| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
poniedziałek, 28 listopada 2016


      W miniony poniedziałek obchodziłam małą rocznicę. Małą, bo tylko 5-letnią, a w perspektywie 40 lat życia, 5 zaczyna być małą jego cząstką. W poniedziałek minęło 5 lat od kiedy pracuję oficjalnie na obecnym stanowisku. Pierwszy i najważniejszy aspekt tej rocznicy wcale nie dotyczy moich osiągnięć, ani perspektyw rozwoju mojej kariery czy podwyżki, ale tego, że zwiększa mi się przysługująca mi rocznie ilość urlopu. Od kiedy mamy nowe umowy i nie mamy wolnych wakacji szkolnych, każdy dzień urlopu jest na wagę złota. Przybyło mi 5 dni i bardzo mnie to cieszy.

      Wydawało się, że przyjeżdżamy do Derby tylko na chwilę, przejściowo, najwyżej na dwa lata, by potem ruszyć dalej. A tutaj proszę, jakie zakorzenienie na stacji przesiadkowej, mieszkamy tutaj już 8 lat, a ja na oficjalnym etacie w councilu od 5. Zorientowałam się niedawno, że nasz dom w Derby stał się miejscem , w którym mieszkamy najdłużej ze wszystkich naszych dotychczasowych wspólnych domów. Zasiedzieliśmy się jednym słowem. Nie żeby nie było opcji przeprowadzkowych, projektów i propozycji. Dużo łatwiej jednak było przemeblowywać nasze życie, kiedy w głównej mierze dotyczyło to mnie i Piotra, ale kiedy w grę zaczęły wchodzić szkoły dziewczynek, ich edukacja, jej ciągłość i wpływ naszych wędrówek na ich przyszłość, trzeba było poskromić swoje ciągoty i osiąść na dłużej w jednym miejscu, by dać im możliwość ukończenia szkoły na poziomie małej lub dużej matury. Nawet gdybyśmy rozważali teraz powrót do Polski, nie mielibyśmy sumienia zafundować dziewczynkom bycia mięsem armatnim “reformy edukacji”, która ma tam teraz miejsce.

       Zastanawiam się, co zmieniło się przez te 5 lat. Tak naprawdę w naszej pracy ciągle się coś zmienia, a nam pozostaje się do tych zmian dostosować. Wiele zespołów, które działały na polu edukacyjnym równolegle do nas, przestało istnieć. Z jednej strony to wina kryzysu finansów publicznych w Wielkiej Brytanii i cięć budżetowych, ale również procesu akademizacji szkół i uwalniania się od lokalnych samorządów. Szkoły, które stają się akademiami w Wielkiej Brytanii, są bardziej samodzielne, łączą się w grupy i walczą o swoje budżety bezpośrednio u źródła – budżetu centralnego. Samorządy lokalne przestają nadzorować finanse szkół, a te mogą same decydować, na co chcą wydawać swoje pieniądze. W praktyce oznacza to, że nie są już zobowiązane płacić za usługi lokalnych samorządów, czy serwisów, ale płacić za to, co w ich mniemaniu jest najbardziej ich uczniom potrzebne. W tej całej zawierusze zwolnień, redukcji, cięć budżetowych nasz zespół nadal daje radę utrzymać się na powierzchni, a szkoły są zainteresowane naszymi usługami i chętnie za nie płacą. Wydaje się więc, że niewiele się zmieniło – nadal pomagamy uczniom dwujęzycznym w szkołach, a zmieniło się prawie wszystko.

        Kiedy zostałam zatrudniona, razem ze mną zaczynały 3 inne koleżanki – Estonka, Łotyszka i Polka. Polka miała tylko 1/3 etatu i kończyła studia, więc szybko odeszła z naszego zespołu, zyskała doświadczenie i rozwinęła skrzydła gdzie indziej. My trzy zostałyśmy do dziś wraz z pozostałymi, którzy pracują już w tym zespole dłużej niż ja i z trzema nowymi osobami, które dołączyły do nas 3 lata temu. Z zespołu, który zaczynał w trójkę i wróżono mu najwyżej rok, zespół istnieje ponad 10 lat i ma się dobrze. Ludzie przychodzą, odchodzą, koleżanki rodzą dzieci i idą na macierzyński, ale rok szkolny toczy się dalej i wyznacza nam rytm i tempo naszej pracy. Czasem zdarzają się wolniejsze przebiegi, a czasem nie wiemy, w co mamy ręce włożyć. Ludzie przychodzą do recepcji naszego biura ze wszystkimi swoimi problemami i bolączkami, najczęściej proszą o pomoc w tłumaczeniu z angielskiego na ich rodzimy język. To tylko jeden z wielu rodzajów naszej działalności.

        Jak ja się zmieniłam przez ten czas? Na pewno zyskałam wiele nowych doświadczeń, podszkoliłam nie tylko angielski, ale mój język czechosłowacki. Zyskałam nowe kwalifikacje, zostałam governorem (członkiem rady) w jednej ze szkół i wciąż uczę się tego, jak funkcjonuje ten brytyjski świat.

        Jedno, co się nie zmieniło, to moja niezgoda, niepogodzenie się z krzywdą, dziecięcą krzywdą. Czy można przywyknąć do tego, że dzieci przychodzą do szkoły głodne, w brudnych ubraniach, że nikt w domu nie dba o to, by miały czysty mundurek szkolny, umytą buzię. Niby drobiazgi, ale to się przekłada też na zaniedbywanie wizyt u lekarza, o rejestracji u dentysty czy okulisty już nawet nie wspomnę. Krzywda dzieci, których rodzice uważają, że tak bardzo je kochają, że je ubezwłasnowolniają, traktując je jak żywe lalki do 5. roku życia, nosząc je wciąż na rękach w pieluchach i ze smoczkami w buzi. Które nagle według angielskiego prawa muszą iść do szkoły i są zupełnie do tego nieprzygotowane. Lub dzieci, które są bardzo bystre i mają potencjał, ale nikt ich nie wspiera, nie stymuluje, nie pomaga w rozwijaniu ich talentów w domu i wcześniej czy później zniechęcają się i nie robią już nic. Rodzice, którzy rodzicielstwo pojmują na zasadzie, że mojemu dziecku pozwalam na wszystko i daje wszystko, co mogę bez ustalenia zasad i granic, bez żadnych zaworów bezpieczeństwa. Lub dzieci, których rodzice usilnie starają się zrobić z nich inwalidów, wmówić im niepełnosprawność fizyczną lub umysłową, byleby tylko wyłudzić od państwa więcej zasiłków. Na to nie ma we mnie zgody, nigdy nie było i nie będzie, nie da się do tego przyzwyczaić. Z czasem mam tylko więcej asertywności, by radzić sobie z takimi rodzicami i z własnymi emocjami. Początki odchorowywałam emocjonalnie, teraz już sobie z tym radzę, ale uruchamiam w sobie mechanizmy obronne, by złość, frustrację i bunt przerodzić w czyn i pomoc – dzieciom. Czasem rodzicom też, jeśli chcą z nami współpracować.

       Jutro kolejny dzień w pracy, poranek z maluchami w zerówce, które robią fantastyczne postępy w pisaniu i czytaniu, a popołudnie z juniorami na zajęciach sportowych. Nigdy nie chciałam być nauczycielką i nie chciałam pracować w szkole, ale tak się życie potoczyło, że w tym momencie, na tym etapie właśnie to robię i robię to najlepiej, jak potrafię. Może kiedyś wrócę do innych moich dróżek zawodowych, kto wie, jak się jeszcze życie potoczy. Tymczasem, nawet najbardziej pochmurny dzień potrafi rozpogodzić uśmiech dziecka, które cieszy się na mój widok i okrzyk: „Pani Ewa! Przyszłaś! Cały tydzień na Ciebie czekałem!

środa, 09 listopada 2016

        Kiedy byłam studentką polonistyki, szybko zorientowałam się, że pociąga mnie w literaturze motyw obcości, innej kultury, innego języka, innej religii, mierzenia się z nią, spotykania na swojej drodze ludzi, którzy są inni. Wychowałam się w miasteczku, gdzie w latach 80. starano się zapomnieć, przemilczeć istnienie innych kultur, narodowości, religii, gdzie z synagogi zrobiono kino, a macewy z żydowskiego cmentarza poniewierały się po zarośniętym parku. Rosło we mnie poczucie brakującego elementu, przemilczenia, zaniechania, niedoinformowania. Kiedy na studiach zaczęłam zgłębiać tematykę kultury i religii żydowskiej, wgłębiać się w historię miasta, w którym zamieszkałam na czas studiów, ciągle żałowałam, że nie dane mi było doświadczyć życia w Warszawie przed wybuchem wojny, w ulubionym przeze mnie literacko czasie 20-lecia międzywojennego. Marzyłam, o tym żeby doświadczyć wibrującej wielości, spotykania się światów, przenikania się kultur, języków.

       W ramach pracy magisterskiej tropiłam pogranicza kultur, języka polskiego, niemieckiego, jidysz, chodziłam śladami pisarzy, którzy żyli w tamtych czasach i doświadczali tego, czego sama chciałam dotknąć i spróbować. Czytałam powieści tych, którzy po wojnie poddawali się tej samej tęsknocie i za pomocą literackiego wehikułu czasu wracali w przeszłość. Czytałam o przedwojennym Gdańsku, Wrocławiu, Warszawie, Lwowie i zastanawiałam się, jak współistnieli ze sobą ludzie różnych wiar, języków,  religii. Wszyscy wiemy z historii, że nie były to łatwe czasy. Wrogość między nacjami miała różne podłoża, ale były też przykłady na współistnienie, współpracę, spotkanie, poszanowanie wzajemne swoich wartości bez nacisku na przechodzenie lub opowiadanie się po czyjejkolwiek stronie. Tęskniłam za tym, co utracone, czego nie było mi dane doświadczyć i nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi żyć w jeszcze bardziej zróżnicowanym narodowościowo, językowo, religijnie miejscu niż przedwojenna Warszawa czy Gdańsk. Że sama na własnej skórze poznam siłę słowa „obcy” i „swój” i ta dychotomia będzie mi towarzyszyć właściwie każdego dnia, gdzieś podskórnie lub otwarcie za każdym razem, kiedy, słysząc mój akcent, ktoś z ciekawości zapyta „Skąd jesteś?”.

            Pamiętam, kiedy rozpatrywałam kategorię obcości w przeczytanych książkach, sama jej jeszcze bezpośrednio nie doświadczając. Dzisiaj zerknęłam do mojej pracy magisterskiej i poczytałam sobie moje spostrzeżenia z tamtych notatek, urywków, wniosków, ciągle jeszcze na gruncie warszawskim z niewielkim doświadczeniem  podróży zagranicznych, wychodzenia poza to, co polskie, tropienia śladów dawnych rzeczywistości chociażby ścieżkami Alfreda Doeblina, niemieckiego reportera, który odkrywszy swoje żydowskie korzenie podróżował po Polsce lat 30. XX wieku i zapisał swoje spostrzeżenia w książce „Podróż po Polsce”. Wówczas świat nie dzielił się już na przyjaciół i wrogów. Pojawił się bowiem jeszcze trzeci element – obcy, inny, który nie był ani swoim, ani wrogiem. Wiemy że na płaszczyźnie psychologicznej swojskość niesie ze sobą doznania bezpieczeństwa, akceptacji, zadowolenia, spokoju, neutralności, oczywistości i zrozumiałości, a stąd już niedaleko do nudy i zwyczajności. Obcość natomiast wiąże się z poczuciem zagrożenia, niepokoju, niezrozumiałości, niechęci i zdziwienia, ale także zaciekawienia, fascynacji i zachwytu.

          Kim są ci częstokroć mityczni w wymowie obcy? To wygnańcy, przesiedleńcy, emigranci, tak czy inaczej ludzie, którzy nie mieszkają u siebie. Każdy z nich jest ‘nieswój’, w mocnym, podwójnym sensie tego słowa, dotyczącym poczucia i bycia. Czuje się obcy, ale też i jest obcy, nie swój, z zewnątrz. Pograniczność staje się wielką przygodą. W tej sytuacji obcy staje się alternatywą nowego oglądu świata, dzięki czemu ukazują się nowe podmiotowości. Przenikanie się i mieszanie kultur czyni z pogranicza obszar przejściowy - rodzaj pomostu między wzajemnymi wartościami kultury. Sama stałam się przesiedleńcem, imigrantką, obywatelką Europy, która przeprowadziła się z Polski do Czech, a z Czech do Zjednoczonego Królestwa. Wyszłam ze swoich dotychczasowych ram, sfery komfortu i zaczęłam zmagać się z byciem inną, w innym miejscu i porównywać języki, zwyczaje, miejsca. Cytat z nieocenionej Olgi Tokarczuk z jej najnowszej książki „Księgi Jakubowe” dał mi wiele do myślenia w kwestii swojej obcości i mojego postrzegania innych jako obcych.

           „Jakub zaczął nagle przedstawiać się inaczej niż dotąd (...) Frank, frenk czyli obcy. Nachman wie, że to się podoba Jakubowi – być obcym to cecha tych, którzy często zmieniali miejsce zamieszkania. Mówił Nachmanowi, że najlepiej mu jest w nowym miejscu, bo wtedy jakby świat zaczyna się na nowo. Być obcym to być wolnym. Mieć za sobą wielką przestrzeń, step, pustynię. (...). Mieć swoją historię, nie dla każdego, własną opowieść napisaną śladami, jakie zostawia się po sobie. Wszędzie czuć się gościem, domy zasiedlać tylko na jakiś czas, nie przejmować się sadem, raczej cieszyć się winem, niż przywiązywać do winnicy. Nie rozumieć języka, przez co widzieć lepiej gesty i miny, wyraz ludzkich oczu, emocje, które pojawiają się na twarzach niby cienie chmur. Uczyć się cudzej mowy od początku, w każdym miejscu po trochę, porównywać słowa i znajdować porządki podobieństw. Trzeba tego stanu [obcości] uważnie pilnować, bo daje ogromną moc.”(str. 732)

         Zrozumiałam, że patrząc na moją ścieżkę z perspektywy czasu, też pociągało mnie coś nie tylko w innym obcym, ale w byciu samemu obcym, nowym. Czekałam, kiedy pójdę do nowej szkoły, by dać sobie szansę na nową siebie, bałam się zmiany, ale jednocześnie cieszyłam się na nią. Czekałam, kiedy wyjadę na studia, żeby zostawić pewien etap za sobą,  jak wąż zrzucić starą skórę, dać sobie nową twarz, spojrzeć na siebie w innym świetle. Potem status obcości dawały miejsca pracy, a potem przeprowadzki w inne miejsca. Z jednej strony człowiek ma potrzebę bycia przyjętym, zaakceptowanym, ale z drugiej strony bycie nowym, obcym daje mu poczucie wyjątkowości swojej sytuacji. Możesz tworzyć swój świat na nowo tak jak Jakub. Kiedy przychodzi Ci wyjechać do innego kraju, zacząć żyć w innej kulturze, porozumiewać się innym językiem, a jednak mieć dla siebie cały czas oazę własnego języka i kultury, jesteś swój dla podobnych Tobie, a jednocześnie obcy dla tutejszych. W jakimś sensie zaczynasz też być obcy dla miejsca, które zostawiłaś za sobą. Życie tam toczy się już poza Tobą, bez Twojej wiedzy, codziennej obserwacji, jesteś już tylko widzem raz na jakiś czas, raz, dwa razy do roku próbujesz spostrzec zmiany, które umykają innym w ich codzienności. Swój zaczynasz być tylko dla wąskiej grupy ludzi, dla najbliższych, dla siebie. Bywa, że jesteś obcy nawet tam.

         Pracuję dla zespołu, który pomaga uczniom i ich rodzinom, którzy przyjechali dopiero do Wielkiej Brytanii i potrzebują pomocy w sprawach edukacji. Często jesteśmy dla tych rodzin pomostem między rzeczywistością, z której przybyli i do której wkraczają. Potrzebują się oswoić z innym sposobem działania systemu szkolnictwa, służby zdrowia, nie tylko z ruchem lewostronnym, innym językiem. Oswojenie z niektórymi aspektami życia w Wielkiej Brytanii zajmuje jednym więcej, drugim mniej czasu. Jedni wypływają na szerokie wody, są pewni siebie, szczególnie jeśli dobrze znają język. Inni wolą zamknąć się w małej społeczności swojej narodowości, języka i z obawy przed innymi grupami wolą nie mieć z nimi nic do czynienia. Przeraża ich świadomość, że na ulicy spotkają ludzi innej rasy, koloru skóry, ubranych w burki czy sari, nie mogą oswoić się z wielością języków, które słyszą na ulicy czy robiąc zakupy w sklepie. Na ich usprawiedliwienie można dodać, że mieszkający tutaj od lat ludzie, którzy powinni przywyknąć do wielokulturowego aspektu miasta, w którym żyją często od urodzenia, nadal sobie z tym nie radzą. Winią za to fale imigracyjne Hindusów, Pakistańczyków, Polaków, Słowaków, a teraz napływających z Bliskiego Wschodu uchodźców. Boją się ich, bo nie znają, nie rozumieją i nie zadadzą sobie trudu, by zrozumieć.

           W szkołach, w których pomagam uczniom w czasie lekcji, dzieci mówią w ponad 20 językach. Można w jednaj klasie spotkać dzieci prawie wszystkich ras i religii. Na godzinach wychowawczych dzieci uczą się o swoich wierzeniach, religiach i kulturach, bo wszystko to wpisuje się w wytyczne  Departamentu Edukacji, w brytyjskie wartości tolerancji i szacunku dla wszystkich.  Nie jesteśmy tacy sami, ale jesteśmy równi. Sikhowie, hindusi, chrześcijanie, muzułmanie, buddyści uczą się o swoich religiach, by wiedzieć, dlaczego świętują Diwali, Boże Narodzenie czy Eid. Nawet w szkołach założonych przez kościół anglikański czy katolicki w Wielkiej Brytanii obowiązuje taki program nauczania, by wszystkie religie i kultury były uszanowane i nikt nie czuł się dyskryminowany. Jakakolwiek forma rasizmu jest karana jako hate crime. Tego uczymy ich w szkołach, ale potem wracają do domu i często od rodziców słyszą niestety inną wersję, inną ideologię. Zamykają się w swoich grupach lub śnią o powrocie imperium.

           Incydenty hate crime zaczęły się zdarzać częściej po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Brexit widocznie dał ludziom poczucie, przyzwolenie, że teraz wreszcie mogą bezkarnie głosić rasistowskie, ksenofobiczne poglądy. Coś, co dawniej nie miałoby prawa mieć miejsca, jeśli nie w imieniu tolerancji, to chociaż politycznej poprawności, teraz zdarza się bez obawy na konsekwencje. Niedawno słyszeliśmy o przypadku Polki, którą zaatakowano w metrze za to, że mówiła po polsku.  No cóż, w Polsce zaatakowano kogoś, bo mówił w tramwaju po niemiecku, ale nie o to chodzi, żeby sobie wyliczać oko za oko.  Tamten napastnik jest poszukiwany przez policję i zostaną mu postawione zarzuty. Ale co zrobić z uczniem, który na szkolnym korytarzu atakuje innego ucznia za to, że mówi w szkole po polsku, po słowacku czy Punjabi? Jak wytłumaczyć mu, że owszem, językiem obowiązującym w urzędach, szkołach, w życiu publicznym, w miejscu pracy jest angielski, ale nie można nikomu zabronić w czasie przerwy porozmawiać z kolegą w swoim własnym języku. A może się mylę, może jednak można zabronić. Najczęściej tego typu komentarze wychodzą od ludzi, którzy nie znają żadnego języka obcego, tylko angielski i uważają, że żaden inny nie jest im do szczęścia potrzebny. Czy to zawiść, czy zazdrość, czy po prostu brak szansy na przyjrzenie się sobie z innej perspektywy, jak chociażby podróż do innego kraju nieanglojęzycznego?

           Wiem, że szkoła wyciągnęła wobec wspomnianego ucznia konsekwencje, ale tego typu incydenty zdarzają się często i są zazwyczaj przemilczane i zignorowane. Bo czasami to jest jedyne wyjście - zignorować kogoś, kto nas prowokuje do dyskusji, bo chce wykrzyczeć z siebie swój strach przed obcością innych, bo sobie z tym nie radzi, bo sam nie mówi w żadnym innym języku, nie otwiera swojego umysłu na nic innego jak tylko ideologia czystej rasy, Anglii dla Anglików i wyrzucenia z Jego kraju wszystkich, którzy mu nie pasują do jego schematu. Mógłby się zdziwić nie jeden, jakie geny nosi w sobie i jakie ma korzenie. W gruncie rzeczy, kiedy spojrzy się w głąb naszego DNA, wszyscy jesteśmy imigrantami, to jest tylko kwestia czasu i przestrzeni. Otwarty świat zaczyna się od otwartego umysłu.

         Niedawno angielskie media obiegła informacja, że brytyjskie firmy powinny wykazać, ile obcokrajowców zatrudniają. Klimat polityczny po głosowaniu w sprawie wyjścia z Unii sprawił, że tego typu pomysły stają się między Brytyjczykami coraz bardziej normalne. Te dane statystyczne miałyby dotyczyć firm prywatnych, gdzie rząd doskonale zdaje sobie sprawę, że procent zatrudnionych obcokrajowców jest wysoki. Wczoraj  usłyszałam, że urząd miasta, w którym pracuję, nosi się z podobnym zamiarem. Chcieliby, żeby tego typu spis statystyczny dotyczył również pracowników sektora publicznego - budżetowego. Jeszcze 10 lat temu tego typu liczenie ludzi tylko ze względu na to, jaki posiadają paszport, byłoby nie do pomyślenia i byłoby uznane za rasizm. Dziś okazuje się to być całkiem normalne, a polityczna poprawność już nikogo nie obowiązuje. Zastanawiam się, co chcą osiągnąć ludzie, którzy domagają się takiego liczenia, co chcą wytknąć. Po raz kolejny krzyczeć, ile obcokrajowców zabiera pracę Brytyjczykom? Już niejednokrotnie przerabialiśmy ten temat, że obcokrajowcy często dostają pracę, bo trudno jest znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego Brytyjczyka na to miejsce. Wielu z nich woli zostać na zasiłku niż poniżać się do pracy w fabryce. Wielu Brytyjczyków nie dostaje pracy, bo nie mają odpowiednich kwalifikacji, nie mają aspiracji, żeby się dalej uczyć, wolą szybko zacząć mniej płatną pracę, wkroczyć w dorosłe życie, niż męczyć się na studiach. Więc co im da ten spis obcokrajowców w biznesie i sektorze budżetowym? Wytkną mnie placem i dowiem się, że jestem ta obca. Nieważne, że mieszkam tu i pracuję uczciwie od 8 lat – właśnie mieliśmy kolejną rocznicę naszej przeprowadzki. W angielskiej mentalności możesz mieszkać gdzieś i 50 lat, ale jeśli się nie urodziłeś tutaj i Twoja rodzina nie mieszka od 3 pokoleń w danej okolicy, nadal jesteś obcy. 8-letni staż jest w tej sytuacji niczym.

           Dzisiaj jest szczególny dzień, kiedy myślę o obcości, o pograniczach, o przenikaniu się kultur, narodowościach i językach. 9 listopada 1989 roku runął mur berliński rozdzielający jedno miasto, ludzi mówiących tym samym językiem. To był festiwal wolności, demokracji, radości. 27 lat później do władzy w Stanach Zjednoczonych dochodzi człowiek, który nie ma żadnego doświadczenia w pełnieniu funkcji publicznych i nawołuje do budowania nowego muru, który będzie dzielił ludzi na  lepszych i gorszych. Według danych statystycznych głosowali na niego w większości biali, z małych miejscowości, którzy czuli się wykluczeni i zapomniani, sfrustrowani swoimi kłopotami, brakiem pracy, niepowodzeniami, których amerykański sen się nie spełnił, którzy uznali, że Ameryka już nie jest najwspanialsza i najsilniejsza. To jest teraz siła zmieniająca oblicze polityczne kolejnego kraju, gdzie dotychczasowy polityczny establishment ludzi rozczarował i zawiódł.

            Szanuję demokrację i uważam, że człowiek wybrany w praworządnych wyborach bez naruszenia żadnych procedur dostaje mandat zaufania do sprawowania władzy nadany mu przez społeczeństwo, nawet jeśli to nie jest mój wybór, mój kandydat. Szanuję to, chociaż się z tym wyborem nie zgadzam. Narzekać na to mogą tylko ludzie, którzy nie korzystają ze swojego prawa wyborczego. Kiedy ktoś mnie pyta o wyniki referendum w Wielkiej Brytanii nie ukrywam, że jestem rozczarowana i zaniepokojona wynikiem, ale szanuję głos demokracji, głosy oddane przez brytyjskich obywateli. I  właśnie ludziom, którzy szanują demokrację, najtrudniej jest się pogodzić z wynikami wyborów, kiedy większość ludzi głosuje za opcją lub osobą, która może być zagrożeniem dla tej właśnie demokracji. To jak podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Tak, jak to stało się w przypadku polskich wyborów, Brexitu, a teraz wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Czy po latach demokracji i względnego spokoju ludzie się znudzili? Ich ksenofobiczne i rasistowskie poglądy i frustracje nie znajdują drogi ujścia i głosują na innych, im podobnych, którzy szerzą populistyczne hasła wybawienia ich od ich kompleksów i od obcych? Ja wiem, że demokracja nie jest idealnych ustrojem, już starożytni ateńczycy to wiedzieli, ale jakoś jeszcze nikt nie opracował lepszego ustroju. Nie pozostaje nic więcej, jak czekać i ze spokojem obserwować, co będzie dalej. Zawsze jeszcze można się wyprowadzić na Falklandy...

wtorek, 01 listopada 2016
           Wśród Prawdziwych Patriotów trwa coroczna nagonka na Halloween. Bo to ani polskie, ani chrześcijańskie. To może sprawdźmy, jakie święta można obchodzić, jeśli się jest Narodowym Patriotą.
 
            Nowy Rok. Używamy kalendarza opracowanego przez Rzymian, wzorowanego na kalendarzu greckim, tylko co nieco skorygowanego przez papieża Grzegorza VII. Chrześcijański to on nie jest. W dodatku do XV/XVI wieku, numerek roku zmieniał się 1 Marca. Luty był ostatnim miesiącem roku (to dlatego jest krótszy). Nowy rok przeniesiono na styczeń z powodów podatkowych. Łatwiej było pobrać daninę przy okazji zimowej wizyty na Boże Narodzenie. Czyli nie powinniśmy obchodzić.
             Trzech Króli. Chrześcijańskie – jak najbardziej. Ale data się nie zgadza. W dodatku wymyślone przez niemieckiego handlarza relikwiami. Kiedy zorientował się, że ludzie nie wierzą, że znalazł szczątki wszystkich trzech legendarnych króli, zainterweniował u odpowiednio wysoko postawionego biskupa.... Oszustwo jednym słowem. Nie powinniśmy obchodzić.

             Matki Boskiej Gromnicznej. Prastare, pogańskie święto światła zaadaptowane dla potrzeb chrześcijańskich. Ale, jakby nie patrzeć, pogańskie. Odpada.

             Walentynki. No chyba kogoś pogięło. A co to niby ma wspólnego z polskością? Przed 1989 rokiem to święto znane było tylko na zachód od Odry. Także no... tego...

             Dzień Kobiet? No przecież to komuniści wymyślili. To na pewno antypolskie jest.
             Wielkanoc. Można obejść. Ale bez malowania pisanek, bez święcenia pokarmów i bez śmigusa dyngusa. Bo te trzy zwyczaje to prastare, pogańskie obyczaje zaadaptowane przez pierwszych duszpasterzy. Chcieli, żeby ludziska przyszli do kościoła, trzeba było nagiąć ich zwyczaje do nowych świąt. Święta rdzennie polskie, ale przecież nie chrześcijańskie. Także trochę skromniej z tą Wielkanocą.

            Zielone Świątki, Matki Boskiej Zielnej, Matki Boskiej Siewnej. Patrz wyżej. Pogańskie święta. Powinny były być wypalone świętym ogniem, ale na polskich ziemiach chrzest nie dokonywał się ogniem i mieczem, a misjonarzom najpierw zależało na frekwencji, a potem na dochodach. Odpada.
 
            Boże Ciało. Kolejne zaadaptowane pogańskie święto. No tak nie może być. Jeszcze te pogańskie tradycje zdobienia ołtarzy na ulicach i wśród pól. No jak to się niby ma do chrześcijańskiej skromności? Inspirację świętami Światowida widać na milę. Oj, lepiej nie obchodzić.

            Zaduszki / Wszystkich Świętych. O głęboko zakorzenionej pogańskości tego święta chyba nie trzeba pisać. Chrześcijanie powinni się cieszyć, że ich bliscy już nie są na tym łez padole. Także futra proszę zdjąć, a znicze zgasić. No kto to słyszał.

           Święto Niepodległości. Polska odzyskiwała niepodległość tyle razy w swojej historii, więc dlaczego akurat ten 11 listopada? Przecież to koniec Pierwszej Wojny Światowej. Światowej. Czyli nie polskie, tylko światowe. Zgniło-europejskie. W dodatku ta niepodległość to naprawdę był upadek Niemiec, rozpad Austro-Węgier i degrengolada Rosji. Jaka tam niepodległość. Tak jakoś samo wyszło. Nie ma czego świętować. W dodatku potem jeszcze te układy w Wersalu. Znowu zgniły Zachód. Wiadomo, jak się skończyło. Może lepiej nie obchodzić.

            Boże Narodzenie. Zwyczaj radosnego obchodzenia przyszedł do Polski ze zgniłego Zachodu. Także też lepiej ostrożnie. Aha, jeszcze pozostaje kwestia odwiedzenia kościoła. Te cyrki z okadzaniem ołtarza, świecami, procesjami.... przecież to na odległość śmierdzi pogaństwem. Także Boże Narodzenie jak najbardziej, ale skromniej proszę państwa. Oczywiście, Mikołaj to wymysł zgniłych kapitalistów. Prezenty możemy sobie ewentualnie darować na imieniny (ale to przecież sprzedajne ustawianie świąt pod handel relikwiami, jakoś nie bardzo chrześcijańskie), albo urodziny (korzenie greckie albo i dalej, a przecież wiadomo, ilu oni mieli bogów).

            Pominąłem oczywiście święta żydowskie, prawosławne, muzułmańskie i wszelkie inne. No gdzieżby coś takiego w polskim domu.

             Także tego, kochani Narodowcy. Do domu i koniec z tym pogaństwem. Przecież nie będziecie świętować jakichś  niemieckich świąt. Czy tam, broń Boże, żydowskich. Chciałbym jeszcze przypomnieć, że koncepcja zgromadzeń narodowców, skandujących hasła i śpiewających hymny pod sztandarami zalatuje niemieckim Narodowym Socjalizmem. A wiadomo przecież, że oni byli na bakier z chrześcijaństwem. Jakieś tam pogańskie bóstwa reanimowali. No i ten socjalizm w nazwie. Także lepiej w samotności te święta jakieś tam ewentualnie...
piątek, 30 września 2016

           Dawniej (w czasach przed Facebookiem i Googlem), o poglądach ludzi dowiadywaliśmy się dyskutując z nimi na żywo. Dyskutowaliśmy na przerwach między lekcjami o wyższości malucha nad syrenką oraz roztrząsaliśmy problemy moralne Krzywego, którego ojciec był milicjantem, a więc uczestniczył w pałowaniu naszych starszych braci. Zastanawialiśmy się, czy robiąc to tylko dla pieniędzy, bo nie może znaleźć innej pracy, nadal jest wart pogardy. Niejedną mniej i bardziej krwawą bójką okupiliśmy sympatie dla drużyn piłkarskich. Gdy Wara w drodze ze szkoły, wykorzystując swoją przewagę wiekową, bezczelnie podszedł do bezdyskusyjnie najładniejszej dziewczyny w naszej klasie i zabrał ją na oranżadę w sklepiku, następnego dnia czekała na niego grupka starszych braci Rycha.

           Na zjazdach rodzinnych, po kilku seriach wódeczki, wujkowie zaczynali dyskusje polityczne. Siedząc na przeciw siebie, przy jednym stole, coraz mniej ostrożnie dobierali argumenty. Niejedna szklanka zginęła w ściskanej dłoni. Pod koniec imprezy, odciągani przez zawstydzone ciotki, ostatecznie bratali się ze sobą w korytarzu, lub rozjeżdżali nie odzywając się do rodziny przez kolejne lata.

           Sąsiadki schodziły się u babci i wspólnie gniotąc pierogi obgadywały te nieobecne. Wywiązywały się dyskusje, czy Chraszczakowa dobrze zrobiła wywalając męża pijaka, czy nie. Czy do farszu na pewno dodaje się taki ser i czy sąsiadce nie wstyd podbierać go ze spiżarni własnej teściowej. Niejedna chochla poleciała w stronę pieca. Wieczorem, nad ciepłym jeszcze ciastem, sąsiadki płakały już razem nad straconą młodością.

           Spotykaliśmy znajomych na ulicy. Jeśli wcześniejsze dyskusje nauczyły nas, że ich poglądy są inne od naszych, mówiliśmy sobie dzień dobry, lub staraliśmy się skręcić do kiosku niezauważeni.

           Większość jednakże ludzi w naszym otoczeniu miała w zasadzie poglądy na świat takie same jak my. W długich dyskusjach na trzepaku, pod budką z piwem, u magla, u fryzjera, w kolejce po mięso, wykuwaliśmy swoje poglądy. Kręciliśmy się wśród naszej małej społeczności i niewyobrażalne dla nas było, że gdzieś, pośród nas mógłby być jakiś odmieniec, jakiś kabel donoszący smutnym panom z milicji. No bo w końcu co miałby donosić – że nasza dzielnica też nie lubi Jaruzelskiego? Wszyscy uważaliśmy to za normalne. Nie mieściło się w głowach, że ktoś mógłby myśleć inaczej. Podświadomie czuliśmy, że ojciec Krzywego pałuje strajkujących robotników tylko dlatego, że jeśli opuści pałkę, to sam zostanie spałowany, a przecież ma w domu siedmioro dzieci do wykarmienia.

            Co do różnic światopoglądowych, wiedzieliśmy że układają się dzielnicami. Wiedzieliśmy, że wille tam za rzeką dostawali zasłużeni u władzy, więc do tych dzieciaków nikt się odzywał, a oni z kolei żyli tylko w swoim kręgu, w wyselekcjonowanych szkołach, oglądając swoje zdjęcia z Bułgarii. Wiedzieliśmy, że na tamtej ulicy, pośród dziewięciu melin, można zarówno dostać w twarz za nic, jak również dostać świece do Poloneza, jeszcze ciepłe.

           Internet dał nam możliwość ukrywania się za pseudonimami. Dał nam też możliwość szerszych kontaktów. Pozwolił znajdować ludzi o takich, jak nasze poglądach poza naszą dzielnicą. Odgrodził nas od konieczności codziennych kontaktów z ludźmi z naszej dzielnicy. Poglądy przestały rozkładać się geograficznie, a zaczęły być związane z odwiedzanymi stronami i forami. Każdy jest inny, każdy ma inne doświadczenia i inne uczucia. Zamknięci w domach, pochyleni nad ekranikami, poczęliśmy przesuwać swoje światopoglądy zupełnie inaczej, niż uczyły tysiące lat historii. Czując nieme poparcie całego forum, radykalizowaliśmy coraz bardziej.

           To właśnie FB uświadomił mi, co się stało z moimi przyjaciółmi. Z ludźmi, z którymi niejedną noc przegadaliśmy, niejedną talię kart zgraliśmy i niejedną ścieżkę przeszliśmy. Wydawałoby się, że wszyscy pójdziemy mniej więcej podobnymi drogami. Że te niewielkie i niegroźne różnice sprzed lat pozostaną nieistotnymi. Tym czasem, poodchodziliśmy w tak strasznie różne strony.

            Gdzieś pośród nas, pośród ludzi starających się prowadzić szczęśliwe życie, pośród nas, zabiegających o zdrowie i szczęście naszych dzieci, pośród wpajania w dzieci marzeń o wspólnym, wolnym od uprzedzeń świecie, pośród pragnień i dążeń do pokoju, do ładu, do szczęścia, do wolności i odpowiedzialności, gdzieś między pierwszym a czwartym piętrem klatek schodowych naszych blokowisk, między brązowym a białym płotem naszych dzielnic willowych, żyją teraz zupełnie inni ludzie. Zrzeszeni w internetowych klubach czystej rasy sączą jad nienawiści. Wpajają swoim dzieciom siłę kastetu, pały i łańcucha. Już nie w przestępczych dzielnicach, gdzie to było normą. Przestępcze dzielnice zniknęły. Wyparły je modne lofciki i apartamentowce za wysoką bramą. Nienawiść zagościła na naszych podwórkach.

         Na co dzień mijamy się na ulicy, mówimy sobie dzień dobry. Jeśli skojarzymy forumowego nicka z twarzą sąsiada, omijamy przezornie z daleka, lub skręcamy gwałtownie do spożywczego. Wieczorami wklejamy na fejsika uśmiechnięte zdjęcia naszych dzieci chłonących radość wolności i tolerancji wskroś Europy. Tymczasem, pośród naszych sąsiadów, pośród naszych bliskich, zdawałoby się znajomych, ktoś właśnie klepie „śmierć wrogom ojczyzny”, bynajmniej nie kryjąc się z tym, że ma na myśli nas. Uczymy nasze dzieci, że potrzebującym trzeba pomagać, a tym czasem za ścianą sąsiad klepie jakieś brednie o Żydach, Masonach i Islamistach. Opowiadamy dzieciom o bezmiarze i bezsensie okrucieństwa wojny, a kilka pięter niżej, stary kumpel ze szkoły organizuje bojówkę żeby spuścić łomot tym szmatom. Już nie musimy patrzeć sobie w oczy. Mamy ajfoniki i łajfaje.

         Ludzie, którzy stają szpalerem wzdłuż ulicy z wyciągniętymi w górę ramionami, którzy palą race, grożą nam kijami, którzy wznoszą nasze wspólne, zdawałoby się, flagi wrzeszcząc przy tym o zemście i śmierci – oni już nie przychodzą z wyklętej ulicy w zapomnianej dzielnicy. Nie zwołał ich krzykacz z boiska przy szkole. Oni przyszli spomiędzy nas, spośród naszych ulic, naszych klatek schodowych. Mijamy ich codziennie na ulicach. Oznaczyliśmy ich jako przyjaciół na naszych fejsikowych ściankach dawno temu i z coraz bardziej opadającą szczęką czytamy ich komentarze.

         Dziś już nie musimy siadać przy stole i patrzeć sobie w oczy. Nie musimy stanąć razem w kolejce, czy spotkać się w sklepie. Nie musimy znieść wzroku drugiej strony. Nie musimy ostrożnie dobierać słów. Nie trzeba obawiać się reakcji ulicy. W ciszy naszych sypialni rzucamy w eter słowa, których na żywo nie odważylibyśmy się wypowiedzieć. Dowalamy naszym przyjaciołom. Wiemy, że w razie czego poprze nas połowa tego forum. Świadomość tysięcy ludzi rozsianych po świecie o równie porąbanych poglądach co nasze, daje nam siłę dopiekania rodzinie i sąsiadom. Daje siłę porównania starego przyjaciela do dowolnie wybranego stworzenia zamieszkującego wysypisko. Już się nie trzeba powstrzymywać. Wypisujemy kalumnie przekonani, że anonimowość i brak kontaktu twarzą w twarz wszystko wybaczy. Wykopujemy coraz głębsze okopy i jakoś nie widać szansy na zbratanie się w korytarzu. 

niedziela, 25 września 2016

         Komu te wakacje przeszkadzały... Tak nam było dobrze, że mimo tęsknoty za domem i kotem, nie chciało nam się za bardzo wracać. Kiedy masz przed oczami wzgórza porośnięte winoroślą, gajami oliwnymi i dojrzewającymi w sierpniowym słońcu słonecznikami, a na niebie żadnej chmurki przez dwa tygodnie, perspektywa powrotu do kapryśnej angielskiej aury nie nastraja człowieka optymistycznie. Patrzysz na stojące przy drogach cyprysy i pinie, dające cień podróżnikom, rozkoszujesz się widokiem kwitnących oleandrów, ale już gdzieś na plecach czujesz oddech nadchodzącej jesieni.

Talamone, Italy

Talamone

Saturnia, Italy

Saturnia

            Tegoroczne wakacje rozpieściły nas piękną pogodą zarówno we Włoszech jak i w Polsce, spakowane do walizek na wszelki wypadek cieplejsze ubrania i kurtki przeciwdeszczowe nie przydały nam się ani razu, więc zrozumiałe jest, że z obawami czekam na pierwszy angielski słotny dzień. Ale póki co, wygląda na to, że słońce Italii podróżowało z nami do Polski i przywieźliśmy je ze sobą do Derby. Wrzesień wyjątkowo rozpieszcza wysokimi temperaturami, błękitem nieba i słońcem wciąż opalającym nasze twarze. W moim ogródku nadal owocują maliny i jeżyny, słonecznik rośnie sobie w najlepsze, a szafirki zachęcone ciepłem znowu wykiełkowały.

            Tylko pająki nie dają się zwieść i plotą sieci na potęgę. One wiedzą, że wcześniej czy później przyjdzie prawdziwa jesień i trzeba być na nią przygotowanym. Człowiek mimo wszystko stara się pogodzić z faktem, że już zaczęła się szkoła, praca, ale serce wciąż się gdzieś wyrywa. Przeglądam i edytuję zdjęcia z naszych wakacyjnych wypraw małych i dużych i już czuję tę tęsknotę, te motyle w brzuchu, ten niepokój, że znów bym się gdzieś wybrała. Tylko urlopu już mi mało zostało i mogę sobie tylko pomarzyć o dalekich wojażach. Przyjdzie mi się zadowolić weekendowymi wycieczkami. Dobre i tyle.

           Korzystając z nieobecności dziewczyn, które pojechały na biwak skautowy do Twycross Zoo (nota bene spanie między szympansami i żyrafami musiałaby być ciekawym doświadczeniem), wybraliśmy się z Piotrem na wycieczkę w nieznane nam dotąd okolice Worcestershire. Stwierdziłam, że powinniśmy z tygodniowym opóźnieniem obejść naszą 18. rocznicę ślubu i zamarzyło mi się kino, kolacja i spacer.  Spacery mieliśmy nawet dwa – w pięknych ogrodach Witley Court i Hanbury Hall, kolację zjedliśmy po powrocie w domu, a kino też byliśmy zmuszeni sami sobie zorganizować. Niestety, w repertuarze kinowym nie znaleźliśmy niczego interesującego. Obejrzeliśmy więc czekający długo na półce film o królowej Wiktorii - "Mrs Rown", z genialną Judi Dench w roli głównej. Miło było zobaczyć znajome plenery Osborne House, rezydencji królowej Wiktorii na wyspie Wight. Pozostałe dwie rezydencje, gdzie kręcono film - Balmoral Castle i Windsor Castle -  jeszcze czekają na nasze odwiedziny. No choćby nie wiem jak się człowiek starał, to zawsze coś jeszcze pozostanie do odkrycia. I chyba to najbardziej w tym lubię, by gonić króliczka, by ciągle mi się chciało, bym ciągle miała ten niezaspokojony głód i ciekawość. Bo kiedy przestanę, to zacznę się o siebie poważnie martwić...

wtorek, 20 września 2016

        Kiedy w tym roku pojechaliśmy do Szkocji wiedzieliśmy, że w drodze powrotnej z Orkadów nie może zabraknąć na naszym szlaku miejsca, które zepnie klamrą geograficzną naszą wyprawę z zeszłoroczną wizytą w Kornwalii. Te dwa miejsca łączy sławna i legendarna wręcz trasa między dwoma skrajnymi przylądkami wysuniętymi na północ i na południe - John o' Groats  i Land’s End. Trasa ta prowadzi przez całą wyspę Wielką Brytanię z północy na południe lub z południa na północ, jak kto woli. W pewnym sensie pokonaliśmy tę trasę z roczną przerwą.

         Oba przylądki mają już symboliczne znaczenie w Wielkiej Brytanii. Land’s End – koniec świata  - jest najbardziej wysuniętym kawałkiem lądu w kierunku południowo-zachodnim, ale nie jest to najdalsza część zachodnia ani południowa. Przylądek jest usytuowany w zachodniej Kornwalii na końcu półwyspu Penwith. Najbardziej na południe wysuniętym kawałkiem Wielkiej Brytanii jest Lizard Point. John o' Groats jest tradycyjnie uznawany za najdalej wysunięty na północ przylądek Wielkiej Brytanii, w północno-wschodniej Szkocji. Tak naprawdę jednak najbardziej na północ wysuniętym krańcem jest pobliski Dunnet Head, znajdujący się 2 mile od John o' Groats.

Land'sEnd Kornwalia

        Tradycyjny dystans między przylądkami wiodący drogami to 874 mile (1.407 km). Turyści, sportowcy, wyczynowcy, podróżnicy, ludzie bijący rekordy wszelakie pokonują tę trasę na wszystkie, nawet w najdziwniejsze możliwe sposoby. Księga rekordów zapełnia się coraz ciekawszymi odnotowanymi osiągnięciami, łącznie z przebyciem całej trasy pieszo, boso oraz nago. Można też konno, na deskorolce czy na wózku inwalidzkim, grając w golfa czy lecąc na paralotni. Wiele osób wybiera się w tę podróż, by zebrać fundusze na cel charytatywny. Kiedy dojechaliśmy do John o’Groats spotkaliśmy dwóch kolarzy, którzy właśnie zakończyli swoją podróż i robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Przez całą drogę zbierali fundusze na hospicjum dla dzieci. Doświadczeni rowerzyści są w stanie pokonać te trasę w 10-14 dni, ale tylko wtedy, kiedy im się spieszy i chcą bić rekordy. Rekord dla biegaczy wynosi 9 dni. Dla włóczykijów wędrujących bocznymi drogami dystans do przejścia to 1,200 miles (1.900 km) i wymaga zaplanowania 2 -3 miesięcznej ekspedycji. Najmłodszy uczestnik miał 4 lata i jechał rowerem przez 31 dni, a najstarszy, 74-latek przebył dystans pieszo.

           Dystans między przylądkami wyznaczony w linii prostej na podstawie współrzędnych geograficznych to 603 mile (970 km), ale tak wytyczona linia przechodzi na mapie przez Morze Irlandzkie. Siłą rzeczy więc trzeba wybrać drogę prowadzącą dookoła, chyba, że się płynie. Najnowsza wytyczona za pomocą nawigacji satelitarnej, najszybsza trasa przejazdu głównymi drogami wynosi 838 mile (1,349 km). Przewidywany czas takiej podróży to 15 godzin i 48 minut. Wielu śmiałków podejmuje wyzwanie, by przejechać ten dystans w ciągu jednej doby, co jest jak najbardziej wykonalne, ale jaka z tego przyjemność? Taki pośpiech to nie dla mnie. Marzy mi się taka wyprawa rowerowa, niespieszna, bocznymi drogami,  by móc przejechać Szkocję, Anglię, Walię i Kornwalię ciesząc się wszystkim, co napotkałabym po drodze. Nie wspomnę już o tym, jaka byłaby frajda wytyczenia sobie trasy kajakowej…

          Taka podróż od końca do końca, na skos i z naprzeciwka byłaby fantastyczną wyprawą. Kiedyś, może na emeryturze, która jest niezmiernie przeładowana planami, uda mi się to zrealizować. Teraz tylko trzeba do tej emerytury jakoś dożyć, albo zbuntować się i cieszyć się życiem tu i teraz, nie czekając na emeryturę. Jak znam nasz niespokojny podróżniczy charakter, głód nowych miejsc i wszystko, co można spotkać za kolejnym zakrętem, nawet za naszym progiem, to znowu gdzieś ruszymy, nawet jeśli to miałaby być wycieczka na jeden dzień.

piątek, 24 czerwca 2016

         No to się porobiło... Wieczorem oglądałam wieczór wyborczy, ale wyniki spływały bardzo wolno, poszłam spać. Rano Piotr obudził się pierwszy i obwieścił mi, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii. Podświadomie się tego obawiałam, ale wierzyłam, że jednak opcja pozostania we wspólnocie zwycięży. Bez jakiejś miażdżącej różnicy, ale jednak większością głosów Wielka Brytania zdecydowała się odłączyć od Unii Europejskiej. Taki jest głos społeczeństwa, wyrażony w demokratycznym referendum i trzeba go uszanować, jak stwierdził premier David Cameron. Ale mam wrażenie, że po 40 latach otwartych drzwi Brytyjczycy zamknęli za sobą te drzwi z hukiem. Zamknęli też drzwi dla samych siebie. Uważają, że dadzą sobie świetnie radę sami, bez Unii. Ale czy w dzisiejszych czasach można być samotną wyspą, nie tylko geograficznie, ale również politycznie?

          Po latach spokoju nastały burzliwe czasy. Najgorsze jest to, że żyję w tym kraju, ciężko pracuję, płacę podatki, a nie miałam szansy wyrazić swojego zdania i będę musiała się podporządkować głosowi większości. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Zastanawiam, jak będziemy teraz traktowani. Znam wielu Brytyjczyków, którzy są przerażeni tym, co się dzisiaj stało, chcą być Europejczykami i nie mają nic przeciwko temu, żeby inni Europejczycy przyjeżdżali żyć między nimi, nie chcą być rasistami, ksenofobami, boją się o przyszłość swoją i swoich dzieci. Ale dzisiaj w pokoju nauczycielskim rozgorzała burzliwa dyskusja i było parę osób, które stało na stanowisku, że nie chcą, żeby im ktoś mówił, co mają robić we własnym kraju. Nie pamiętają już czasów, kiedy to Zjednoczone Królestwo miało rząd dusz nad 1/3 świata i narzucało swój punkt widzenia wielu krajom? Może o to właśnie chodzi, te niespełnione marzenia i sny o potędze, tęsknota za imperium? W końcu to starsze pokolenie w większości głosowało za wyjściem z Unii. Niestety, ich jedynymi argumentami były populistyczne hasła nacjonalistycznych partii. Czy ktoś mi wkrótce powie, tak jak kiedyś polskim żołnierzom po zakończeniu II wojny światowej, którzy nie chcieli wracać do komunistycznej Polski – A co Wy tu jeszcze robicie? Wracajcie do siebie!

          W ramach analizy wyników pokazano mapę Zjednoczonego Królestwa, gdzie głosy za odłączeniem się były zaznaczone na czerwono, a opcja pozostania na żółto. Cała Anglia jest czerwona z małymi żółtymi wysepkami. Nasza okolica czerwona do bólu, za to cała Szkocja bez wyjątku jest żółta. Szkoci są za pozostaniem w Unii, więc obawiam się, że wyniki referendum pokazują rozłam w Zjednoczonym Królestwie. Kto wie, czy Szkocja nie zagłosuje wkrótce ponownie w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa, by móc pozostać w Unii Europejskiej. Kto wie, może przeprowadzimy się do naszej ukochanej Szkocji, ale czy tam będą nas chcieli?

        Wróciłam dzisiaj wcześniej do domu, otworzyłam na oścież okna, wpuściłam lato do środka. Przyjaciel z Polski napisał mi na FB, żeby się nie przejmować, kurz niebawem opadnie, zaczną się negocjacje nowych umów, przepisów i będziemy wiedzieć na czym stoimy. Pomartwię się później, teraz będę cieszyć się latem.

czwartek, 23 czerwca 2016

           Jak każdego czwartku jechałam dzisiaj do jednej ze szkół średnich, którą wspieram w ramach swoich obowiązków w pracy. Wydawałoby się czwartek, jak każdy inny, mały korek przy włączaniu się na trasę szybkiego ruchu, potem na rondzie w centrum, ale generalnie dojechałam do pracy bez większych problemów. Czwartek jak czwartek, ale nie dziś. Na trasie szybkiego ruchu na każdym moście transparenty  „Vote leave”, przy rondzie na światłach mężczyźni z tablicami z takim samym hasłem. To nie jest zwykły czwartek, dzisiaj odbywa się najważniejsze referendum ostatnich dziesięcioleci, które ma zadecydować, czy Zjednoczone Królestwo zostanie w Unii Europejskiej, czy ją opuści. Brytyjczycy decydują dziś o przyszłości swoich dzieci, wnuków i prawnuków.

            Nauczycielka wiedzy o społeczeństwie w tym gimnazjum, w którym byłam dziś, postanowiła użyć tematu Brexitu do ćwiczenia dyskursu i debaty. Podzieliła więc klasę na dwie części i bez względu na osobiste poglądy 13-letnich uczniów dała im dwie opcje – kampanię na rzecz pozostania w Unii i kampanię na rzecz odłączenia się Zjednoczonego Królestwa od Unii Europejskiej. Dostarczyła im materiały, pokazała wiadomości, ale okazało się, że ci młodzi ludzie nie są w ogóle zainteresowani tym, co się dzieje wokół nich, od czego zależy przyszłość ich ojczyzny i tego, w jakich okolicznościach i warunkach przyjdzie im kiedyś żyć. Nie wiedzieli, które partie polityczne popierają wyjście z Unii, jakie ważne osobistości życia publicznego opowiadają się za pozostaniem w europejskiej wspólnocie, a które wręcz przeciwnie. Jeśli większość z nich zapytać o fakty z życia ich ulubionych celebrytów i piłkarzy, wiedzą wszystko na wyrywki, ale sprawy polityki są im zupełnie obce.

             Przygotowywanie się do debaty też niestety szło im jak po grudzie. W sytuacji kiedy na większości lekcji doskonalą umiejętność copy-paste, kreatywne podejście do dyskusji, research i znalezienie odpowiednich argumentów było dla nich prawdziwym wyzwaniem. Większość argumentów opierała się na stereotypach, plotkach, niepotwierdzonych informacjach. Niektórzy znaleźli się we właściwej grupie, zgodnej z ich osobistymi poglądami lub poglądami, które są lansowane w ich domach. Padły zarzuty pod adresem braku kontroli napływu imigrantów, wykorzystywania przez imigrantów z innych krajów Unii systemu zasiłków społecznych. Odezwał się stereotyp imigranta, który przyjeżdża po zasiłki, a nie do pracy i tylko żeruje na brytyjskim państwie, a tym samym na kieszeniach podatników. Pytanie tylko, ilu Anglików robi dokładnie to samo? Na wyobraźnię tych młodych ludzi na pewno działają wielkie liczby jak chociażby to, że Wielka Brytania płaci tygodniowo 350 milionów funtów składki do budżetu unijnego. Oznacza to 50 milionów dziennie. Jednak informacje o wielkości subsydiów, z którymi te pieniądze wracają chociażby do brytyjskich farmerów, już pominęli w swoich poszukiwaniach czy argumentach. Jedni obawiali się utrudnień w  podróżowaniu i studiowaniu poza granicami UK, kiedy opuści ono Unię, inni zastanawiali się nad opieką zdrowotną, ale większość z nich powielała opinie swoich opiekunów i rodziców zasłyszane w domu, jeżeli w ogóle u nich w domu rozmawia się na te tematy.

             Zastanawiająca była postawa dziewcząt pochodzenia hinduskiego i pakistańskiego. Były jak najbardziej za opcją wyjścia z Unii i popierały swoją opinię argumentem, że imigranci przyjeżdżają do Anglii tylko po zasiłki, ale nie do pracy, nie uczą się języka angielskiego, oczekują specjalnego traktowania. Nauczycielka przypomniała im wówczas, że społeczność hinduska w Wielkiej Brytanii, czy przybysze z Pakistanu przechodzili przed 20-30 laty przez dokładnie ten sam proces, co obecni imigranci z krajów Europy Środkowej czy Wschodniej. Przyjeżdżali do Wielkiej Brytanii z nadzieją na pracę, możliwość dostępu do lepszej edukacji dla swoich dzieci, nadzieją na lepszą przyszłość dla swoich rodzin. Część z nich nawet po tych 20-30 latach nadal tkwi zamknięta w swoich małych społecznościach, nie zamierza się asymilować. Starsze pokolenie już nie zdążyło nauczyć się angielskiego, zdarzają się rodziny, gdzie od 3 pokoleń wszyscy żyją z zasiłków i nie zawracają sobie głowy pracą. Zważywszy na to, że mają za sobą takie doświadczenia, ich uprzedzenia i niechęć do nowo napływających do Wielkiej Brytanii przybyszy ze Słowacji, Rumunii czy Polski bywa czasami zadziwiająca.

              Sam nauczycielka prowadząca tę młodzieżową debatę o Brexicie, była zaniepokojona tym, jakie negatywne postawy i jakie podziały wśród brytyjskiego społeczeństwa utworzyło referendum i głosowanie. Przyznała, że w jej własnej rodzinie część starszego pokolenia jest za wyjściem z Unii, odzyskaniem niezależności, jeśli nie niepodległości nawet. Ona sama jest przerażona tym, co może się stać, jeśli Wielka Brytania opuści Unię i boi się, w jakim świecie przyjdzie żyć jej 4-letniej córeczce. Boi się izolacji, nacjonalizmu, braku tolerancji. Niestety, w coraz większej ilości krajów w Europie takie postawy dochodzą do głosu. Sama wspominała swoje podróże po Europie, kiedy czuła się wolna, przekraczając niepostrzeżenie granice kolejnych krajów i była zachwycona Chorwacją, Słowacją, Czechami. Boi się kroku w nieznane, nie wie, jakie przepisy wejdą w życie po opuszczeniu Unii i co czeka ją i jej dziecko w tej sytuacji.

              Warsztaty z uczniami się skończyły, a ja pojechałam do biura. Po drodze wpadłam na chwilę do sklepu zrobić zakupy w czasie swojej przerwy na lunch. A że sklep znajduje się praktycznie w centrum dzielnicy międzynarodowej, gdzie mieszka większość rodzin, którym pomagamy, nie sposób jest się nie natknąć na kogoś znajomego. W drzwiach marketu Lidl spotkałam pana Krisztę, Słowaka, którego córeczce pomagałam w szkole kilka lat temu. Minęliśmy się z pozdrowieniem 'dobry den' na ustach, ale pan Kriszta odwrócił się i zapytał – Pani Ewo, a co Pani myśli? Za tydzień będą nas stąd wyrzucać? Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Nie wiem, jakie będą wyniki głosowania, nie mam przeczucia, nie umiem wróżyć z fusów. Sondaże w ostatnim tygodniu ciągle wahały się z jednej opcji na drugą, nie dając żadnej z nich znaczącej przewagi. Szkocja chciałaby zostać, ale co z Walią, Anglią, i Północną Irlandią? Większość Anglików w naszej okolicy żyje w złudnym przekonaniu, że dzień po głosowaniu, jeśli większość opowie się za wyjściem z Unii Europejskiej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną ich wszystkie problemy, które ich zdaniem członkostwo w Unii wnosi w ich życie. Co więcej, wydaje im się, że pozbędą się wszystkich zobowiązań, ale będą nadal cieszyć się wszystkimi przywilejami.

              Powiedziałam panu Kriszcie, co powtarzam każdemu zaniepokojonemu pytającemu mnie o zdanie. Nie panikujmy, zobaczymy jutro rano, jakie będą wyniki i jakie kroki prawne podejmie rząd Zjednoczonego Królestwa. Jak długo będzie trwał okres przejściowy i co będzie wymagane od rezydentów – obywateli krajów Unii Europejskiej, mieszkających na stale w Wielkiej Brytanii. Może będziemy musieli wyrabiać sobie wizy, może trzeba będzie przyjąć obywatelstwo. Nie widzę powodu, dla którego ludzie, którzy od lat uczciwie tutaj pracują, posyłają swoje dzieci do szkoły, płacą podatki, mówią dość dobrze po angielsku, nie wchodzą w konflikt z prawem i swoją pracą i płaceniem kredytów hipotecznych za swoje domy napędzają brytyjską gospodarkę mieli się czegokolwiek obawiać. Ale to ja tak myślę. A co zrobią brytyjskie władze? Jeśli po przegranym referendum David Cameron ustąpi ze stanowiska premiera rządu i do władzy dojdą nacjonaliści, brytyjskie podejście do imigrantów może ulec kategorycznej zmianie i skończy się polityczna poprawność. Już teraz temat referendum dzieli ludzi na będących za i przeciw, więc w niektórych miejscach, na przykład u mojego męża w pracy po jednej burzliwej dyskusji, gdzie ku zaskoczeniu kilku osób okazało się, że ci, po których najmniej by się tego spodziewano, są za wyjściem z Unii, zaprzestano rozmów na ten temat – tabu.

            Jutro będziemy wiedzieli, jakiego wyboru dokonali Anglicy, jakiego Szkoci, Walijczycy czy Irlandczycy z Irlandii Północnej. Kiedy jechaliśmy na urlop do Szkocji, przekonaliśmy się, że zamiast dominujących przy angielskich drogach tabliczek ‘vote leave’, jest więcej tabliczek ‘vote stay’. Kto wie, czy to referendum nie rozsadzi Zjednoczonego Królestwa od środka, kiedy okaże się, że niektóre kraje chcą zostać w Unii, a inne nie. Kto wie, z jakim nastawieniem Anglików przyjdzie nam się zetknąć w najbliższych latach i jakie prawne konsekwencje pociągną za sobą obie opcje. Może będzie podobnie jak ze szkockim referendum w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa – wszyscy panikowali, że większość uzyska opcja odłączenia, a jednak Szkoci zagłosowali za pozostaniem w UK. Trudno przewidzieć, jakie nastroje zwyciężą dziś. Niestety, w większości postawy osób głosujących są oparte właśnie na nastrojach, na populistycznych argumentach spierających się polityków, na stereotypach, bez rzetelnych informacji. A młodzi ludzie, ludzie, którzy jeszcze nie mają prawa wyborczego, narzekają, że cokolwiek się wydarzy, to oni wypiją piwo, którego dzisiaj nawarzą ich rodzice i dziadkowie. Cheers!

wtorek, 14 czerwca 2016

             W czasie naszej wycieczki do Szkocji, na wyspę Skye i na Orkady staraliśmy się przemieszczać drogami wzdłuż linii brzegowej, które są wytyczone specjalnie jako trasy widokowe. Dlatego też każdego dnia widzieliśmy kilometry plaż. Kiedy przychodził czas odpływu, sięgały one w głąb morza, odsłaniając morskie dno, muszle, kamienie, wodorosty. Zaułki i zatoki szkockiego lądu powodują, że nigdy nie wiadomo, czy masz jeszcze do czynienia z jeziorem ze słodką wodą, czy jest to już ostro wcięta w ląd zatoka morska. Większość z nich i tak nazywa się loch – czyli jezioro. Kontrola smaku wody nie pozostawia wątpliwości – słona czy słodka, ale w wielu miejscach, gdzie rzeki uchodzą do morza, smak wody może nadal nas zwieść, bo z odpływem przeważa smak uchodzącej do morza bez przeszkód wody słodkiej, a w czasie przypływu wdzierającej się z pełną mocą, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie słonej wody. Plaże są więc wszędzie, jedne bardziej piaszczyste, inne bardziej kamieniste. Nad niektórymi wspinają się kilunasto- lub kilkudziesięciometrowe klify, gdzie gniazdują mewy i maskonury nazywanym po angielsku puffinami.

             Na Orkadach już nie ma żadnych wątpliwości, zewsząd otacza nas morze. Żeby dostać się na wyspy, trzeba przepłynąć promem z portów położonych na północnym wybrzeżu Szkocji. Archipelag jest naturalną granicą między Morzem Północnym i otwartym Oceanem Atlantyckim. Orkady składają się z ponad 60 wysp i wysepek, ale tylko 20 z nich jest zamieszkana. Nasza kwatera znajdowała się na wyspie Mainland, gdzie znajduje się również stolica archipelagu, Kirkwall. Mainland jest połączony groblami i mostami z innymi wyspami, na które można przejechać samochodem bez konieczności przeprawiania się promem. Kiedy tylko zaczyna się odpływ, na każdej z wysp plaże odsłaniają swoje piękno i bogactwo.

             Pamiętam z dzieciństwa, kiedy jeździłam na kolonie lub na wczasy z rodzicami nad polski Bałtyk. Podobno już jako berbeć upodobałam sobie taplanie się w morskiej wodzie i grzebanie w piachu w poszukiwaniu muszelek i kamyczków. Woda nigdy nie była zbyt zimna, żeby mnie odstraszyć i nawet szczękając zębami szłam dalej na spotkanie fal. Nie ukrywam, że tak mi już zostało i ewidentnie w genach przekazałam to potomstwu swemu, szczególnie temu młodszemu, które z każdej naszej wycieczki nad morze zwozi wiaderka muszelek i kamyków, a nawet piasku, bo będzie robić sobie akwarium. Pamiętając swoje spacery nad Bałtykiem, kiedy szliśmy kilometrami do latarni morskiej, zapatrzeni w horyzont, od czasu do czasu wypatrując u naszych stóp przyniesionych świeżo przez fale bursztynów lub muszli, rozumiem, co mojej córce w duszy gra, kiedy domaga się swojego sprzętu do grzebania. Uzbrojona w łopatę i wiaderko idzie na poszukiwanie skarbów. To, że robi się coraz większa i starsza, wcale jej nie zraża, po prostu weszła na wyższy poziom wtajemniczenia  - od budowy zamków z piasku do poszukiwania skarbów w piasku.

             I okazuje się, że na Orkadach jej podejście jest w cenie.

             Zważywszy na to, że Orkady są niezalesione, można na nich sporadycznie spotkać drzewa, które wytrzymały podmuchy sztormowych wiatrów. Wszelkie drewno opałowe pochodził dawniej z transportów ze Szkocji lub z wyłowionych z morza kawałków drewna, które dryfowały tutaj z Ameryki Północnej, z Kanady. Oczywiście w dzisiejszych czasach możesz zamówić drewno opałowe z Wielkiej Brytanii i odbierasz je sobie w najbliższym supermarkecie, ale z naturalnych zasobów możesz liczyć tylko na nieliczne drzewa, rosnące gdzieś przy domach lub właśnie na to wyłowione z morza. Okazuje się, że neolityczni osadnicy tylko na to mogli liczyć, dlatego zmuszeni byli pozyskiwać torf z torfowisk, by rozpalić swoje ogniska.

             W dzisiejszych czasach jednak na plażach można znaleźć dużo więcej ciekawych rzeczy niż tylko drewno na opał. Każdemu z nas chyba zdarzyło się chyba zgubić coś na plaży, co zakopało się w piasku. Potem przychodzi przypływ lub sztorm i morze zabiera takie skarby, ale czasami zostają one gdzieś głęboko w warstwie piasku. Podobno nad Bałtykiem ludzie z wykrywaczami metalu szukają skarbów, zagubionej biżuterii, zegarków. Na plażach popularnych kurortów jeżdżą po plaży ciągniki przesiewające piasek, które mają odkopać śmieci i oczyścić plaże. Za takimi ciągnikami idą zbieracze dóbr wszelakich i znajdują czasem ciekawe okazy. Na Orkadach ludzie też odwiedzają plaże i przeczesują je w poszukiwaniu ciekawych znalezisk i tradycja ta jest podtrzymywana tutaj od stuleci. Ludzie chodzili i chodzą na plaże dla rozrywki, inni dla zysku, a inni z konieczności. Nazywa się ich beachcombers – czyli przeczesujący plaże – i niektórzy z nich mogą się pochwalić całkiem imponującymi kolekcjami znalezisk. Od dryfującego drewna w fantazyjnym kształcie w sam raz dla lokalnego rzeźbiarza po nasiona lub szyszki tropikalnych drzew, sea glass czyli kawałki szkła oszlifowane przez piach i morskie fale, przez urwane boje, które przemierzyły Atlantyk po wiadomości w butelkach. Niezliczone ilości rozdartych sieci lub elementów wyposażenia jachtów i statków są ponownie używane przez rybaków jeśli się do tego nadają. Nigdy nie wiadomo, co prądy morskie i wiatr mogą przynieść na orkadyjskie wybrzeża. Poszukiwacze mają nawet swoją grupę na FB – zainteresowanych ich znaleziskami i raportami z orkadyjskich plaż zapraszam na https://www.facebook.com/OrkneyBeachcombing/

             Beach combing ma też swoją inną – ekologiczną twarz. Ludzie chodzą na plaże prawie codziennie - na spacer z psem, na spacer z dzieckiem, siłą rzeczy jest to ich oczywiste miejsce spędzania wolnego czasu. I mimo że oni sami starają się być przyjaźni swojemu własnemu kawałkowi świata i nie wyrzucają śmieci na plaży, znajdują je tam i nie przechodzą obok tego obojętnie. Wielu z nich ma podejście, że jeśli za każdym razem, kiedy są na spacerze, zbiorą choć 3 kawałki niepotrzebnych odpadków znalezionych nad brzegiem morza, nieważne czy wyrzuconych przez nierozważnych turystów, odwiedzających ich wyspy czy nieostrożnych mieszkańców czy też morze przyniesie jakieś plastikowe torby czy kawałki opakowań, które mogą być niebezpieczne dla morskich stworzeń. Po prostu zbierają te śmieci i wyrzucają je do przeznaczonych do tego kontenerów. Dzięki temu mogą się przysłużyć swoim wyspom, by żyło się tam czyściej i zdrowiej.

          Jest jednak kilka plaż na Orkadach, które zostały zaśmiecone celowo w bardzo specyficzny sposób w czasie II wojny światowej. Na Orkadach znajdowała się bowiem w czasie I wojny światowej baza okrętów wojennych, która broniła całego północnego wybrzeża Zjednoczonego Królestwa. Położenie zatoki Scapa Flow pomiędzy małymi wysepkami powodowało, że trudno było tam wpłynąć niedoświadczonym kapitanom, a obeznani z wybrzeżem marynarze mieli w ten sposób przewagę nad wrogiem. W czasie II wojny światowej Brytyjczycy użyli tego samego triku, a groble transportowe zbudowane między wyspami South Ronaldsay, Burray i Lamb Holm połączone z Mainland stworzyły bariery zwane barierami Churchilla. Oprócz grobli broniących dostępu do bazy okrętom podwodnym przy plażach zatopiono wraki, które w dodatkowy sposób odstraszały wrogie okręty próbujące wpłynąć na akwen Scapa Flow. Teraz, kiedy odpływ odsłania szkielety tych statków, barek, skorodowanych masztów, wystających z morskiego dna, obrośniętych wodorostami, robi to na przejeżdżających groblami duże wrażenie. Na mapach akwenów wokół archipelagu Orkad znaleźć można wiele miejsc, na które nadal nie wolno wpływać z powodu wraków z czasów wojennych potyczek. Może kiedyś fale znów przyniosą na plażę jakiś skarb z zatopionego szkunera.

Orkady

Chirchill barriers Orkneys

Chirchill barriers Orkneys

           Tymczasem Zosia, zainteresowana historią przeczesywania plaż, poszła na naszą najbliższą i znalazła kilka interesujących muszli, kamieni i jedną kość. Właścicielka naszego pensjonatu, która jest z zawodu archeologiem, fachowo orzekła, że to kość foki. Nie było mowy, żeby kość została porzucona i zostawiona. Kość przyjechała więc z nami do Derby i jest ozdobą kolekcji morskich skarbów Zosi. Warto więc iść na spacer na orkadyjską plażę, może kiedyś znowu je odwiedzimy i dysponując większą ilością czasu zwiedzimy resztę wysp i wysepek.

sobota, 11 czerwca 2016

            Ledwo ostygł silnik naszego samochodu po tym, jak przywieźliśmy dziewczyny z obozu skautowego, ledwo się rozpakowały z grubsza, wysypując brudne ubrania w składziku na jedną stertę, przepakowując się do czekających już w połowie wypełnionych przez nas walizek, ledwo wzięły prysznic i coś zjadły, a już na nowo odpalaliśmy auto, ruszając na długo wyczekiwany urlop, na kolejną wyprawę na północ. Po 4 latach od poprzedniej wizyty znowu postanowiliśmy wybrać się szlakiem Anioła Północy za mur Hadriana, za granicę Szkocji i Anglii, za Lowlands aż do Highlands. Up and up, aż po północny kraniec. Bo jak śpiewa Kuba Sienkiewicz i Elektryczne Gitary z naszej ulubionej płyty, granej w drodze – „Bo ja muszę być w ruchu, słyszeć wiatru świst w uchu, nikt nie daje już rady na moje napady”. Bo my jesteśmy dziwny przypadek, szybko nabieramy ochoty na takie odloty.

           Szkocji zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nie sposób się nie zakochać, jeśli ktoś tak jak my lubi góry, jeziora, morze, znajdzie ich wyjątkowo malownicze połączenia w Szkocji właśnie. Zresztą nie ma co ukrywać, prawie cała wyspa Wielka Brytania i sąsiadująca z nią Irlandia są pełne takich krajobrazów. Szkocja ma tę przewagę, że nie jest tak gęsto zaludniona jak Anglia czy Walia. Jedziesz przed siebie kilometrami i czasami spotkasz jakiś domek na horyzoncie, miniesz się z rzadka z kimś nadjeżdżającym z przeciwka. Za towarzystwo masz zazwyczaj pasące się na zboczach gór owce lub włochate krowy. Ma to swoje uroki pod warunkiem, że masz pełny bak, bo następna stacja benzynowa też za kolejne 100 mil. Po porzedniej wycieczce mieliśmy apetyt na więcej, bo jak to w wielu przypadkach bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia lub jeżdżenia.

             Tu niestety objawia się moja przypadłość związana z chęcią sięgnięcia za horyzont, zobaczenia, co jest za kolejnym zakrętem, czy aby nie omija mnie coś pięknego na kolejnej drodze, odchodzącej w bok od głównej trasy. Nie da się zobaczyć wszystkiego, nie da się być wszędzie, tym bardziej, że tym razem mieliśmy do dyspozycji tylko 6 dni. Pozostawiłam więc wytyczenie trasy Piotrowi, bo ja nie mogłabym się zdecydować. Naszym głównym celem był archipelag Orkad, wysp najbliżej położonych na północ od Wielkiej Brytanii. Po drodze jednak chcieliśmy jeszcze objechać wyspę Skye i północne półwyspy Szkocji. Naszykowałam więc swój sprzęt fotograficzny, by udokumentować całą naszą wyprawę, ale nawet najpiękniejsze zdjęcia nie są w stanie oddać widoków przesuwających się za Twoim oknem. I moja rodzina wie, że chciałabym się co chwilę zatrzymywać na następne zdjęcie, kolejne ujęcie, nie sposób przecież tak podróżować. Trzeba by mnie wysłać do tej Szkocji rowerem na 3 miesiące, żebym sobie mogła w spokoju wszystko uwiecznić. I nie można mnie z samochodu za często i na zbyt długo wypuszczać, bo wtedy to się zapodzieję z obiektywem przy oku. A i tak na kolejnym zakręcie będę chciała znowu się zatrzymać, by strzelić migawką raz jeszcze, choćby przez otwartą szybę. W wyjątkowej desperacji nawet przez przednią szybę, umazaną wycieraczkami jestem w stanie robić zdjęcia. Mogę żałować wszystkich tych miejsc, gdzie nie zdołałam się zatrzymać, gdzie nie zrobiłam zdjęć, ale zamiast tego żałować wolę je zapisać na moim twardym dysku, gdzieś głęboko pod powiekami, gdzie budują się we mnie, aż zmuszą do powrotu.

_DSC2801s_DSC2929s_DSC2833s

            Przejechaliśmy w ciągu tych 6 dni 1762 mile czyli w przybliżeniu 2820 km. To dużo czasu w samochodzie, ale warto było zobaczyć te otwarte przestrzenie, zaostrzyć sobie apetyt, by wrócić tam znowu, kiedyś i nasycić się lub przynajmniej spróbować. Napatrzeć się na plaże, na słońce, na góry, na linię horyzontu, gdzie spotyka się niebo z morzem, by nigdy się nie spotkać. Podzielić się tylko chmurami, pocałować deszczem i tęsknić za sobą, odbijając w sobie nawzajem swój błękit. Czasem zachmurzony i gniewny, czasem roześmiany promykami słońca, iskrzącymi się na każdej fali przybijającej do brzegu. Uciekającymi od siebie z odpływem, odsłaniającym bezbronne kilometry morskiego dna i wracające do siebie znowu, powoli, ze wzbierającą czułością, otulający się słoną wodą. Dobrze czuć na swoich policzkach tę sól z opryskujących mnie fal, skórę ciepłą od słońca, stopy zapadające się w piasku i biegające po kamieniach. Cieszyć się błękitem, by swoje oczy jeszcze bardziej rozbłękitnić. Dziewczynkowa zieloność ich oczu cieszyła się trawami na wgórzach, lasami, a piegi na nosach skrzyły się jak słońce na każdym krzaku kwitnącego na żółto kolcolistu. Nie chciało mi się wracać, oj nie chciało...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77