Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Opowiadania Ewy

niedziela, 18 stycznia 2009

                   Zamówił kawę z mlekiem. Wziął sobie dwie saszetki brązowego cukru i kilka serwetek, będą mu na pewno potrzebne. Chyboczący się stolik, ciasne krzesło, ale nie będzie na to zwracał uwagi, chce sobie sprawić dzisiaj przyjemność. Ma ochotę napić się kawy, czy coś w tym złego? Nadciśnienie, jakie tam nadciśnienie, to akurat najmniejsze z jego zmartwień.

                    Usiadł przy stoliku naprzeciwko. Chwilę zajęło mu usadowienie się na krześle. Zadbany starszy pan, siwe, zaczesane do tyłu włosy, staranny dobór nie nowych, ale dobrze utrzymanych jeszcze ubrań, sweter, koszula, krawat. Patrzyłam na niego znad swojej filiżanki. Czekał, aż kelnerka poda mu zamówioną kawę, choć to kawiarnia samoobsługowa i każdy niesie swoją tacę z kawą, ciastkiem czy kanapką do wybranego stolika. Mężczyna rozglądał się wokół, sprawiał wrażenie, jakby na kogoś czekał...

                    Kelnerka postawiła przed nim małą filiżankę kawy, najmniejszą, jaką tutaj podają, a i tak wydała mu się gigantyczna. Dobrze, że to nie porcelana, tylko masywny fajans. Podziękował, lewą ręką wyjął z kieszeni chusteczkę. Otarł sobie usta i nos. Dziewczyna przy stoliku naprzeciwko niego lekkim ruchem podniosła do ust filiżankę swojej kawy, dwa razy większą, wydała mu się gigantyczna. Pozazdrościł sąsiadce i czekał nadal. Czekał i miał nadzieję, że przyjdzie tutaj ten mężczyzna, wysoki, szpakowaty, ale wciąż podobający się kobietom, w swetrze i koszuli z krawatem, starannie dobranym pod kolor, ze starannie obciętymi paznokciami u smukłych palców, używający laski raczej jako rekwizytu niż podpory. Ten mężczyzna, którego widział jeszcze 10 lat temu w swoim łazienkowym lustrze podczas golenia. Przyjdzie tutaj i podniesie filiżankę kawy do ust, nie uroniwszy nawet kropli.

                  Widziałam jego oczekiwanie, opierał dłonie na blacie stolika i znowu podnosił je na chwilę, rozczapierzając palce, by bezradnie je opuścić. Za długie paznokcie u palców nadawały tym dłoniom złowieszczy wygląd. Ale on się nie poddawał. Czekał, aż oswoi się z nową sytuacją, miejscem, miał w pogotowiu kilka serwetek.

                   Dziewczyna patrzyła na niego ukradkiem. Przyzwyczaił się już do takich spojrzeń, ale nadal go deprymowały. A tu jeszcze dodatkowe wyzwanie, mleko podane w osobnym kubeczku, które trzeba będzie podnieść i wlać do filiżanki. To będzie jego małe zwycięstwo, wleje mleko i kontrolując każdy swoj ruch wymiesza je łyżeczką. Postara się i wszystko będzie dobrze, musi się tylko zdobyć na odwagę. Jeszcze raz przetarł usta chusteczką, choć jeszcze nie umoczył ich w kawie. Nie wie dlaczego, ale ten gest w pewnym sensie go uspokaja.

                    Trzęsącą się dłonią dolał sobie mleka do kawy, jego małe zwycięstwo. Pokrzepiony tym sukcesem postanowił pójść za ciosem i spróbował podnieść filiżankę do ust, ale udało mu się upić zaledwie łyk. Wytarł spodeczek i stolik pierwsza serwetką, ma ich jeszcze wiele w zapasie...

                    Już mu się prawie udało, już trzymał ją w prawej dłoni, uszko placem wskazującym, chciał sobie pomóc lewą reką, ale to było z góry skazane na niepowodzenie. Przecież lewa dygoce jeszcze bardziej. Patrzy na nią i dostrzega swoje przydługie paznokcie. Ta dziewczyna naprzeciwko na pewno też je zauważyła. Ale czy ona zdaje sobie sprawę z tego, jak trudno jest obciąć sobie paznokcie, kiedy dłonie już człowieka nie słuchają, tylko plasają sobie w tym obłąkańczym tańcu? Kiedy pismo z dnia na dzień staje się coraz bardziej nieczytelne, aż nie daje się utrzymać pióra w dłoni? Kiedy golenie bez elektrycznej golarki graniczy z samobójstwem i pocięciem sobie twarzy? Kiedy wiązanie krawata w ten sam węzeł co od 40 lat, zajmuje mu teraz godzinę? Co ona może wiedzieć? Mogłaby być jego wnuczką. Ale on się nie poddaje, codziennie się goli, wiąże ten głupi krawat, ma czas, nigdzie się już nie śpieszy. Nie chce wyglądać niedbale, pokazać, że nie daje rady. Nie da sobie odebrać resztek własnej godności, bo trzęsą mu się dłonie. I ma do cholery prawo napić się kawy, a przecież nie poniży się do tego, żeby wypić ją przez słomkę! Weźże się człowieku w garść!

                     Nagle zebrał się w sobie i podniósł filiżankę americano do ust. Im więcej pił, tym mniej mogło mu się wylać. Tęsknił za tym smakiem. Odstawił ją z brzękiem na spodek.

                    Dziewczyna siedząca przy stoliku naprzeciwko niego sięgnęła po telefon komórkowy do swojej torebki i trąciła swoją filiżankę. Kawa wylała się na spodek i tacę. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Uśmiechnął się do niej i podał jej zapas swoich serwetek.

poniedziałek, 29 września 2008

                   Ubrała się w czerwone spodnie i czerwony polar. Czy to, że będzie jej ciepło, ma jakieś znaczenie? Może ktoś zauważy kobietę w czewieni, może ktoś coś zrobi. Dzisiaj jest jeszcze słonecznie, po wyjątkowo ciepłym i słonecznym weekendzie, podarunku od kapryśnej pogody na koniec września. Babie lato. Czy ona jeszcze zauważa takie rzeczy? Musiała chodzić po mieście i rozglądać się, wiedziała, że tutaj będzie najlepiej. Tutaj auta przemykają szybko, nie ma przystanku tramwajowego, przejść dla pieszych. Wszyscy spieszą się albo do tunelu albo z tunelu, nikt nie zwróci na nią uwagi.

                   Kiedy skończyła dzisiaj lekcję ze swoim uczniem, postanowiła wykorzystać dobrą pogodę do robienia zdjęć. Cały weekend była zajęta domowymi sprawami, żałowała, że nie ma czasu wyrwać się, zrobić jeszcze trochę zdjęć na pożegnanie z miastem, które przyjęło ją do siebie na prawie 3 lata. Czekały na nią kolejne wypatrzone wcześniej "ujęcia", które chciała mieć, zanim wyjedzie. Wsiadła w tramwaj na Vaclavskim Náměstí i powoli, przystanek po przystanku łapała w migawkę kolejne widoki. Jednym z nich była panorama ze Štefánikův mostu na Hradčany. Często przejeżdżała tędy samochodem i za każdym razem obiecywała sobie, że przyjdzie sfotografować to miejsce.

                  Szła mostem w stronę Letenskego tunelu i fotogafowała kolejne ujęcia rozszerzającej się perspektywy widoku na zamek. Po drugiej stronie mostu stała kobieta, która wypatrywała czegoś w wodzie. Kiedy zaczęła się wspinać na palce, dziewczyna z aparatem myślała, że chce się lepiej czemuś przyjrzeć. Ubrana na czerwono, założyła sobie torebkę na ramiona jak plecak. Kiedy po chwili dziewczyna odwróciła obiektyw na drugą stronę mostu, żeby zrobić zdjęcie wyspie Štvanice, kobieta była już po drugiej stronie barierki, nad wodą...

                     Dziewczyna podbiegła do niej i zapytała kobietę, co robi, czemu tam poszła, żeby wróciła na drugą stronę, że porozmawiają. Sama nie wiedziała, jak to się stało, że mówiła do kobiety spokojnym i opanowanym głosem, choć w środku wszystko w niej drżało. Jakimś cudem bez trudu mówiła do kobiety w czerwieni po czesku. Uczyła się wprawdzie tego języka już ponad dwa lata, ale nigdy jeszcze nie mówiła tak płynnie, z akcentem i długimi samogłoskami, znajdywała te słowa, które były jej potrzebne. A ona twierdziła, że to nic, ona tylko chce popatrzeć na wodę. Że wcale nie chce tego zrobić, tylko sobie patrzy. Kiedy jednak przestała reagować na słowa, wpatrywała się coraz bardziej w dół i puściła się jedną ręką barierki, dziewczyna zrozumiała, że chce skoczyć. Trzymała ją za rękę i nawet nie miała jak zadzwonić po pomoc.

                     A mostem jechały sznury samochodów. Nikt się nie zatrzymał, nikt nie zapytał, co się dzieje, czy potrzebują pomocy. Na szczęście mostem przechodziło jakieś małżeństwo i zadzwonili. Mężczyzna złapał kobietę za drugie ramię i trzymali kobietę razem. Mówili do niej, żeby wróciła na ich stronę barierki, porozmawiała, że to nie jest sposób na rozwiązywanie problemów, że woda jest zimna i brudna, że nie ma sensu tutaj tkwić, tylko usiąść i porozmawiać spokojnie, że na pewno jest jakieś inne wyjście.

                   Dziewczyna trzymała kobietę za rękę, czuła tę wodę pod sobą i oczyma wyobraźni widziała, jak tamta skoczy, że ona nie będzie wiedziała, czy skoczyć za nią i ją ratować. Wprawdzie świetnie pływa, ale czy da radę w tej zimnej wodzie, w ubraniu i butach, czy sama się nie utopi. Kobieta opuściała nogę nad wodę, stawała się coraz cięższa, już nie chciała się sama trzymać, a policja nadal nie przyjeżdżała. Nikt się nie zatrzymywał. Kobieta wiedziała, co robi, że wybrała ten most. Chodzi nim tak mało ludzi. Tylko jakaś zbłąkana dziewczyna, co chciała robić zdjęcia... Tak strasznie się bała, że kobieta skoczy, że nie utrzymają jej ciężaru, że wyrwie im się i wpadnie w tą granitowo-szarą, zimną wodę. Rzeką płynęły statki wycieczkowe, nikt ich nie widział, nikt nie słyszał. Byli niewidzialni...

                    Dziewczyna mówiła cały czas, jakby chciała zakląć rzeczywistość, żeby odgonić swój strach i jej determinację. Ale kobieta nie odpowiadała już, nie chciała na nią spojrzeć... Kiedy na zakręcie ukazała się karetka, odetchnęła z ulgą, ale karetka pojechała w inną stronę. Zaklęla w duchu. Nareszcie przyjechała policja. Dwóch silnych młodych policjantów wciągnęło kobietę w czerwonej kurtce przez barierkę na chodnik. Broniła się, opierała, próbowała zaprzeć się butami. Wtedy dziewczynie odpuściły wszystkie spięte nerwy, w oczach zaczęły zbierać się łzy. Leżąca na chodniku kobieta nie chciała podnieść głowy, była w szoku, cała jej determinacja poszła na nic.

                    Policjant poprosił dziewczynę o dokumenty i ze zdziwienim zobaczył polski dowód osobisty. Pytał, czy była z kobietą w czerwieni, dziwił się, że obca osoba przybiegła jej na ratunek. Dziewczyna trzęsła się z nerwów i tłumaczyła, jak potrafiła najlepiej. Podziękowała małżeństwu, które jej pomogło, zeszła na nabrzeże rzeki, zadzwoniła do swojego męża i rozpłakała się. Szła i wypłakiwała z siebie spięte mięśnie, koncetrację i ból ręki. Rozpaczliwie potrzebowała zapalić papierosa...

poniedziałek, 07 kwietnia 2008

                    Wstał piękny słoneczny dzień, ptaki śpiewają, sąsiad krząta się w ogrodzie, dziecioł leczy drzewo swoim stukaniem, a ja nie mogę pozbyć się tych myśli. Nie mogę przestać myśleć o tym, jak wiele człowiek musi w swoim życiu znieść, jakim ciężarom podołać, jakim trudnościom stawić czoła i nigdy nie przestanę podziwiać ludzi, którzy znajdują w sobie tę siłę.

                     Czekała na swoje trzecie dziecko, przechodziła ciążę bez problemów. Kiedy się urodziło, lekarze nie wiedzieli dokładnie, co się stało, ale zlecili jak najszybsze badania w Warszawie. A potem ten wyrok – wada serca, wówczas nieuleczalna. Została na urlopie wychowawczym, żeby doglądać córeczki, która przeszła 3 zapalenia płuc i dalej walczyła o swoje istnienie a jej mama razem z nią. Jej tata i rodzeństwo z dnia na dzień oswajali się z tą myślą i cieszyli się, że nadal z nimi jest ta mała dzielna dziewczynka, która dawała wiarę w niemożliwe. Kiedy pojechali na kontrolę, lekarze nie wierzyli, że się udało, że z roku na rok się udawało. Po kilku latach zmagań, troski, opieki nadal z niedowierzaniem witali ją na kolejnych badaniach. Jej tata jechał nocą pociągiem 500 km do Zabrza, żeby prosić profesora Religę o pomoc, ale okazało się, że wada poczyniła za duże zmiany w sercu i płucach. Kiedy się urodziła, takich wad jeszcze nie operowano, a teraz było już za późno, jedynym ratunkiem byłby przeszczep serca razem z płucami, to było zbyt wielkie ryzyko.

                     Każdego dnia cieszyła się, że siostra żyje, miała sobie za złe, że nie ma dla niej wystarczająco dużo czasu, że czasem po prostu zamyka się w swoim pokoju, żeby nie myśleć, dlaczego jej się to przytrafiło. Kiedy spała obok niej wsłuchiwała się w każdy jej oddech, gładziła po policzku. Im była starsza, tym bardziej rozumiała, jak ważna jest obecność jej siostry w jej życiu, ile dla niej znaczy. Kiedy wyjechała na studia, każdego dnia bała się tego jednego dźwięku – niespodziewanego dzwonka telefonu. Nie wiedziała, jak będzie wyglądało jej życie bez siostry. Kiedy sobotniego ranka siedziała w pracy, odezwał się służbowy telefon. Podniosła słuchawkę i usłyszała łamiący się głos swojego ojca. Nie pamięta, co było dalej. Musiała znaleźć w sobie siłę, żeby pojechać na dworzec, wsiąść do autobusu. Kiedy po pogrzebie wróciła do Warszawy, nie umiała już życ tak samo jak przedtem. Ale każdego dnia czuła, jak wielką miłość zostawiła po sobie ta 14-letnia dziewczynka, której serce bardzo kochało, ale nie miało już siły bić.

                     Nie była już nastolatką, miała za sobą poważny związek, ale nie udało im się. Podobno się zdarza, tylko dlaczego akurat jej związek musiał się znaleźć w grupie tych przekreślonych. Kiedy pojechała na stypendium do Stanów Zjdnoczonych, chciała po prostu pracować. I poznała go przez wspólnych znajomych. Nie dopuszczała do siebie myśli, że zapadła w to uczucie aż tak głęboko. Poza tym on miał dzieci, musiał się uporać ze swoimi sprawami, a jej życie toczyło się Polsce, tam miała swoje miejsce. Dzielił ich ocean, praca w różnych miejscach świata, zobowiązania i rodzina, ale kochali się, mocno i zachłannie, kiedy mieli dla siebie choćby jeden tydzień, raz na kilka miesięcy. Codzienne listy, telefony, przetrzeń zdawała się nie istnieć. Kiedy mieli zamieszkać razem, nagle ukochany miał wypadek samochodowy. Stłuczka sama w sobie niegroźna zwróciła uwagę na coś, czego istnienia nikt nie przeczuwał – guza mózgu, najbardziej ekspansywnego i złośliwego. Walczyli, jak mało kto, każdego dnia stawiali mu czoła. Kiedy byli na krawędzi między życiem a śmiercią wzięli ślub, ten wymarzony i upragniony dzień też spędzili w szpitalu. Ale trwali. Dawali nawet swoją nieugietością wiarę innym, że można przezwyciężyć guz. Ona musiała mieć każdego dnia coraz więcej siły za nich dwoje. Kiedy ukochany umarł, jej piękny, cudowny mężczyna, zaczęła pisać o tym książkę, by nie musieć się z nim jeszcze żegnać.

                   Wybudowali piękny dom, kolorowy, jasny, pełny światła. Znajomi żartowli, że teraz dzielnie starają się go zaludnić. Nosiła w sobie ich czwarte dziecko, wierzyła, że wszystko będzie dobrze, jak każda matka, która kocha swoje dziecko, która ma przyjść na świat. Na ostatnim USG przed porodem wszystko wyglądało dobrze, ale kiedy maluszek się urodził, okazało się, że ma wodogłowie. Szybka operacja, potem rehabilitacja, miłość i wiara w to, że się uda, spowodowały, że chłopczyk jest zdrowym, pełnym życia dzieckiem, a mając trójkę rodzeństwa i pełen dom kochających go ludzi rozwija się bez żadnych problemów.

                   Od roku chorowała na nadczynność tarczycy, lekarze uznali, że najlepszym rozwiązaniem będzie jodoterapia. Szkopuł w tym, że na czas tego leczenia trzeba odseparować rodzinę, w pobliżu nie może być dzieci, bo napromieniowany jodem człowiek mógłby zaszkodzić innym. Ale jak tu znaleźć czas, kiedy ma się trójkę dzieci, mąż ciągle zapracowany. Ale wreszcie znalazła czas, zaplanowala wyjazd na terapię na miesiąc, małe dzieci odwiozła do swoich rodziców, a chodzącą już do szkoły córkę zostawiła pod opieką męża. Ale on zaczął się też źle czuć, miał migreny,  spowodowane wysokim ciśnieniem. Lekarze stwierdzili, że też ma to zwiazek z tarczycą. Pomyślała więc, że skonsultuje męża u swoich lekarzy, tym bardziej, że uznali, że jej jodoterapia nie jest konieczna, wystarczy, że będzie przyjmowała leki. W tym czasie zmarła matka męża, która przez ostatnich kilka lat zmagała się z rakiem płuc. Po jej pogrzebie mąż poszedł na badania i okazało się, że ma raka tarczycy i konieczna jest operacja. Ona musi znaleźć w sobie siłę, żeby go wspierać, żeby dać mu nadzieję i wiarę, że warto żyć, mimo iż cały świat stanął im na głowie. Musi mieć siłę za nich dwoje, jest dzielną i mądrą kobietą, da sobie radę, będzie jej bardzo ciężko, ale da sobie radę, bo oboje mają dla kogo żyć. Mają trójkę cudownyh dzieci i życie przed sobą.

                    Wszystkim moim bliskim i przyjaciołom, którzy rozpoznali się w tych krótkich opowiadankach chcę powiedzieć, jak bardzo ich cenię i podziwiam ich walkę na przekór wszystkim i wszystkiemu, czasami ponad ich siły. Zastanawiam się czasami, skąd człowiek ją w sobie bierze. Wszyscy znamy to powiedzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. To prawda, z każdym dniem pokonujemy własne słabości, hartujemy się w boju z coraz większymi problemami, by kiedyś zdać tak ważne egzaminy z własnej dojrzałości. A siłę czerpiemy z miłości i wiary.

                     Ludzie żyją obok nas i nigdy nie wiemy do końca, jaka jest ich historia, z czym przyszło im się w życiu zmagać. Ale po ich czynach i zachowaniu można wywnioskować, czy mają doświadczone przez los serca, które cierpiały, więc tym bardziej kochają.

                     Kiedy więc słyszę, że ktoś nie może przyjechać do swojego 80-letniego schorowanego ojca, bo ma kolejny dobrowolnie wzięty dyżur, bo musi mieć kasę, wiem, że jego życie nie uległo nigdy przewartościowaniu w obliczu takich doświadczeń, że nadal nie wie, co jest w życiu najważniejsze i boję się, że kiedy to wreszcie zrozumie, to będzie za poźno.

niedziela, 20 stycznia 2008

                    Umówiliśmy się, że przyjdę po Piotra do jego firmy i zaczekam w recepcji, żebyśmy mogli potem razem gdzieś wyjść. Na wszelki wypadek przyszłam trochę wcześniej, nie chciałam, żeby na mne czekał, nie cierpię się spóźniać. Chociaż wiem, że czekałby na mnie... Kwadrans, pół godziny. Wszyscy już zeszli po schodach, windy rozsuwały swoje drzwi bezszelestnie kilkanascie razy. Portier patrzy się na mnie coraz bardziej podejrzliwie. Proszę go więc, żeby sprawdził, czy Piotr wyszedł już z pracy. Owszem wyszedł, godzinę temu. Jedyne, co mi przyszło do głowy to zadzwonić do pani Aliny, na stancję Piotra, żeby sprawdzić, czy nie przyszedł do domu. Nie, nie ma go jeszcze. Teraz to już zmartwiłam się naprawdę, kiedy ludzie gubią mi się w czasie i przestrzeni, przychodzą mi do głowy czarne myśli o najprzeróżniejszych katastrofach. Nie był to jeszcze czas wszechobecnych telefonów komórkowych, jak go teraz znaleźć? Pomyślałam, że może po prostu nie dojechał jeszcze na stancję, więc pobiegłam z Kruczej na Plac Konstytucji i pojechałam na Plac Bankowy, nerwowo rozglądając się po przystankach, czy go gdzieś nie wypatrzę w rozwianym czarnym płaszczu, ciemnogranatowym garniturze i z charakterystycznym plecaczkiem. Jak żaden inny pracownik audytu, nie nosił teczki, miał do niej wyjątkową niechęć. Chciał zachować chociaż pozór wolności i w tym jednym nie poddać się panującym ogólnie normom mundurka finansisty. Nigdzie go jednak nie było.

                    Kiedy pani Alina otworzyła mi drzwi, zaniepokoiła się, że nadal szukam Piotra - bezskutecznie. Zaproponowała, żebym chwilę na niego zaczekała, może wypadło mu jakieś spotkanie i nie miał mnie jak uprzedzić. Wystarczy się uspokić i zaczekać. Po upłynięciu filiżanki herbaty nie wytrzymałam, byłam już zmęczona i postanowiłam pojechać do akademika. Jechałam tramwajem 26 z Placu Bankowego na Pragę, mijając Zamek, nasze ulubione słupy świetlne odbijających się w Wiśle nadbrzeżnych latarni. Na drugim brzegu powitała mnie katedra świętego Floriana, ale nic mnie już nie cieszyło.

                    Na tamten projekt trafiłem z łapanki. Projekt, do którego byłem przypisany nie ruszył na czas, więc od rana dość ewidentnie obijałem się po biurze. Po mniej więcej 15 minutach ostentacyjnego czytania gazety zostałem zaczepiony przez Danusię – "nie masz co robić?" "Nie mam." To była firma dystrybuująca papier, już nie pamiętam jak się nazywała. Pomiędzy krzakami i błotnistymi ścieżkami w miejscu, gdzie teraz stoją cztery biurowce na rogu Domaniewskiej i Wołoskiej, stało kilka baraków, wewnątrz obitych jasnobrązową ceratą, a w środku panował niemożliwy do opisania chaos. Pamiętam tłum ludzi przewalających się korytarzem, handlowców z telefonami komórkowymi wielkości kaloryfera krzyczących do słuchawki "słabo pana słyszę" i magazynierów w zniszczonych czerwonych kombinezonach dyrygujących ruchem wózków z papierem pomiędzy wielkimi kałużami błota i kilkoma zdezelowanymi ciężarówkami. Krajobraz jak to z czasów siermiężnego kapitalizmu – firma na tak zwanym wielkim rozruchu. Oczywiście finansowo bałagan nie do opisania.

                   Kiedy około godziny jedenastej zorientowałem się, że jest czwarta, zrozumiałem, że pracy jest tam tyle, że za nic nie wyjdziemy o jakiejkolwiek ludzkiej porze. Przecież umówiłem się na wieczór z Ewiątkiem! Życie jak w audycie... Młodziak (w formie żeńskiej zwany "cielęcinka") nie ma prawa głosu, więc nawet nie było sensu próbować podejmować rozmowy, że ja chcę wcześniej wyjść. Pamiętam, że z tej nieszczęsnej hurtowni papieru nie dawało się zadzwonić "na świat". Około siódmej zapadła decyzja, że takiego poziomu odjazdu to my nie ogarniemy w jeden dzień i że ciąg dalszy jutro. Na taksówkę czekało się pół godziny, bo te baraki nie miały żadnego logicznego adresu. Padał deszcz. Wreszcie dotarłem do domu około ósmej – mogło być gorzej. Pani Alina uświadomiła mnie, że Ewa była i mnie szukała. Nie ma sensu próbować dzwonić do jej akademika. Sześć numerów na dwa wielkie budynki po cztery piętra! O tej porze połączenie można uzyskać już po godzinie próbowania.

                   Ubrałem się po ludzku, postanowiłem zmyć swoją hańbę w najprostszy możliwy sposób i w kwiaciarni na rogu Solidarności i Jana Pawła II zaczepiłem kobietę zasuwającą kraty na okno, żeby mi jeszcze sprzedała bukiet róż. Moja babcia nazywała ten kolor "papuzie". Dziadek jej takie kupował – gdzieś tu, na Nowolipiu, w zupełnie innej Warszawie, w zupełnie innym czasie... Spacerowali tu wieczorami i marzyli o przyszłości. Żyjemy tak, jakby nasza młodość miała skończyć się równie gwałtownie. Ja mam stracić Ewę przez brak czasu, przez nadmiar pracy? Deszcz siąpił za zaparowanymi oknami, prawie pustym tramwajem posuwałem się powoli przez mroczną Pragę. Spokój tego deszczu i powolny ruch tramwaju każdego zmusiłby do wyciszenia swoich nerwów. W pokoju Ewy przyjęły mnie jej koleżanki zdziwione, że ja tak sam i że z kwiatami... Pamiętam, że właśnie zdjąłem płaszcz, kiedy usłyszałem charakterystyczne kroki na schodach, a Asia i Ania usadowiły się na tapczanie na przeciwko drzwi i czekały...

                   Wchodziłam po schodach w akademiku, nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a na czwarte piętro było jeszcze tak daleko. Kiedy otwierałam drzwi do pokoju, usłyszałam straszny huk. Rany, to pewnie przewaliła się nasza półka ze słoikami przetworów naszych mam. I nagle zobaczyłam bukiet herbacianych róż. Wystraszona spostrzegłam za kwiatami twarz klęczącego przede mną Piotra i zdałam sobie sprawę, że ten huk to było uderzenie jego kolan o parkiet. Do tej pory z przerażeniem myślę, jak to go musiało boleć.

                    Czy komukolwiek w życzeniach bożonarodzeniowych, noworocznych przyszło do głowy, żeby pożyczyć sobie, żeby nie było wojny? Żeby życzyć komuś konkretnego sukcesu, spełnienia planu, marzenia, wyrażając w ten sposób nasze zaangażowanie i zainteresowanie tą osobą, by poczuła się doceniona? Iluż kobietom przydałoby się życzenie: "żeby mąż do innej nie chodził"?

                    Przypomniało mi się spotkanie opłatkowe na moich studiach dziennikarskich, kiedy ludzie zostali zaskoczeni sytuacją, że ja z koleżanką zorganizowałyśmy parę świec, ciasto i opłatek i chciałyśmy się podzielić nim przed świętami. Najpierw wszyscy myśleli, że ogólnie złożymy sobie życzenia, powiemy je w przestrzeń, nie ad personam i to się skończy, ale temperament moich koleżanek nie pozwolił im na tym poprzestać i nareszcie spotkanie stało się prawdziwym dzieleniem się opłatkiem. Wszyscy byli dla siebie dobrzy, czuli, strali się powiedzieć każdemu inne dobre słowo, specjalne dla tej osoby. Jednak zdarzały się sytuacje, że ktoś nie mógł się zdobyć na nic więcej poza formułką "zdrowia, szczęścia, sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym". To było zaburzenie, dysonans... Ludzie nie mają daru do improwizowania życzeń...

                    Biały śpiew, biały jak śnieg, tak naturalny i oczywisty a tak trudno wydobyć go z piersi, by brzmiał prawdziwie i szczerze. Pamiętam, jak na warsztatach z grupą z pogranicza polsko-ukraińskiego ćwiczyłam na kulturoznawstwie biały śpiew, kiedy ściany szacownego gmachu polonistyki poruszał rezonans dźwięków pieśni weselnych, kolędowania czy kołysanek, śpiewanych po białorusku, ukraińsku i polsku. W jakież zadziwienie wprawiało to profesorów i studentów. Ile musiałam włożyć wysiłku, żeby przełamać manierę śpiewu szkolonego, chóralnego i wydobyć z siebie dźwięk biały. Po prostu musiałam odważyć się krzyknąć. Jakbym była na polu, w górach lub na weselu na wsi. Wtedy taki dźwięk nie płynie z płuc, ale z serca.

                   Tę umiejętność przyszło mi wykorzystać w czasie gościny w Węgajtach, gdzie razem z Teatrem Węgajckim Wacława Sobaszka kolędowaliśmy w sąsiedniej wsi w czasie karnawału. Wieczorem wyszliśmy na szlak przez las, na skróty i szliśmy tak nocą po śniegu w mrozie, by potem śpiewać życzenia na Nowy Rok, przestrogi i rady. Pamiętam ten szybki puls, prawdziwość uczuć i przełamanie rezerwy naszych widzów, którzy wreszcie ruszyli z nami do tańca. Jakaż to była para – ja i pani sołtys. Ale te chwile szybko się skończyły i pozostaje wierzyć, że ludzie będą wierni takim przedsięwzięciom. Kiedyś odwiedziłam mój macierzysty wydział, zobaczyłam zaproszenie Teatru Węgajty na kolędowanie w kolejnym roku. "Życzymy, Życzymy, żeby krowa mleko dawała"...

sobota, 19 stycznia 2008

                    Kiedy słyszę te słowa - pierwsza miłość, to zastanawiam się, którą pierwszą miłość wybrać. Może to zabrzmi trywialnie, ale tak naprawdę każda następna fascynacja, zauroczenie, zakochanie wydaje się być tą pierwszą miłością. Każda następna idzie o krok dalej, w jakiś sposób przekreśla tę poprzednią, jest od niej ważniejsza, inna, może czasami dojrzalsza. Ale czy wyciąga wnioski z poprzednich. Nie jestem pewna...

                    Jak się zdecydować? Czy ważny jest pierwszy pocałunek, czy jakaś niewytłumaczalna więź, czy raczej pierwsze wejrzenie? Cały miesiąc o tym myśłałam i uznałam, że powiem o tym, co ukształtowało moje późniejsze spojrzenie na związek i na uczucie. Była to miłość platoniczna, niespełniona wzajemnością, więc teorii nie mogłam sprawdzić w praktyce. Może dlatego pozostała dla mnie taka niewinna i naiwna zarazem.

                    Jasiek był o dwa lata starszy i chodził do III klasy liceum, kiedy ja dopiero zaczynałam I klasę. Początkowo nie zwróciłam na niego uwagi, zajęta poznawaniem, a bardziej rozpoznawaniem kolegów w klasie. Szybko się rozczarowałam. Moją uwagę ropraszał również mój przyjaciel, któtry właściwie nigdy nie mógł się zdecydować, czy chce chodzić ze mną, czy z moją przyjaciółką Anetą.

                   Po wakacjach jednak moja uwaga skupiła się na cały rok wyłącznie na jego osobie. Ja zachwycałam się w ukryciu wysokim brunetem z burzą czarnych loków i sypiącym się już wyraźnie wąsem, a on wplątał się w jakiś dziwny związek z Kaśką, tzw. popularną dziewczyną z jemu równoległej klasy. Jedynym wspólnym dla nas dwojga terenem był redakcja szkolej gazetki. Siadał czasami na przeciwko mnie i obserwował, jak piszę teksty. Może bawiło go, jak mnie deprymuje jego zainteresowanie, ale zawsze był dla mnie wyrozumiały i miły. A ja wpadałam coraz głębiej. Dla niego, olimpijczyka z historii uczyłam się po nocach, by mu dorównać i jest to niewątpliwa zasługa Jaśka dla mojej wiedzy. Zdobywałam nowe artykuły do gazetki i przeklinałam Kaśkę, że go krzywdzi. Chciałam, żeby był po prostu szczęśliwy i wcale nie musiał być szczęśliwy ze mną. Pragnęłam tylko jego dobra. To mi wystarczało...

                   Nigdy się nie dowiedziałam, co o mnie myślał, czy wiedział o moim uczuciu do niego. Chyba słyszał głośne bicie mojego serca, kiedy poprosił mnie do tańca na kółku tanecznym, na które specjalnie dla niego się zapisałam. On przygotowywał się tam do studniówki. Potem była jego matura, dostał się na wymarzoną historię do Krakowa i tak Jasiek zniknął mi z oczu. A w sercu został sentyment. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest, jest szczęśliwy.

wtorek, 04 grudnia 2007

                    Kiedy dawniej i całkiem niedawno Polacy wyjeżdżali z kraju, żeby gdzieś lepiej zarobić, mówiło się, że jadą za chlebem. Nie spodziewali się, że to właśnie polskiego chleba będzie im brakowało najbardziej. Nie spodziewałam się, że mnie to też może dotyczyć.

                   W Opocznie bochenek chleba kosztuje 2 zł. Kiedy rodzina Jaciubków otworzyła piekarnię i wszyscy ustawiali się w kolejce, żeby o 17.00 kupić świeżo pieczony chleb. To było moje rodzinne zadanie - stać w tej kolejce po dwa bochenki chleba. Jeszcze przed otwarciem wokół roznosił się zapach przypieczonej skórki. Kiedy otwierały się drzwi, wszyscy otaczali się tym zapachem i ciepłem, wchłaniali go w siebie, bezwiedni, by jego wspomnienie kazało im przyjść tutaj następnego dnia. Wiele razy do domu donosiłam już tylko połowę chleba. Nie sposób było się powstrzymać.

                    W mojej przez lata ulubionej piekarni w Warszawie chleb kosztuje 2,30zł. Na bazarku przy Wołoskiej mogłam przebierać w rodzajach i smakach marchewkowego, sojowego, słonecznikowego, chleba Karola, urodzinowego, baltonowskiego. Bułki, bułeczki, tyrolskie, ciabatki z oliwkami, orkiszowe i wieloziarniste, paluchy i precle.

                    W Pradze bochenek chleba to 25 koron (ok. 3 zł). Wydawałoby się, że powinno być podobnie, w końcu to nasi południowi sąsiedzi, Słowianie, nasze tradycje kulinarne nie powinny się od siebie bardzo różnić. Tak myślałam, kiedy przeprowadzaliśmy się do Pragi. Chleb czy czeskie chleba – nawet brzmi podobnie. Jednak po pierwszym tygodniu spędzonym w czeskij stolicy każdy zmysł, który próbował je ze sobą porównać, udowadniał mi, że to już nigdy nie będzie to samo.

                    Moja koleżanka Joasia wpadła na pomysł, że możemy przecież same piec chleb, prawdziwy, nie dmuchany, ulepszany enzymami, ale zdrowy, ekologiczny, na zakwasie. Zdobyła przepis, ale pozostawał problem zakwasu. Bo co to właściwie jest. Ja się wychowałam w domu, gdzie w lodówce zawsze stał słoik – żytnia mąka zmieszana z ciepłą wodą, która przefermentowała i jest nieodzownym składnikiem żurku, barszczu białego i czerwonego z ziemniakami. Nie wyobrażam sobie swojego kulinarnego dzieciństwa bez tej przedziwnej a jakże prostej mieszaniny. Zalewajka, barszcz z grzybami, dzięki temu nabierały kwaskowego smaku i gęstniały. Nie mogłam więc nie wziąć ze sobą zakwasu do Czech i po każdym użyciu odnawiać jego zapas ciepłą wodą i żytnią mąką, którą specjalnie dla mnie tata kupił na targu w Opocznie.

                      Uzmysłowiłam sobie, że przecież moja babcia Jula z Prymusowej Woli sama piekła chleb. Do babci było tylko 10 km, jeździliśmy autobusem w kierunku na Piotrków albo okazją. Niestety, mojej babci nie mogę już o to zapytać, zmarła w 1998 roku. Poprosiłam więc moją mamę, żeby przypomniła sobie wszystko o pieczeniu chleba. I tak to się zaczęło - od pierwszego zaczynu i pierwszego bochenka. Mieszałam ze sobą pełnoziarniste mąki pszenną i żytnią, dosypywałam siemienia lnianego i ziaren słonecznika, wyrabiałm ciasto z ciepłą wodą i wyobrażałam sobie moją babcię. Wyobrażałam sobie, jak każe dziadkowi Józkowi zaprzegać konie i jechać do młyna, żeby zmielił ziarno. Umiała zawsze odróżnić mąki i nie pozwalała się młynarzowi oszukać. Jeśli coś było nie tak, odsyłała dziadka z powrotem. Wyobrażałam sobie, jak mieszała wszystko w wielkiej dzieży, ciasta było dużo, bo przecież nie warto byłoby rozpalać pieca na jeden bochenek. Poza tym piątka dzieci, ich dwoje i wujek w podwórku, wykarmić ich wszystkich trzeba, trzeba wiele chleba. Mieszała ciasto mozolnie, aż powstała masa, która nie lepiła jej się do ręki. Odstawiała, żeby wyrosło. Przygotowywała piec, liście chrzanu, mak do posypania i pamiętała, żeby odłożyć trochę ciasta na zaczyn na następny raz. Dzieliła się z sąsiadkami, a one dzieliły się z nią chlebem, pani Kałkowska, Świdrosowa, czasami nawet z tymi spod lasu. Dzięki temu zawsze miała świeży chleb, który i tak szybko nie czerstwiał. Zawinięty w lnianą ściereczkę, czekał aż dziadek pobłogosławi go znakiem krzyża i odkroi pajdę.

                    Wyobrażam sobie to wszystko, bo kiedy byłam mała, babcia Jula już nie piekła chleba. Dzieci poszły na swoje, kto by tyle zjadł, nie miała już siły wygniatać ciasta. Dla niej i dla dziadka wystarczył okrągły bochenek z GSu. Pamiętam za to wygniatane przez babcię kluski, nigdy już nie jadłam takich żółtych od świeżo zniesionych przez nioski jajek. Pamiętam smak rosołu z koguta, z pływającymi oczkami tłuszczu i pieprzem, posypanego zieloną pietruszką. Pamiętam, jak robiła kolację dla strudzonych żniwiarzy, smażyła jajecznicę i kiełbasę z cebulą. Nic tak nie smakowało, jak kompot z czereśni i zsiadłe mleko, pite w cieniu drzew, kiedy zmęczeni wracali wszyscy z pola albo od młocki i kładli się na wystawionym do sadu tapczanie. A piec chlebowy został osamotniony w sieni za kotarą i czasami tylko koty tuliły się do niego, mając nadzieję, że znów się przy nim ogrzeją.

                   Moja babcia Jula pewnie nigdy nie przypuszczała, że jej 11 z kolei wnuczka sięgnie kiedyś po jej stare przepisy, żeby piec chleb. Że ta mała dziewczynka, która idąc od szosy, zbierała dla niej stokrotki na drożynie, będzie wyrabiała ciasto, odłoży część na następny raz. Podzieli się ze swoimi koleżankami, które tęsknią za polskim chlebem. Upiecze chleb w piekarniku, niestety bez liści chrzanu. I nic jej nie zastąpi zapachu, jaki wówczas roznosi się po domu, w którym wszyscy czują się bezpiecznie i ciepło. Kiedy kroję mój chleb, daję dzieciom i mężowi, kiedy sama smaruje go masłem, czuje się, że wracam do siebie. Już nie czuje się wydziedziczona. Woreczek żytniej mąki zawsze da mi poczucie, że mam cząstkę domu, gdziekolwiek pojadę.

czwartek, 22 marca 2007

            Była sobie raz królewna. Żyła w wielkim mieście, gdzie w samym środku stał wielki pałac, ale nie mieszkał w nim żaden król. Królewna też nie chciałaby w nim mieszkać. Wolała swój mały pokoik z widokiem na zielony horyzont, gdzie tuż pod niebem rosły dęby.

            Pewnego dnia, zupełnie zwykłego dnia, królewna wybrała się na spacer. Szła kamienistą ścieżką wśród drzew, tracących kolorowe liście. Nagle pod stopami poczuła kamień. Wzięła go do ręki. Był bryłką pozlepianej ziemi, piachu, poprzyklejały się do niego małe liście, jakby chciał się nimi ogrzać. Zwykły, brudny kamień. Jednak było coś, co nie pozwoliło królewnie wyrzucić go z powrotem na ścieżkę. Mimo że brudził jej ręce, postanowiła zabrać go ze sobą. W drodze do domu czyściła go z liści, grudek ziemi. Postanowiła go umyć, ale brud wcale nie schodził tak łatwo. Warstwa po warstwie.

            Kiedy wydawało się, że jest już czysty, ciągle odchodził gdzieś kawałek zmurszały, zwietrzały, niepotrzebny jak resztka, po spotkaniu z wiatrem, deszczem, mrozem, lub ogniem. Ale królewna nie poddawała się, czyściła go ciepłymi dłońmi, wierząc, że dotrze do serca kamienia.

            Pewnego wieczoru, po kolejnym czyszczeniu, odłupaniu kolejnej warstwy skorupy oczom królewny ukazała się błyszcząca powierzchnia. Onieśmielona tym widokiem jeszcze delikatniej zaczęła myć kamień, aż jej oczom ukazał się piękny diament. Nie mogła w to uwierzyć. O poranku podniosła kamień i w promieniach wschodzącego słońca przyjrzała mu się jeszcze raz. Był piękny, nieregularny w swym kształcie i odbijał w sobie światło, załamując je na wszystkie kolory. Czasami były to czerwienie dogasającego w kominku ognia, czasem błękit, jaki znają tylko oceaniczne laguny, zieleń świeżo rozwiniętego liścia lub żółć dogasającego w ogrodzie kwiatu. Z jednego boku kamień wydobywał z siebie tęczę górskiego wodospadu, kiedy drobinki wody rozpryskują się o skały, wody lodowatej jak śmierć.

            Królewna postanowiła się zatroszczyć o diament. Pomyślała, że jeśli przypadł jej w udziale, to jest za niego odpowiedzialna. Zaczęła go polerować, bo o szlifowaniu go nie było mowy. Podobał jej się taki, jaki był, ze swoimi nieregularnościami i załamaniami, wiedziała, że poddany obróbce straci swoją pierwotna naturę. Miał zawsze swoje honorowe miejsce na kominku, gdzie światło odbijało się w wiszącym nad nim lustrze.

            Pewnego dnia do domu królewny przez niedomknięte drzwi wpadł nieproszony wiatr i zaczął plądrować mieszkanie, zaglądać w zakamarki, zataczać się po kuchni, jakby szukał czegoś na kolację. I nagle zrzucił ukochany kamień z kominka. Ten spadł na posadzkę i rozbił się na kawałki, rozpadł się. Królewna była zrozpaczona, czy da się posklejać rozbite serce? Ale pomyślała potem, że przecież diamenty są najtwardszymi kamieniami, nie powinien się był zniszczyć. I wtedy zrozumiała, że dała się oszukać, że to było po prostu zwykłe szkło. Może zbyt piękne, by królewna chciała zauważyć prawdę o nim, przeciez tak pięknie załamywało się w nim światło...

Tagi: Bajka
13:28, ewa.wolinska , Opowiadania Ewy
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 marca 2007

                   Przyjazdy, odjazdy. Dwie wielkie tablice ze szklanymi szybkami, na których kolorowe naklejki wyznaczają godziny. Dworzec w kształcie koła, z trzema stanowiskami dla autobusów.

- Mamo, jak my pojedziemy do tej Warszawy, to już jest inny kraj?

- Nie, Ewuniu, to cały czas Polska, a nawet stolica.

- Jak to, ja myślałam, że Opoczno jest stolicą Polski.

                   Dla mojej czteroletniej córki podróż z dworca do dworca, z miasta do miasta to wyprawa. Rodzinny wyjazd z przesiadką. Dworzec w Warszawie jest zupełnie nowy. Nazywa się Zachodni. Po tej stronie przyjeżdżasz. Po zachodniej wyjeżdżasz. W holu pod stopami lśnią lastrykowe płyty, kasy, wszystkie zamknięte prócz jednej, kiosk ruchu i przechowalnia bagażu. Na to wszystko potrzeba dużo miejsca. I dużo niewygodnych drewnianych ławek. Przechodzisz przez ten hol i zmieniasz swoje przeznaczenie. Wsiadasz, wysiadasz, wschód zachód, miasto czy miasteczko, wracasz czy wyjeżdżasz.

                   Przyjazdy, odjazdy. Jako dziecko nigdy nie rozumiała, komu potrzebne godziny przyjazdów. Przecież ważne, kiedy odjeżdżasz. Nie wiedziała, że kiedy się na kogoś czeka, tablica przyjazdów jest nadzieją. Kiedy już raz odjedzie ze stanowiska numer dwa z Opoczna do Warszawy, to już zawsze będę tylko czekać. Życie rodzinne zamknięte od 19.45 w piątek do 6.00 rano w poniedziałek. W czerwcu zdała egzaminy na polonistykę. Nie pojechałam z nią, wiedziałam, że poradzi sobie sama. Zawsze sobie radzi, aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie zdała tych egzaminów. Przecież nie było żadnego wyjścia awaryjnego. Patrzę na nią przez szybę. Cieszy się, nowe życie, nowi znajomi, już nic nie będzie takie samo, ona też nie. Ile nas czeka przez te pięć lat takich chwil. Autobusów, biletów, bagaży.

                     Przyjazdy, odjazdy. Zazwyczaj jeżdżę tym o15.00. Mogłoby być później, bo od razu po obiedzie trzeba się zbierać. I jedzie się strasznie długo, przez małe wioski. Kiedy dojeżdżam do Warszawy, w biurowcu Dworca Zachodniego odbijają się ostatnie promienie słońca. Przykurzone szyby, przybrudzone podłogi, kasy zamknięte. Te same niewygodne ławki. Kto by pomyślał, że będę teraz jeździć do Warszawy tak często. Minęło 10 lat od wyjazdu Ewy na studia. Od miesiąca moje życie wyznaczają godziny odjazdów autobusów na trasie Opoczno - Warszawa. Tam mąż, dom, działka, tutaj córka, zięć i dwie wnuczki. Maleńka Zosia ma dwa miesiące. Basia ma już 3 i pół roku i doskonale wie, że to nie Opoczno jest stolicą Polski, tylko Warszawa. Basia mówi: moja Warszawa.

 

Tekst powstał w 2004 roku

            Ostry zakręt w w prawo, Słomniki, 15 kilometrów przed Krakowem. Ograniczenie prędkości do 40 km/h i ostrzeżenie przed wypadkami. Na prędkościomierzu 60. Za dużo przy padającym deszczu. Samochód zaczyna tańczyć na drodze i nie słucha kierownicy. Próby kontrowania na nic się już zdadzą. Po prawej stronie stromy nasyp i tylko słaba metalowa barierka. Samochód skręca jednak w lewo, odwraca się tyłem i przejeżdża na przeciwny pas, wjeżdża na pobocze i zatrzymuje się. Właściwie można ochłonąć i odjechać, ale wtedy od strony Słomnik, zza zakrętu wyjezdża inny samochód. Na mokrej jezdni nie ma szans zahamować i uderza w zagradzający mu drogę pojazd. W nas. Nie pamiętam, czy krzyczałam, chyba nie. Nie bałam się nawet, wierzyłam, że nam się uda.

             Bo 13? 13 września? Że pech? Przecież od półtora roku mieszkamy razem pod numerem trzynastym. Widać szczęśliwie, jeżeli wczoraj wzięliśmy ślub. Nigdy nie wierzyłam , że 13 jest pechowa i teraz też w to nie wierzę. Bo przecież tak naprawdę szczęście nam dopisało. Z naprzeciwka mogła jechać ciężarówka a nie samochód osobowy. Mógł nas uderzyć w drzwi. Koło zamortyzowało całe uderzenie i nic się Piotrowi nie stało w nogi, w ogóle nic nam się nie stało. Kierowca drugiego samochodu zranił się w kolano, a jego pasażerowi zrobiło się słabo, bo chorował na serce. Ale to nic strasznego. To dlaczego ja tak płaczę...

            Wczoraj aż mnie mięśnie bolały od ciągłego uśmiechania się. Byłam taka szczęśliwa, jak tylko może być szczęśliwa panna młoda w dniu ślubu. Jechałam do kościoła pięknym staroświeckim samochodem, cała Warszawa się do mnie śmiała. Ludzie trąbili klaksonami, nie dlatego, by pospieszyć, ale żeby wyrazić swoją aprobatę. Piotr spełnił swoje marzenie i samodzielnie prowadził zabytkowego forda, a ja odwzajemniałam się ludziom pozdrowieniami. Teraz siedzę w rozbitym samochodzie gdzieś pod Krakowem. Nie widzę, co robią policjanci. Czemu tak długo przesłuchują Piotra? Po co ja się z nim zamieniłam, przecież prowadziłam od samej Warszawy i wszystko było dobrze... Czułam, że w koleinach koła czasami się ślizgają, ale minimalnie dodawałam gazu i wszystko wracało do normy. A potem głupia stchórzyłam. Bo przez Kraków nie przejadę! Ale może ja na tym zakręcie nie dałabym sobie rady...

              Laweta zapakowała nasz samochód razem z całym ekwipunkiem, który miał się nam przydać na południu Francji – namiotem, butlą gazową. W bagażniku ciągle pachniało wczorajszymi wiązankami kwiatów, które nasi swiadkowie starali się tutaj pomieścić. Jeszcze dzisiaj rano zawieźliśmy je do kościoła, pod ołtarz Matki Boskiej.Zamiast na pierwszy nocleg w Bratysławie, pojechaliśmy z powrotem do Warszawy. Siedziałam na małym wybrzuszeniu po środku a pamięć podsunęła mi obraz z dzieciństwa, kiedy jeździłyśmy z mamą autostopem do babci Juli na wieś. Piotra bolała trochę szyja, bo szarpnęło nim w czasie zderzenia, a ja miałam na brzuchu siniaka. Czekała nas kontrolna wizyta u lekarza.

           Telefon odebrała mama. Myślała, że dzwonię z Bratysławy. A ja dzwoniłam z Warszawy, z naszego mieszkania. Na wieszaku w foli wisiała moja biała sukienka i garnitur Piotra, a pieniędzmi ze ślubnych prezentów zapłaciliśmy za lawetę.

            Tydzień później, 20 września umarła babcia Jula. Od lat przykuta do łóżka, nie poznawała już nawet twarzy mojej mamy, która pielęgnowała ją, dojeżdżając na wieś co drugi dzień. Nie pamiętała już, ile ma wnucząt i tej małej dziewczynki, która przynosiła jej stokrotki, zbierane po drodze od przystanku. Nie miała też świadomości, że ta wnuczka dorosła i właśnie wyszła za mąż. Nie osiagnęłam celu swojej podróży poślubnej, ale nie zdążyłabym wrócić z Francji, żeby pożegnać babcię. Nie mogłabym być przy mojej mamie, kiedy płakała nad zamykającą się trumną.

 
1 , 2
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Ewa Wolinska

Create your badge