| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
środa, 31 maja 2017

            Podobno w Polsce na matury nie zakwitły kasztany. Taki psikus aury - zimnego początku maja i biedne kasztany się nie wyrobiły. Trudno im się dziwić w tym zmasowanym ataku mrozu, śniegu, gradu i szronu. U nas wszystko zakwitło, ale bądźmy szczerzy, kasztany w Wielkiej Brytanii mają przewagę nad polskimi nie tylko z racji cieplejszego klimatu, ale również dat egzaminów. I teraz trzeba się zdecydować, czy bierzemy pod uwagę małą czy dużą maturę. Tak naprawdę to są moje robocze nazwy, ponieważ system edukacyjny Wielkiej Brytanii jest skonstruowany nieco inaczej niż polski, przynajmniej w kształcie, jaki znaliśmy dotychczas. Uczniowie do ukończenia 11. roku życia uczęszczają do szkoły podstawowej, a kiedy kończą klasę 6., przechodzą do szkoły secondary – czyli odpowiednika polskiego gimnazjum. Tam kontynuują naukę przez następne 5 lat aż do klasy 11. Wtedy właśnie przychodzi czas na małą maturę czyli egzaminy GCSE  z większości przedmiotów, których uczniowie uczyli się przez te 5 lat. Jest pula przedmiotów obowiązkowych, które muszą zdać wszyscy oraz 3 przedmioty, jakie wybrali sobie dodatkowo. Tak się akurat składa, że w tym roku przyszła kolej na naszą Basię, która już drugi tydzień pisze po kolei egzaminy z przedmiotów obowiązkowych i dodatkowych. A że niektóre przedmioty są rozbite na dwie lub trzy części to w sumie ma tych egzaminów 16.

          Egzaminy GCSE (General Certificate of Secondary Education) w Wielkiej Brytanii to jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu roku szkolnego. Podsumowują one edukację ucznia na poziomie secondary i zaświadczają o kwalifikacjach zawodowych 16-letniego młodego człowieka. Jeszcze do niedawna po egzaminach GCSE kończyło się obowiązkowy etap edukacji  i można było starać się o pracę. Niestety, wśród młodych ludzi panowało tak wysokie bezrobocie, że kilka lat temu rząd podjął decyzję, że edukacja będzie obowiązkowa do 18. roku życia. W praktyce oznacza to, że większość młodych ludzi albo kontynuuje naukę robiąc dużą maturę, jeśli chcą iść na uniwersytet lub robią kursy na college’u, które również otwierają szansę na studia. Można też zacząć pracować, ale tylko pod warunkiem, że łączy się to jednocześnie z kursami lub szkoleniami.

          Nic więc dziwnego, że GCSE jest kamieniem milowym w życiu młodego człowieka. Jest to bardzo duże obciążenie dla uczniów – muszą zdać egzamin z angielskiego, matematyki, science na poziomie podstawowym lub rozszerzonym, a do tego jeszcze przedmioty dodatkowe. Basia wybrała sobie geografię, historię i dramę. Trudno jej się było zdecydować, bo z większości przedmiotów ma świetne wyniki. Zastanawiała się też nad muzyką i sztuką, ale w końcu ku rozczarowaniu nauczycieli tych przedmiotów, wybrała dramę. W tej sytuacji nauka do dużej matury i zdawanie tylko 3 przedmiotów już wydaje się dużo łatwiejsze. Muszę przyznać, że kiedy obserwuję Basię od wielu miesięcy, jaki ma system nauki, przygotowywania się do egzaminów, to jestem pełna podziwu i dumy. Zawsze była bardzo konsekwentna, zorganizowana i przygotowywała się rzetelnie do egzaminów na koniec każdego roku ze wszystkich przedmiotów. Jej systematyczność teraz procentuje, ponieważ musi sobie tylko przypomnieć to, czego uczyła się wcześniej. W przypadku wielu młodych ludzi powtórki do egzaminów to nie są powtórki tylko nauka tego materiału zupełnie od nowa.

            Mam porównanie między Basią, a moimi uczniami w szkołach, w których pracuję i widzę często młodych ludzi, którzy zupełnie lekceważą sobie egzaminy lub nie zdają sobie sprawy, jak mogą one zaważyć na ich przyszłości. Być może wychodzą z założenia, że system edukacji w UK zawsze daje Ci możliwość powrotu, nadrobienia lub poprawienia tego, czemu nie podołałeś w szkole. Możesz już jako dorosła osoba wrócić na college, zdać egzaminy, ale już nigdy nauka nie będzie taka łatwa, przyjemna i darmowa jak w szkole. Sama się przekonałam, jak to jest studiować, kiedy jest się wolnym ptakiem, bez zobowiązań, kiedy możesz skupić się tylko na nauce, a jak to jest uczyć się do egzaminów, kiedy masz już rodzinę, pisać wieczorami eseje i prace zaliczeniowe. To są zupełnie dwa różne światy.

            Problemem jest też podejście nauczycieli. Od lat obserwuję metody nauczania niektórych przedmiotów w czasie lekcji, na których pomagam moim podopiecznym i czasami łapię się za głowę. Niejednokrotnie musiałam poprawiać nauczyciela, uściślać rzeczy, które podają dzieciom. Niektórzy myślą, że jestem wykwalifikowaną nauczycielką chemii, biologii, historii, kiedy widzą, jak pracuję z moimi uczniami. A to tylko moja wiedza z liceum. Rola nauczyciela w niektórych szkołach średnich w Derby sprowadza się do powielania z roku na rok prezentacji w PowerPoint. Potem uczniowie też stosują metodę copy-paste, przepisywania z podręczników. Bywam na lekcjach chemii, biologii czy geografii, gdzie z ust nauczyciela nie pada ani jedna merytoryczna uwaga, wyjaśnienie. Kiedy przychodzi do egzaminów, skupiają się jedynie na technice wypełniania testów, a nie wiedzy, która w tych testach ma być użyta.

             Basia zdaje dzisiaj kolejny egzamin z matematyki, myślę o niej i wspieram ją pozytywną energią. Myślę też o moich uczniach, których poznałam w ramach przygotowań do egzaminu GCSE z polskiego. To taka mała egzotyka w UK. Zapomniałam przecież wspomnieć, że uczniowie zdają również egzamin z języka obcego. Mogą wybrać hiszpański, francuski, niemiecki, w niektórych szkołach uczy się urdu, punjabi lub włoskiego. Ciekawe jest to, że język polski został wraz z językiem rosyjskim zarejestrowany jako język obcy, z którego uczniowie mogą zdawać egzamin GCSE w Wielkiej Brytanii. Daje to dodatkową możliwość dzieciom, które mówią w domu po polsku, by wykorzystały swoje umiejętności i zdały egzamin z tego języka i powiększyły w ten sposób swoją pulę punktową przy ubieganiu się o miejsce w sixth form – dużej maturze lub na college’u.

           Egzamin GCSE z polskiego jak z większości języków obcych składa się z czterech części – słuchania ze zrozumieniem, czytania ze zrozumieniem, mówienia oraz pisania. Basia zdała ten egzamin dwa lata temu, żeby już mieć go z głowy, kiedy przyjdzie pora na egzaminy z innych przedmiotów. Dla niej było to dość łatwe, czyta i pisze po polsku bez najmniejszych problemów, może czasem zabraknie jej właściwego słowa. Podejrzewam jednak, że Zosia już nie da rady podejść do tego egzaminu, nigdy nie uczęszczała do polskiej szkoły, nawet nie zdążyła być w przedszkolu.  Mimo starań mamy polonistki pisanie po polsku sprawia jej trudność, bo w pewnym momencie musieliśmy się skupić bardziej na angielskim. Ze słuchaniem i mówieniem być może dałaby sobie radę, ale czytanie i pisanie byłyby już dla niej zbyt trudne.

           Wiele polskich uczniów zdecydowało się w tym roku zdawać ten egzamin i wtedy szkoły zwróciły się do mnie o pomoc w przygotowaniu ich do tego egzaminu. Trzeba przyznać, że to była bardzo interesująca przygoda spotkać młodych ludzi w wieku mojej córki rozsianych po szkołach średnich w Derby, poznać ich zainteresowania, zapatrywania, sposób myślenia, gusty muzyczne, ich historie, jak długo mieszkają w Anglii, jakie są ich plany na przyszłość. Nie jestem egzaminatorem, wszystko ocenia komisja w Londynie, ale przeprowadzam egzamin z mówienia, do którego uczeń potrzebuje interlokutora – partnera do rozmowy w języku, który zdaje, żeby zaliczyć tę część egzaminu. Niektóre szkoły podeszły poważnie i odpowiedzialnie do tego tematu i zwróciły się do mnie o pomoc już w styczniu, żeby uczniowie mieli wystarczająco dużo czasu na przygotowanie. Inne szkoły jednak obudziły się z letargu na kilka tygodni przed datą dostarczenia nagrania egzaminu do komisji w Londynie i wtedy zaczął się wyścig z czasem. Jak przygotować uczniów w ciągu 3 lekcji do tego, nad czym z innymi grupami pracowałam 3 miesiące. Koniec końców przetestowałam 15 uczniów i teraz trzymam kciuki za ich pisemne egzaminy z polskiego i innych przedmiotów, które zdają.

           Maj się dzisiaj kończy, kasztany przekwitają. Dzisiaj w Derby jest najcieplejszy jak dotychczas dzień w roku. Niebo niebieskie, bezchmurne, powodzenia maturzyści!


niedziela, 28 maja 2017

           Od kiedy pamiętam mieliśmy w domu rower, rowery. Moim pierwszym był legendarny niebieski pelikan, na którym uczyłam się jeździć. Tata wkładał porządny kij za moje siedzonko i pomagał mi utrzymać równowagę, aż któregoś dnia, w słoneczny wieczór na ulicy Szewskiej, puścił nic mi nie mówiąc, bo już wiedział, że sobie poradzę. Uwielbiałam pelikana za wygodne siodełko, bagażnik na którym woziłam swojego brata. Nieważne były odarte łokcie i kolana, to była cena wolności. Tata uczył mnie przepisów ruchu drogowego, znaków, zabierał mnie do miasteczka ruchu drogowego blisko zalewu w Opocznie (teraz jest tam warsztat samochodowy, gdzie w wakacje oddaje samochód na przegląd i wspominam tamte chwilę z nutką nostalgii). Tata sam miał rower, szary składak, którym jeździł wszędzie. Rowery nie były wówczas modnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, ale koniecznym środkiem transportu. W czasach bonów, punktów, zdobywania samochodów w kolejkach społecznych i po znajomości w partii samochód był dobrem nieosiągalnym dla moich rodziców. Pierwszy samochód tata kupił dopiero latem 1990 roku, kiedy miałam iść do liceum i dopiero wtedy zrobił prawo jazdy. Ale samochód nie służył mu do codziennego poruszania się po mieście, jeżdżeniu do pracy. Wolał jeździć rowerem, bo tak było taniej i zdrowiej, samochód wyciągał z garażu na ważne, specjalne okazje lub kiedy musiał przewieźć coś, czego nie dało się przewieźć na rowerze, albo zabrać całą rodzinę gdzieś dalej, gdzie nie dawało się dojechać rowerem.


              Bo rowery mieliśmy wszyscy, a moją siostrę tata woził w siodełku na kierownicy. Rodzice jeździli nimi nawet na wieś do mojej babci i dziadka, 10 km od Opoczna. Ja najbardziej z dzieciństwa pamiętam wyprawy do lasu, na grzybobranie, jechanie pustymi polami, gdzie potem wybudowano osiedle, na którym zamieszkaliśmy. Z nowego mieszkania mieliśmy bliżej do lasu i na pola. Kiedy miałam 13 lat, w nagrodę za dobre stopnie, tata kupił mi nowy rower, czerwoną damkę. Z pelikana już wyrosłam i jeździł na nim mój brat, przyszedł czas na nowy pojazd. Jaka ja byłam dumna i szczęśliwa, koleżanki mi zazdrościły i każdy chciał się nim przejechać. Ten rower był moim najwierniejszym przyjacielem, lekarstwem na stres, nerwy, na wszystkie smutki. Kiedy rodzice wracali z pracy, mogłam wyjść na rower, do lasu, na pola, pod okna chłopca, w którym się aktualnie podkochiwałam, na wieczorny objazd maista, przed siebie, gdzie opony poniosą.

            Mój tata zawsze kibicował kolarzom. Jego legendą był Ryszard Szurkowski i Wyścig Pokoju. Pamiętam, kiedy przez Opoczno jechał raz Wyścig Pokoju, a faworytem był Lech Piasecki. Staliśmy przy Zamku Kazimierzowskim na ulicy 17 stycznia i czekaliśmy na peleton chyba ze dwie godziny. Kiedy już dojechali, przelecieli koło nas z górki w ciągu 5 sekund, nawet nie dało się im dobrze przyjrzeć, ale darliśmy się na całe gardło, żeby im kibicować. Potem, kiedy tata miał już dostęp do Eurosportu, rytuałem lata były transmisje z Tour de France. Tata wracał do domu po 14.00, zjadał szybko obiad i musiał zobaczyć chociaż końcówkę etapu wyścigu. Kibicował góralom na górskim premiach i nie cierpiał Rosjan,którzy się strasznie rozpychali w peletonie, stwarzając niebezpieczeństwo dla innych zawodników. Najmilej wspominam wyścig w 1993 roku, kiedy w Tour de France brał udział Zenon Jaskuła. Zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej i wygrał 16. etap. Pamiętam, że wyjechałam z przyjaciółmi pod namiot do Miedznej Murowanej i straciłam łączność ze światem, mieliśmy tylko małe radio na baterie, które odbierało dziwne stacje, żadnych wieści o kolarzach. Kiedy tata przyjechał do nas któregoś dnia, żeby sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku i dowieść nam prowiant, pierwsze, o co zapytałam to, jak tam jedzie Jaskuła w wyścigu. Moi koledzy byli zszokowani, skąd u mnie ta pasja, a to w genach.

              Kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, tęskniłam strasznie za moim rowerem i żałowałam, że nie mogę go mieć ze sobą w akademiku. Ale w czasach moich studiów jeszcze nie było modne dojeżdżanie na uczelnie rowerem  i nie było ku temu warunków. Nie było jeszcze Venturilo, niestety. Kiedy zamieszkaliśmy razem z Piotrem, jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiliśmy były rowery. I znowu można było wyruszyć na podbój wiślanych wałów, Pól Mokotowskich. Sieć ścieżek rowerowych nie była wtedy jeszcze tak dobrze rozwinięta, ale nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Rowery dawały nam radość, wolność, niezależność. Do czasu, kiedy ktoś je nam ukradł z piwnicy, kiedy wyjechaliśmy do naszych rodzin na 1 listopada. Pamiętam złość i frustrację Piotra, to uczucie, że ktoś Ci ukradł kawałek wolności, odarł Cię z radości. To już nie chodziło nawet o rzecz samą w sobie, chodziło o pozytywne uczucia, emocja, przygody, wspomnienia.

            Kiedy przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania po urodzeniu się Basinki, wyciągnęliśmy wnioski. Najpierw założyliśmy porządne drzwi w piwnicy, a potem kupiliśmy nowe rowery w komplecie z siodełkiem. Praktycznie jak tylko Basinek zaczęła siedzieć, woziliśmy ją na przejażdżki, uwielbiała w nim spać i majtać nóżkami. A potem historia zatoczyła koło. Basia dostała pierwszy rowerek od swojego pradziadka i zaczęła jeździć z kijem wetkniętym za siodełko w parku Żołnierzy Radzieckich na Ochocie. Dwie szczotki straciły swoje kije, ale Basinka dzielnie jeździła, najpierw z kółkami dokręcanami do boków, a potem już samodzielnie. Zosia odziedziczyła potem rowerek po starszej siostrze i też zaczęła śmigać. Kiedy jeździliśmy na wakacje do Opoczna, Basia uwielbiała jeździć z dziadkiem na działkę rowerami, w kasku jak na bezpiecznego cyklistę przystało. Jechała za dziadkiem i czuła się taka duża. Zawsze rozbawiała mnie powaga, z jaką dziękowała kierowcom, podnosząc dłoń w pozdrowieniu za to, że ją przepuszczali.

            Jednak rower o mały włos nie zabrał mi taty. Ale, co ja mówię, to nie była wina roweru, to była wina palanta, który potrącił mojego tatę, idioty, który w swoim samochodzie czuł się panem na drodze i nie ustąpił pierwszeństwa rowerzyście. Rower nic tu nie zawinił.

            Rowery przyjechały z nami do Ukeju, nadal mamy z Piotrem te same od 16 lat. Dziewczyny oczywiście zmieniały już swoje kilka razy, bo rosły. Sezon mamy w pełni, na dachu mojego samochodu na dobre zagościł bagażnik na rowery i jeśli tylko pogoda dopisuje pakujemy nasze cztery dwuślady i ruszamy w trasę. A pięknych szlaków rowerowych w naszej okolicy nie brakuje. Wystarczy pojechać nad rzekę, do Peak District, tyle pięknych miejsc do odkrycia. W Peak District zbudowano szlaki rowerowe na miejscu dawnych torów kolejowych wiodących przez wzgórza Derbyshire. Dzięki temu szlaki nie mają dużego nachylenia, czy różnicy poziomów. Wspinają się powoli pod górkę, ale nie jest to bardzo męczące, nawet początkujący rowerzyści dają radę. Szlaki nad kanałami też są wyjątkowo piękne na miejscu dróg, którymi chodziły konie ciągnące barki kanałami i rzekami zanim barki miały swoje silniki. Teraz korzystają z tego rowerzyści. Z Ashbourne prowadzi szlak rowerowy nawet do samej Szkocji, jeśli ktoś ma ochotę przejechać szlak wzgórz Pennines.


           Jeździmy tymi szlakami, pomęczymy się trochę, ale to nam zawsze dobrze robi. Zachwycamy się pięknem krajobrazów i głęboko oddychamy. Wolnością...