gorące lato dzieciom nie przeszkadza, bo nie mają obowiązków, nie muszą chodzić do pracy i wciśnięte w swoje formalne ubiory stawiać czoła wysokim temperaturom. Póki co cieszymy się ciepłem, ale na horyzoncie zbierają się dziś chmury, więc obiecywana od dwóch dni burza może wreszcie nadejść. Rośliny w naszym ogrodzie na pewno ucieszą się z deszczu, potem poprosimy słoneczko z powrotem. Nie mamy nic przeciwko niemu.

czwartek, 08 czerwca 2017
          Kiedy przeprowadzaliśmy się do Wielkiej Brytanii, do Derby, był koniec października. Dziewczynki zaczęły chodzić do szkoły 3 listopada. Jedną z pierwszych uroczystości, jakie odbywały się w szkole, w których brały udział, był Remembrance Day -  11 listopada. Data jest nam wszystkim znana, dla Polaków ma dodatkowy wydźwięk, bo jest związana z odzyskaniem przez Polskę niepodległości po rozbiorach. Dla Brytyjczyków jest to rocznica końca Wielkiej Wojny, jak zwykło się ją tutaj nazywać – Great War. Wojny, która tak naprawdę zaczęła dwudzieste stulecie, wojny, która pokazała, do czego doprowadziła polityka imperiów, która przewartościowała społeczeństwo brytyjskie, zatarła w pewnej mierze ogromne różnice klasowe. Na wojnę poszli oficerowie, wywodzący się z arystokracji, pracownicy ich posiadłości, mężczyźni z okolicznych wiosek, robotnicy z miast i miasteczek. Walczyli  ramię w ramię, ginęli obok siebie, śmierć nie oszczędzała i nie wybierała.
 
             Po wojnie na placach miast, przy kościołach i katedrach, w wioskach stanęły obeliski, pomniki lub powieszono pamiątkowe tablice z nazwiskami chłopców, młodzieńców i mężczyzn, którzy polegli w obronie ojczyzny. Od tamtego czasu 11 listopada obchodzono się jako dzień pamięci o poległych w Wielkiej Wojnie. Po 27 latach niestety na tablicach trzeba było dopisać nazwiska żołnierzy poległych w II Wojnie Światowej. Teraz 11 listopada jest dniem upamiętniającym żołnierzy poległych we wszystkich konfliktach zbrojnych. Przy pomnikach i obeliskach, na ich mogiłach składa się wieńce z maków. Czasami świeżych, czasami sztucznych, ale maków, które symbolizują krew przelaną w obronie ojczyzny. Znamy ten symbol, znamy czerwone maki spod Monte Casino. Symbol czerwonych maków był obecny w kulturze europejskiej od dawna, jako symbol snu, czerwieni krwi, ale po bitwach we Flandrii I walkach w okopach, gdzie rosło dużo czerwonych maków, przybrał on jeszcze to dodatkowe znaczenia. W Polsce  maki nie są tak popularne, ale w Wielkiej Brytanii pojawiają się wszędzie, ludzie noszą je wpięte jako broszki, metalowe, plastikowe, papierowe, robione z włóczki, przyczepiają do samochodów, żeby pokazać, że pamiętają, szanują, doceniają i nie chcą więcej wojen i ich ofiar.

           Dlaczego piszę o 11 listopada, dniu pamięci i rocznicy końca I Wojny Światowej, w czerwcu? Bynajmniej nie dlatego, że pogoda za oknem przypomina te typowo listopadową, chmurną, wietrzną i deszczową. Piszę o tym dlatego, że do Derby jako kolejnego z 19 planowanych, 10. miejsca w Wielkiej Brytanii przybyła instalacja artystyczna – czerwonych ceramicznych maków, które tworzyły słynną instalację artystyczną w 100. rocznicę wybuchu I Wojny Światowej przy twierdzy Tower w Londynie. Instalacja dwóch artystów Paula Cumminsa i Toma Pipera nazwana Blood Swept Lands and Seas of Red została zainspirowana wierszem żołnierza, nieznanego z imienia, który zginął w okopach we Flandrii, zaczynającego się od tych właśnie słów. Instalacja w Londynie trwała od lipca do listopada 2014 roku. Składała się z 888.246 ceramicznych czerwonych maków, z których każdy reprezentował żołnierza poległego na wojnie, który wywodził się ze Zjednoczonego Królestwa lub jego kolonii.

           Twórcą instalacji jest lokalny artysta ceramik pochodzący z Chesterfield, Paul Cummins, który z pomocą projektanta, Toma Pipera stworzył morze czerwonych maków, każdy wykonany ręcznie metodą wyrabiania gliny i tworzenia ceramiki z czasów I Wojny Światowej. Maki były produkowane w warsztacie Paula Cumminsa w Pride Parku w Derby, część z nich była również produkowana w Stoke-on-Trent, które znane jest z przemysłu ceramicznego. Morze kwiatów zostało zaaranżowane przy twierdzy Tower w taki sposób, by wyglądało jak ogromna kałuża krwi wypływającej z jednego z okien twierdzy – płaczącego, szlochającego okna "Weeping Window".

           Pierwszy mak został “posadzony” 17 lipca 2014 roku. W przygotowaniu całej instalacji i „posadzeniu” ponad 800 tysięcy maków brało udział 17 tysięcy wolontariuszy. Instalacja  została odsłonięta 5 sierpnia w rocznicę przystąpienia Zjednoczonego Królestwa do wojny w 1914 roku. Całość była gotowa na 11 listopada 2014 na Remembrance Day.  Po 11 listopada kwiaty zostały sukcesywnie usuwane z ekspozycji i wysyłane osobom, które je zamówiły i kupiły za cenę £25. Dochód z tego przedsięwzięcia szacowany jest na £15 mil0ionów funtów i został przekazany na rzecz sześciu fundacji, które pomagają weteranom i ofiarom konfliktów zbrojnych. Jeden z maków znajduje się chociażby w szkole Derby Moor, w której jestem na swoim dyżurze w każdy czwartek.
 
           Część ekspozycji, która wylewała się z okna i była oparta na stalowej konstrukcji, została rozebrana i ogłoszono, że będzie ona wędrować po Wielkiej Brytanii przez kolejne 4 lata aż do 2018 roku, kiedy zostanie przekazana do muzeum w Londynie i Manchesterze - Imperial War Museums. Wszyscy ci, którzy nie mogli zobaczyć jej w Londynie, będą mogli też podziwiać ją i zadumać się nad nią w swoich miastach. W kwietniu 2016 roku maki dotarły na Orkady, do Kirkwall i były zainstalowane przy wieży katedry Św. Magnusa. Upamiętniały one 100. rocznice bitwy o Jutlandię, największego morskiego przedsięwzięcia, w które była zaangażowana Wielka Brytania w czasie I wojny światowej. I chociaż nie udało nam się zobaczyć maków w czasie ekspozycji w Londynie to mieliśmy to szczęście, że akurat wtedy byliśmy na naszej wyprawie na Orkady i zobaczyliśmy je z bliska.

 
           Teraz przyszedł czas na Derby. Maki przyjechały do nas. Przez kilka ostatnich dni były montowane przy oknie i wieży Silk Mill, zabytkowego budynku w centrum miasta nad rzeką Derwent, który jest muzeum techniki i przemysłu. Silk Mill był pierwszą na świecie manufakturą, stąd wzięła swoje początki rewolucja przemysłowa. Zamontowanie maków w tym miejscu, nie przy katedrze, nie przy pomniku upamiętniającym ofiary wojny na głównym placu miasta ma również swój wydźwięk. Pokazuje, że ofiary wojny pochodziły również z takich miejsc. Robotnicy, pracownicy warsztatów, manufaktur, fabryk, którzy ciężko pracowali, utrzymywali swoje rodziny , ale również swoją pracą rozwijali przemysł i handel w swoim kraju. Poszli walczyć na wojnę i wielu z nich zginęło. Kiedy jechałam dzisiaj do pracy, kątem oka widziałam już maki na wieży Silk Mill, która mignęła mi między budynkami w centrum. Dzisiaj jest tylko pokaz dla prasy, ale mam nadzieję, że w czasie weekendu wybierzemy się, żeby ją dokładnie obejrzeć, podziwiać, porozmyślać. Instalacja będzie w Derby od 9 czerwca do 23 lipca. Maki w Derby są u siebie w domu, mam więc nadzieję, że wzbudzą zainteresowanie.
Silk Mill Derby poppies
            W całej historii płaczącego makami okna jest również polski akcent. W produkcji maków brała udział polska artystka ceramik, Joanna Dawidowska.
Joanna Dawidowska
 
piątek, 02 czerwca 2017

           Obudziłam moje bąble przytulaskami i całuskami przed wyjściem do pracy i obiecałam, że będziemy świętować, kiedy wrócimy z Piotrem z pracy albo w weekend zrobimy sobie coś fajnego. Zawsze wychodziliśmy z Piotrem z założenia, że nie sztuką jest robić wielkie halo z okazji Dnia Dziecka, Dnia Matki czy Dnia Ojca lub na przykład Walentynek raz do roku, ale sztuka jest dbać o to, by każdy dzień w rodzinie był dobry. Kiedy ma się w domu dwie nastolatki z przechodzącą burzą hormonów i zdawaniem egzaminów jednocześnie, to czasem trudno o spokojną atmosferę. Sama pamiętam, że dawałam się moim rodzicom we znaki w tym okresie. Ale z drugiej strony wolę, żeby moje dzieci mogły się wykrzyczeć i wypowiedzieć, żeby oczyścić atmosferę niż miałaby mieć ciche dni i tłumić emocje w sobie, które mogą być nawet po wielu latach szkodliwe jak nagromadzone w ciele toksyny. Nie ma nic gorszego niż cisza, kiedy już nikt nie rozmawia, nikt się nie kłóci, bo to znaczy, że już nikomu na niczym nie zależy. Kiedy wychodziliśmy z domu dziewczyny współpracowały, robiąc sobie śniadanie, mam nadzieję, że miło spędzą ze soba dzień, kolejny dzień ich ferii szkolnych.

              Jak będziemy świętować Dzień Dziecka? Prezenty przyjechały wczoraj z Polski, Piotr wrócił po kilku dniach wizyty w Warszawie. Może pójdziemy sobie do kina albo na spacer, albo w czasie weekendu wybierzemy się na wycieczkę w zależności od tego, jaka będzie pogoda i czy Basia będzie mogła na trochę odpocząć od nauki przed kolejnymi egzaminami w przyszłym tygodniu. Dzień Dziecka nam się należy, nawet tym dużym czterdziestoletnim dzieciom, które już mają dzieci. I tak sobie kombinuję, jak ja bym najchętniej spędziła taki Dzień Dziecka. Czasami, kiedy jesteśmy zmęczeni po całym tygodniu pracy, nie mamy siły na nasze obowiązki i najchętniej bachnęlibyśmy się z książką na łóżku albo w ogródku nic nie robiąc, to mówimy, że mamy Dzień Dziecka. Ale taki porządny Dzień Dziecka, jak chciałabym go spędzić?

            Wróciłabym do swoich ulubionych zabaw z czasów, kiedy miałam 10 lat na przykład. Poskakałabym w gumę na podwórku z koleżankami, pograła w siatkówkę i pobawiła się w chowanego. Poszłabym do kina na „ET” lub „Niekończącą się opowieść”. Na pewno kupiłabym sobie obwarzanki opoczyńskie i rurki z kremem w kiosku przy mleczarni, a może nawet bym zaszalała i kupiła sobie ptysia z kremem cytrynowym. Potem poszlibyśmy całą rodziną na spacer nad Zalew Opoczyński pobawić się na placu zabaw albo na błonia za stadionem. Kto wie, może nawet wzięlibyśmy rowery i pojechali na wycieczkę do lasu. Nikt się wtedy nie martwił kleszczami. Mama zrobiłaby nam ciasto biszkoptowe z galaretką i truskawkami, może byłyby już czereśnie. Wieczorem pograłabym z tatą w warcaby albo w karty. Wrócić do zabaw, smaków dzieciństwa, spędzić czas z rodzicami, nigdzie się nie spiesząc, pośmiać się, odpocząć. Piotr twierdzi, że pewnie zbudowałby coś z klocków Lego. Staramy się pielęgnować nasze wewnętrzne dzieci w sobie, duch ochoczy, tylko ciało ma już ponad 40 lat 😊.

             Życzę sobie i Wam wspaniałego Dnia Dziecka, niech się Wam spełnią marzenia małe i duże, dla małych i dużych dzieci. A najbardziej całuję moje dziewczyny, takie już duże i mądre oraz ślę uściski, całuski i ciasteczka dla mojej malutkiej bratanicy Weronisi, niech rośnie zdrowa!

Ps. Poszliśmy wieczorem do kina na piątą cześć Piratów z Karaibów. Scenariusz trochę powiela schematy z pierwszej części, Javier Bardem był świetny w roli strasznego kapitana Salazara. A film się wpisał w Dzień Dziecka, bo w sumie opowiada historię dwojga dzieci, które poszukują swoich rodziców, tego, co im pozostawili i sposobu, by ich dla siebie odnaleźć.

środa, 31 maja 2017

            Podobno w Polsce na matury nie zakwitły kasztany. Taki psikus aury - zimnego początku maja i biedne kasztany się nie wyrobiły. Trudno im się dziwić w tym zmasowanym ataku mrozu, śniegu, gradu i szronu. U nas wszystko zakwitło, ale bądźmy szczerzy, kasztany w Wielkiej Brytanii mają przewagę nad polskimi nie tylko z racji cieplejszego klimatu, ale również dat egzaminów. I teraz trzeba się zdecydować, czy bierzemy pod uwagę małą czy dużą maturę. Tak naprawdę to są moje robocze nazwy, ponieważ system edukacyjny Wielkiej Brytanii jest skonstruowany nieco inaczej niż polski, przynajmniej w kształcie, jaki znaliśmy dotychczas. Uczniowie do ukończenia 11. roku życia uczęszczają do szkoły podstawowej, a kiedy kończą klasę 6., przechodzą do szkoły secondary – czyli odpowiednika polskiego gimnazjum. Tam kontynuują naukę przez następne 5 lat aż do klasy 11. Wtedy właśnie przychodzi czas na małą maturę czyli egzaminy GCSE  z większości przedmiotów, których uczniowie uczyli się przez te 5 lat. Jest pula przedmiotów obowiązkowych, które muszą zdać wszyscy oraz 3 przedmioty, jakie wybrali sobie dodatkowo. Tak się akurat składa, że w tym roku przyszła kolej na naszą Basię, która już drugi tydzień pisze po kolei egzaminy z przedmiotów obowiązkowych i dodatkowych. A że niektóre przedmioty są rozbite na dwie lub trzy części to w sumie ma tych egzaminów 16.

          Egzaminy GCSE (General Certificate of Secondary Education) w Wielkiej Brytanii to jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu roku szkolnego. Podsumowują one edukację ucznia na poziomie secondary i zaświadczają o kwalifikacjach zawodowych 16-letniego młodego człowieka. Jeszcze do niedawna po egzaminach GCSE kończyło się obowiązkowy etap edukacji  i można było starać się o pracę. Niestety, wśród młodych ludzi panowało tak wysokie bezrobocie, że kilka lat temu rząd podjął decyzję, że edukacja będzie obowiązkowa do 18. roku życia. W praktyce oznacza to, że większość młodych ludzi albo kontynuuje naukę robiąc dużą maturę, jeśli chcą iść na uniwersytet lub robią kursy na college’u, które również otwierają szansę na studia. Można też zacząć pracować, ale tylko pod warunkiem, że łączy się to jednocześnie z kursami lub szkoleniami.

          Nic więc dziwnego, że GCSE jest kamieniem milowym w życiu młodego człowieka. Jest to bardzo duże obciążenie dla uczniów – muszą zdać egzamin z angielskiego, matematyki, science na poziomie podstawowym lub rozszerzonym, a do tego jeszcze przedmioty dodatkowe. Basia wybrała sobie geografię, historię i dramę. Trudno jej się było zdecydować, bo z większości przedmiotów ma świetne wyniki. Zastanawiała się też nad muzyką i sztuką, ale w końcu ku rozczarowaniu nauczycieli tych przedmiotów, wybrała dramę. W tej sytuacji nauka do dużej matury i zdawanie tylko 3 przedmiotów już wydaje się dużo łatwiejsze. Muszę przyznać, że kiedy obserwuję Basię od wielu miesięcy, jaki ma system nauki, przygotowywania się do egzaminów, to jestem pełna podziwu i dumy. Zawsze była bardzo konsekwentna, zorganizowana i przygotowywała się rzetelnie do egzaminów na koniec każdego roku ze wszystkich przedmiotów. Jej systematyczność teraz procentuje, ponieważ musi sobie tylko przypomnieć to, czego uczyła się wcześniej. W przypadku wielu młodych ludzi powtórki do egzaminów to nie są powtórki tylko nauka tego materiału zupełnie od nowa.

            Mam porównanie między Basią, a moimi uczniami w szkołach, w których pracuję i widzę często młodych ludzi, którzy zupełnie lekceważą sobie egzaminy lub nie zdają sobie sprawy, jak mogą one zaważyć na ich przyszłości. Być może wychodzą z założenia, że system edukacji w UK zawsze daje Ci możliwość powrotu, nadrobienia lub poprawienia tego, czemu nie podołałeś w szkole. Możesz już jako dorosła osoba wrócić na college, zdać egzaminy, ale już nigdy nauka nie będzie taka łatwa, przyjemna i darmowa jak w szkole. Sama się przekonałam, jak to jest studiować, kiedy jest się wolnym ptakiem, bez zobowiązań, kiedy możesz skupić się tylko na nauce, a jak to jest uczyć się do egzaminów, kiedy masz już rodzinę, pisać wieczorami eseje i prace zaliczeniowe. To są zupełnie dwa różne światy.

            Problemem jest też podejście nauczycieli. Od lat obserwuję metody nauczania niektórych przedmiotów w czasie lekcji, na których pomagam moim podopiecznym i czasami łapię się za głowę. Niejednokrotnie musiałam poprawiać nauczyciela, uściślać rzeczy, które podają dzieciom. Niektórzy myślą, że jestem wykwalifikowaną nauczycielką chemii, biologii, historii, kiedy widzą, jak pracuję z moimi uczniami. A to tylko moja wiedza z liceum. Rola nauczyciela w niektórych szkołach średnich w Derby sprowadza się do powielania z roku na rok prezentacji w PowerPoint. Potem uczniowie też stosują metodę copy-paste, przepisywania z podręczników. Bywam na lekcjach chemii, biologii czy geografii, gdzie z ust nauczyciela nie pada ani jedna merytoryczna uwaga, wyjaśnienie. Kiedy przychodzi do egzaminów, skupiają się jedynie na technice wypełniania testów, a nie wiedzy, która w tych testach ma być użyta.

             Basia zdaje dzisiaj kolejny egzamin z matematyki, myślę o niej i wspieram ją pozytywną energią. Myślę też o moich uczniach, których poznałam w ramach przygotowań do egzaminu GCSE z polskiego. To taka mała egzotyka w UK. Zapomniałam przecież wspomnieć, że uczniowie zdają również egzamin z języka obcego. Mogą wybrać hiszpański, francuski, niemiecki, w niektórych szkołach uczy się urdu, punjabi lub włoskiego. Ciekawe jest to, że język polski został wraz z językiem rosyjskim zarejestrowany jako język obcy, z którego uczniowie mogą zdawać egzamin GCSE w Wielkiej Brytanii. Daje to dodatkową możliwość dzieciom, które mówią w domu po polsku, by wykorzystały swoje umiejętności i zdały egzamin z tego języka i powiększyły w ten sposób swoją pulę punktową przy ubieganiu się o miejsce w sixth form – dużej maturze lub na college’u.

           Egzamin GCSE z polskiego jak z większości języków obcych składa się z czterech części – słuchania ze zrozumieniem, czytania ze zrozumieniem, mówienia oraz pisania. Basia zdała ten egzamin dwa lata temu, żeby już mieć go z głowy, kiedy przyjdzie pora na egzaminy z innych przedmiotów. Dla niej było to dość łatwe, czyta i pisze po polsku bez najmniejszych problemów, może czasem zabraknie jej właściwego słowa. Podejrzewam jednak, że Zosia już nie da rady podejść do tego egzaminu, nigdy nie uczęszczała do polskiej szkoły, nawet nie zdążyła być w przedszkolu.  Mimo starań mamy polonistki pisanie po polsku sprawia jej trudność, bo w pewnym momencie musieliśmy się skupić bardziej na angielskim. Ze słuchaniem i mówieniem być może dałaby sobie radę, ale czytanie i pisanie byłyby już dla niej zbyt trudne.

           Wiele polskich uczniów zdecydowało się w tym roku zdawać ten egzamin i wtedy szkoły zwróciły się do mnie o pomoc w przygotowaniu ich do tego egzaminu. Trzeba przyznać, że to była bardzo interesująca przygoda spotkać młodych ludzi w wieku mojej córki rozsianych po szkołach średnich w Derby, poznać ich zainteresowania, zapatrywania, sposób myślenia, gusty muzyczne, ich historie, jak długo mieszkają w Anglii, jakie są ich plany na przyszłość. Nie jestem egzaminatorem, wszystko ocenia komisja w Londynie, ale przeprowadzam egzamin z mówienia, do którego uczeń potrzebuje interlokutora – partnera do rozmowy w języku, który zdaje, żeby zaliczyć tę część egzaminu. Niektóre szkoły podeszły poważnie i odpowiedzialnie do tego tematu i zwróciły się do mnie o pomoc już w styczniu, żeby uczniowie mieli wystarczająco dużo czasu na przygotowanie. Inne szkoły jednak obudziły się z letargu na kilka tygodni przed datą dostarczenia nagrania egzaminu do komisji w Londynie i wtedy zaczął się wyścig z czasem. Jak przygotować uczniów w ciągu 3 lekcji do tego, nad czym z innymi grupami pracowałam 3 miesiące. Koniec końców przetestowałam 15 uczniów i teraz trzymam kciuki za ich pisemne egzaminy z polskiego i innych przedmiotów, które zdają.

           Maj się dzisiaj kończy, kasztany przekwitają. Dzisiaj w Derby jest najcieplejszy jak dotychczas dzień w roku. Niebo niebieskie, bezchmurne, powodzenia maturzyści!


niedziela, 28 maja 2017

           Od kiedy pamiętam mieliśmy w domu rower, rowery. Moim pierwszym był legendarny niebieski pelikan, na którym uczyłam się jeździć. Tata wkładał porządny kij za moje siedzonko i pomagał mi utrzymać równowagę, aż któregoś dnia, w słoneczny wieczór na ulicy Szewskiej, puścił nic mi nie mówiąc, bo już wiedział, że sobie poradzę. Uwielbiałam pelikana za wygodne siodełko, bagażnik na którym woziłam swojego brata. Nieważne były odarte łokcie i kolana, to była cena wolności. Tata uczył mnie przepisów ruchu drogowego, znaków, zabierał mnie do miasteczka ruchu drogowego blisko zalewu w Opocznie (teraz jest tam warsztat samochodowy, gdzie w wakacje oddaje samochód na przegląd i wspominam tamte chwilę z nutką nostalgii). Tata sam miał rower, szary składak, którym jeździł wszędzie. Rowery nie były wówczas modnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, ale koniecznym środkiem transportu. W czasach bonów, punktów, zdobywania samochodów w kolejkach społecznych i po znajomości w partii samochód był dobrem nieosiągalnym dla moich rodziców. Pierwszy samochód tata kupił dopiero latem 1990 roku, kiedy miałam iść do liceum i dopiero wtedy zrobił prawo jazdy. Ale samochód nie służył mu do codziennego poruszania się po mieście, jeżdżeniu do pracy. Wolał jeździć rowerem, bo tak było taniej i zdrowiej, samochód wyciągał z garażu na ważne, specjalne okazje lub kiedy musiał przewieźć coś, czego nie dało się przewieźć na rowerze, albo zabrać całą rodzinę gdzieś dalej, gdzie nie dawało się dojechać rowerem.


              Bo rowery mieliśmy wszyscy, a moją siostrę tata woził w siodełku na kierownicy. Rodzice jeździli nimi nawet na wieś do mojej babci i dziadka, 10 km od Opoczna. Ja najbardziej z dzieciństwa pamiętam wyprawy do lasu, na grzybobranie, jechanie pustymi polami, gdzie potem wybudowano osiedle, na którym zamieszkaliśmy. Z nowego mieszkania mieliśmy bliżej do lasu i na pola. Kiedy miałam 13 lat, w nagrodę za dobre stopnie, tata kupił mi nowy rower, czerwoną damkę. Z pelikana już wyrosłam i jeździł na nim mój brat, przyszedł czas na nowy pojazd. Jaka ja byłam dumna i szczęśliwa, koleżanki mi zazdrościły i każdy chciał się nim przejechać. Ten rower był moim najwierniejszym przyjacielem, lekarstwem na stres, nerwy, na wszystkie smutki. Kiedy rodzice wracali z pracy, mogłam wyjść na rower, do lasu, na pola, pod okna chłopca, w którym się aktualnie podkochiwałam, na wieczorny objazd maista, przed siebie, gdzie opony poniosą.

            Mój tata zawsze kibicował kolarzom. Jego legendą był Ryszard Szurkowski i Wyścig Pokoju. Pamiętam, kiedy przez Opoczno jechał raz Wyścig Pokoju, a faworytem był Lech Piasecki. Staliśmy przy Zamku Kazimierzowskim na ulicy 17 stycznia i czekaliśmy na peleton chyba ze dwie godziny. Kiedy już dojechali, przelecieli koło nas z górki w ciągu 5 sekund, nawet nie dało się im dobrze przyjrzeć, ale darliśmy się na całe gardło, żeby im kibicować. Potem, kiedy tata miał już dostęp do Eurosportu, rytuałem lata były transmisje z Tour de France. Tata wracał do domu po 14.00, zjadał szybko obiad i musiał zobaczyć chociaż końcówkę etapu wyścigu. Kibicował góralom na górskim premiach i nie cierpiał Rosjan,którzy się strasznie rozpychali w peletonie, stwarzając niebezpieczeństwo dla innych zawodników. Najmilej wspominam wyścig w 1993 roku, kiedy w Tour de France brał udział Zenon Jaskuła. Zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej i wygrał 16. etap. Pamiętam, że wyjechałam z przyjaciółmi pod namiot do Miedznej Murowanej i straciłam łączność ze światem, mieliśmy tylko małe radio na baterie, które odbierało dziwne stacje, żadnych wieści o kolarzach. Kiedy tata przyjechał do nas któregoś dnia, żeby sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku i dowieść nam prowiant, pierwsze, o co zapytałam to, jak tam jedzie Jaskuła w wyścigu. Moi koledzy byli zszokowani, skąd u mnie ta pasja, a to w genach.

              Kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, tęskniłam strasznie za moim rowerem i żałowałam, że nie mogę go mieć ze sobą w akademiku. Ale w czasach moich studiów jeszcze nie było modne dojeżdżanie na uczelnie rowerem  i nie było ku temu warunków. Nie było jeszcze Venturilo, niestety. Kiedy zamieszkaliśmy razem z Piotrem, jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiliśmy były rowery. I znowu można było wyruszyć na podbój wiślanych wałów, Pól Mokotowskich. Sieć ścieżek rowerowych nie była wtedy jeszcze tak dobrze rozwinięta, ale nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Rowery dawały nam radość, wolność, niezależność. Do czasu, kiedy ktoś je nam ukradł z piwnicy, kiedy wyjechaliśmy do naszych rodzin na 1 listopada. Pamiętam złość i frustrację Piotra, to uczucie, że ktoś Ci ukradł kawałek wolności, odarł Cię z radości. To już nie chodziło nawet o rzecz samą w sobie, chodziło o pozytywne uczucia, emocja, przygody, wspomnienia.

            Kiedy przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania po urodzeniu się Basinki, wyciągnęliśmy wnioski. Najpierw założyliśmy porządne drzwi w piwnicy, a potem kupiliśmy nowe rowery w komplecie z siodełkiem. Praktycznie jak tylko Basinek zaczęła siedzieć, woziliśmy ją na przejażdżki, uwielbiała w nim spać i majtać nóżkami. A potem historia zatoczyła koło. Basia dostała pierwszy rowerek od swojego pradziadka i zaczęła jeździć z kijem wetkniętym za siodełko w parku Żołnierzy Radzieckich na Ochocie. Dwie szczotki straciły swoje kije, ale Basinka dzielnie jeździła, najpierw z kółkami dokręcanami do boków, a potem już samodzielnie. Zosia odziedziczyła potem rowerek po starszej siostrze i też zaczęła śmigać. Kiedy jeździliśmy na wakacje do Opoczna, Basia uwielbiała jeździć z dziadkiem na działkę rowerami, w kasku jak na bezpiecznego cyklistę przystało. Jechała za dziadkiem i czuła się taka duża. Zawsze rozbawiała mnie powaga, z jaką dziękowała kierowcom, podnosząc dłoń w pozdrowieniu za to, że ją przepuszczali.

            Jednak rower o mały włos nie zabrał mi taty. Ale, co ja mówię, to nie była wina roweru, to była wina palanta, który potrącił mojego tatę, idioty, który w swoim samochodzie czuł się panem na drodze i nie ustąpił pierwszeństwa rowerzyście. Rower nic tu nie zawinił.

            Rowery przyjechały z nami do Ukeju, nadal mamy z Piotrem te same od 16 lat. Dziewczyny oczywiście zmieniały już swoje kilka razy, bo rosły. Sezon mamy w pełni, na dachu mojego samochodu na dobre zagościł bagażnik na rowery i jeśli tylko pogoda dopisuje pakujemy nasze cztery dwuślady i ruszamy w trasę. A pięknych szlaków rowerowych w naszej okolicy nie brakuje. Wystarczy pojechać nad rzekę, do Peak District, tyle pięknych miejsc do odkrycia. W Peak District zbudowano szlaki rowerowe na miejscu dawnych torów kolejowych wiodących przez wzgórza Derbyshire. Dzięki temu szlaki nie mają dużego nachylenia, czy różnicy poziomów. Wspinają się powoli pod górkę, ale nie jest to bardzo męczące, nawet początkujący rowerzyści dają radę. Szlaki nad kanałami też są wyjątkowo piękne na miejscu dróg, którymi chodziły konie ciągnące barki kanałami i rzekami zanim barki miały swoje silniki. Teraz korzystają z tego rowerzyści. Z Ashbourne prowadzi szlak rowerowy nawet do samej Szkocji, jeśli ktoś ma ochotę przejechać szlak wzgórz Pennines.


           Jeździmy tymi szlakami, pomęczymy się trochę, ale to nam zawsze dobrze robi. Zachwycamy się pięknem krajobrazów i głęboko oddychamy. Wolnością...

poniedziałek, 28 listopada 2016


      W miniony poniedziałek obchodziłam małą rocznicę. Małą, bo tylko 5-letnią, a w perspektywie 40 lat życia, 5 zaczyna być małą jego cząstką. W poniedziałek minęło 5 lat od kiedy pracuję oficjalnie na obecnym stanowisku. Pierwszy i najważniejszy aspekt tej rocznicy wcale nie dotyczy moich osiągnięć, ani perspektyw rozwoju mojej kariery czy podwyżki, ale tego, że zwiększa mi się przysługująca mi rocznie ilość urlopu. Od kiedy mamy nowe umowy i nie mamy wolnych wakacji szkolnych, każdy dzień urlopu jest na wagę złota. Przybyło mi 5 dni i bardzo mnie to cieszy.

      Wydawało się, że przyjeżdżamy do Derby tylko na chwilę, przejściowo, najwyżej na dwa lata, by potem ruszyć dalej. A tutaj proszę, jakie zakorzenienie na stacji przesiadkowej, mieszkamy tutaj już 8 lat, a ja na oficjalnym etacie w councilu od 5. Zorientowałam się niedawno, że nasz dom w Derby stał się miejscem , w którym mieszkamy najdłużej ze wszystkich naszych dotychczasowych wspólnych domów. Zasiedzieliśmy się jednym słowem. Nie żeby nie było opcji przeprowadzkowych, projektów i propozycji. Dużo łatwiej jednak było przemeblowywać nasze życie, kiedy w głównej mierze dotyczyło to mnie i Piotra, ale kiedy w grę zaczęły wchodzić szkoły dziewczynek, ich edukacja, jej ciągłość i wpływ naszych wędrówek na ich przyszłość, trzeba było poskromić swoje ciągoty i osiąść na dłużej w jednym miejscu, by dać im możliwość ukończenia szkoły na poziomie małej lub dużej matury. Nawet gdybyśmy rozważali teraz powrót do Polski, nie mielibyśmy sumienia zafundować dziewczynkom bycia mięsem armatnim “reformy edukacji”, która ma tam teraz miejsce.

       Zastanawiam się, co zmieniło się przez te 5 lat. Tak naprawdę w naszej pracy ciągle się coś zmienia, a nam pozostaje się do tych zmian dostosować. Wiele zespołów, które działały na polu edukacyjnym równolegle do nas, przestało istnieć. Z jednej strony to wina kryzysu finansów publicznych w Wielkiej Brytanii i cięć budżetowych, ale również procesu akademizacji szkół i uwalniania się od lokalnych samorządów. Szkoły, które stają się akademiami w Wielkiej Brytanii, są bardziej samodzielne, łączą się w grupy i walczą o swoje budżety bezpośrednio u źródła – budżetu centralnego. Samorządy lokalne przestają nadzorować finanse szkół, a te mogą same decydować, na co chcą wydawać swoje pieniądze. W praktyce oznacza to, że nie są już zobowiązane płacić za usługi lokalnych samorządów, czy serwisów, ale płacić za to, co w ich mniemaniu jest najbardziej ich uczniom potrzebne. W tej całej zawierusze zwolnień, redukcji, cięć budżetowych nasz zespół nadal daje radę utrzymać się na powierzchni, a szkoły są zainteresowane naszymi usługami i chętnie za nie płacą. Wydaje się więc, że niewiele się zmieniło – nadal pomagamy uczniom dwujęzycznym w szkołach, a zmieniło się prawie wszystko.

        Kiedy zostałam zatrudniona, razem ze mną zaczynały 3 inne koleżanki – Estonka, Łotyszka i Polka. Polka miała tylko 1/3 etatu i kończyła studia, więc szybko odeszła z naszego zespołu, zyskała doświadczenie i rozwinęła skrzydła gdzie indziej. My trzy zostałyśmy do dziś wraz z pozostałymi, którzy pracują już w tym zespole dłużej niż ja i z trzema nowymi osobami, które dołączyły do nas 3 lata temu. Z zespołu, który zaczynał w trójkę i wróżono mu najwyżej rok, zespół istnieje ponad 10 lat i ma się dobrze. Ludzie przychodzą, odchodzą, koleżanki rodzą dzieci i idą na macierzyński, ale rok szkolny toczy się dalej i wyznacza nam rytm i tempo naszej pracy. Czasem zdarzają się wolniejsze przebiegi, a czasem nie wiemy, w co mamy ręce włożyć. Ludzie przychodzą do recepcji naszego biura ze wszystkimi swoimi problemami i bolączkami, najczęściej proszą o pomoc w tłumaczeniu z angielskiego na ich rodzimy język. To tylko jeden z wielu rodzajów naszej działalności.

        Jak ja się zmieniłam przez ten czas? Na pewno zyskałam wiele nowych doświadczeń, podszkoliłam nie tylko angielski, ale mój język czechosłowacki. Zyskałam nowe kwalifikacje, zostałam governorem (członkiem rady) w jednej ze szkół i wciąż uczę się tego, jak funkcjonuje ten brytyjski świat.

        Jedno, co się nie zmieniło, to moja niezgoda, niepogodzenie się z krzywdą, dziecięcą krzywdą. Czy można przywyknąć do tego, że dzieci przychodzą do szkoły głodne, w brudnych ubraniach, że nikt w domu nie dba o to, by miały czysty mundurek szkolny, umytą buzię. Niby drobiazgi, ale to się przekłada też na zaniedbywanie wizyt u lekarza, o rejestracji u dentysty czy okulisty już nawet nie wspomnę. Krzywda dzieci, których rodzice uważają, że tak bardzo je kochają, że je ubezwłasnowolniają, traktując je jak żywe lalki do 5. roku życia, nosząc je wciąż na rękach w pieluchach i ze smoczkami w buzi. Które nagle według angielskiego prawa muszą iść do szkoły i są zupełnie do tego nieprzygotowane. Lub dzieci, które są bardzo bystre i mają potencjał, ale nikt ich nie wspiera, nie stymuluje, nie pomaga w rozwijaniu ich talentów w domu i wcześniej czy później zniechęcają się i nie robią już nic. Rodzice, którzy rodzicielstwo pojmują na zasadzie, że mojemu dziecku pozwalam na wszystko i daje wszystko, co mogę bez ustalenia zasad i granic, bez żadnych zaworów bezpieczeństwa. Lub dzieci, których rodzice usilnie starają się zrobić z nich inwalidów, wmówić im niepełnosprawność fizyczną lub umysłową, byleby tylko wyłudzić od państwa więcej zasiłków. Na to nie ma we mnie zgody, nigdy nie było i nie będzie, nie da się do tego przyzwyczaić. Z czasem mam tylko więcej asertywności, by radzić sobie z takimi rodzicami i z własnymi emocjami. Początki odchorowywałam emocjonalnie, teraz już sobie z tym radzę, ale uruchamiam w sobie mechanizmy obronne, by złość, frustrację i bunt przerodzić w czyn i pomoc – dzieciom. Czasem rodzicom też, jeśli chcą z nami współpracować.

       Jutro kolejny dzień w pracy, poranek z maluchami w zerówce, które robią fantastyczne postępy w pisaniu i czytaniu, a popołudnie z juniorami na zajęciach sportowych. Nigdy nie chciałam być nauczycielką i nie chciałam pracować w szkole, ale tak się życie potoczyło, że w tym momencie, na tym etapie właśnie to robię i robię to najlepiej, jak potrafię. Może kiedyś wrócę do innych moich dróżek zawodowych, kto wie, jak się jeszcze życie potoczy. Tymczasem, nawet najbardziej pochmurny dzień potrafi rozpogodzić uśmiech dziecka, które cieszy się na mój widok i okrzyk: „Pani Ewa! Przyszłaś! Cały tydzień na Ciebie czekałem!

środa, 09 listopada 2016

        Kiedy byłam studentką polonistyki, szybko zorientowałam się, że pociąga mnie w literaturze motyw obcości, innej kultury, innego języka, innej religii, mierzenia się z nią, spotykania na swojej drodze ludzi, którzy są inni. Wychowałam się w miasteczku, gdzie w latach 80. starano się zapomnieć, przemilczeć istnienie innych kultur, narodowości, religii, gdzie z synagogi zrobiono kino, a macewy z żydowskiego cmentarza poniewierały się po zarośniętym parku. Rosło we mnie poczucie brakującego elementu, przemilczenia, zaniechania, niedoinformowania. Kiedy na studiach zaczęłam zgłębiać tematykę kultury i religii żydowskiej, wgłębiać się w historię miasta, w którym zamieszkałam na czas studiów, ciągle żałowałam, że nie dane mi było doświadczyć życia w Warszawie przed wybuchem wojny, w ulubionym przeze mnie literacko czasie 20-lecia międzywojennego. Marzyłam, o tym żeby doświadczyć wibrującej wielości, spotykania się światów, przenikania się kultur, języków.

       W ramach pracy magisterskiej tropiłam pogranicza kultur, języka polskiego, niemieckiego, jidysz, chodziłam śladami pisarzy, którzy żyli w tamtych czasach i doświadczali tego, czego sama chciałam dotknąć i spróbować. Czytałam powieści tych, którzy po wojnie poddawali się tej samej tęsknocie i za pomocą literackiego wehikułu czasu wracali w przeszłość. Czytałam o przedwojennym Gdańsku, Wrocławiu, Warszawie, Lwowie i zastanawiałam się, jak współistnieli ze sobą ludzie różnych wiar, języków,  religii. Wszyscy wiemy z historii, że nie były to łatwe czasy. Wrogość między nacjami miała różne podłoża, ale były też przykłady na współistnienie, współpracę, spotkanie, poszanowanie wzajemne swoich wartości bez nacisku na przechodzenie lub opowiadanie się po czyjejkolwiek stronie. Tęskniłam za tym, co utracone, czego nie było mi dane doświadczyć i nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi żyć w jeszcze bardziej zróżnicowanym narodowościowo, językowo, religijnie miejscu niż przedwojenna Warszawa czy Gdańsk. Że sama na własnej skórze poznam siłę słowa „obcy” i „swój” i ta dychotomia będzie mi towarzyszyć właściwie każdego dnia, gdzieś podskórnie lub otwarcie za każdym razem, kiedy, słysząc mój akcent, ktoś z ciekawości zapyta „Skąd jesteś?”.

            Pamiętam, kiedy rozpatrywałam kategorię obcości w przeczytanych książkach, sama jej jeszcze bezpośrednio nie doświadczając. Dzisiaj zerknęłam do mojej pracy magisterskiej i poczytałam sobie moje spostrzeżenia z tamtych notatek, urywków, wniosków, ciągle jeszcze na gruncie warszawskim z niewielkim doświadczeniem  podróży zagranicznych, wychodzenia poza to, co polskie, tropienia śladów dawnych rzeczywistości chociażby ścieżkami Alfreda Doeblina, niemieckiego reportera, który odkrywszy swoje żydowskie korzenie podróżował po Polsce lat 30. XX wieku i zapisał swoje spostrzeżenia w książce „Podróż po Polsce”. Wówczas świat nie dzielił się już na przyjaciół i wrogów. Pojawił się bowiem jeszcze trzeci element – obcy, inny, który nie był ani swoim, ani wrogiem. Wiemy że na płaszczyźnie psychologicznej swojskość niesie ze sobą doznania bezpieczeństwa, akceptacji, zadowolenia, spokoju, neutralności, oczywistości i zrozumiałości, a stąd już niedaleko do nudy i zwyczajności. Obcość natomiast wiąże się z poczuciem zagrożenia, niepokoju, niezrozumiałości, niechęci i zdziwienia, ale także zaciekawienia, fascynacji i zachwytu.

          Kim są ci częstokroć mityczni w wymowie obcy? To wygnańcy, przesiedleńcy, emigranci, tak czy inaczej ludzie, którzy nie mieszkają u siebie. Każdy z nich jest ‘nieswój’, w mocnym, podwójnym sensie tego słowa, dotyczącym poczucia i bycia. Czuje się obcy, ale też i jest obcy, nie swój, z zewnątrz. Pograniczność staje się wielką przygodą. W tej sytuacji obcy staje się alternatywą nowego oglądu świata, dzięki czemu ukazują się nowe podmiotowości. Przenikanie się i mieszanie kultur czyni z pogranicza obszar przejściowy - rodzaj pomostu między wzajemnymi wartościami kultury. Sama stałam się przesiedleńcem, imigrantką, obywatelką Europy, która przeprowadziła się z Polski do Czech, a z Czech do Zjednoczonego Królestwa. Wyszłam ze swoich dotychczasowych ram, sfery komfortu i zaczęłam zmagać się z byciem inną, w innym miejscu i porównywać języki, zwyczaje, miejsca. Cytat z nieocenionej Olgi Tokarczuk z jej najnowszej książki „Księgi Jakubowe” dał mi wiele do myślenia w kwestii swojej obcości i mojego postrzegania innych jako obcych.

           „Jakub zaczął nagle przedstawiać się inaczej niż dotąd (...) Frank, frenk czyli obcy. Nachman wie, że to się podoba Jakubowi – być obcym to cecha tych, którzy często zmieniali miejsce zamieszkania. Mówił Nachmanowi, że najlepiej mu jest w nowym miejscu, bo wtedy jakby świat zaczyna się na nowo. Być obcym to być wolnym. Mieć za sobą wielką przestrzeń, step, pustynię. (...). Mieć swoją historię, nie dla każdego, własną opowieść napisaną śladami, jakie zostawia się po sobie. Wszędzie czuć się gościem, domy zasiedlać tylko na jakiś czas, nie przejmować się sadem, raczej cieszyć się winem, niż przywiązywać do winnicy. Nie rozumieć języka, przez co widzieć lepiej gesty i miny, wyraz ludzkich oczu, emocje, które pojawiają się na twarzach niby cienie chmur. Uczyć się cudzej mowy od początku, w każdym miejscu po trochę, porównywać słowa i znajdować porządki podobieństw. Trzeba tego stanu [obcości] uważnie pilnować, bo daje ogromną moc.”(str. 732)

         Zrozumiałam, że patrząc na moją ścieżkę z perspektywy czasu, też pociągało mnie coś nie tylko w innym obcym, ale w byciu samemu obcym, nowym. Czekałam, kiedy pójdę do nowej szkoły, by dać sobie szansę na nową siebie, bałam się zmiany, ale jednocześnie cieszyłam się na nią. Czekałam, kiedy wyjadę na studia, żeby zostawić pewien etap za sobą,  jak wąż zrzucić starą skórę, dać sobie nową twarz, spojrzeć na siebie w innym świetle. Potem status obcości dawały miejsca pracy, a potem przeprowadzki w inne miejsca. Z jednej strony człowiek ma potrzebę bycia przyjętym, zaakceptowanym, ale z drugiej strony bycie nowym, obcym daje mu poczucie wyjątkowości swojej sytuacji. Możesz tworzyć swój świat na nowo tak jak Jakub. Kiedy przychodzi Ci wyjechać do innego kraju, zacząć żyć w innej kulturze, porozumiewać się innym językiem, a jednak mieć dla siebie cały czas oazę własnego języka i kultury, jesteś swój dla podobnych Tobie, a jednocześnie obcy dla tutejszych. W jakimś sensie zaczynasz też być obcy dla miejsca, które zostawiłaś za sobą. Życie tam toczy się już poza Tobą, bez Twojej wiedzy, codziennej obserwacji, jesteś już tylko widzem raz na jakiś czas, raz, dwa razy do roku próbujesz spostrzec zmiany, które umykają innym w ich codzienności. Swój zaczynasz być tylko dla wąskiej grupy ludzi, dla najbliższych, dla siebie. Bywa, że jesteś obcy nawet tam.

         Pracuję dla zespołu, który pomaga uczniom i ich rodzinom, którzy przyjechali dopiero do Wielkiej Brytanii i potrzebują pomocy w sprawach edukacji. Często jesteśmy dla tych rodzin pomostem między rzeczywistością, z której przybyli i do której wkraczają. Potrzebują się oswoić z innym sposobem działania systemu szkolnictwa, służby zdrowia, nie tylko z ruchem lewostronnym, innym językiem. Oswojenie z niektórymi aspektami życia w Wielkiej Brytanii zajmuje jednym więcej, drugim mniej czasu. Jedni wypływają na szerokie wody, są pewni siebie, szczególnie jeśli dobrze znają język. Inni wolą zamknąć się w małej społeczności swojej narodowości, języka i z obawy przed innymi grupami wolą nie mieć z nimi nic do czynienia. Przeraża ich świadomość, że na ulicy spotkają ludzi innej rasy, koloru skóry, ubranych w burki czy sari, nie mogą oswoić się z wielością języków, które słyszą na ulicy czy robiąc zakupy w sklepie. Na ich usprawiedliwienie można dodać, że mieszkający tutaj od lat ludzie, którzy powinni przywyknąć do wielokulturowego aspektu miasta, w którym żyją często od urodzenia, nadal sobie z tym nie radzą. Winią za to fale imigracyjne Hindusów, Pakistańczyków, Polaków, Słowaków, a teraz napływających z Bliskiego Wschodu uchodźców. Boją się ich, bo nie znają, nie rozumieją i nie zadadzą sobie trudu, by zrozumieć.

           W szkołach, w których pomagam uczniom w czasie lekcji, dzieci mówią w ponad 20 językach. Można w jednaj klasie spotkać dzieci prawie wszystkich ras i religii. Na godzinach wychowawczych dzieci uczą się o swoich wierzeniach, religiach i kulturach, bo wszystko to wpisuje się w wytyczne  Departamentu Edukacji, w brytyjskie wartości tolerancji i szacunku dla wszystkich.  Nie jesteśmy tacy sami, ale jesteśmy równi. Sikhowie, hindusi, chrześcijanie, muzułmanie, buddyści uczą się o swoich religiach, by wiedzieć, dlaczego świętują Diwali, Boże Narodzenie czy Eid. Nawet w szkołach założonych przez kościół anglikański czy katolicki w Wielkiej Brytanii obowiązuje taki program nauczania, by wszystkie religie i kultury były uszanowane i nikt nie czuł się dyskryminowany. Jakakolwiek forma rasizmu jest karana jako hate crime. Tego uczymy ich w szkołach, ale potem wracają do domu i często od rodziców słyszą niestety inną wersję, inną ideologię. Zamykają się w swoich grupach lub śnią o powrocie imperium.

           Incydenty hate crime zaczęły się zdarzać częściej po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Brexit widocznie dał ludziom poczucie, przyzwolenie, że teraz wreszcie mogą bezkarnie głosić rasistowskie, ksenofobiczne poglądy. Coś, co dawniej nie miałoby prawa mieć miejsca, jeśli nie w imieniu tolerancji, to chociaż politycznej poprawności, teraz zdarza się bez obawy na konsekwencje. Niedawno słyszeliśmy o przypadku Polki, którą zaatakowano w metrze za to, że mówiła po polsku.  No cóż, w Polsce zaatakowano kogoś, bo mówił w tramwaju po niemiecku, ale nie o to chodzi, żeby sobie wyliczać oko za oko.  Tamten napastnik jest poszukiwany przez policję i zostaną mu postawione zarzuty. Ale co zrobić z uczniem, który na szkolnym korytarzu atakuje innego ucznia za to, że mówi w szkole po polsku, po słowacku czy Punjabi? Jak wytłumaczyć mu, że owszem, językiem obowiązującym w urzędach, szkołach, w życiu publicznym, w miejscu pracy jest angielski, ale nie można nikomu zabronić w czasie przerwy porozmawiać z kolegą w swoim własnym języku. A może się mylę, może jednak można zabronić. Najczęściej tego typu komentarze wychodzą od ludzi, którzy nie znają żadnego języka obcego, tylko angielski i uważają, że żaden inny nie jest im do szczęścia potrzebny. Czy to zawiść, czy zazdrość, czy po prostu brak szansy na przyjrzenie się sobie z innej perspektywy, jak chociażby podróż do innego kraju nieanglojęzycznego?

           Wiem, że szkoła wyciągnęła wobec wspomnianego ucznia konsekwencje, ale tego typu incydenty zdarzają się często i są zazwyczaj przemilczane i zignorowane. Bo czasami to jest jedyne wyjście - zignorować kogoś, kto nas prowokuje do dyskusji, bo chce wykrzyczeć z siebie swój strach przed obcością innych, bo sobie z tym nie radzi, bo sam nie mówi w żadnym innym języku, nie otwiera swojego umysłu na nic innego jak tylko ideologia czystej rasy, Anglii dla Anglików i wyrzucenia z Jego kraju wszystkich, którzy mu nie pasują do jego schematu. Mógłby się zdziwić nie jeden, jakie geny nosi w sobie i jakie ma korzenie. W gruncie rzeczy, kiedy spojrzy się w głąb naszego DNA, wszyscy jesteśmy imigrantami, to jest tylko kwestia czasu i przestrzeni. Otwarty świat zaczyna się od otwartego umysłu.

         Niedawno angielskie media obiegła informacja, że brytyjskie firmy powinny wykazać, ile obcokrajowców zatrudniają. Klimat polityczny po głosowaniu w sprawie wyjścia z Unii sprawił, że tego typu pomysły stają się między Brytyjczykami coraz bardziej normalne. Te dane statystyczne miałyby dotyczyć firm prywatnych, gdzie rząd doskonale zdaje sobie sprawę, że procent zatrudnionych obcokrajowców jest wysoki. Wczoraj  usłyszałam, że urząd miasta, w którym pracuję, nosi się z podobnym zamiarem. Chcieliby, żeby tego typu spis statystyczny dotyczył również pracowników sektora publicznego - budżetowego. Jeszcze 10 lat temu tego typu liczenie ludzi tylko ze względu na to, jaki posiadają paszport, byłoby nie do pomyślenia i byłoby uznane za rasizm. Dziś okazuje się to być całkiem normalne, a polityczna poprawność już nikogo nie obowiązuje. Zastanawiam się, co chcą osiągnąć ludzie, którzy domagają się takiego liczenia, co chcą wytknąć. Po raz kolejny krzyczeć, ile obcokrajowców zabiera pracę Brytyjczykom? Już niejednokrotnie przerabialiśmy ten temat, że obcokrajowcy często dostają pracę, bo trudno jest znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego Brytyjczyka na to miejsce. Wielu z nich woli zostać na zasiłku niż poniżać się do pracy w fabryce. Wielu Brytyjczyków nie dostaje pracy, bo nie mają odpowiednich kwalifikacji, nie mają aspiracji, żeby się dalej uczyć, wolą szybko zacząć mniej płatną pracę, wkroczyć w dorosłe życie, niż męczyć się na studiach. Więc co im da ten spis obcokrajowców w biznesie i sektorze budżetowym? Wytkną mnie placem i dowiem się, że jestem ta obca. Nieważne, że mieszkam tu i pracuję uczciwie od 8 lat – właśnie mieliśmy kolejną rocznicę naszej przeprowadzki. W angielskiej mentalności możesz mieszkać gdzieś i 50 lat, ale jeśli się nie urodziłeś tutaj i Twoja rodzina nie mieszka od 3 pokoleń w danej okolicy, nadal jesteś obcy. 8-letni staż jest w tej sytuacji niczym.

           Dzisiaj jest szczególny dzień, kiedy myślę o obcości, o pograniczach, o przenikaniu się kultur, narodowościach i językach. 9 listopada 1989 roku runął mur berliński rozdzielający jedno miasto, ludzi mówiących tym samym językiem. To był festiwal wolności, demokracji, radości. 27 lat później do władzy w Stanach Zjednoczonych dochodzi człowiek, który nie ma żadnego doświadczenia w pełnieniu funkcji publicznych i nawołuje do budowania nowego muru, który będzie dzielił ludzi na  lepszych i gorszych. Według danych statystycznych głosowali na niego w większości biali, z małych miejscowości, którzy czuli się wykluczeni i zapomniani, sfrustrowani swoimi kłopotami, brakiem pracy, niepowodzeniami, których amerykański sen się nie spełnił, którzy uznali, że Ameryka już nie jest najwspanialsza i najsilniejsza. To jest teraz siła zmieniająca oblicze polityczne kolejnego kraju, gdzie dotychczasowy polityczny establishment ludzi rozczarował i zawiódł.

            Szanuję demokrację i uważam, że człowiek wybrany w praworządnych wyborach bez naruszenia żadnych procedur dostaje mandat zaufania do sprawowania władzy nadany mu przez społeczeństwo, nawet jeśli to nie jest mój wybór, mój kandydat. Szanuję to, chociaż się z tym wyborem nie zgadzam. Narzekać na to mogą tylko ludzie, którzy nie korzystają ze swojego prawa wyborczego. Kiedy ktoś mnie pyta o wyniki referendum w Wielkiej Brytanii nie ukrywam, że jestem rozczarowana i zaniepokojona wynikiem, ale szanuję głos demokracji, głosy oddane przez brytyjskich obywateli. I  właśnie ludziom, którzy szanują demokrację, najtrudniej jest się pogodzić z wynikami wyborów, kiedy większość ludzi głosuje za opcją lub osobą, która może być zagrożeniem dla tej właśnie demokracji. To jak podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Tak, jak to stało się w przypadku polskich wyborów, Brexitu, a teraz wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Czy po latach demokracji i względnego spokoju ludzie się znudzili? Ich ksenofobiczne i rasistowskie poglądy i frustracje nie znajdują drogi ujścia i głosują na innych, im podobnych, którzy szerzą populistyczne hasła wybawienia ich od ich kompleksów i od obcych? Ja wiem, że demokracja nie jest idealnych ustrojem, już starożytni ateńczycy to wiedzieli, ale jakoś jeszcze nikt nie opracował lepszego ustroju. Nie pozostaje nic więcej, jak czekać i ze spokojem obserwować, co będzie dalej. Zawsze jeszcze można się wyprowadzić na Falklandy...

wtorek, 01 listopada 2016
           Wśród Prawdziwych Patriotów trwa coroczna nagonka na Halloween. Bo to ani polskie, ani chrześcijańskie. To może sprawdźmy, jakie święta można obchodzić, jeśli się jest Narodowym Patriotą.
 
            Nowy Rok. Używamy kalendarza opracowanego przez Rzymian, wzorowanego na kalendarzu greckim, tylko co nieco skorygowanego przez papieża Grzegorza VII. Chrześcijański to on nie jest. W dodatku do XV/XVI wieku, numerek roku zmieniał się 1 Marca. Luty był ostatnim miesiącem roku (to dlatego jest krótszy). Nowy rok przeniesiono na styczeń z powodów podatkowych. Łatwiej było pobrać daninę przy okazji zimowej wizyty na Boże Narodzenie. Czyli nie powinniśmy obchodzić.
             Trzech Króli. Chrześcijańskie – jak najbardziej. Ale data się nie zgadza. W dodatku wymyślone przez niemieckiego handlarza relikwiami. Kiedy zorientował się, że ludzie nie wierzą, że znalazł szczątki wszystkich trzech legendarnych króli, zainterweniował u odpowiednio wysoko postawionego biskupa.... Oszustwo jednym słowem. Nie powinniśmy obchodzić.

             Matki Boskiej Gromnicznej. Prastare, pogańskie święto światła zaadaptowane dla potrzeb chrześcijańskich. Ale, jakby nie patrzeć, pogańskie. Odpada.

             Walentynki. No chyba kogoś pogięło. A co to niby ma wspólnego z polskością? Przed 1989 rokiem to święto znane było tylko na zachód od Odry. Także no... tego...

             Dzień Kobiet? No przecież to komuniści wymyślili. To na pewno antypolskie jest.
             Wielkanoc. Można obejść. Ale bez malowania pisanek, bez święcenia pokarmów i bez śmigusa dyngusa. Bo te trzy zwyczaje to prastare, pogańskie obyczaje zaadaptowane przez pierwszych duszpasterzy. Chcieli, żeby ludziska przyszli do kościoła, trzeba było nagiąć ich zwyczaje do nowych świąt. Święta rdzennie polskie, ale przecież nie chrześcijańskie. Także trochę skromniej z tą Wielkanocą.

            Zielone Świątki, Matki Boskiej Zielnej, Matki Boskiej Siewnej. Patrz wyżej. Pogańskie święta. Powinny były być wypalone świętym ogniem, ale na polskich ziemiach chrzest nie dokonywał się ogniem i mieczem, a misjonarzom najpierw zależało na frekwencji, a potem na dochodach. Odpada.
 
            Boże Ciało. Kolejne zaadaptowane pogańskie święto. No tak nie może być. Jeszcze te pogańskie tradycje zdobienia ołtarzy na ulicach i wśród pól. No jak to się niby ma do chrześcijańskiej skromności? Inspirację świętami Światowida widać na milę. Oj, lepiej nie obchodzić.

            Zaduszki / Wszystkich Świętych. O głęboko zakorzenionej pogańskości tego święta chyba nie trzeba pisać. Chrześcijanie powinni się cieszyć, że ich bliscy już nie są na tym łez padole. Także futra proszę zdjąć, a znicze zgasić. No kto to słyszał.

           Święto Niepodległości. Polska odzyskiwała niepodległość tyle razy w swojej historii, więc dlaczego akurat ten 11 listopada? Przecież to koniec Pierwszej Wojny Światowej. Światowej. Czyli nie polskie, tylko światowe. Zgniło-europejskie. W dodatku ta niepodległość to naprawdę był upadek Niemiec, rozpad Austro-Węgier i degrengolada Rosji. Jaka tam niepodległość. Tak jakoś samo wyszło. Nie ma czego świętować. W dodatku potem jeszcze te układy w Wersalu. Znowu zgniły Zachód. Wiadomo, jak się skończyło. Może lepiej nie obchodzić.

            Boże Narodzenie. Zwyczaj radosnego obchodzenia przyszedł do Polski ze zgniłego Zachodu. Także też lepiej ostrożnie. Aha, jeszcze pozostaje kwestia odwiedzenia kościoła. Te cyrki z okadzaniem ołtarza, świecami, procesjami.... przecież to na odległość śmierdzi pogaństwem. Także Boże Narodzenie jak najbardziej, ale skromniej proszę państwa. Oczywiście, Mikołaj to wymysł zgniłych kapitalistów. Prezenty możemy sobie ewentualnie darować na imieniny (ale to przecież sprzedajne ustawianie świąt pod handel relikwiami, jakoś nie bardzo chrześcijańskie), albo urodziny (korzenie greckie albo i dalej, a przecież wiadomo, ilu oni mieli bogów).

            Pominąłem oczywiście święta żydowskie, prawosławne, muzułmańskie i wszelkie inne. No gdzieżby coś takiego w polskim domu.

             Także tego, kochani Narodowcy. Do domu i koniec z tym pogaństwem. Przecież nie będziecie świętować jakichś  niemieckich świąt. Czy tam, broń Boże, żydowskich. Chciałbym jeszcze przypomnieć, że koncepcja zgromadzeń narodowców, skandujących hasła i śpiewających hymny pod sztandarami zalatuje niemieckim Narodowym Socjalizmem. A wiadomo przecież, że oni byli na bakier z chrześcijaństwem. Jakieś tam pogańskie bóstwa reanimowali. No i ten socjalizm w nazwie. Także lepiej w samotności te święta jakieś tam ewentualnie...
piątek, 30 września 2016

           Dawniej (w czasach przed Facebookiem i Googlem), o poglądach ludzi dowiadywaliśmy się dyskutując z nimi na żywo. Dyskutowaliśmy na przerwach między lekcjami o wyższości malucha nad syrenką oraz roztrząsaliśmy problemy moralne Krzywego, którego ojciec był milicjantem, a więc uczestniczył w pałowaniu naszych starszych braci. Zastanawialiśmy się, czy robiąc to tylko dla pieniędzy, bo nie może znaleźć innej pracy, nadal jest wart pogardy. Niejedną mniej i bardziej krwawą bójką okupiliśmy sympatie dla drużyn piłkarskich. Gdy Wara w drodze ze szkoły, wykorzystując swoją przewagę wiekową, bezczelnie podszedł do bezdyskusyjnie najładniejszej dziewczyny w naszej klasie i zabrał ją na oranżadę w sklepiku, następnego dnia czekała na niego grupka starszych braci Rycha.

           Na zjazdach rodzinnych, po kilku seriach wódeczki, wujkowie zaczynali dyskusje polityczne. Siedząc na przeciw siebie, przy jednym stole, coraz mniej ostrożnie dobierali argumenty. Niejedna szklanka zginęła w ściskanej dłoni. Pod koniec imprezy, odciągani przez zawstydzone ciotki, ostatecznie bratali się ze sobą w korytarzu, lub rozjeżdżali nie odzywając się do rodziny przez kolejne lata.

           Sąsiadki schodziły się u babci i wspólnie gniotąc pierogi obgadywały te nieobecne. Wywiązywały się dyskusje, czy Chraszczakowa dobrze zrobiła wywalając męża pijaka, czy nie. Czy do farszu na pewno dodaje się taki ser i czy sąsiadce nie wstyd podbierać go ze spiżarni własnej teściowej. Niejedna chochla poleciała w stronę pieca. Wieczorem, nad ciepłym jeszcze ciastem, sąsiadki płakały już razem nad straconą młodością.

           Spotykaliśmy znajomych na ulicy. Jeśli wcześniejsze dyskusje nauczyły nas, że ich poglądy są inne od naszych, mówiliśmy sobie dzień dobry, lub staraliśmy się skręcić do kiosku niezauważeni.

           Większość jednakże ludzi w naszym otoczeniu miała w zasadzie poglądy na świat takie same jak my. W długich dyskusjach na trzepaku, pod budką z piwem, u magla, u fryzjera, w kolejce po mięso, wykuwaliśmy swoje poglądy. Kręciliśmy się wśród naszej małej społeczności i niewyobrażalne dla nas było, że gdzieś, pośród nas mógłby być jakiś odmieniec, jakiś kabel donoszący smutnym panom z milicji. No bo w końcu co miałby donosić – że nasza dzielnica też nie lubi Jaruzelskiego? Wszyscy uważaliśmy to za normalne. Nie mieściło się w głowach, że ktoś mógłby myśleć inaczej. Podświadomie czuliśmy, że ojciec Krzywego pałuje strajkujących robotników tylko dlatego, że jeśli opuści pałkę, to sam zostanie spałowany, a przecież ma w domu siedmioro dzieci do wykarmienia.

            Co do różnic światopoglądowych, wiedzieliśmy że układają się dzielnicami. Wiedzieliśmy, że wille tam za rzeką dostawali zasłużeni u władzy, więc do tych dzieciaków nikt się odzywał, a oni z kolei żyli tylko w swoim kręgu, w wyselekcjonowanych szkołach, oglądając swoje zdjęcia z Bułgarii. Wiedzieliśmy, że na tamtej ulicy, pośród dziewięciu melin, można zarówno dostać w twarz za nic, jak również dostać świece do Poloneza, jeszcze ciepłe.

           Internet dał nam możliwość ukrywania się za pseudonimami. Dał nam też możliwość szerszych kontaktów. Pozwolił znajdować ludzi o takich, jak nasze poglądach poza naszą dzielnicą. Odgrodził nas od konieczności codziennych kontaktów z ludźmi z naszej dzielnicy. Poglądy przestały rozkładać się geograficznie, a zaczęły być związane z odwiedzanymi stronami i forami. Każdy jest inny, każdy ma inne doświadczenia i inne uczucia. Zamknięci w domach, pochyleni nad ekranikami, poczęliśmy przesuwać swoje światopoglądy zupełnie inaczej, niż uczyły tysiące lat historii. Czując nieme poparcie całego forum, radykalizowaliśmy coraz bardziej.

           To właśnie FB uświadomił mi, co się stało z moimi przyjaciółmi. Z ludźmi, z którymi niejedną noc przegadaliśmy, niejedną talię kart zgraliśmy i niejedną ścieżkę przeszliśmy. Wydawałoby się, że wszyscy pójdziemy mniej więcej podobnymi drogami. Że te niewielkie i niegroźne różnice sprzed lat pozostaną nieistotnymi. Tym czasem, poodchodziliśmy w tak strasznie różne strony.

            Gdzieś pośród nas, pośród ludzi starających się prowadzić szczęśliwe życie, pośród nas, zabiegających o zdrowie i szczęście naszych dzieci, pośród wpajania w dzieci marzeń o wspólnym, wolnym od uprzedzeń świecie, pośród pragnień i dążeń do pokoju, do ładu, do szczęścia, do wolności i odpowiedzialności, gdzieś między pierwszym a czwartym piętrem klatek schodowych naszych blokowisk, między brązowym a białym płotem naszych dzielnic willowych, żyją teraz zupełnie inni ludzie. Zrzeszeni w internetowych klubach czystej rasy sączą jad nienawiści. Wpajają swoim dzieciom siłę kastetu, pały i łańcucha. Już nie w przestępczych dzielnicach, gdzie to było normą. Przestępcze dzielnice zniknęły. Wyparły je modne lofciki i apartamentowce za wysoką bramą. Nienawiść zagościła na naszych podwórkach.

         Na co dzień mijamy się na ulicy, mówimy sobie dzień dobry. Jeśli skojarzymy forumowego nicka z twarzą sąsiada, omijamy przezornie z daleka, lub skręcamy gwałtownie do spożywczego. Wieczorami wklejamy na fejsika uśmiechnięte zdjęcia naszych dzieci chłonących radość wolności i tolerancji wskroś Europy. Tymczasem, pośród naszych sąsiadów, pośród naszych bliskich, zdawałoby się znajomych, ktoś właśnie klepie „śmierć wrogom ojczyzny”, bynajmniej nie kryjąc się z tym, że ma na myśli nas. Uczymy nasze dzieci, że potrzebującym trzeba pomagać, a tym czasem za ścianą sąsiad klepie jakieś brednie o Żydach, Masonach i Islamistach. Opowiadamy dzieciom o bezmiarze i bezsensie okrucieństwa wojny, a kilka pięter niżej, stary kumpel ze szkoły organizuje bojówkę żeby spuścić łomot tym szmatom. Już nie musimy patrzeć sobie w oczy. Mamy ajfoniki i łajfaje.

         Ludzie, którzy stają szpalerem wzdłuż ulicy z wyciągniętymi w górę ramionami, którzy palą race, grożą nam kijami, którzy wznoszą nasze wspólne, zdawałoby się, flagi wrzeszcząc przy tym o zemście i śmierci – oni już nie przychodzą z wyklętej ulicy w zapomnianej dzielnicy. Nie zwołał ich krzykacz z boiska przy szkole. Oni przyszli spomiędzy nas, spośród naszych ulic, naszych klatek schodowych. Mijamy ich codziennie na ulicach. Oznaczyliśmy ich jako przyjaciół na naszych fejsikowych ściankach dawno temu i z coraz bardziej opadającą szczęką czytamy ich komentarze.

         Dziś już nie musimy siadać przy stole i patrzeć sobie w oczy. Nie musimy stanąć razem w kolejce, czy spotkać się w sklepie. Nie musimy znieść wzroku drugiej strony. Nie musimy ostrożnie dobierać słów. Nie trzeba obawiać się reakcji ulicy. W ciszy naszych sypialni rzucamy w eter słowa, których na żywo nie odważylibyśmy się wypowiedzieć. Dowalamy naszym przyjaciołom. Wiemy, że w razie czego poprze nas połowa tego forum. Świadomość tysięcy ludzi rozsianych po świecie o równie porąbanych poglądach co nasze, daje nam siłę dopiekania rodzinie i sąsiadom. Daje siłę porównania starego przyjaciela do dowolnie wybranego stworzenia zamieszkującego wysypisko. Już się nie trzeba powstrzymywać. Wypisujemy kalumnie przekonani, że anonimowość i brak kontaktu twarzą w twarz wszystko wybaczy. Wykopujemy coraz głębsze okopy i jakoś nie widać szansy na zbratanie się w korytarzu. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 78