Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
wtorek, 24 stycznia 2012

           Basia zapytała mnie dzisiaj, jak będę wyglądała jako babcia. Pojęcia zielonego nie mam, czy się przykurczę na starość z osteoporozy, czy będę miała zmarszki? Pewnie tak, siwe włosy już mam w wystarczającej ilości. Jedno, czego się boję, to skleroza, ale istnieje nikła nadzieja, że praca mojego mózgu nie będzie zbyt ospała. Ostatnio bowiem dzięki wyzwaniom, jakie stawia przede mną moja nowa praca, mój mózg funkcjonuje na najwyższych obrotach.

         Wczoraj, kiedy poszłam na kosultacje do jednej z derbiańskich szkół podstawowywch, na korytarzu usłyszałam wymianę zdań: „Kto to jest? To jest Ewa. A to ta, co mówi tyloma językami?” Zaczynam być popularna. Moje stanowisko oficjalnie świadczy o tym, że jestem bilingualna, ale moim atutem w tej pracy jest również znajomość języka czeskiego. Od jakiegoś czasu przekrój demograficzny rodzin przybywających do Derby pokazuje, że jest coraz więcej Słowaków i Czechów. Sama wiem, że czeski i słowacki różnią się od siebie, ale na szczęście rodzice mnie rozumieją, a to najważniejsze. Na pewno rozumieją więcej, niż gdyby ktoś mówił do nich po angielsku i starał im się wyjaśnić wszystko, co dotyczy edukacji ich dzieci.

         Jednak fama o mojej znajomości języków sprowadziła panią w jednej ze szkół na manowce. Nie wiem, jakim kluczem posłużyła się w swoim rozumowaniu, ale zapytała mnie ostatnio, czy mówię też po portugalsku. Z przykrością musiałam przyznać, że nie. Potem jeszcze pojawiło się pytanie o pashtun. Nie mam pojęcia, czemu, bo razem z nią w recepcji pracuje dziewczyna, która mogłaby  z powodzeniem porozmawiać z rodzicami nowych uczniów w tym języku, ale widocznie, uznała, że jak my opiekujemy się nowoprzybyłymi, to powinniśmy zająć się również tymi. Może zadziałał klucz litery P – skoro polski to i portugalski, i pashtun. Wiem, naigrywam się, ale czasami już sam nie wiem. Dziwne są czasami oczekiwania ludzi, którzy uważają, że mówią po angielsku i to wystarczy, to ich rodzimy język i nie muszą się uczyć żadnego innego.

         Od jakiegoś czasu pomagam uczennicy na lekcjach z trudnego dla niej przedmiotu, jakim jest PSHE – czyli Personal, Social and Health Education. Do tej pory, bez mojej pomocy, dziewczyna siedziała na tej lekcji jak na tureckim kazaniu. Mimo iż jej komunikacyjny angielski jest już na całkiem dobrym poziomie, kiedy na lekcji pojawiło sie specjalistyczne słownictwo skomplikowane frazy, była potrzebna pomoc. I tutaj pojawiłam się ja. Moją rolą jest nie tylko tłumaczyć dosłownie, co powiedział nauczyciel, ale uprościć zagadnienie na tyle, by go nie trywializować, ale pozwolić dziecku je zrozumieć i przyswoićm, by nie czuło się pozostawione na marginesie klasy, by było włączone w zajęcia i ćwiczenia. Mam nadzieję, że moje tłumaczenia pomagają.

         Jednak dzisiejsza lekcja z mechaniki z jednym z moich podopiecznych przerosła moje oczekiwania. Na lekcji omawiali budowę silnika benzynowego. Musiałam sobie więc szybko przypomnieć słownictwo po polsku, żebym wiedziała, o czym mówię, a potem powiedzieć to po czesku na tyle łatwym językiem, żeby dziecko zrozumiało zasady. Oczywiście lepiej, żeby zapamiętało angielskie terminy, ale nam obojgu przetłumaczenie tych terminów na nasze ojczyste języki było potrzebne, żeby się odnaleźć. Zawsze, kiedy moja pracowa torba ciąży mi zbytnio na ramieniu, myślę sobie - wyjmę słowniki, które w niej noszę – polsko-czeski i angielski, ale dzisiaj były mi bardzo potrzebne.

         Tak więc czacha dymi, czasami dosłownie, szczególnie jak mnie jeszcze migrena dorwie w swoje pulsujące objęcia. Ale szare komórki pracują, czasami nie wiem już, w jakim języku myślę, przełączam się ciagle między polskim, czeskim a angielskim. Łapię się na tym, że kiedy dzwonię do rodziców, zamiast po polsku, odzywam się po czesku. Czasem już nie nadążam sama za sobą i przełączam się z języka na język nie wtedy, kiedy trzeba. Strach pomyśleć, kiedy przyjdzie mi jeszcze z zakamarków mojej pamięci wygrzebać i odświeżyć znajomość rosyjskiego i niemieckiego. Wtedy to już chyba przyjdzie mi oszaleć :).

środa, 11 stycznia 2012

          Właśnie skończyłam robić pierogi... Wyszło 102 z czterema różnymi nadzieniami!

          Wczoraj planowo przygotowałam sobie farsze. U mnie robienie pierogów jest często spowodowane moją zasadą jedzeniowego recyclingu, jedzenie nie ma prawa się u nas marnować. Więc jeśli zostają mi ugotowane ziemniaki i mam biały ser, przesmażam cebulkę i nadzienie na ruskie jest gotowe. Oczywiście są jeszcze sekretne składniki, które czynią je wyjątkowymi. Jeśli gotowałam rosół i mam włoszczyznę i mięso, to często po dodaniu do tej mieszaniny wątróbki powstaje pasztet, ale tym razem postanowiłam przygotować nadzienie mięsne do piergów. Jeszcze tylko przesmażone pieczarki i cebulka, żeby farsz nie był za suchy, i gotowe. Odmroziłam też resztkę farszu, która nie zmieściła mi się w pierogi wygilijne i tak byłam gotowa do gniecenia, wałkowania, wycinania i klejenia piergów, które są jedną z ulubionych potraw moich dzieci. Nic nie znika tak szybko z ich talerzy jak pierogi, Zosia bije rekordy w ich jedzeniu. Czasami zastanawiam się, gdzie jej się to wszystko mieści. Jak się okazało, robienie pierogów ma też swoje działanie terapeutyczne, co może potwierdzić moja teściowa, która pomagała mi przed świętami. Dzięki lepieniu pierogów zeszła jej opuchlizna z chorej ręki.

         Dzisiaj w czasie przerwy na lunch wpadłam do sklepu na Normantonie, żeby kupić czeską mąkę polohrubą. Dzięki niej ciasto na pierogi jest bardzo plastyczne, ale nie lepi się do stolnicy i nie wysycha. Zaopatrzona w mój cudowny składnik byłam gotowa przystąpić do działania. Wracając z pracy, odebrałam dziewczynki ze szkoły i wzięłam się za przygotowania ciasta. Kiedy odpoczęło po wygniataniu, mogłam zacząć wałkować i wycinać kółeczka na pierogi. Zaczęłam od ruskich, bo to ulubione pierogi moich dzieci i męża, potem w ruch poszły grzybowe i mięsne. Na koniec, kiedy zostało mi jeszcze ciut ciasta, a wszystkie farsze się skończyły, postanowiłam przeprowadzić eksperyment z nowym nadzieniem groszkowo-orzechowym. Czytałam gdzieś taki przepis z suszonym grochem, ale akurat miałam w lodówce otwartą puszkę groszku konserwowego, więc stwierdziłam, że też się nada. Do tego posiekana czerwona cebulka, natka pietruszki i ciut żółtego sera, zmielone blenderem zaczęłam upychać do pierogów. Sama jestem ciekawa, jak smakują, ale już się tak objadłam, że muszę poczekać, aż mi się miejsce uleży :) Odsmażone jutro będą smakowały jeszcze lepiej.

          Ja już tak mam z pierogami, że właściwie nie ważne, co w nich jest, ja i tak je spałaszuję. Ruskie pokochałam na studiach, uwielbiam pierogi z grzybami. Piotr czyta właśnie książkę angielskiego podróżnika, który w różnych zakątkach świata jadł różne niesamowite rzeczy, ale za największe świństwo uznał pierogi z grzybami, którymi poczęstowano go na Syberii. Czyż to nie bluźnierstwo? Mogę sobie tylko wyobraźić, jakie cudowne grzyby muszą rosnąć w syberyjskiej tajdze... Kocham nadzienie z kaszy gryczanej i suszonych grzybów lub z kaszy gryczanej i białego sera, uwielbiam letnie pierogi owocowe na słodko, mięsne, kapuściane, ze szpinakiem, z soczewicą. Chyba naprawdę musiałabym się postarać, żeby znaleźć takie, które nie przypadłyby mi do gustu. Jeżeli jakieś mi nie smakowały, to zazwyczaj ze względu na nieudane ciasto.

          Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to ciasto właśnie czyli węglowodany, których powinnam unikać. Strasznie ciężko jest ich sobie odmówić. Zastanawiam się więc, czy uraczenie się pierogami raz na jakiś czas jest aż tak wielkim przewinieniem? Moje boczki mówią same za siebie...

Smacznego!

poniedziałek, 09 stycznia 2012

          Powrót do kondycji jest trudny, ciężki, wypacany. Zależy oczywiście, co kto rozumie pod słowem kondycja. Nie mam co marzyć o regularnym uprawianiu sportu, bo i czasu i zapału mi brak, a może konsekwencji i samozaparcia, ale jakoś tak wychodzi, że sport ostatnio uprawiam dorywczo, zależy na co ja, moje dzieci i mąż mamy ochotę. A to łyżwy, a to rower, a to wyjście na basen. Jednak nie jesteśmy regularni, no może oprócz wyjazdów na jazdę konną, ale tutaj aktywność dotyczy dziewczynek, my na razie ograniczamy się do roli aktywnej publiczności. Dlatego stwierdziłam, że czas najwyższy, koniec wymówek, wrócić na zajęcia zumby. To już rok, jak instruktorka tańca mojej Zosi postanowiła dla mam swoich małych tancerek zorganizować coś ciekawego i zaczęła prowadzić zajęcia  zumby. Spodobało mi się od pierwszego razu i mam świadków na to, że chodziłam na zajęcia bardzo regularnie. Dopiero na wiosnę rytm się rozregulował, bo były ważniejsze sprawy na głowie. Potem wyjazd do Polski w lecie, jesienne zapalenie płuc, po którym długo nie mogłam dojść od siebie. Kiedy raz przed świętami spróbowałam pójść poćwiczyć, Sue, nasza opiekunka była mocno zaniepokojona moim satnem. Zazwyczaj każda z nas jest czerwona na twarzy ze zmęczenia i wysiłku, a ja byłam blada i brakowało mi wydolności. Poddałam się więc, przed świętami zresztą miałam mnóstwo wymówek, że nie dam rady pójść na zajęcia, bo nie starcza mi czasu.

            Jednak święta minęły, wydolność nieco się poprawiła, przestałam kasłać, dyszeć i zipać, więc postanowiłam spróbować pójść spalić nieco kalorii, szczególnie tych poświątecznych. Okazało się, że koleżanki zumbastyczne tęskniły za mną, brakowało im mojego widoku, przyzwyczaiły się do mnie od pierwszych zajęć. Mimo iż nie znamy się za dobrze, widzimy się zazwyczaj tylko w poniedziałki, raz odprowadzając córki na tańce, a potem po raz drugi wieczorem, to fajnie jest widzieć znajome twarze, regularnie co poniedziałek. Okazuje się, że świat jest mały, a już na pewno ten derbiański, bo przed świętami spotkałam jedną z zumbastycznych koleżanek w szkole, w której pomagam dzieciom, gdzie ona pracuje jako teaching assistant. Żeby nie przesadzić na początek  w nowym roku, ćwiczyłam dzisiaj tylko połowę zajęć, darowałam sobie część z ciężarkami, bo moja kondycja jeszcze nie ma się aż tak dobrze. Zapowiedziałam Piotrowi, że gdybym nie zjawiła się w domu przed 21.00, to znaczy, że zeszłam tam i nie mam siły dowlec się do domu. Nie było jednak aż tak źle, jak podejrzewałam i jakoś dałam radę, nawet kolano mnie nie bolało. Dobrze jest wytrząść ten swój tłuszczyk na wskroś, dać mu wycisk. Do domu się dowlekłam i mam nawet siłę jeszcze uderzać w klawiaturę komputera. Bo co jak co, ale mięśnie dłoni mam najmniej zmęczone...

sobota, 07 stycznia 2012

        Właśnie skończyłam lekcję w ramach naszej nieformalnej szkoły domowej – oddział rodzinny. To znaczy ja uczę moją Basię i córkę mojej przyjaciółki, a przyjaciółka w zamian uczy swojego synka i moją Zosię. Teraz ustąpiłam miejsca Piotrowi, który będzie przekazywał starszej dwójce wiedzę historyczną, a ja mam chwilę dla siebie, nim młodsza grupa skończy lekcje. Skończyło się bowiem świąteczne lenistwo i mimo iż w Polsce wszyscy mają długi weekend, my już wzięliśmy się do pracy. Wprawdzie znane jest tutaj święto 6 stycznia czyli Objawienie Pańskie, ale nie jest ono dniem wolnym. Zaczął się już term, więc od czwartku już chodziłam do pracy. Reszta rodzinki mogła sobie jeszcze pozwolić na leniuchowanie, bo dziewczynki wracają do szkoły dopiero w poniedziałek, a Piotr miał jeszcze urlop. W Anglii wraz ze świętem Trzech Króli kończy się formalnie okres Bożego Narodzenia, znikają świąteczne dekoracje, wszędzie panują wyprzedaże i wszyscy zastanawiają się, jak pozbyć się nadmiaru zgromadzonych przez święta kilogramów.

          Stan światecznej gotowości zaczął się u nas  dosyć późno, zazwyczaj już wiele rzeczy miałam gotowych nieco wcześniej. Ale tak się w tym roku porobiło, że większość rzeczy została na ostatnie dni w tygodniu poprzedzającym święta. Na szczęście mieliśmy pełne zaopatrzenie, karpie z polskiego sklepu oraz inne produkty nie zawiodły i mogłam zgodnie z tradycją przygotować wigilijną wieczerzę i inne świąteczne dania. W czwartek rano odwiedziła nas jeszcze reporterka z BBC Radio Derby, żeby przekazać słuchaczom naszej loklanej rozgłośni w ramach cyklu Christmas around the world, jaka jest polska tradycja. W kuchni podgotowywały się właśnie suszone grzybki, na talerzach dosychały lukrowe dekorcje na pierniczkach, dom pachniał już przygotowaniami do świąt, o czym Sally mogła się sama przekonać. W czwartek wieczorem przyleciała do nas mama Piotra, która przyłączyła się do świątecznych przygotowań i pomagała mi, w czym mogła, siekając, krojąc, mieląc składniki do pierogów, sałatek i innych celów przetwórczych. Potem wzięłyśmy się za lepienie uszek, pierogów ruskich i z grzybami. Na ten czas Pior zabrał dziewczynki do kina i Zosia była bardzo zawiedziona, że nie mogła pobawić się ciastem pierogowym. Ale jeszcze nie raz będzie miała okazje. Za to była na pięknym filmie „Hugo”, który wszystkim polecamy.

          I tak krok po kroku, powstawały pierogi, bigos, śledziowe sałatki, makowiec, sernik i szarlotka. Dobrze, że w garażu mam zapasową lodówkę, bo nie wiem, gdzie bym miała to wszystko pomieścić, szczególnie w sytuacji, że zima nie współpracowała z nami w tym roku i nie dawała wystarczającego chłodku, żeby przetrzymać coś na parapecie. Na szczęście się udało i na wieczerzę wigilijną wszystko było gotowe. Wystarczyło się przebrać w galowe stroje i czekać na pierwszą gwiazdkę. Jak na złość niebo się zachmurzyło i ok 15.30 uznaliśmy, że jest już na niebie. Czas oczekiwania umilaliśmy sobie muzycznie, Basia już dwa tygodnie przed świętami ćwiczyła granie kolęd na klarnecie, zawtórował jej Piotr, a Zosia nuciła swoje ulubione „Chwała na wysokości”. Potem tradycyjnie Basia przeczytała fragment Pisma Świętego i połamaliśmy się opłatkiem, mając nadzieję, że kolejny rok przyniesie nam spokój. W sercu czaiła się tęsknota za tymi, z którymi na święta nie udało nam się zobaczyć oraz za tymi, którzy już odeszli. W takich chwilach jedno dodatkowe nakrycie nabierało głębszego sensu.

          Czas świąteczny staraliśmy się wykorzystać jak najlepiej, ale pogoda nie zawsze pozwalała nam na  wycieczki i wypady. Udało nam się odwiedzić oceanarium w Chester po Liverpoolem. Ogromne wrażenie zrobił na nas podwodny tunel, gdzie spacerując powoli można było spotkać się twarzą w twarz z rekinami, mątwami... Szczęście, że dzieliła nas szyba, ale Basia i tak gotowa była iść nurkować między nimi. Na szczęście cena ją skutecznie wystraszyła. Potem przespacerowaliśmy się po dokach w mieście Beatlesów przy zapadającym zmierzchu i nasilającym się wietrze. Miasto zmienia się z każdym rokiem, od naszej pierwszej wizyty nabrzeże wypiękniało jeszcze dokończoną budową biurowców i muzeum i chce się tam wracać.

         Wybraliśmy się raz na lodowisko do Tamworth, gdzie znajduje się cały kompleks wypoczynkowy sportów zimowych dla tych, którzy chcą oszukać klimat i jednak pojeździć w Angli na nartach tyle, że po dachem. Znajduje się tam stok pod dachem, lodowisko i pole śniegowe, gdzie można poszaleć na sankach. Gdyby ktoś miał już dosyć zimy, zawsze jeszcze może iść na basen lub do siłowni. Obok znajduje się hotel, więc jeśli ktoś miał wystarczające fundusze, mógł sobie zamieszkać tam na kilka dni i wyobrazić sobie, że jest w górskim kurorcie. Zachwyca mnie to, jak świetnie moje córki radzą sobie na łyżwach. Zosia wprawdzie miała do pomocy specjalnego pingwinka jak podporę, ale odstawiała go często i śmigała sama. Basia, niestety, miała przykre spotkanie  z innym pingwinkiem, uderzyła się w wargę i musieliśmy skończyć zabawę na lodzie, ale na szczęście nic poważnego się nie stało i Basia znowu chce iść na łyżwy. Kto wie, może jeszcze jutro, w ostatni dzień działalności lodowiska na derbiańskim rynku, wybierzemy się pośmigać. Mamy szatański plan namówić Piotra na założenie łyżew, zobaczymy, co nam z tego wyjdzie.

           Pojechaliśmy również do Oxfordu, ale szybko zapadający zmrok nie pozwolił nam na zwiedzenie wszystkich interesujących miejsc, które oferuje to piękne miasto. Dlatego mam nadzieję, że uda nam się jeszcze tam pojechać, bym mogła zaspokoić ten niedosyt. Planowaliśmy też odwiedzić Cambridge, ale pogoda kompletnie pokrzyżowała nam plany i przez kilka dni nie ruszaliśmy się z domu. Wiejący przenikliwy silny wiatr i zacinające strugi deszczu nie zachęcały nas bynajmniej do tego.

         Przedsmakiem  Sylwestra i karnawału dla naszych dziewczynek była impreza urodzinowa Oli, na którą zostały zaproszone moje dzieci, a ja mimochodem się wprosiłam. Miałam tylko się przywitać, a potem iść na zakupy, ale w końcu zostałam i przynajmniej miałam okazję pogadać sobie z rodzicami Oli i pomóc moim dzieciom w artystycznym rękodziele, które przygotowała mama Oli w ramach imprezy. Sylwester minął nam bez większych szaleństw, siedzieliśmy grzecznie w domu. Ale na przywitanie Nowego Roku przebraliśmy się na galowo, poszedł w ruch lakier do paznokci w kolorze ognistej czerwieni, szampan i lampiony. Piotr wystąpił w swojej galowej koszulce z Krecikiem i potańczyliśmy nawet troszkę. Ale i tak najfajniej było grać w karty, Scrabble i gry planszowe.



           Na koniec, dzień przed moim powrotem do pracy postanowiliśmy skorzystać z obecności babci i wybraliśmy się z Piotrem sami do kina. Robimy to tak rzadko, że nie pamiętaliśmy nawet, kiedy był poprzedni raz. Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę po raz kolejny jednego z moich ulubionych aktorów Roberta Downeya Jr. w roli Sherlocka Holmesa. Zresztą w kinach jest teraz bardzo wiele ciekawych produkcji, które chciałabym obejrzeć, ale obawiam się, czy dam radę. Podobnie jest z filmami dla dzieci, nie sposób nadążyć za pojawiającymi się wciąż w kinach nowymi produkcjami. Film Gaya Ritchiego podobał nam się z sympatii do Sherlocka, wierności książkom, pokazaniu historycznego Londynu dzięki komputerowym efektom specjalnym. Wprawdzie przyzwyczaiłam się do Sherlocka jako ekscentryka pracującego głównie umysłem, o delikatnych palcach skrzypka i szachisty, ale wizerunek wykreowany przez Ritchiego i Downeya Jr. też mi się podoba, po prostu to świetna rozrywka. Głębszych przeżyć będę szukała w innych filmach, jak chociażby „W ciemności” Agnieszki Holland, ale obawiam się, że w Anglii nie uda mi się go zobaczyć.

            Przez dwa tygodnie żyliśmy  w dość szybkim tempie. Święta, wycieczki, karmienie całej naszej grupki, zakupy, wszystko musiało działać w jak najlepszym porządku. Kiedy więc wróciliśmy z kina do domu i Piotr nie zareagował na Basi alarmujący komunikat, że nie mamy w lodówce mleka, nasz córka stwierdziła, że jej ojciec stanowczo za bardzo się zrelaksował w tym kinie, bo przecież normalnie już biegłby do sklepu po zakupy. No tak to się kończy, jak rodzice na chwilę zejdą z posterunku, za bardzo się odprężają, ale też im się coś od życia należy.

           Mój pierwszy dzień w pracy powitał mnie znowu wichurą i siekącym deszczem. Przez Wyspy przechodził front atmosferyczny, wichury łamały drzewa, przewracały kominy, zrywały sieci energetyczne, powodowały wypadki. Wiem, że podobnie jest w Polsce i do tego ma zawitać tam zima, więc niech się wszyscy trzymają ciepło. My też się jakoś postaramy.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

              Koleżanka mnie zapytowywuje, co tam u nas słychać, bo na blogu cisza i puszcza do mnie oko, czyżby czasu było mi brak. Otóż brak! Zapracowani jesteśmy i czasu nie ma na pisanie, choć pomysłów wiele i obserwacji życiowych natłok oraz momentów dziejowych do opisania nie brak.  Wystarczy pomyśleć o ostatnim weekendzie, kiedy próbowałam nadrobić zaległości, ale bylo tyle innych rzeczy do zrobienia, że wenę twórczą przelałam na pierniczki. Jeszcze ostatnie zakupy prezentowe, zaopatrzenie prowiantowe, wyjście z dziećmi do kina, żeby obejrzeć długo oczekiwany film. W centrum handlowym obłęd, o którym nie muszę pisać, wszyscy wiemy, jak to wygląda, do tego fałszywy alarm przeciwpożarowy włącznie z ewakuacją.

             Kiedy wróciliśmy wczoraj wieczorem do domu, roztopiłam w wielkim rondlu miód, brązowy cukier i margarynę z solidną porcją przyprawy do piernika, na którą polowałam 2 tygodnie, i przygotowałam zaczyn na pierniczki. Przepis mam na półtora kilograma mąki, więc potem tylko gniotłam, wałkowałam i wycinałam. Basia i Zosia mi pomogły, a potem piekłam do późnej nocy. Niby każda porcja miała być tylko 10 minut w piekarniku, ale porcji były znaczne ilości. Dzisiaj było lukrowanie, a potem jeszcze sprawianie śledzików i jeszcze szykowaie wsadów na jutrzejsze świąteczne party w szkole u dziewczynek. Szykowałam więc pierniczki na zmianę z kanapkami.

             W sobotę moja przyjaciółka mnie zestresowała tym, ile ma już rzeczy gotowych na Wigilię i wszystko czeka pomrożone, juz nawet obiad na drugi dzień świąt ma zrobiony. Pół nocy potem nie spałam :). Cudem odnalazłam dzisiaj jeszcze jedno pudełko z zapasem grzybów suszonych od mojej mamy i od razu mi się humor poprawił. Zupełnie jakby z uśmiechem na twarzy sama dała mi je do ręki.

              Teoretycznie od jutra Piotr ma już urlop, ja jeszcze jutro i pojutrze w pracy. Piotr ma jeszcze kilka rzeczy do skończenia, więc pewnie podłączy się do sieci z domu i będzie jedną ręką sprzątał, a drugą trzymał na pulsie, czy mu się firma nie wali. Piotr mi ciągle mówi, że mamy się nie przepracowywać i cieszyć się przygotowaniami do świąt, ale ja sama mam apetyt na te wszystkie rzeczy, które tak lubię, więc chce mi się to robić. Karp zamówiony w polskim sklepie, mam nadzieję, że się nie zawiodę, muszę jeszcze zdobyć kolejną porcję kiszonej kapusty, przygotować farsze, no i pomyśleć o ulubionych ciastach na święta. Bez sernika na orzechowym spodzie przecież się nie obędzie.

wtorek, 29 listopada 2011

              Przez nasz dom przeszło właśnie małe trzęsienie ziemi lub tornado. Na szczęście bez zalań wodą, więc nie kwalifikuje się pod tsunami, ale skala bałaganu jest podobna. Coż takiego się wydarzyło? Odpowiedź jest prosta - Zosia zaprosiła do siebie na popołudnie dwie ulubione koleżanki ze szkoły. Wprawdzie nie jest to kataklizm podobny do tego, jaki przechodzi przez nasz dom, kiedy urządzamy urodziny naszych córek, ale trójka siedmioletnich dziewczynek potrafi być równie nieprzewidywalna. Właściwe każda chce rządzić, ale Zosia zawsze ma argument, że to jej dom i ona rządzi. Pozostałym dwóm koleżankom jakoś to nie przeszkadza i rządzą się dalej. Ja staram się być opanowana i nie wkraczać dopóki nie łamią jasno określonych na początku zabawy zasad.

            Oczywiście rzadko kiedy moje dziecko uprzedza mnie o tym, że zaprasza koleżanki i zazwyczaj stawia mnie przed faktem dokonanym, jak dzisiaj chociażby. Wracam prosto z biura, na dworze pogoda najgorsza, jaką można sobie wyobrazić pod koniec listopada, chmura zaczernia niebo, wiatr, deszcz zacina bokiem pod parasol i nagle moje dziecko,wybiegając ze szkoły otoczone dwójką koleżanek, pyta mnie, czy mogą dzisiaj przyjść się do niej pobawić. I co ja mam odpowiedzieć takiemu zorganizowanemu gangowi blond piękności, które w razie odmowy mają już w swoch gruczołach łzowych przygotowane całe potoki rozpaczy jakby deszczu było mało. Oczywiście zgadzam się i nagle mam wokół siebie trzy uśmiechnięte słońca. Moja starsza córka jasno określa zasady współżycia w czasie jazdy samochodem – nie ma zabawy w jej pokoju i mojej sypialni i wszystko jasne.

           Może nie było mi dzisiaj zbyt po drodze z wizytą Zosi koleżanek i kiedy z góry dochodziły kolejne protesty, kto ma być szefem, a kto nauczycielem, modliłam się, żeby mama Katy przyjechała jak najszybciej i zabrał je obie, ale czego się nie robi dla radości córki. Zazwyczaj goście Zosi pomagają jej sprzątać, ale dzisiaj już wolałam pozwolić im iść do domu, byleby szaleństwo choć na trochę ucichło, oko cyklonu na chwilę nas opuściło. Na szczęście miałam coś przygotowanego w lodówce na szybki obiad, żeby nakarmić wygłodniałe towarzystwo, a potem ugotowałam żurek. Drugi tydzień w nowej pracy i moja rodzinka musi się przyzwyczaić, że nasze życie należy nieco przeorganizować, więcej planowania i lepszego zarządzania czasem, logistyka. Wszystkie misternie poukładane w kalendarzu wydarzenia może zruinować jedna infekcja. A moje panny smarkające i kaszlące, w weekend Zośka przebąkiwała coś o bólu ucha i wczoraj rano stwierdziła, że może jednak zostanie w domu. Przyzwyczaiło się dziecko, że matka jest wolnym strzelcem i można z nią w domu siedzieć. Skończyło się, koordynator życia rodzinnego jako sie zowie ma teraz jeszcze kilka innych obowiązków. Precz od nas wszystkie choroby, bo nie ma jak rzeźbić w temacie opiekunek na dłuższą metę. I tak musiałam się nieźle wysilić, żeby wymyślić coś na środę, kiedy to nauczyciele strajkują w UK i szkołę nam zamknęli. Ja nie strajkuję, pracuję.

niedziela, 27 listopada 2011

             Na Spondonie rozbłysły już świąteczne dekoracje, główne ulice mrugają lampkami i choinkami, dzisiaj pierwsza niedziela Adwentu, nota bene również urodziny mojego męża. Wszyscy już myślą o świętach, a ja jakoś w tym roku kompletnie nie jestem w stanie planować i myśleć perspektywicznie, moje myśli są zaprzątnięte czymś innym. Wszyscy biegają już, kupują prezenty świąteczne, półki w sklepach zastawione są Christmas pudding, zaczynają się pojawiać świeże choinki i mrożone indyki. Nam udało się dzisiaj wreszcie przekonać dzieci do sprecyzowania swoich marzeń świątecznych w kwestii prezentów, ale jakoś marnie im to szło. Basia stwierdziła, że my jej na bieżąco zapewniamy to, czego potrzebuje, więc trudno jej nagle wymyślić coś specjalnego.

              Weekend nam minął w mgnieniu oka. Wczoraj mieliśmy organizacyjne spotkanie Movitum, któremu przyszło stawić czoła problemom. Oni dyskutowali, a ja wzięłam się za gotowanie obiadu, bo popołudniem wybieraliśmy się na wcześniejszą imprezę katarzynkowo-andrzejkową do Tutbury. Dzieci nie mogły się już doczekać obiecanej imprezy i niespodzianki. Było lanie wosku przez klucz i sprawdzanie cieńi figur. Jednym wróżyły podróże, innym przyszłe zawody lub powiększenie się rodziny. Wszystko było kwestią interpretacji niezidentyfikowanych obiektów woskowych. Trzy były pewniakami – Michał miał skarpetę Mikołaja, ja miałam pociąg, a Zosia serduszko. Potem lewe buty wędrowały za próg, a na koniec Cyganka w chuście w kratkę czyli ja, użyczyła swojego pierścionka, zarządziła rwanie włosów z głowy i zawiesiwszy pierścionek na włosie każdej delikwentki lub delikwenta czyniła czary mary, ileż to dzieci będą posiadać, albo w jakim wieku za mąż się wydadzą. Śmiechu mieliśmy z tego co nie miara. To nam zaostrzyło apetyty i nie mogliśmy się już doczekać ogrodowej niespodzianki czyli ogniska z kiełbaskami. Jak na listopad wieczór był całkiem ciepły, choć nieco wietrzny, ale uprzedzeni wcześniej zapewniliśmy sobie i dzieciom odpowiednią garderobę. Nasze małe piromanki nie posiadały się ze szczęścia,  a jak dodać do tego smażoną na ognisku kiełbaskę, to już w ogóle pełnia szczęścia. Nam dorosłym do kiełbaski jeszcze apetyt zaostrzało grzane wino. Ech, te przyjemności...

             Dzisiaj w dniu urodzin Piotra obudziło nas straszne wiatrzycho i ciemne od ciężkich chmur niebo. Wizja jazdy konnej w takich warunkach nieco mnie przeraziła, szczególnie, że Zocha się strasznie smarka i pobolewa ją ucho. Zadecydowałam więc, że na konie jadą tylko hardcorowcy, czyli Basia z Piotrem, a my z Zosią zostajemy w domu i siedzimyw ciepełku, żeby Zochę wykurować. Nie możemy sobie pozwolić na infekcje. Basi niezbyt to było w smak, ale kiedy wychodzili z domu po śniadaniu niebo się już przejaśniło i od razu poprawił jej się humor. Okazało się, że dzisiaj świetnie jej poszło, koń się słuchał, skakał, kłusował, galopował i zatrzymywał się na żądanie. Basia wróciła do domu rozpromieniona. Niedługo potem trzeba się było wziąć za obiad i jego konsumpcję, bo o 14.30 musieliśmy się stawić w kościele parafialnym, spondońskim St Werburgh na uroczystość Christingle. Basia poszła tam jako chórzystka Asterdale Primary School, a Zosia jako skaucik. My, rodzice, byliśmy wsparciem.

             Piotr po raz pierwszy uczestniczył w tej uroczystości, my z dziewczynkami miałyśmy okazję być na niej już rok temu, kiedy Basia też śpiewała podczas na nabożeństwa. Tradycyjnie już w pierwszą niedzielę Adwentu w kościele anglikańskim oraganizowane są nabożeństwa, w czasie których zbiera się fundusze na rzecz organizacji The Children Sociaty. Jest ona powiązana z Christingle - specjalnym lampionem, który symboizuje miłość Chrystusa do ludzi. Zapalona świeczka symbolizuje światło, którym jest on sam, pomarańcza świat, do którego przychodzi, a czerwona wstążka wokół pomarańczy ma symbolizować krew Chrystusa. Cztery wykałaczki z różnymi słodyczami, które potem umilają czas dzieciom, to zobrazowanie czterech stron świata i czterech niedziel Adwentu.

              Zwyczaj Christingle został wprowadzony w kościele anglikańskim w latach 60. XX wieku i bardzo szybko się przyjął. Rozpalenie lampionów, procesja oraz niesienie ich do swoich domów mają przypominać wiernym, że oni również są odpowiedzialni za propagowanie Dobrej Nowiny, za niesienie światła Chrystusa do innych. Dzielenie się nim wiąże się również z wrażliwością na potrzeby osób w trudnych sytuacjach życiowych, a szczególnie dzieci. Ten temat jest mi szczególnie bliski po doświadczeniach ostatniego tygodnia, kiedy przyszło mi spotakć się z wieloma dziećmi żyjącymi na skraju ubóstwa, potrzebującymi pomocy. W czasie nabożeństwa w kościele dobrze było patrzeć na szczęśliwe twarze dzieci, rozświetlone ciepłem świec.

             Po powrocie do domu przyszedł czas na pyszną kawę z pianką i czekoladowe ciacho. Nie chciałyśmy Piotrowi wyliczać świeczek, więc pojawiła się tylko jedna symbolicznie, a i tak Zosia ją zdmuchnęła. Łapiemy te niedzielne chwile, które nam jeszcze pozostały, żeby jutro na nowo stawić czoła rzeczywistości, dzieci do szkoły, a my do pracy. Do pracy rodacy, oj tak. Wreszcie udało mi się dostać pracę na pełnym etacie w swoim zawodzie, albo w jednym z moich zawodów. Ponad miesiąc temu Piotr chodził za mną i wypytywał, o czym marzę jako prezencie urodzinowym. Po 17 latach znajomości coraz trudniej o kreatywne podejście i niespodziankę. Mówiłam mu, że chcę pracę. Tego nie mógł mi kupić, sama musiałam sobie znaleźć.

             Wysyłałam aplikacje, aż wreszcie zaproszono mnie na rozmowę i dwa dni przed swoimi urodzinami dowiedziałam się, że jestem szczęśliwie zaakceptowaną kandydatką. Kiedy wszystkie młyny biurokracji się przemieliły, wreszcie mogłam zacząć. Mam za sobą pierwszy tydzień pracy jako teaching assistant i support worker. Zadaniem zespołu, w którym pracuję jest pomagać nowoprzybyłym do Anglii dzieciom i ich rodzinom, żeby odnalazły się w tutejszym systemie szkolnictwa, wspierać je w szkole i czasem też poza nią. Na razie głównie obserwowałam, jak moi koledzy pracują, ale już mogłam się przydać w kilku konkretnych sprawach. Z niecierpliwością czekam na kolejny tydzień.

środa, 16 listopada 2011

            Dzisiaj moja starsza córka z troski o mnie zrobiła mi rano kanapkę i bardzo mnie tym rozczuliła. Widocznie widząc, jak człapię po schodach, charczę głosem, którego nie powstydziłby się żaden wokalista deathmetal i znowu sie smarkam, uznała, że nie będę w stanie sama o siebie zadbać. Kochana jest! Mąż zrobił herbatkę z cytrynką i sokiem malinowym, która jest naszym ulubionym porannym napojem na dobry początek dnia. Kanapka podniosła mnie na duchu, herbatka podniosła nieco temperaturą zmarzniętych kończyn i krew zaczęła szybciej krążyć.

            Znowu się jakieś dziadstwo przyplątało. W niedziele, kiedy wychodziliśmy z kina (nota bene byliśmy na „Artur Christmas” i bardzo nam się podobało, my się lubimy rodzinnie rozczulać), jakoś mnie tak owiało na parkingu i zaczęło boleć mnie gardło. Widocznie gdzieś za winklem czaiła się cała hałastra bakterii, które tylko czekały, kiedy się tam pojawię i kiedy przechodziłam z okrzykiem dzikim na paszczach „Huzia na Wolińską!” zaatakowały mnie z dziką furią. No i znowu chrypię, pokasłuję, smarkam się sporadycznie, generalnie czuję się tak sobie. Ale w łóżku leżeć nie zamierzam i się nie poddaję . Scorbolamid, tantum verde i do przodu. Już mam dosyć chorowania, życia szkoda.

            I pomyśleć, że w niedzielę, kiedy szykowałam dziewczynki na paradę skautów z okazji Remembrance Day, martwiłam się, że to one się przeziębią. Musiały mieć mundury na wierzchu, nie mogły założyć kurtek, więc musieliśmy napchać jak najwięcej warstw pod spód. Basia miała gorzej, bo jej skautowa koszula jest z dość cienkiego materiału, Zosi bluza trochę bardziej grzeje. Na szczęście kiedy poranne mgły się podniosły, pogoda dopisała i nawet na chwilę zaświeciło słońce. Najważniejsze, że nie padało. Dziewczynki przypięły sobie symboliczne maczki na piersi i były gotowe do wymarszu. Z tym maszerowaniem to jednak mam pewne watpliwości co do Zosi, bo jej zastępowa ciągle musiała ją pilnować, kiedy zwalniała kroku, by pozachwycać się pięknymi okolicznościami przyrody. Coś mi się wydaje, że muszę sobie przypomnieć swoje własne musztry i podszkolić młodsze dziecię w tym względzie. Basia nie miała problemów z maszerowaniem, wręcz przeciwnie, bardzo jej zaimponowali kadeci British Legion i nawet wspomniała, że byłaby zainteresowana przystąpieniem do tej formacji. Mój mąż znany ze swoich pacyfistycznych poglądów, zrobił się blady, ale nie skomentował, mając nadzieję, że to tylko chwilowa fascynacja.

Parade 2011 Spondon

           Orkiestra wojskowa grała im marsza i tak przeszliśmy przez cały Spondon do kościoła St Werburghs, gdzie wzięliśmy udział w nabożeństwie poświęconym zmarłym żołnierzom i żołnierkom oraz modliliśmy się za tych, którzy nadal służą. Były sztandary, pieśni, 2 minuty ciszy. Szkoda, że niektórym skautom nie chciało się przyjść, obecność nie była obowiązkowa, ale cieszę się, że moje dziewczyny są na tyle zaangażowane, że chciały wziąć w tym udział.

piątek, 11 listopada 2011

          Dzisiaj miał być wyjątkowy dzień. Wyjątkowa data w kalendarzu nie tylko ze względów matematycznych ale przede wszystkim historycznych. O tym, co się wydarzyło złego w Warszawie, nawet nie chcę myśleć ani tego komentować, po prostu wstyd.

           W Anglii to już długoletnia tradycja, że 11 listopada obchodzi się Remembrance Day i oddaje się hołd żołnierzom, którzy zginęli na frontach wszystkich wojen w obronie ojczyzny. Anglicy kupują plastikowe poppy - małe maki jako symbol szacunku i jedności. Fundusze uzbierane w ten sposób przeznaczone są na pomoc dla rodzin poległych żołnierzy oraz na leczenie rannych. Moje córki noszą te kwiatuszki w szkole już od tygodnia, dzisiaj miały specjalny apel poświęcony dniu pamięci, a w niedzielę jako skautki będą uczestniczyły w paradzie organizowanej przez lokalne władze Spondonu.

           Dziś o 11.00 czasu lokalnego rozgłośnie radiowe i telewizyjne przerwały nadawanie, by przez dwie minuty ciszy oddać hołd wszystkim poległym. Tuż potem na falach radia Kerrang! uslyszałam tę piękną piosenkę, klasykę rocka i serce mi ścisnęło ze wzruszenia. Chciałabym ją dedykować również polskim żołnierzom, którzy walczyli i nadal walczą za wolność, naszą, waszą, wolność w swej istocie, gdziekolwiek ktoś ją łamie. Oby szczęśliwie wrócili do domu...

These mist covered mountains
Are a home now for me
But my home is the lowlands
And always will be
Some day you'll return to
Your valleys and your farms
And you'll no longer burn
To be brothers in arms

Through these fields of destruction
Baptisms of fire
I've witnessed your suffering
As the battles raged higher
And though they did hurt me so bad
In the fear and alarm
You did not desert me
My brothers in arms

There's so many different worlds
So many different suns
And we have just one world
But we live in different ones

Now the sun's gone to hell
And the moon's riding high
Let me bid you farewell
Every man has to die
But it's written in the starlight
And every line on your palm
We're fools to make war
On our brothers in arms

Mark Knopfler, Dire Straits Brothers In Arms

Do posłuchania tutaj (http://www.youtube.com/watch?v=Wu4oy1IRTh8)

niedziela, 06 listopada 2011

            Angielski klimat chyba się obraził za moje narzekania na listopadową pluchę i postanowił pokazać, że wcale nie jest taki najgorszy i na co go stać. Dzięki temu dzisiej mieliśmy piękną słoneczną niedzielę, która zaczęła się wprawdzie przymrozkiem, ale w ciągu dnia słońce przygrzewało nam w plecki. Na drzewach zostało już mało liści, ale jeszcze złociście, jeszcze purpurowo, jesiennie, złoto.

             Pojechaliśmy z samego rana na lekcje jazdy konnej naszych córek i doszliśmy do wniosku, że koniecznie trzeba wykorzystać tak piękny dzień, bo nie wiadomo, kiedy nam się kolejny taki trafi. Przypomniałam sobie, że w okolicy nie odwiedziliśmy jeszcze jednego ciekawego zamku. 30 mil jazdy samochodem dzieliło nas od tego miejsca, w sam raz na krótką przejażdżkę i zwiedzanie. Kiedy dojeżdżaliśmy do Bolsover, zamek był już widoczny z daleka, królował na wzgórzu.  Zanim jednak kupiliśmy bilety, zajrzeliśmy do kafejki, żeby nakarmić po jeździe konnej nasze córki, które w pełni zaangażowane spaliły nieco kalorii w czasie lekcji. Posileni gorącą czekoladą i ciachem mogliśmy wędrować po zamczysku do woli.

           Kiedy weszliśmy na dziedziniec, zobaczyliśmy czerwoną bramę i jak się potem okazało budynek stajni. W środku można było zobaczyć model zamku i przekonać się, jak prawdopodobnie wyglądał na początku XVII wieku. Ledwo zeszliśmy z jednego padoku, a już dziewczynki wsiadały na drewnianego konia, przywdziewając strój z epoki i kapelusz z piórem, gotowe wyjechać na zadaszony oryginalny padok z tamtych czasów. Potem poszliśmy zwiedzać długą galerię, a na koniec mały zamek. Basia i Zosia zaopatrzyły się w mapę detektywów zamkowych dla dzieci i z ołówkami w ręku odznaczały odnalezione ciekawostki.

Bolsover Castle

            Zamek Bolsover został zbudowany przez rodzinę Peverel w XII wieku. W czasach średniowiecznych posiadłość przechodziła wielokrotnie z rąk do rąk, aż zaczęła popadać w ruinę. W 1553 roku dwór i zamek zostały zakupione przez sir George’a Talbota. W 1608 roku zostały one sprzedane przez Gilberta, 7. hrabiego Shrewsbury sir Charlesowi Cavendishowi, synowi Bess Hardwick. Sir Charles przystąpił do odbudowy zamku, proces ten kontynuował jego syn William Cavendish. Z nazwy jest to zamek, ale został zaprojektowany do eleganckich życia, a nie do obrony. Wieża, znana dzisiaj jako Mały Zamek, została ukończona w 1621 roku.

            Rodzina Cavendishów miała w posiadaniu okoliczne ziemie. Pisałam już nieco o nich przy okazji naszej wizyty i zwiedzaniu Hardwick Hall. Zbudowała go Bess z Hardwick, która wyszła za mąż za Williama Cavendisha. Kiedy przyjechaliśmy do Bolsover i zobaczyłam, że ten zamek też zbudował William Cavendish, myślałam, że to właśnie małżonek słynnej w Derbyshire Elżbiety. Jednak daty mi się nie zgadzały i okazało się, że to był jej wnuk. W Chatsworth, posiadłości,  w której gościliśmy wczoraj na pokazie fajerwerków, do dnia dzisiejszego mieszka diuk Devonshire, potomek rodziny Cavendishów. Trzeba przyznać, że Cavendishowie mieli niesamowity talent do znajdowania sobie miejsc  na swoje zamki i pałace z widokiem zapierającym dech w piersiach. Z okien swojego zamku William mógł obserwować całą okolicę.

Bolsover Castle

           Podczas wojny domowej zamek Bolsover został przejęty przez parlamentarzystów, którzy go zaniedbali i znów popadł w ruinę. Jednak William Cavendish odzyskał swoją własność. Ostatecznie zamek stał się jedną z siedzib książąt Portland. Po roku 1883 był niezamieszkany i ostatecznie w 1945 roku został przekazany do skarbu państwa i jest ogólnie dostępny dla zwiedzających. Opiekę nad nim sprawuje organizacja English Heritage.

         Zawsze w takich miejscach pracuje nasza wybraźnia. Dzięki makietom, rysunkom połączonym z pozostałościami dawnej świetności – obrazom, boazeriom, kominkom, możemy sobie wyobrazić, jak wyglądały wnętrza takiego zamku, jakie były komnaty, sypialnie, pokoje dzieci, kuchnia, sala balowa. Błądzimy korytarzami, wspinamy się po schodach i staramy się zrozumieć, dotykamy kamieni, których dotykali przed stuleciami mieszkający tutaj ludzie. Schodzimy do poziomu kuchennego, widzimy piece chlebowe. Znajdujemy w ścianach ślady dawnych belek, podtrzymujących sufity i podłogi, kolejne kominki zawisłe w ścianach nie służą już nikomu, już nie płynie z nich dym paleniska. Stajemy w oknach, na balkonach i widzimy świat, który tak bardzo się zmienił od tamtego czasu. Jakże zdziwiłby się William Cavendish, gdyby zobaczył teraz widok z okien swojego zamku...



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Ewa Wolinska

Create your badge