| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
piątek, 24 czerwca 2016

         No to się porobiło... Wieczorem oglądałam wieczór wyborczy, ale wyniki spływały bardzo wolno, poszłam spać. Rano Piotr obudził się pierwszy i obwieścił mi, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii. Podświadomie się tego obawiałam, ale wierzyłam, że jednak opcja pozostania we wspólnocie zwycięży. Bez jakiejś miażdżącej różnicy, ale jednak większością głosów Wielka Brytania zdecydowała się odłączyć od Unii Europejskiej. Taki jest głos społeczeństwa, wyrażony w demokratycznym referendum i trzeba go uszanować, jak stwierdził premier David Cameron. Ale mam wrażenie, że po 40 latach otwartych drzwi Brytyjczycy zamknęli za sobą te drzwi z hukiem. Zamknęli też drzwi dla samych siebie. Uważają, że dadzą sobie świetnie radę sami, bez Unii. Ale czy w dzisiejszych czasach można być samotną wyspą, nie tylko geograficznie, ale również politycznie?

          Po latach spokoju nastały burzliwe czasy. Najgorsze jest to, że żyję w tym kraju, ciężko pracuję, płacę podatki, a nie miałam szansy wyrazić swojego zdania i będę musiała się podporządkować głosowi większości. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Zastanawiam, jak będziemy teraz traktowani. Znam wielu Brytyjczyków, którzy są przerażeni tym, co się dzisiaj stało, chcą być Europejczykami i nie mają nic przeciwko temu, żeby inni Europejczycy przyjeżdżali żyć między nimi, nie chcą być rasistami, ksenofobami, boją się o przyszłość swoją i swoich dzieci. Ale dzisiaj w pokoju nauczycielskim rozgorzała burzliwa dyskusja i było parę osób, które stało na stanowisku, że nie chcą, żeby im ktoś mówił, co mają robić we własnym kraju. Nie pamiętają już czasów, kiedy to Zjednoczone Królestwo miało rząd dusz nad 1/3 świata i narzucało swój punkt widzenia wielu krajom? Może o to właśnie chodzi, te niespełnione marzenia i sny o potędze, tęsknota za imperium? W końcu to starsze pokolenie w większości głosowało za wyjściem z Unii. Niestety, ich jedynymi argumentami były populistyczne hasła nacjonalistycznych partii. Czy ktoś mi wkrótce powie, tak jak kiedyś polskim żołnierzom po zakończeniu II wojny światowej, którzy nie chcieli wracać do komunistycznej Polski – A co Wy tu jeszcze robicie? Wracajcie do siebie!

          W ramach analizy wyników pokazano mapę Zjednoczonego Królestwa, gdzie głosy za odłączeniem się były zaznaczone na czerwono, a opcja pozostania na żółto. Cała Anglia jest czerwona z małymi żółtymi wysepkami. Nasza okolica czerwona do bólu, za to cała Szkocja bez wyjątku jest żółta. Szkoci są za pozostaniem w Unii, więc obawiam się, że wyniki referendum pokazują rozłam w Zjednoczonym Królestwie. Kto wie, czy Szkocja nie zagłosuje wkrótce ponownie w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa, by móc pozostać w Unii Europejskiej. Kto wie, może przeprowadzimy się do naszej ukochanej Szkocji, ale czy tam będą nas chcieli?

        Wróciłam dzisiaj wcześniej do domu, otworzyłam na oścież okna, wpuściłam lato do środka. Przyjaciel z Polski napisał mi na FB, żeby się nie przejmować, kurz niebawem opadnie, zaczną się negocjacje nowych umów, przepisów i będziemy wiedzieć na czym stoimy. Pomartwię się później, teraz będę cieszyć się latem.

czwartek, 23 czerwca 2016

           Jak każdego czwartku jechałam dzisiaj do jednej ze szkół średnich, którą wspieram w ramach swoich obowiązków w pracy. Wydawałoby się czwartek, jak każdy inny, mały korek przy włączaniu się na trasę szybkiego ruchu, potem na rondzie w centrum, ale generalnie dojechałam do pracy bez większych problemów. Czwartek jak czwartek, ale nie dziś. Na trasie szybkiego ruchu na każdym moście transparenty  „Vote leave”, przy rondzie na światłach mężczyźni z tablicami z takim samym hasłem. To nie jest zwykły czwartek, dzisiaj odbywa się najważniejsze referendum ostatnich dziesięcioleci, które ma zadecydować, czy Zjednoczone Królestwo zostanie w Unii Europejskiej, czy ją opuści. Brytyjczycy decydują dziś o przyszłości swoich dzieci, wnuków i prawnuków.

            Nauczycielka wiedzy o społeczeństwie w tym gimnazjum, w którym byłam dziś, postanowiła użyć tematu Brexitu do ćwiczenia dyskursu i debaty. Podzieliła więc klasę na dwie części i bez względu na osobiste poglądy 13-letnich uczniów dała im dwie opcje – kampanię na rzecz pozostania w Unii i kampanię na rzecz odłączenia się Zjednoczonego Królestwa od Unii Europejskiej. Dostarczyła im materiały, pokazała wiadomości, ale okazało się, że ci młodzi ludzie nie są w ogóle zainteresowani tym, co się dzieje wokół nich, od czego zależy przyszłość ich ojczyzny i tego, w jakich okolicznościach i warunkach przyjdzie im kiedyś żyć. Nie wiedzieli, które partie polityczne popierają wyjście z Unii, jakie ważne osobistości życia publicznego opowiadają się za pozostaniem w europejskiej wspólnocie, a które wręcz przeciwnie. Jeśli większość z nich zapytać o fakty z życia ich ulubionych celebrytów i piłkarzy, wiedzą wszystko na wyrywki, ale sprawy polityki są im zupełnie obce.

             Przygotowywanie się do debaty też niestety szło im jak po grudzie. W sytuacji kiedy na większości lekcji doskonalą umiejętność copy-paste, kreatywne podejście do dyskusji, research i znalezienie odpowiednich argumentów było dla nich prawdziwym wyzwaniem. Większość argumentów opierała się na stereotypach, plotkach, niepotwierdzonych informacjach. Niektórzy znaleźli się we właściwej grupie, zgodnej z ich osobistymi poglądami lub poglądami, które są lansowane w ich domach. Padły zarzuty pod adresem braku kontroli napływu imigrantów, wykorzystywania przez imigrantów z innych krajów Unii systemu zasiłków społecznych. Odezwał się stereotyp imigranta, który przyjeżdża po zasiłki, a nie do pracy i tylko żeruje na brytyjskim państwie, a tym samym na kieszeniach podatników. Pytanie tylko, ilu Anglików robi dokładnie to samo? Na wyobraźnię tych młodych ludzi na pewno działają wielkie liczby jak chociażby to, że Wielka Brytania płaci tygodniowo 350 milionów funtów składki do budżetu unijnego. Oznacza to 50 milionów dziennie. Jednak informacje o wielkości subsydiów, z którymi te pieniądze wracają chociażby do brytyjskich farmerów, już pominęli w swoich poszukiwaniach czy argumentach. Jedni obawiali się utrudnień w  podróżowaniu i studiowaniu poza granicami UK, kiedy opuści ono Unię, inni zastanawiali się nad opieką zdrowotną, ale większość z nich powielała opinie swoich opiekunów i rodziców zasłyszane w domu, jeżeli w ogóle u nich w domu rozmawia się na te tematy.

             Zastanawiająca była postawa dziewcząt pochodzenia hinduskiego i pakistańskiego. Były jak najbardziej za opcją wyjścia z Unii i popierały swoją opinię argumentem, że imigranci przyjeżdżają do Anglii tylko po zasiłki, ale nie do pracy, nie uczą się języka angielskiego, oczekują specjalnego traktowania. Nauczycielka przypomniała im wówczas, że społeczność hinduska w Wielkiej Brytanii, czy przybysze z Pakistanu przechodzili przed 20-30 laty przez dokładnie ten sam proces, co obecni imigranci z krajów Europy Środkowej czy Wschodniej. Przyjeżdżali do Wielkiej Brytanii z nadzieją na pracę, możliwość dostępu do lepszej edukacji dla swoich dzieci, nadzieją na lepszą przyszłość dla swoich rodzin. Część z nich nawet po tych 20-30 latach nadal tkwi zamknięta w swoich małych społecznościach, nie zamierza się asymilować. Starsze pokolenie już nie zdążyło nauczyć się angielskiego, zdarzają się rodziny, gdzie od 3 pokoleń wszyscy żyją z zasiłków i nie zawracają sobie głowy pracą. Zważywszy na to, że mają za sobą takie doświadczenia, ich uprzedzenia i niechęć do nowo napływających do Wielkiej Brytanii przybyszy ze Słowacji, Rumunii czy Polski bywa czasami zadziwiająca.

              Sam nauczycielka prowadząca tę młodzieżową debatę o Brexicie, była zaniepokojona tym, jakie negatywne postawy i jakie podziały wśród brytyjskiego społeczeństwa utworzyło referendum i głosowanie. Przyznała, że w jej własnej rodzinie część starszego pokolenia jest za wyjściem z Unii, odzyskaniem niezależności, jeśli nie niepodległości nawet. Ona sama jest przerażona tym, co może się stać, jeśli Wielka Brytania opuści Unię i boi się, w jakim świecie przyjdzie żyć jej 4-letniej córeczce. Boi się izolacji, nacjonalizmu, braku tolerancji. Niestety, w coraz większej ilości krajów w Europie takie postawy dochodzą do głosu. Sama wspominała swoje podróże po Europie, kiedy czuła się wolna, przekraczając niepostrzeżenie granice kolejnych krajów i była zachwycona Chorwacją, Słowacją, Czechami. Boi się kroku w nieznane, nie wie, jakie przepisy wejdą w życie po opuszczeniu Unii i co czeka ją i jej dziecko w tej sytuacji.

              Warsztaty z uczniami się skończyły, a ja pojechałam do biura. Po drodze wpadłam na chwilę do sklepu zrobić zakupy w czasie swojej przerwy na lunch. A że sklep znajduje się praktycznie w centrum dzielnicy międzynarodowej, gdzie mieszka większość rodzin, którym pomagamy, nie sposób jest się nie natknąć na kogoś znajomego. W drzwiach marketu Lidl spotkałam pana Krisztę, Słowaka, którego córeczce pomagałam w szkole kilka lat temu. Minęliśmy się z pozdrowieniem 'dobry den' na ustach, ale pan Kriszta odwrócił się i zapytał – Pani Ewo, a co Pani myśli? Za tydzień będą nas stąd wyrzucać? Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Nie wiem, jakie będą wyniki głosowania, nie mam przeczucia, nie umiem wróżyć z fusów. Sondaże w ostatnim tygodniu ciągle wahały się z jednej opcji na drugą, nie dając żadnej z nich znaczącej przewagi. Szkocja chciałaby zostać, ale co z Walią, Anglią, i Północną Irlandią? Większość Anglików w naszej okolicy żyje w złudnym przekonaniu, że dzień po głosowaniu, jeśli większość opowie się za wyjściem z Unii Europejskiej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną ich wszystkie problemy, które ich zdaniem członkostwo w Unii wnosi w ich życie. Co więcej, wydaje im się, że pozbędą się wszystkich zobowiązań, ale będą nadal cieszyć się wszystkimi przywilejami.

              Powiedziałam panu Kriszcie, co powtarzam każdemu zaniepokojonemu pytającemu mnie o zdanie. Nie panikujmy, zobaczymy jutro rano, jakie będą wyniki i jakie kroki prawne podejmie rząd Zjednoczonego Królestwa. Jak długo będzie trwał okres przejściowy i co będzie wymagane od rezydentów – obywateli krajów Unii Europejskiej, mieszkających na stale w Wielkiej Brytanii. Może będziemy musieli wyrabiać sobie wizy, może trzeba będzie przyjąć obywatelstwo. Nie widzę powodu, dla którego ludzie, którzy od lat uczciwie tutaj pracują, posyłają swoje dzieci do szkoły, płacą podatki, mówią dość dobrze po angielsku, nie wchodzą w konflikt z prawem i swoją pracą i płaceniem kredytów hipotecznych za swoje domy napędzają brytyjską gospodarkę mieli się czegokolwiek obawiać. Ale to ja tak myślę. A co zrobią brytyjskie władze? Jeśli po przegranym referendum David Cameron ustąpi ze stanowiska premiera rządu i do władzy dojdą nacjonaliści, brytyjskie podejście do imigrantów może ulec kategorycznej zmianie i skończy się polityczna poprawność. Już teraz temat referendum dzieli ludzi na będących za i przeciw, więc w niektórych miejscach, na przykład u mojego męża w pracy po jednej burzliwej dyskusji, gdzie ku zaskoczeniu kilku osób okazało się, że ci, po których najmniej by się tego spodziewano, są za wyjściem z Unii, zaprzestano rozmów na ten temat – tabu.

            Jutro będziemy wiedzieli, jakiego wyboru dokonali Anglicy, jakiego Szkoci, Walijczycy czy Irlandczycy z Irlandii Północnej. Kiedy jechaliśmy na urlop do Szkocji, przekonaliśmy się, że zamiast dominujących przy angielskich drogach tabliczek ‘vote leave’, jest więcej tabliczek ‘vote stay’. Kto wie, czy to referendum nie rozsadzi Zjednoczonego Królestwa od środka, kiedy okaże się, że niektóre kraje chcą zostać w Unii, a inne nie. Kto wie, z jakim nastawieniem Anglików przyjdzie nam się zetknąć w najbliższych latach i jakie prawne konsekwencje pociągną za sobą obie opcje. Może będzie podobnie jak ze szkockim referendum w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa – wszyscy panikowali, że większość uzyska opcja odłączenia, a jednak Szkoci zagłosowali za pozostaniem w UK. Trudno przewidzieć, jakie nastroje zwyciężą dziś. Niestety, w większości postawy osób głosujących są oparte właśnie na nastrojach, na populistycznych argumentach spierających się polityków, na stereotypach, bez rzetelnych informacji. A młodzi ludzie, ludzie, którzy jeszcze nie mają prawa wyborczego, narzekają, że cokolwiek się wydarzy, to oni wypiją piwo, którego dzisiaj nawarzą ich rodzice i dziadkowie. Cheers!

wtorek, 14 czerwca 2016

             W czasie naszej wycieczki do Szkocji, na wyspe Skye i na Orkady staraliśmy się przemieszczać drogami wzdłuż linii brzegowej, które są wytyczone specjalnie jako trasy widokowe. Dlatego też każdego dnia widzieliśmy kilometry plaż. Kiedy przychodził czas odpływu, sięgały one w głąb morza, odsłaniając morskie dno, muszle , kamienie, wodorosty. Zaułki i zatoki szkockiego lądu powodują, że nigdy nie wiadomo, czy masz jeszcze do czynienia z jeziorem ze słodką wodą, czy jest to już ostro wcięta w ląd zatoka morska. Większość z nich i tak nazywa się loch – czyli jezioro. Kontrola smaku wody nie pozostawia wątpliwości – słona czy słodka, ale w wielu miejscach, gdzie rzeki uchodzą do morza, smak wody może nadal nas zwieść, bo z odpływem przeważa smak uchodzącej do morza bez przeszkód wody słodkiej, a w czasie przypływu wdzierającej się z pełną mocą, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie słonej wody. Plaże są więc wszędzie, jedne bardziej piaszczyste, inne bardziej kamieniste. Nad niektórymi wspinają się kilunasto- lub kilkudziesięciometrowe klify, gdzie gniazdują mewy i maskonury nazywanym po angielsku puffinami.

             Na Orkadach już nie ma żadnych wątpliwości, zewsząd otacza nas morze. Żeby dostać się na wyspy, trzeba przepłynąć promem z portów położonych na północnym wybrzeżu Szkocji. Archipelag jest naturalną granicą między Morzem Północnym i otwartym Oceanem Atlantyckim. Orkady składają się z ponad 60 wysp i wysepek, ale tylko 20 z nich jest zamieszkana. Nasza kwatera znajdowała się na wyspie Mainland, gdzie znajduje się również stolica archipelagu, Kirkwall. Mainland jest połączony groblami i mostami z innymi wyspami, na które można przejechać samochodem bez konieczności przeprawiania się promem. Kiedy tylko zaczyna się odpływ, na każdej z wysp plaże odsłaniają swoje piękno i bogactwo.

             Pamiętam z dzieciństwa, kiedy jeździłam na kolonie lub na wczasy z rodzicami nad polski Bałtyk. Podobno już jako berbeć upodobałam sobie taplanie się w morskiej wodzie i grzebanie w piachu w poszukiwaniu muszelek i kamyczków. Woda nigdy nie była zbyt zimna, żeby mnie odstraszyć i nawet szczękając zębami szłam dalej na spotkanie fal. Nie ukrywam, że tak mi już zostało i ewidentnie w genach przekazałam to potomstwu swemu, szczególnie temu młodszemu, które z każdej naszej wycieczki nad morze zwozi wiaderka muszelek i kamyków, a nawet piasku, bo będzie robić sobie akwarium. Pamiętając swoje spacery nad Bałtykiem, kiedy szliśmy kilometrami do latarni morskiej, zapatrzeni w horyzont, od czasu do czasu wypatrując u naszych stóp przyniesionych świeżo przez fale bursztynów lub muszli, rozumiem, co mojej córce w duszy gra, kiedy domaga się swojego sprzętu do grzebania. Uzbrojona w łopatę i wiaderko idzie na poszukiwanie skarbów. To, że robi się coraz większa i starsza, wcale jej nie zraża, po prostu weszła na wyższy poziom wtajemniczenia  - od budowy zamków z piasku do poszukiwania skarbów w piasku.

             I okazuje się, że na Orkadach jej podejście jest w cenie.

             Zważywszy na to, że Orkady są niezalesione, można na nich sporadycznie spotkać drzewa, które wytrzymały podmuchy sztormowych wiatrów. Wszelkie drewno opałowe pochodził dawniej z transportów ze Szkocji lub z wyłowionych z morza kawałków drewna, które dryfowały tutaj z Ameryki Północnej, z Kanady. Oczywiście w dzisiejszych czasach możesz zamówić drewno opałowe z Wielkiej Brytanii i odbierasz je sobie w najbliższym supermarkecie, ale z naturalnych zasobów możesz liczyć tylko na nieliczne drzewa, rosnące gdzieś przy domach lub właśnie na to wyłowione z morza. Okazuje się, że neolityczni osadnicy tylko na to mogli liczyć, dlatego zmuszeni byli pozyskiwać torf z torfowisk, by rozpalić swoje ogniska.

             W dzisiejszych czasach jednak na plażach można znaleźć dużo więcej ciekawych rzeczy niż tylko drewno na opał. Każdemu z nas chyba zdarzyło się chyba zgubić coś na plaży, co zakopało się w piasku. Potem przychodzi przypływ lub sztorm i morze zabiera takie skarby, ale czasami zostają one gdzieś głęboko w warstwie piasku. Podobno nad Bałtykiem ludzie z wykrywaczami metalu szukają skarbów, zagubionej biżuterii, zegarków. Na plażach popularnych kurortów jeżdżą po plaży ciągniki przesiewające piasek, które mają odkopać śmieci i oczyścić plaże. Za takimi ciągnikami idą zbieracze dóbr wszelakich i znajdują czasem ciekawe okazy. Na Orkadach ludzie też odwiedzają plaże i przeczesują je w poszukiwaniu ciekawych znalezisk i tradycja ta jest podtrzymywana tutaj od stuleci. Ludzie chodzili i chodzą na plaże dla rozrywki, inni dla zysku, a inni z konieczności. Nazywa się ich beachcombers – czyli przeczesujący plaże – i niektórzy z nich mogą się pochwalić całkiem imponującymi kolekcjami znalezisk. Od dryfującego drewna w fantazyjnym kształcie w sam raz dla lokalnego rzeźbiarza po nasiona lub szyszki tropikalnych drzew, sea glass czyli kawałki szkła oszlifowane przez piach i morskie fale, przez urwane boje, które przemierzyły Atlantyk po wiadomości w butelkach. Niezliczone ilości rozdartych sieci lub elementów wyposażenia jachtów i statków są ponownie używane przez rybaków jeśli się do tego nadają. Nigdy nie wiadomo, co prądy morskie i wiatr mogą przynieść na orkadyjskie wybrzeża. Poszukiwacze mają nawet swoją grupę na FB – zainteresowanych ich znaleziskami i raportami z orkadyjskich plaż zapraszam na https://www.facebook.com/OrkneyBeachcombing/

             Beach combing ma też swoją inną – ekologiczną twarz. Ludzie chodzą na plaże prawie codziennie - na spacer z psem, na spacer z dzieckiem, siłą rzeczy jest to ich oczywiste miejsce spędzania wolnego czasu. I mimo że oni sami starają się być przyjaźni swojemu własnemu kawałkowi świata i nie wyrzucają śmieci na plaży, znajdują je tam i nie przechodzą obok tego obojętnie. Wielu z nich ma podejście, że jeśli za każdym razem, kiedy są na spacerze, zbiorą choć 3 kawałki niepotrzebnych odpadków znalezionych nad brzegiem morza, nieważne czy wyrzuconych przez nierozważnych turystów, odwiedzających ich wyspy czy nieostrożnych mieszkańców czy też morze przyniesie jakieś plastikowe torby czy kawałki opakowań, które mogą być niebezpieczne dla morskich stworzeń. Po prostu zbierają te śmieci i wyrzucają je do przeznaczonych do tego kontenerów. Dzięki temu mogą się przysłużyć swoim wyspom, by żyło się tam czyściej i zdrowiej.

          Jest jednak kilka plaż na Orkadach, które zostały zaśmiecone celowo w bardzo specyficzny sposób w czasie II wojny światowej. Na Orkadach znajdowała się bowiem w czasie I wojny światowej baza okrętów wojennych, która broniła całego północnego wybrzeża Zjednoczonego Królestwa. Położenie zatoki Scapa Flow pomiędzy małymi wysepkami powodowało, że trudno było tam wpłynąć niedoświadczonym kapitanom, a obeznani z wybrzeżem marynarze mieli w ten sposób przewagę nad wrogiem. W czasie II wojny światowej Brytyjczycy użyli tego samego triku, a groble transportowe zbudowane między wyspami South Ronaldsay, Burray i Lamb Holm połączone z Mainland stworzyły bariery zwane barierami Churchilla. Oprócz grobli broniących dostępu do bazy okrętom podwodnym przy plażach zatopiono wraki, które w dodatkowy sposób odstraszały wrogie okręty próbujące wpłynąć na akwen Scapa Flow. Teraz, kiedy odpływ odsłania szkielety tych statków, barek, skorodowanych masztów, wystających z morskiego dna, obrośniętych wodorostami, robi to na przejeżdżających groblami duże wrażenie. Na mapach akwenów wokół archipelagu Orkad znaleźć można wiele miejsc, na które nadal nie wolno wpływać z powodu wraków z czasów wojennych potyczek. Może kiedyś fale znów przyniosą na plażę jakiś skarb z zatopionego szkunera.

Orkady

Chirchill barriers Orkneys

Chirchill barriers Orkneys

           Tymczasem Zosia, zainteresowana historią przeczesywania plaż, poszła na naszą najbliższą i znalazła kilka interesujących muszli, kamieni i jedną kość. Właścicielka naszego pensjonatu, która jest z zawodu archeologiem, fachowo orzekła, że to kość foki. Nie było mowy, żeby kość została porzucona i zostawiona. Kość przyjechała więc z nami do Derby i jest ozdobą kolekcji morskich skarbów Zosi. Warto więc iść na spacer na orkadyjską plażę, może kiedyś znowu je odwiedzimy i dysponując większą ilością czasu zwiedzimy resztę wysp i wysepek.

sobota, 11 czerwca 2016

            Ledwo ostygł silnik naszego samochodu po tym, jak przywieźliśmy dziewczyny z obozu skautowego, ledwo się rozpakowały z grubsza, wysypując brudne ubrania w składziku na jedną stertę, przepakowując się do czekających już w połowie wypełnionych przez nas walizek, ledwo wzięły prysznic i coś zjadły, a już na nowo odpalaliśmy auto, ruszając na długo wyczekiwany urlop, na kolejną wyprawę na północ. Po 4 latach od poprzedniej wizyty znowu postanowiliśmy wybrać się szlakiem Anioła Północy za mur Hadriana, za granicę Szkocji i Anglii, za Lowlands aż do Highlands. Up and up, aż po północny kraniec. Bo jak śpiewa Kuba Sienkiewicz i Elektryczne Gitary z naszej ulubionej płyty, granej w drodze – „Bo ja muszę być w ruchu, słyszeć wiatru świst w uchu, nikt nie daje już rady na moje napady”. Bo my jesteśmy dziwny przypadek, szybko nabieramy ochoty na takie odloty.

           Szkocji zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nie sposób się nie zakochać, jeśli ktoś tak jak my lubi góry, jeziora, morze, znajdzie ich wyjątkowo malownicze połączenia w Szkocji właśnie. Zresztą nie ma co ukrywać, prawie cała wyspa Wielka Brytania i sąsiadująca z nią Irlandia są pełne takich krajobrazów. Szkocja ma tę przewagę, że nie jest tak gęsto zaludniona jak Anglia czy Walia. Jedziesz przed siebie kilometrami i czasami spotkasz jakiś domek na horyzoncie, miniesz się z rzadka z kimś nadjeżdżającym z przeciwka. Za towarzystwo masz zazwyczaj pasące się na zboczach gór owce lub włochate krowy. Ma to swoje uroki pod warunkiem, że masz pełny bak, bo następna stacja benzynowa też za kolejne 100 mil. Po porzedniej wycieczce mieliśmy apetyt na więcej, bo jak to w wielu przypadkach bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia lub jeżdżenia.

             Tu niestety objawia się moja przypadłość związana z chęcią sięgnięcia za horyzont, zobaczenia, co jest za kolejnym zakrętem, czy aby nie omija mnie coś pięknego na kolejnej drodze, odchodzącej w bok od głównej trasy. Nie da się zobaczyć wszystkiego, nie da się być wszędzie, tym bardziej, że tym razem mieliśmy do dyspozycji tylko 6 dni. Pozostawiłam więc wytyczenie trasy Piotrowi, bo ja nie mogłabym się zdecydować. Naszym głównym celem był archipelag Orkad, wysp najbliżej położonych na północ od Wielkiej Brytanii. Po drodze jednak chcieliśmy jeszcze objechać wyspę Skye i północne półwyspy Szkocji. Naszykowałam więc swój sprzęt fotograficzny, by udokumentować całą naszą wyprawę, ale nawet najpiękniejsze zdjęcia nie są w stanie oddać widoków przesuwających się za Twoim oknem. I moja rodzina wie, że chciałabym się co chwilę zatrzymywać na następne zdjęcie, kolejne ujęcie, nie sposób przecież tak podróżować. Trzeba by mnie wysłać do tej Szkocji rowerem na 3 miesiące, żebym sobie mogła w spokoju wszystko uwiecznić. I nie można mnie z samochodu za często i na zbyt długo wypuszczać, bo wtedy to się zapodzieję z obiektywem przy oku. A i tak na kolejnym zakręcie będę chciała znowu się zatrzymać, by strzelić migawką raz jeszcze, choćby przez otwartą szybę. W wyjątkowej desperacji nawet przez przednią szybę, umazaną wycieraczkami jestem w stanie robić zdjęcia. Mogę żałować wszystkich tych miejsc, gdzie nie zdołałam się zatrzymać, gdzie nie zrobiłam zdjęć, ale zamiast tego żałować wolę je zapisać na moim twardym dysku, gdzieś głęboko pod powiekami, gdzie budują się we mnie, aż zmuszą do powrotu.

_DSC2801s_DSC2929s_DSC2833s

            Przejechaliśmy w ciągu tych 6 dni 1762 mile czyli w przybliżeniu 2820 km. To dużo czasu w samochodzie, ale warto było zobaczyć te otwarte przestrzenie, zaostrzyć sobie apetyt, by wrócić tam znowu, kiedyś i nasycić się lub przynajmniej spróbować. Napatrzeć się na plaże, na słońce, na góry, na linię horyzontu, gdzie spotyka się niebo z morzem, by nigdy się nie spotkać. Podzielić się tylko chmurami, pocałować deszczem i tęsknić za sobą, odbijając w sobie nawzajem swój błękit. Czasem zachmurzony i gniewny, czasem roześmiany promykami słońca, iskrzącymi się na każdej fali przybijającej do brzegu. Uciekającymi od siebie z odpływem, odsłaniającym bezbronne kilometry morskiego dna i wracające do siebie znowu, powoli, ze wzbierającą czułością, otulający się słoną wodą. Dobrze czuć na swoich policzkach tę sól z opryskujących mnie fal, skórę ciepłą od słońca, stopy zapadające się w piasku i biegające po kamieniach. Cieszyć się błękitem, by swoje oczy jeszcze bardziej rozbłękitnić. Dziewczynkowa zieloność ich oczu cieszyła się trawami na wgórzach, lasami, a piegi na nosach skrzyły się jak słońce na każdym krzaku kwitnącego na żółto kolcolistu. Nie chciało mi się wracać, oj nie chciało...

niedziela, 29 maja 2016

               Powinnam mieć zakaz jeżdżenia na rowerze wzdłuż rzek i kanałów. Bynajmniej nie dla tego, że stanowię jakieś zagrożenie dla ruchu wodnego czy też lądowego, ale dla siebie stanowię. Nie umiem się zatrzymać i to też nie chodzi bynajmniej o sprawność hamulców w moim rowerze. Nie umiem siebie powstrzymać. Swojej zachłanności i ciekawości. Jeszcze do następnego zakrętu, do następnej śluzy, do następnego mostku, żeby nie przegapić tego, co tam na mnie czeka. I tak 20 km i chciałabym dalej.

              Już nic na to nie poradzę, że mam taką słabość do kanałów i rzek. I jakbym jeszcze tak miała kajak, to już strach pomyśleć, dokąd bym dopłynęła pod hasłem ‘jeszcze kawałek’. We wszelkich wędrówkach, wyprawach, wycieczkach towarzyszy mi ta niepohamowana ciekawość tego, co za zakrętem, co za kolejnym wzgórzem, jakie widoki czekają mnie na szczycie. I choć zadyszka człowieka dopadnie, to nie szkodzi, zobaczymy za kilka kroków. Oglądam się kontrolnie, co zostawiam za plecami, czy nie przeoczyłam czegoś ważnego i pięknego. By w pogoni za nieznanym, nie stracić tego, co już znane, oswojone, ale nadal cenne. Warto spojrzeć na to z nowej perspektywy.

              Co roku na drugi długi weekend majowy nasze dziewczyny jadą na trzydniowy biwak skautowy. Wtedy my mamy czas tylko dla siebie. Pamiętam, że za pierwszym razem, kiedy obie na raz nas zostawiły, czuliśmy się dość nieswojo. Z jednej strony - wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma w domu dzieci, to jestesmy niegrzeczni - i - małych nie ma, chata wolna, oj bedzie bal - ale trzeba nam się było nauczyć na nowo spędzać czas tylko we dwójkę. Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że rzucimy się do sprzątania i nadrabiania wszelkich zaległości w domowym gospodarstwie, ale zaległości zaległościami, ale rodzicom też się coś od życia należy. Dlatego już pierwszego wolnego wieczoru zrobiliśmy wieczorny obchód naszej wioski. Musimy wiedzieć, co tam na naszej dzielni słychać.

              Następnego dnia zaplanowaliśmy sobie wyprawę nad zalew Ladybower na rzece Derwent położony w granicach naszego parku narodowego Peak District, ale bardzo daleko na północ. Właściwie jest to jeszcze Derbyshire, ale na przedmieściach Sheffield a i do Manchesteru rzut beretem. Na szczęście z Derby też można się tam szybko dostać autostradą M1 na północ.

_DSC2744s_DSC2716s

             Spakowaliśmy więc prowiant i ruszyliśmy na wyprawę. Byliśmy już w okolicach tego zalewu kilka razy, ale nigdy nie pokusiliśmy się o jakiś dłuższy spacer. Tym razem obraliśmy ścieżkę wzdłuż pierwszego zalewu, by potem wspiąć się na WhinstonLee Tor i podziwiać panoramę ze wzgórz okalających to sztuczne jezioro. W lesie było niebiesko od blubells, czyli dzoneczków niebieskich, kukułka odmierzała nasze kroki, a nad jeziorem pasły się owce z jagniętami ciekawymi maszerujących na dwóch nogach ludzi. Szlakiem poruszali się również rowerzyści, którzy na swoich górskich rowerach szukali mocnych wrażeń na zboczach wzgórz. W oddali widzieliśmy paralotniarzy szybujących w okolicach Castleton nad Mam Tor. Kiedy obeszliśmy szlak nad jeziorem, pojechaliśmy samochodem drogą wzdłuż jeziora do tamy na rzece Derwent. Tamy są trzy – Howden, Derwent i Ladybower. Dwie pierwsze są najstarsze, wybudowano je w 1916 roku. Bliźniaczo podobne z dwiema wieżami w klimacie Tolkiena i wyprawy drużyny pieścienia. Ladybower jest młodsza z 1943 i razem w trójkę tworzą przepiękne jeziora i krajobraz pośród wzgórz Peak District. Jest to idealne miejsce na piesze wędrówki, ale również na rowerowe wycieczki wzdłuż brzegów zalewu. Do domu wróciliśmy naszą ulubioną drogą A6, jedną z najbardziej malowniczych w całym kraju, gdzie motocykliści zjeżdżają się specjalnie, by ją pokonać i podziwiać widoki Peak District i doliny rzeki Derwent. Wioski Bamford, Baslow, Rowsley czy Darley Dale, skąpane w słońcu kamienne domy z ogródkami pełnymi kwitnących rododendronów – trudno oczy oderwać i skupić się na prowadzeniu samochodu.

             Dziś z kolei mieliśmy ochotę na wycieczkę rowerową. W zeszłym tygodniu pojechaliśmy z dziewczynkami brzegiem rzeki Trent w stronę Attenborough Reserve i spędzliśmy tam słoneczne popołudnie na dwóch kółkach. Tym razem wybraliśmy się na zachód, w stronę Shardlow. Kanał, rzeka, śluzy, mogłabym tak jechać w nieskończoność i mi się nie znudzi. Kiedy dojechaliśmy do dobrze znanego nam Shardlow, zjedlismy porcję lodów w marinie i wróciliśmy ścieżką wzdłuż kanału i rzeki Trent z pwrotem do Trent Lock. A że dzień był jeszcze bardzo młody, a na liczniku zaledwie 12 km, to skręciliśmy w lewo i pojechaliśmy wzdłuż Erewash Canal do Long Eaton. I tu właśnie po raz kolejny dopadła mnie moja przypadłość  - jeszcze jeden mostek dalej. Ale czy można mi się dziwić, kiedy przy brzegach stoją przycumowane kolorowe narrow boats, nad brzegami kanałów stoją przycupnięte domy, a co chwila można spotkać albo rodzinę łabędzi z małymi, albo kaczki z kaczuszkami, a gdzieś cicho zapatrzony w dal, stojąc na jednej nodze siedzi żuraw. Dojechałam więc do mostku numer 6 w Long Eaton i musiałam się sama powściągnąć, bo inaczej tak byśmy i do Nottingham dojechali – niewykluczone. Przecież jest jeszcze tyle letnich dni. Jeszcze nie raz odwiedzę moje ukochane akweny i ścieżki rowerowe. A może nareszcie wypożyczę kajak i to będzie zupełnie nowa wyprawa?

IMG_1064sIMG_1061s

            Teraz już nie czas na te dywagacje. Trzeba się pakować na kolejną wyprawę. Jutro dziewczynki wracają z biwaku i ruszamy na północ. Kierunek Orkady 

środa, 27 kwietnia 2016

              Sudbury odwiedziliśmy już kilka razy, ale zawsze jesteśmy pod wrażeniem pałacu, z końca XVII wieku. Kiedyś służył on za plan zdjęciowy do mojej ulubionej adaptacji „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem w roli pana Darcy'ego. W pałacu znajduje się również Muzeum Dzieciństwa, które bardzo lubimy odwiedzać i wspominać czasy, kiedy sami bawiliśmy się zabawkami. Dla starszego pokolenia, naszych rodziców i dziadków i babć naszych dzieci to nawet dalsze cofnięcie się w czasie i wspomnienia tamtych zabaw, zabawek, szkolnych przyborów, gier podwórkowych. Muzeum proponuje też doświadczenie na własnej skórze zwyczajów i obowiązków dzieci z czasów wiktoriańskich, kiedy  pracowały fizycznie, pomagając w gospodarstwach rolnych i na farmach jako wynajęci robotnicy, ale tak naprawdę niewolnicy bez prawa do nauki, skargi, ochrony. Można się przekonać, jak to było być kominiarczykiem, wciskającym się w najmniejsze zakamarki przewodów kominowych, by wyczyścić je z sadzy. Zosia była już w tym muzeum kilka razy i im większa jest jej wiedza historyczna i świadomość na temat praw dzieci, tym większe robi to na niej wrażenie. Tym razem chyba po raz ostatni wcisnęła się do komina, już jest za duża na kominiarczyka. Muzeum oferuje dzieciom również możliwość doświadczenia szkolnej lekcji zgodnie z rutyną czasów wiktoriańskich. Zosia zasiadła w ławce przed tabliczką do pisania jako  pierwsza, niezrażona, wiedziała, co ją czeka. Kiedy zaczęła się lekcja, pani prowadząca pokaz bardzo wczuwała się w swoją rolę i z całą surowością traktowała małych uczniów. Trzymała w dłoni trzcinkę, która świstała w powietrzu pełnym koncentracji i dyscypliny. Jeden chłopiec, który pewnie jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczył w prawdziwej szkole, wyszedł z klasy z płaczem.

_DSC2293s1

            W gablotach muzeum można znaleźć kolekcje zabawek sprzed 200 lat, sprzed wieku, sprzed kilku dziesięcioleci, gry i gadżety nam już współczesne, które niektórzy pamiętają ze swojego dzieciństwa. Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na różnice w zabawkach po obu stronach żelaznej kurtyny i ograniczony do nich postęp w krajach zagarniętych przez komunizm.  Jednak znajdziemy wiele podobieństw lub odpowiedników lalek, gier planszowych ciągle działających zabawek mechanicznych. Ze smutkiem stwierdziliśmy, patrząc na nie z nostalgią, że dziś większość z nich została wyparta przez elektroniczne gadżety. Dzieci wolą układać klocki w grach komputerowych, czesać lalki czy karmić kotki na tabletach, grać w karty przez internet niż z rodzeństwem. Tamte zabawki miały jakąś zasadę działania, cel, uczyły dzieci praktycznych umiejętności manualnych, których obawiam się dzieci są teraz pozbawione oprócz wyjątkowo sprawnych kciuków. Kiedy patrzy się dzisiaj na podwórka, nikt już nie bawi się na trzepaku, nie skacze w gumę, nie gra w kapsle, nie buduje bazy. Nie oczekuję oczywiście by dzieci wróciły do toczenia fajerek, ale nie widzę tez dowodów na to, by powstało coś nowoczesnego w zamian. Mają rolki, skutery, rowery, aż do przesytu sprzętu sportowego, a wybierają ekran komputera, tabletu lub smartfona.

             Czasami jeszcze chłopcy na orlikach grają w piłkę nożną lub koszykówkę, siatkówka jest bardzo popularna, ale w większość dzieci spędza czas na zajęciach dodatkowych. Nie ukrywam, że moje też. Czasami nie mają już czasu wyjść na podwórko. Dzieci mieszkają na ogrodzonych osiedlach, które zapewniają im bezpieczeństwo, ale też zamykają je w gronie tych samych osób. Z czasem rówieśnicy dorastają i już nikt nie wychodzi na huśtawki, pobawić się w piaskownicy czy w lalkami w dom. Przyjaciele z podwórka zaczynają raczej kontaktować się w Internecie, na portalach społecznościowych zamiast widywać się nadal na podwórku. Zabiegani między szkołą, korepetycjami, klubami sportowymi lub zajęci grami komputerowymi, zbyt zajęci, by wyjść na świeże powietrze. Małym dzieciom rodzice wolą dla świętego spokoju dać tablet lub smartfon i te maluchy są często bieglejsze w obsługiwaniu tych urządzeń niż ich rodzice. Sama wiem po sobie, że Zosia jest w stanie znaleźć w moim telefonie funkcje, o których ja go przez dwa lata nawet nie podejrzewałam. I też mogłaby przesiedzieć z tabletem cały dzień, tylko że jej na to nie pozwalamy. Jesteśmy strasznymi rodzicami, którzy starają się ustalać jakieś granice i zasady, bo większość jej koleżanek ze szkoły korzysta z elektronicznych gadżetów bez żadnych ograniczeń. Widzę to również po moich uczniach ze szkół średnich, którzy mają już szyje przygięte od wpatrywania się w ekrany swoich telefonów. Wychodzą razem do kina lub na zakupy, ale nie wypuszczają swoich telefonów z dłoni. Nawet na przyjęciach urodzinowych nie spędzają czasu w realu, tylko w portalu i to bynajmniej nie razem z jubilatką.

             Wiem, jak trudno jest oderwać dzieci od elektroniki. W ramach swojej pracy prowadzę zajęcia wychowania fizycznego dla dzieci czekających na miejsca w szkole. Muszę się sporo umysłowo nagimnastykować, by ich rozruszać. Zająć, zaciekawić, by zechcieli dać sobie szansę pobawić się, pograć w najprostsze gry i zabawy. I z czasem, kiedy zobaczą, jak wesoło i przyjemnie można w ten sposób spędzić czas, cieszą się zabawą w muzyczne krzesła,  hokejowe slalomy czy wyścigi z łyżką i jajkiem, skoki w workach czy przez skakankę.

            Obawiam się, że umiejętności, które nasi rodzice i dziadkowie uzyskiwali z zabawy i zajęć praktycznych, przerastają dzisiejsze dzieci i młodzież. Szydełkowanie, haftowanie, prace ręczne odeszły do lamusa, za to funkcję kopiuj-wklej dzieci mają opanowaną do perfekcji. Skomplikowane zabawki, najeżone elektroniką psują się pod byle pretekstem i lądują na śmietniku, by zrobić miejsce na nowy gadżet. Maszyny i narzędzia z czasów wiktoriańskich czy edwardiańskich, które oglądaliśmy w muzeum, są genialne w swojej prostocie i nadal mogą służyć każdemu, bo są niezależne od prądu i mikroczipów. Maszynka do łuskania fasoli, maszynka do ostrzenia noży, czyszczenia sreber, zabawki nakręcane na kluczyk, działające do dziś z zegarmistrzowską dokładnością. Niegroźne im przerwy w zasilaniu i odcięcie Wi-Fi.

niedziela, 24 kwietnia 2016

             Co można robić w kwietniowy dzień, który zgodnie z przysłowiem - kwiecień plecień poprzeplata, trochę zimy, trochę lata - funduje Ci opady śniegu z deszczem na przemian z niebieskim niebem i słońcem jak bania? Trzeba wybrać się na łono natury i liczyć na to, że wstrzelisz się w słoneczną przerwę między deszczem i gradem.

              Basia wybrała się na swoją zaplanowaną z pieczołowitością ekspedycję w ramach Duke of Edinborough Award. Martwiliśmy się o nią, jak potraktuje ją kapryśna aura, czy spotka ją marznący deszcz czy snieg i czy w nocy będzie jej zimno. Na razie zalicza brązową odznakę, ale za tę kapryśną pogodę w połowie kwietnia powinna mieć zaliczone już punkty na złotą za dwa lata, bo to były warunki ekstremalne.

             My nie chcieliśmy tak gnuśnieć w domu i potrzebowaliśmy świeżego powietrza. Ileż można sprzątać, prać i prasować, od gotowania też się człowiekowi przerwa należy. Zważywszy na to, że pogoda była naprawdę niestabilna, nie zamierzaliśmy jechać nigdzie daleko. Odwiedziliśmy więc miejsce, które jest blisko nas i dawno tam nie byliśmy – Attenborough Nature Reserve.

             Przespacerowaliśmy się groblami rezerwatu, Zosia uzbrojona w lornetkę po pradziadku podglądała wszystkie wyśledzone ptaki. Wkrótce wyszliśmy na brzeg rzeki Trent. Cieszyliśmy się oznakami wiosny, kwitnącymi krzewami, kwiatami, drzewami puszczającymi pierwsze liście. Słyszeliśmy ją w kłótniach ptaków dobierających się w pary, w szumie skrzydeł dzikich gęsi i kaczek, w plusku lądujących na rzece łabędzi. Mimo iż świeciło słońce, w powiewach wiatru czuło się zapowiadany przez meteorologów arktyczny chłód. Kiedy słońce chowało się za chmurą, robiło się chłodniej, ale i tak miło było pooddychać świeżym powietrzem.

_DSC2243s

            Nad rzeką znowu odezwała się we mnie tęsknota za kajakami, łodziami, wodną przygodą, płynięciem w nieznane. Musimy się wreszcie zmobilizować i wyszukać nad rzeką Trent jakąś wypożyczalnię kajaków, by wybrać się na wyprawę. Skoro okiełznaliśmy Pilicę, to i Trent możemy spróbować. Potem pojechaliśmy na obiad nad Trent Lock, czyli śluzę, gdzie kanał Erewash wpływa do rzeki Trent, a za chwilę mamy dopływ rzeki Soar. Śluza ulokowana jest na południe od Long Eaton, w miejscu gdzie spotykają się granice trzech hrabstw - Derbyshire, Leicestershire i Nottinghamshire. Tęsknota wodniacka wróciła ze zdwojoną siłą, bo niezrealizowane marzenia mają to do siebie, że gryzą człowieka, kiedy sobie uświadomi, jak długo ich realizację odwleka w czasie. Moja fascynacja barkami narrow boats wciąż trwa i może kiedyś nareszcie uda mi się wypłynąć na wąskie wody brytyjskich kanałów.

_DSC2281s1

          Kiedy dochodziliśmy do parkingu, zaczęło kropić i za chwilę uderzyła nas fala deszczu z gradem do spółki. Schowaliśmy się na chwilę w centrum turystycznym rezerwatu, by za chwilę zobaczyć znowu słońce u władzy i chmurę odchodzącą na zachód w niezadowoleniu, że jej kaprysy trwały tak krótko. Wiosna przyjdzie i tak.

środa, 20 kwietnia 2016

             Są takie momenty w naszej pracy, że człowiek czuje się przytłoczony, pozbawiony energii i entuzjazmu, są też dni, kiedy jeden uśmiech dziecka, z którym się pracuje, ich troska o nas, dobro które wraca, może rozchmurzyć nawet najbardzej zatroskane oblicze. Potrzebujemy tego uśmiechu, szczególnie w dni, kiedy biurokracja nas przygniata, kiedy zamknięci w czterech ścianach naszego biura, musimy sprostać oczekiwaniom naszych klientów i podopiecznych, którzy często uważają, że im wszystko się należy, a nam dobre słowo niekoniecznie.

             Wyszłyśmy z koleżanką z biura, żeby kupić sobie coś na lunch. Na szczęście nasze biuro mieści się w okolicy tak zróżnicowanej narodowościowo i językowo, że co krok można znaleźć sklepik  dla wielbicieli kuchni z całego niemal świata. Oczywiście, mamy też polskie sklepy i prawie wszystkie swojskie produkty, do których przywykliśmy na półkach polskich sklepów możemy znaleźć również tutaj. Nawet nazwy brzmią swojsko jak Polanica, Nasza Biedronka, Kubus. Jest też Bazar Eurupa, ale to inna historia.

            Wyskoczyłyśmy więc mając ochotę na drożdżowkę. Kiedy przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, pewien mężczyzna, starszy na pewno ode mnie i od Iwony i raczej zbliżający się wiekiem do mojego taty zaczął po rosyjsku zachwycać się moją urodą. No nie przywykłam. Najpierw byłam zaskoczona, bo już dawno nikt tak entuzjastycznie i otwarcie się mną nie zachwycał, a potem zaczęłam się śmiać uradowana w sumie tym, co słyszę.
- Такая красивая, такая женщина, ах , мне это нравится

            Pan się zachwycał dalej, ja się śmiałam, ale najgorsze było to, że nie bardzo mogłam odpowiedzieć na te komplementy. Język niepraktykowany zanika. Moje nauczycielki języka rosyjskiego, pani Kowalewska i pani Nowakowa pewnie by się ze wstydu za mnie spaliły. Ja, która płynnie pisałam i czytałam w tym języku, którego uczyłam się przez ponad 8, która brałam udział w olimpiadach językowych, nagle w obliczu takiej wiekopomnej potrzeby zapomniałam języka w buzi i wydusiłam z siebie skromne:
- Cпасибо - z uśmiechem jak rogal. 

            Coś się takiego porobiło w językowej części mojej mózgownicy, że miejsce języka rosyjskiego, nieużywanego od dawna, zajął język czeski i słowacki, których od 5 lat używam intensywnie niemal codziennie. Ja wszystko rozumiem, co moi rosyjscy uczniowe i ich rodzice do mnie mówią, ale kiedy przyjdzie mi się odezwać i odpowiedzieć, wychodzi z tego jakaś dziwna, żeby nie powiedzieć żałosna mieszanina czeskiego, polskiego i rosyjskiego. Sprawę pogarsza fakt, że w czeskim wiele odmian czasowników jest jednak dość podobnych. Szkoda tej zapomnianej umiejętności. Żałuję też, że pozbyłam się swoich podręczników i zeszytów z czasów liceum, które teraz odświeżyłyby mi moją wiedzę. Same częstsze konwersacje z moimi rosyjskojezycznymi koleżankami pewnie dużo by mi pomogły, podobnie jak rozmowy z czeskimi koleżankami i rodzinami na początku pracy w naszym zespole. Tymczasem wymowkę mam jedną i tego się trzymam przy każdej konwersacji w języku rosyjskim:
– Я всё понимаю , но я не говорю хорошо по русский

             W tej sytuacji z pomocą przyszła mi Iwona, która częściej używa rosyjskiego i daje radę się dogadać. Podziękowałyśmy więc panu pięknie za komplementy i odeszłyśmy. Za chwilę dogonił nas jednak w drodze do sklepu, niezrażony faktem mojej niemożności konwersacji i rozmarzył się o tym, jak on by mnie traktował po królewsku i całował od stóp do głów i z powrotem. W innej sytuacji można byłoby to uznać za słowne molestowanie seksualne. Pan nie był ani groźny, ani niegrzeczny, ale sympatyczny i chciał mi koniecznie wytłumaczyć, jak bardzo mu się podobam. Na koniec upewnił się jeszcze, czy mąż jest. Przyznałam, że mąż jest i w dodatku красивий молодeц. Rosyjski wielbiciel nie krył rozczarowania.

             Kiedy wróciłyśmy do biura, śmiałyśmy się z tego całe popołudnie i przyznano mi tytuł krasawicy tygodnia. Jak to podnosi na duchu kobietę po czterdziestce, że każda potwora znajdzie swojego amatora, szczególnie w wielokulturowej dzielnicy Derby.

wtorek, 19 kwietnia 2016

                Poubolewam sobie. I już wiem, że zaraz ktoś mi powie: Kobieto, witaj w rzeczywistości! Ja rozumiem, pracowałam dawniej po 12, 14 godzin w swoim zawodzie, kiedy mieszkaliśmy w Warszawie i musiałam to jakoś pogodzić z życiem prywatnym i rodzinnym. Ale nie da się ukryć, że rozleniwiłam się ciut na moim obecnym etacie. Od pięciu lat pracuję jako nauczyciel dwujęzyczny dla działu edukacji lokalnego councilu czyli rady miasta, w zespole, który pomaga dzieciom i ich rodzinom przybywającym do Derby. Rejestrujemy dzieci do szkół, pomagamy we wszystkich procedurach z tym związanych, wspieramy rodziców, którzy jeszcze nie mówią czasami wystarczająco dobrze po angielsku lub nie czują się pewnie, ale przede wszystkim pomagamy dzieciom w szkołach. Wspieramy je w czasie lekcji, jesteśmy do dyzpozycji na wywiadówkach, odwiedzamy rodziny w domach, staramy się pomóc w różnych sprawach, które mogą przeszkodzić dzieciom chodzić do szkoły. Dlatego w nazwie stanowiska mamy również ‘pracownik wspomagający rodzinę’. Nasza praca jest ściśle związana ze szkołami, więc jeszcze do niedawna nasz grafik był uzależniony od kalendarza szkolnego. Mieliśmy wolne ferie i wakacje, i nie ukrywam, dobrze mi z tym było.

               Kiedy ma się dzieci w wieku szkiolnym i mieszka się na terenie Zjednoczonego Królestwa trzeba się przygotować na to, że co 6 tygodni dzieci będą miały w szkole wolne i trzeba im zapewnić opiekę. Kalendarz szkolny jest bowiem zorganizowany nieco inaczej niż przywykliśmy do tego w Polsce, na Słowacji czy w Czechach. Nie ma dwóch semestrów, są trzy trymestry – jesienny, wiosenny i letni. Wiem, nie ma zimowego, Anglicy chyba wypierają zimę ze swojej świadomości i trwa ona tylko dwa tygodnie w czasie wakacji bożonarodzeniowych. Rok szkolny kończy się miesiąc później niż w Polsce, do czego bardzo trudno się początkowo przyzwyczaić, tak samo trudno, jak do tylko 6 tygodni wakacji. Wcale nie oznacza to jednak, że mamy więcej dni nauki w roku szkolnym, jest ich dokładnie tyle samo, co w innych krajach, bo takie są wymogi europejskie. Chodzimy do szkoły 195 dni, z czego szkoły mają prawo do 5 dni szkoleń, kiedy dzieci nie uczęszczają na lekcje. Więc docelowo jest tych dni szkolnych 190. W ciągu roku szkolnego jest więcej wolnych dni, co 6 tygodni jest tydzień wolnego lub właśnie wypadają święta Bożego Narodzenia lub Wielkanoc. Na początku trudno było mi się z tym oswoić, zastanawiałam się, po co nam tyle wolnego na Wielkanoc, kiedy można by mieć dłuższe wakacje letnie. Z czasem zdałam sobie sprawę, że ma to pozytywny wpływ na moje córki uczęszczające do szkoły.

               Pamiętam, kiedy sama byłam uczennicą, z niecierpliwością czekałam na pierwsze wolne dni w kalendarzu, czyli Wszystkich Świętych, a potem Dzień Niepodległości, kiedy już zaczęto go oficjalnie świętować, żeby mieć chwilę oddechu. W Anglii dzieci mają tydzień wolnego pod koniec października po około 6 tygodniach nauki. Mają chwilę oddechu i zabawy halloweenowe. Potem czas szybko płynie i już są święta. W lutym jest też tydzień wolnego,  a potem 2 tygodnie na Wielkanoc. W zależności, kiedy te święta wypadają,  ostatni – letni term jest czasami dłuższy, bo więcej tygodni zostaje po świętach, tak jak na przykład w tym roku. Ale w maju jest jeszcze jeden tydzien ferii i kończymy rok szkolny 24 lipca. Oczywiście dla rodzin, które mają bliskich za granicą i te 6 tygodni jest często jedyną okazją odwiedzania ich, to wydaje się mało, ale z punktu widzenia ministertwa edukacji nawet te 6 tygodni to zbyt długo i ostatnio zaczęto myśleć nad skróceniem wakacji letnich, bo dzieci zbyt dużo zapominają w ich trakcie.

              Nie da się ukryć, że świetnie było pracować w takich samym systemie, w jakim nasze córki miały wolne w szkole, szczególnie, kiedy nie mamy w Derby nikogo bliskiego, kto mógłby się nimi zająć w czasie, kiedy byliśmy w pracy, a one miały wolne w szkole. Oczywiście rodzice i z tym muszą sobie poradzić, biorąc na zmianę urlopy lub posyłając dzieci do klubów za odpowiednią opłatą, ale często te wydatki przewyższają zarobione w tym czasie pieniądze. Dlatego moja praca dawała nam możliwość ogarnięcia takiej sytuacji. Niestety, dwa lata temu lokalne urzędy musiały rozpocząć procesy restrukturyzacji i ujednolicenia kontraktów osób pracujących w edukacji i nasza wakacyjna sielanka została ukrócona. Dostaliśmy do wyboru – albo będziemy pracować według starego systemu i będzie to potraktowane jako 80% etatu, w związku z czym nasza pensja zostanie obcięta o 20%, albo przejdziemy na system całorocznej pracy na normalnym etacie z 26 dniami urlopu do dyspozycji i tym samym dostaniemy małą podwyżkę. Związki zawodowe się oburzyły, ludzie odmawiali podpisania nowych kontraktów, ale koniec końców, kiedy masz do wyboru mieć pracę lub pracy nie mieć, to co masz wybrać. Masz rodzinę na utrzymaniu, masz kredyt hipoteczny do spłacenia, czy możesz sobie pozwolić na obcięcie pensji?

             Gdybym miala wybierać 4-5 lat temu, kiedy dziewczynki były wciąż w szkole podstawowej i potrzebowały mojej opieki, pewnie musiałabym poprzestać na 80% swojego etatu i tym samym 80% pensji. Trzeba nadal pamiętać o wymogach angielskiego prawa, gdzie dziecko poniżej 12 roku życia nie może pozostać bez opieki dorosłego. Nastolatek poniżej 16 roku życia nie może sprawować opieki nad dzieckiem poniżej lat 12. Na szczęście ja już mam dwie samodzielne nastolatki.

             W tej sytuacji zaczęłam pracować 37 godzin 52 tygodnie w roku z normalnym przewidzianym przez kodeks pracy urlopem. Przyszły pierwsze ferie wielkanocne, kiedy ja pracowałam, a dziewczynki miały wolne. Zosia miała 2 tygodnie wolnego, Basia nawet trzy, bo jej szkola ma niezależny kalendarz szkolny. Oboje z Piotrem mieliśmy tylko 4 dni wolnego przewidziane przez kalendarz czyli Wielki Piątek, Sobotę, Niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny. Oczywiście, mogliśmy wziąć urlop, ale mamy plany urlopowe na lato. Nasze życie codzinnie jest pisane kalendarzem, więc trzeba się wszedzie odpowiednio wpasować. Mogę sobie ubolewać, że nie miałam 2 tygodni wolnego, ale dorosła jestem przecież, dałam radę, choć każdego bardziej pogodnego dnia złościłam się, że ja siedzę w biurze, a dziewczynki w domu z babcią i nie możemy sobie pojechać razem na żadną wycieczkę. Ogarnęliśmy, daliśmy radę, korzystaliśmy z weekendów. Ferie się skończyły i życie szkolno-zawodowe toczy się dalej. A ja z utęsknieniem czekam na w pełni zasłużony urlop.

niedziela, 06 marca 2016

           W natłoku codziennych zdarzeń, zabiegania między pracą, domem, szkołą i kółkami zainteresowań spojrzałam na nasz rodzinny kalendarz, nasz rodzinny rozkład jazdy, wiszący w kuchni. Początek marca jest nierozerwalnie związany z urodzinami Zosi, o których niesposób zapomnieć, nie tylko dlatego, że przecież doskonale pamiętam, kiedy przynieśliśmy na świat tego naszego urwipołcia, ale również dlatego, że tenże wspomniany urwipołeć dba o swoje interesy i już od Bożego Narodzenia przypomina nam o zorganizowaniu swojego przyjęcia urodzinowego i prezentach. Ledwo rozpakowała prezenty gwiazdkowe, już marzyła o kolejnych z okazji urodzin, pazarne dziecko nasze. Nie da się ukryć, że 12. urodziny są dość przełomowe, potem już zaczyna się życie nastolatka, przynajmniej z punktu widzenia angielskich liczebników. Boże, moje drugie dziecko wkracza na to pole minowe zwane nastoletniością. Jak ja to przetrwam?

            Ten czas w roku kojarzy mi się również z nadchodzącą wiosną, nadzieją na nowe, tak naprawdę wówczas zaczyna się dla mnie ten nowy rok, to chyba mam po mamie, zagorzałej działkowiczce. Kiedyś zresztą tak było w kalendarzach, że luty był ostatnim miesiącem w roku i to właśnie dlatego do niego dodawało się co cztery lata dodatkowy dzień w roku przestępnym. Taki też właśnie mamy. A za oknem zaczyna mi się zielenić ogródek, wychylają się już żonkile, krokusy, hiacynty i szafirki. Nie szkodzi, że na horyzoncie czają się złowrogie chmury, z których za chwilę zacznie padać deszcz ze śniegiem lub gradem, postraszą, postraszą i pójdą sobie dalej. W taki słoneczny dzień, 10 lat temu rozpakowaliśmy nasze rzeczy w nowym miejscu, w oczekiwaniu na rozpoczęcie nowego rozdziału w naszym życiu, przygody, której zdecydowaliśmy się stawić czoło, sprawdzić się, zobaczyć, jak to jest. Chcieliśmy skorzystać z możliwości życia w innym miejscu, w innym kraju. Oboje doświadczyliśmy już kilku przeprowadzek w naszym życiu. Rozpoczynaliśmy życie w nowym mieście wraz z początkiem studiów, kiedy postanowiliśmy zamieszkać razem, a potem, kiedy na świat miała przyjść Basia.

             Na początku wieźliśmy ze sobą parę książek, plecak ubrań i zaczynaliśmy nowe życie, wciąż mając korzenie w domu rodziców. Potem mieliśmy już dużo więcej książek, płyt i ubran, ale wciąż część naszych rzeczy trzymaliśmy u naszych rodziców z braku miejsca w naszym pierwszym wspólnym mieszkaniu. Kiedy miała urodzić się Basia, przeprowadziliśmy się do naszego własnego mieszkania na Mokotowie i tam już było wszystko, co nasze, żadnych zapasów w szafach rodziców, mieliśmy już swoje miejsce na ziemi. Tam zaczęła się nasza rodzina, kiedy na świat przyszła Basia, a po 3 latach Zosia. I wydawałoby się, że tak już zostanie, ale jak wiadomo nic w życiu nie jest na zawsze. Kiedyś wydawało mi się, że nie dałabym rady mieszkać poza moim rodzinnym miasteczkiem, moją małą stolicą Polski dla małej dziewczynki. A potem zamieszkałam i poradziłam sobie w Warszawie. Mój stan umysłu i świadomości nie podejrzewał jednak, że wkrótce zacznę mieszkać poza Polską, co wydawało mi się niewyobrażalne, niewykonalne.

           Widocznie się starzeję, bo mam coraz większy sentyment do takich rocznic. Mogłabym sporządzić bilans, zyski i straty, plusy i minusy, ale wolę się zastanowić nad tym, do czego człowiek jest zdolny. Nigdy nie wiesz, czy i w jaki sposób sprostasz jakiejś sytuacji życiowej, postawionemu Ci przez los wyzwaniu, wyborowi, dopóki nie stanie z nim twarzą w twarz. Jak się okazuje, człowiek może się do wielu rzeczy przystosować, przyzwyczaić, oswoić to dla siebie, ogarnąć, dostroić do rzeczywistości, lub tę rzeczywistość dostroić do swojej częstotliwości. Kiedy Piotr po raz pierwszy wspomniał mi o możliwości wyjazdu do Pragi, potraktowaliśmy to jak możliwość, przygodę, wyjazd na dwa lata, żadna wielka rewolucja. Firma dawała możliwości rozwoju mojemu mężowi, a wraz z tym proponowała możliwość rozwoju naszym dzieciom, fajną szkołę, życie w mieście, które zawsze lubiliśmy i postanowiliśmy skorzystać z tej okazji. Gdyby ktoś wówczas powiedział mi, że po 10 latach wcale nie wróciłam do Polski i mieszkam jeszcze gdzieś indziej, bardzo bym się zdziwiła i może uciekła z krzykiem. Ale kto mógł wówczas przewidzieć, jak potoczy się dalej nasza czterokółka.

           10 lat później jesteśmy o 10 lat starsi, 10 lat bogatsi w doświadczenia, o 10 lat ubożsi w możliwość widywania częściej naszych bliskich, którzy zostali w Polsce. Cudownie jest podróżować, zwiedzać nowe miejsca, cieszyć się wszystkim, co czeka na Ciebie za zakrętem. Jednak w sercu gdzieś zawsze gości tęsknota. Chciałoby się być w dwóch miejscach jednocześnie, nosić ze sobą kieszonkowy dostęp do swoich bliskich, magiczny wehikuł. Oczywiście łączność internetowa pomaga być w stałym kontackie, Skype, FB i inne media dają taką możliwość, ale żadne nie oferuje jeszcze niestety przytulasa ani całusa na dobranoc od babć i dziadków dla wnuczek. Czas ucieka, mamy go dla siebie coraz mniej.

           Co się zmieniło przez ten czas? Wszystko się zmieniło, oprócz tego, że wciąż jesteśmy razem we czwórkę. Dziewczyny urosły niemożebnie i trudno czasami oswoić się z faktem, że mają już 15 i 12 lat, obie są w gimnazjum, a Basia przygotowuje się już do małej angielskiej matury. My przekroczyliśmy próg czterdziestki i chcemy wierzyć, że to nie oznacza, że mamy już z górki, tylko, że właśnie jesteśmy na szczycie tej górki, a przed sobą wspaniały widok na przyszłość.

          Nawet nie ośmielam się myśleć o prognozie na kolejne 10 lat. Doświadczenie nauczyło mnie być pokorną wobec życiowych planów, zazwyczaj mamy w naszej rodzinie zbyt wiele do ogarnięcia w teraźniejszości, by pozwolić sobie na śmiałe planowanie przyszłości. Wiemy, że los może spłatać Ci figla i wywrócić wszystkie Twoje plany do góry nogami. Jedyne, co możemy zrobić, to umacniać w sobie siłę, by wszelkim zmianom i wyzwaniom stawić czoła. Zobaczymy więc, skąd i czy w ogóle będę pisać raport z kolejnej dekady. Powodzenia!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77