| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Dni, tygodnie, miesiące

piątek, 02 czerwca 2017

           Obudziłam moje bąble przytulaskami i całuskami przed wyjściem do pracy i obiecałam, że będziemy świętować, kiedy wrócimy z Piotrem z pracy albo w weekend zrobimy sobie coś fajnego. Zawsze wychodziliśmy z Piotrem z założenia, że nie sztuką jest robić wielkie halo z okazji Dnia Dziecka, Dnia Matki czy Dnia Ojca lub na przykład Walentynek raz do roku, ale sztuka jest dbać o to, by każdy dzień w rodzinie był dobry. Kiedy ma się w domu dwie nastolatki z przechodzącą burzą hormonów i zdawaniem egzaminów jednocześnie, to czasem trudno o spokojną atmosferę. Sama pamiętam, że dawałam się moim rodzicom we znaki w tym okresie. Ale z drugiej strony wolę, żeby moje dzieci mogły się wykrzyczeć i wypowiedzieć, żeby oczyścić atmosferę niż miałaby mieć ciche dni i tłumić emocje w sobie, które mogą być nawet po wielu latach szkodliwe jak nagromadzone w ciele toksyny. Nie ma nic gorszego niż cisza, kiedy już nikt nie rozmawia, nikt się nie kłóci, bo to znaczy, że już nikomu na niczym nie zależy. Kiedy wychodziliśmy z domu dziewczyny współpracowały, robiąc sobie śniadanie, mam nadzieję, że miło spędzą ze soba dzień, kolejny dzień ich ferii szkolnych.

              Jak będziemy świętować Dzień Dziecka? Prezenty przyjechały wczoraj z Polski, Piotr wrócił po kilku dniach wizyty w Warszawie. Może pójdziemy sobie do kina albo na spacer, albo w czasie weekendu wybierzemy się na wycieczkę w zależności od tego, jaka będzie pogoda i czy Basia będzie mogła na trochę odpocząć od nauki przed kolejnymi egzaminami w przyszłym tygodniu. Dzień Dziecka nam się należy, nawet tym dużym czterdziestoletnim dzieciom, które już mają dzieci. I tak sobie kombinuję, jak ja bym najchętniej spędziła taki Dzień Dziecka. Czasami, kiedy jesteśmy zmęczeni po całym tygodniu pracy, nie mamy siły na nasze obowiązki i najchętniej bachnęlibyśmy się z książką na łóżku albo w ogródku nic nie robiąc, to mówimy, że mamy Dzień Dziecka. Ale taki porządny Dzień Dziecka, jak chciałabym go spędzić?

            Wróciłabym do swoich ulubionych zabaw z czasów, kiedy miałam 10 lat na przykład. Poskakałabym w gumę na podwórku z koleżankami, pograła w siatkówkę i pobawiła się w chowanego. Poszłabym do kina na „ET” lub „Niekończącą się opowieść”. Na pewno kupiłabym sobie obwarzanki opoczyńskie i rurki z kremem w kiosku przy mleczarni, a może nawet bym zaszalała i kupiła sobie ptysia z kremem cytrynowym. Potem poszlibyśmy całą rodziną na spacer nad Zalew Opoczyński pobawić się na placu zabaw albo na błonia za stadionem. Kto wie, może nawet wzięlibyśmy rowery i pojechali na wycieczkę do lasu. Nikt się wtedy nie martwił kleszczami. Mama zrobiłaby nam ciasto biszkoptowe z galaretką i truskawkami, może byłyby już czereśnie. Wieczorem pograłabym z tatą w warcaby albo w karty. Wrócić do zabaw, smaków dzieciństwa, spędzić czas z rodzicami, nigdzie się nie spiesząc, pośmiać się, odpocząć. Piotr twierdzi, że pewnie zbudowałby coś z klocków Lego. Staramy się pielęgnować nasze wewnętrzne dzieci w sobie, duch ochoczy, tylko ciało ma już ponad 40 lat 😊.

             Życzę sobie i Wam wspaniałego Dnia Dziecka, niech się Wam spełnią marzenia małe i duże, dla małych i dużych dzieci. A najbardziej całuję moje dziewczyny, takie już duże i mądre oraz ślę uściski, całuski i ciasteczka dla mojej malutkiej bratanicy Weronisi, niech rośnie zdrowa!

Ps. Poszliśmy wieczorem do kina na piątą cześć Piratów z Karaibów. Scenariusz trochę powiela schematy z pierwszej części, Javier Bardem był świetny w roli strasznego kapitana Salazara. A film się wpisał w Dzień Dziecka, bo w sumie opowiada historię dwojga dzieci, które poszukują swoich rodziców, tego, co im pozostawili i sposobu, by ich dla siebie odnaleźć.

niedziela, 28 maja 2017

           Od kiedy pamiętam mieliśmy w domu rower, rowery. Moim pierwszym był legendarny niebieski pelikan, na którym uczyłam się jeździć. Tata wkładał porządny kij za moje siedzonko i pomagał mi utrzymać równowagę, aż któregoś dnia, w słoneczny wieczór na ulicy Szewskiej, puścił nic mi nie mówiąc, bo już wiedział, że sobie poradzę. Uwielbiałam pelikana za wygodne siodełko, bagażnik na którym woziłam swojego brata. Nieważne były odarte łokcie i kolana, to była cena wolności. Tata uczył mnie przepisów ruchu drogowego, znaków, zabierał mnie do miasteczka ruchu drogowego blisko zalewu w Opocznie (teraz jest tam warsztat samochodowy, gdzie w wakacje oddaje samochód na przegląd i wspominam tamte chwilę z nutką nostalgii). Tata sam miał rower, szary składak, którym jeździł wszędzie. Rowery nie były wówczas modnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, ale koniecznym środkiem transportu. W czasach bonów, punktów, zdobywania samochodów w kolejkach społecznych i po znajomości w partii samochód był dobrem nieosiągalnym dla moich rodziców. Pierwszy samochód tata kupił dopiero latem 1990 roku, kiedy miałam iść do liceum i dopiero wtedy zrobił prawo jazdy. Ale samochód nie służył mu do codziennego poruszania się po mieście, jeżdżeniu do pracy. Wolał jeździć rowerem, bo tak było taniej i zdrowiej, samochód wyciągał z garażu na ważne, specjalne okazje lub kiedy musiał przewieźć coś, czego nie dało się przewieźć na rowerze, albo zabrać całą rodzinę gdzieś dalej, gdzie nie dawało się dojechać rowerem.


              Bo rowery mieliśmy wszyscy, a moją siostrę tata woził w siodełku na kierownicy. Rodzice jeździli nimi nawet na wieś do mojej babci i dziadka, 10 km od Opoczna. Ja najbardziej z dzieciństwa pamiętam wyprawy do lasu, na grzybobranie, jechanie pustymi polami, gdzie potem wybudowano osiedle, na którym zamieszkaliśmy. Z nowego mieszkania mieliśmy bliżej do lasu i na pola. Kiedy miałam 13 lat, w nagrodę za dobre stopnie, tata kupił mi nowy rower, czerwoną damkę. Z pelikana już wyrosłam i jeździł na nim mój brat, przyszedł czas na nowy pojazd. Jaka ja byłam dumna i szczęśliwa, koleżanki mi zazdrościły i każdy chciał się nim przejechać. Ten rower był moim najwierniejszym przyjacielem, lekarstwem na stres, nerwy, na wszystkie smutki. Kiedy rodzice wracali z pracy, mogłam wyjść na rower, do lasu, na pola, pod okna chłopca, w którym się aktualnie podkochiwałam, na wieczorny objazd maista, przed siebie, gdzie opony poniosą.

            Mój tata zawsze kibicował kolarzom. Jego legendą był Ryszard Szurkowski i Wyścig Pokoju. Pamiętam, kiedy przez Opoczno jechał raz Wyścig Pokoju, a faworytem był Lech Piasecki. Staliśmy przy Zamku Kazimierzowskim na ulicy 17 stycznia i czekaliśmy na peleton chyba ze dwie godziny. Kiedy już dojechali, przelecieli koło nas z górki w ciągu 5 sekund, nawet nie dało się im dobrze przyjrzeć, ale darliśmy się na całe gardło, żeby im kibicować. Potem, kiedy tata miał już dostęp do Eurosportu, rytuałem lata były transmisje z Tour de France. Tata wracał do domu po 14.00, zjadał szybko obiad i musiał zobaczyć chociaż końcówkę etapu wyścigu. Kibicował góralom na górskim premiach i nie cierpiał Rosjan,którzy się strasznie rozpychali w peletonie, stwarzając niebezpieczeństwo dla innych zawodników. Najmilej wspominam wyścig w 1993 roku, kiedy w Tour de France brał udział Zenon Jaskuła. Zajął 3. miejsce w klasyfikacji generalnej i wygrał 16. etap. Pamiętam, że wyjechałam z przyjaciółmi pod namiot do Miedznej Murowanej i straciłam łączność ze światem, mieliśmy tylko małe radio na baterie, które odbierało dziwne stacje, żadnych wieści o kolarzach. Kiedy tata przyjechał do nas któregoś dnia, żeby sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku i dowieść nam prowiant, pierwsze, o co zapytałam to, jak tam jedzie Jaskuła w wyścigu. Moi koledzy byli zszokowani, skąd u mnie ta pasja, a to w genach.

              Kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, tęskniłam strasznie za moim rowerem i żałowałam, że nie mogę go mieć ze sobą w akademiku. Ale w czasach moich studiów jeszcze nie było modne dojeżdżanie na uczelnie rowerem  i nie było ku temu warunków. Nie było jeszcze Venturilo, niestety. Kiedy zamieszkaliśmy razem z Piotrem, jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiliśmy były rowery. I znowu można było wyruszyć na podbój wiślanych wałów, Pól Mokotowskich. Sieć ścieżek rowerowych nie była wtedy jeszcze tak dobrze rozwinięta, ale nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Rowery dawały nam radość, wolność, niezależność. Do czasu, kiedy ktoś je nam ukradł z piwnicy, kiedy wyjechaliśmy do naszych rodzin na 1 listopada. Pamiętam złość i frustrację Piotra, to uczucie, że ktoś Ci ukradł kawałek wolności, odarł Cię z radości. To już nie chodziło nawet o rzecz samą w sobie, chodziło o pozytywne uczucia, emocja, przygody, wspomnienia.

            Kiedy przeprowadziliśmy się do naszego nowego mieszkania po urodzeniu się Basinki, wyciągnęliśmy wnioski. Najpierw założyliśmy porządne drzwi w piwnicy, a potem kupiliśmy nowe rowery w komplecie z siodełkiem. Praktycznie jak tylko Basinek zaczęła siedzieć, woziliśmy ją na przejażdżki, uwielbiała w nim spać i majtać nóżkami. A potem historia zatoczyła koło. Basia dostała pierwszy rowerek od swojego pradziadka i zaczęła jeździć z kijem wetkniętym za siodełko w parku Żołnierzy Radzieckich na Ochocie. Dwie szczotki straciły swoje kije, ale Basinka dzielnie jeździła, najpierw z kółkami dokręcanami do boków, a potem już samodzielnie. Zosia odziedziczyła potem rowerek po starszej siostrze i też zaczęła śmigać. Kiedy jeździliśmy na wakacje do Opoczna, Basia uwielbiała jeździć z dziadkiem na działkę rowerami, w kasku jak na bezpiecznego cyklistę przystało. Jechała za dziadkiem i czuła się taka duża. Zawsze rozbawiała mnie powaga, z jaką dziękowała kierowcom, podnosząc dłoń w pozdrowieniu za to, że ją przepuszczali.

            Jednak rower o mały włos nie zabrał mi taty. Ale, co ja mówię, to nie była wina roweru, to była wina palanta, który potrącił mojego tatę, idioty, który w swoim samochodzie czuł się panem na drodze i nie ustąpił pierwszeństwa rowerzyście. Rower nic tu nie zawinił.

            Rowery przyjechały z nami do Ukeju, nadal mamy z Piotrem te same od 16 lat. Dziewczyny oczywiście zmieniały już swoje kilka razy, bo rosły. Sezon mamy w pełni, na dachu mojego samochodu na dobre zagościł bagażnik na rowery i jeśli tylko pogoda dopisuje pakujemy nasze cztery dwuślady i ruszamy w trasę. A pięknych szlaków rowerowych w naszej okolicy nie brakuje. Wystarczy pojechać nad rzekę, do Peak District, tyle pięknych miejsc do odkrycia. W Peak District zbudowano szlaki rowerowe na miejscu dawnych torów kolejowych wiodących przez wzgórza Derbyshire. Dzięki temu szlaki nie mają dużego nachylenia, czy różnicy poziomów. Wspinają się powoli pod górkę, ale nie jest to bardzo męczące, nawet początkujący rowerzyści dają radę. Szlaki nad kanałami też są wyjątkowo piękne na miejscu dróg, którymi chodziły konie ciągnące barki kanałami i rzekami zanim barki miały swoje silniki. Teraz korzystają z tego rowerzyści. Z Ashbourne prowadzi szlak rowerowy nawet do samej Szkocji, jeśli ktoś ma ochotę przejechać szlak wzgórz Pennines.


           Jeździmy tymi szlakami, pomęczymy się trochę, ale to nam zawsze dobrze robi. Zachwycamy się pięknem krajobrazów i głęboko oddychamy. Wolnością...

niedziela, 25 września 2016

         Komu te wakacje przeszkadzały... Tak nam było dobrze, że mimo tęsknoty za domem i kotem, nie chciało nam się za bardzo wracać. Kiedy masz przed oczami wzgórza porośnięte winoroślą, gajami oliwnymi i dojrzewającymi w sierpniowym słońcu słonecznikami, a na niebie żadnej chmurki przez dwa tygodnie, perspektywa powrotu do kapryśnej angielskiej aury nie nastraja człowieka optymistycznie. Patrzysz na stojące przy drogach cyprysy i pinie, dające cień podróżnikom, rozkoszujesz się widokiem kwitnących oleandrów, ale już gdzieś na plecach czujesz oddech nadchodzącej jesieni.

Talamone, Italy

Talamone

Saturnia, Italy

Saturnia

            Tegoroczne wakacje rozpieściły nas piękną pogodą zarówno we Włoszech jak i w Polsce, spakowane do walizek na wszelki wypadek cieplejsze ubrania i kurtki przeciwdeszczowe nie przydały nam się ani razu, więc zrozumiałe jest, że z obawami czekam na pierwszy angielski słotny dzień. Ale póki co, wygląda na to, że słońce Italii podróżowało z nami do Polski i przywieźliśmy je ze sobą do Derby. Wrzesień wyjątkowo rozpieszcza wysokimi temperaturami, błękitem nieba i słońcem wciąż opalającym nasze twarze. W moim ogródku nadal owocują maliny i jeżyny, słonecznik rośnie sobie w najlepsze, a szafirki zachęcone ciepłem znowu wykiełkowały.

            Tylko pająki nie dają się zwieść i plotą sieci na potęgę. One wiedzą, że wcześniej czy później przyjdzie prawdziwa jesień i trzeba być na nią przygotowanym. Człowiek mimo wszystko stara się pogodzić z faktem, że już zaczęła się szkoła, praca, ale serce wciąż się gdzieś wyrywa. Przeglądam i edytuję zdjęcia z naszych wakacyjnych wypraw małych i dużych i już czuję tę tęsknotę, te motyle w brzuchu, ten niepokój, że znów bym się gdzieś wybrała. Tylko urlopu już mi mało zostało i mogę sobie tylko pomarzyć o dalekich wojażach. Przyjdzie mi się zadowolić weekendowymi wycieczkami. Dobre i tyle.

           Korzystając z nieobecności dziewczyn, które pojechały na biwak skautowy do Twycross Zoo (nota bene spanie między szympansami i żyrafami musiałaby być ciekawym doświadczeniem), wybraliśmy się z Piotrem na wycieczkę w nieznane nam dotąd okolice Worcestershire. Stwierdziłam, że powinniśmy z tygodniowym opóźnieniem obejść naszą 18. rocznicę ślubu i zamarzyło mi się kino, kolacja i spacer.  Spacery mieliśmy nawet dwa – w pięknych ogrodach Witley Court i Hanbury Hall, kolację zjedliśmy po powrocie w domu, a kino też byliśmy zmuszeni sami sobie zorganizować. Niestety, w repertuarze kinowym nie znaleźliśmy niczego interesującego. Obejrzeliśmy więc czekający długo na półce film o królowej Wiktorii - "Mrs Rown", z genialną Judi Dench w roli głównej. Miło było zobaczyć znajome plenery Osborne House, rezydencji królowej Wiktorii na wyspie Wight. Pozostałe dwie rezydencje, gdzie kręcono film - Balmoral Castle i Windsor Castle -  jeszcze czekają na nasze odwiedziny. No choćby nie wiem jak się człowiek starał, to zawsze coś jeszcze pozostanie do odkrycia. I chyba to najbardziej w tym lubię, by gonić króliczka, by ciągle mi się chciało, bym ciągle miała ten niezaspokojony głód i ciekawość. Bo kiedy przestanę, to zacznę się o siebie poważnie martwić...

środa, 27 kwietnia 2016

              Sudbury odwiedziliśmy już kilka razy, ale zawsze jesteśmy pod wrażeniem pałacu, z końca XVII wieku. Kiedyś służył on za plan zdjęciowy do mojej ulubionej adaptacji „Dumy i uprzedzenia” z Colinem Firthem w roli pana Darcy'ego. W pałacu znajduje się również Muzeum Dzieciństwa, które bardzo lubimy odwiedzać i wspominać czasy, kiedy sami bawiliśmy się zabawkami. Dla starszego pokolenia, naszych rodziców i dziadków i babć naszych dzieci to nawet dalsze cofnięcie się w czasie i wspomnienia tamtych zabaw, zabawek, szkolnych przyborów, gier podwórkowych. Muzeum proponuje też doświadczenie na własnej skórze zwyczajów i obowiązków dzieci z czasów wiktoriańskich, kiedy  pracowały fizycznie, pomagając w gospodarstwach rolnych i na farmach jako wynajęci robotnicy, ale tak naprawdę niewolnicy bez prawa do nauki, skargi, ochrony. Można się przekonać, jak to było być kominiarczykiem, wciskającym się w najmniejsze zakamarki przewodów kominowych, by wyczyścić je z sadzy. Zosia była już w tym muzeum kilka razy i im większa jest jej wiedza historyczna i świadomość na temat praw dzieci, tym większe robi to na niej wrażenie. Tym razem chyba po raz ostatni wcisnęła się do komina, już jest za duża na kominiarczyka. Muzeum oferuje dzieciom również możliwość doświadczenia szkolnej lekcji zgodnie z rutyną czasów wiktoriańskich. Zosia zasiadła w ławce przed tabliczką do pisania jako  pierwsza, niezrażona, wiedziała, co ją czeka. Kiedy zaczęła się lekcja, pani prowadząca pokaz bardzo wczuwała się w swoją rolę i z całą surowością traktowała małych uczniów. Trzymała w dłoni trzcinkę, która świstała w powietrzu pełnym koncentracji i dyscypliny. Jeden chłopiec, który pewnie jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczył w prawdziwej szkole, wyszedł z klasy z płaczem.

_DSC2293s1

            W gablotach muzeum można znaleźć kolekcje zabawek sprzed 200 lat, sprzed wieku, sprzed kilku dziesięcioleci, gry i gadżety nam już współczesne, które niektórzy pamiętają ze swojego dzieciństwa. Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na różnice w zabawkach po obu stronach żelaznej kurtyny i ograniczony do nich postęp w krajach zagarniętych przez komunizm.  Jednak znajdziemy wiele podobieństw lub odpowiedników lalek, gier planszowych ciągle działających zabawek mechanicznych. Ze smutkiem stwierdziliśmy, patrząc na nie z nostalgią, że dziś większość z nich została wyparta przez elektroniczne gadżety. Dzieci wolą układać klocki w grach komputerowych, czesać lalki czy karmić kotki na tabletach, grać w karty przez internet niż z rodzeństwem. Tamte zabawki miały jakąś zasadę działania, cel, uczyły dzieci praktycznych umiejętności manualnych, których obawiam się dzieci są teraz pozbawione oprócz wyjątkowo sprawnych kciuków. Kiedy patrzy się dzisiaj na podwórka, nikt już nie bawi się na trzepaku, nie skacze w gumę, nie gra w kapsle, nie buduje bazy. Nie oczekuję oczywiście by dzieci wróciły do toczenia fajerek, ale nie widzę tez dowodów na to, by powstało coś nowoczesnego w zamian. Mają rolki, skutery, rowery, aż do przesytu sprzętu sportowego, a wybierają ekran komputera, tabletu lub smartfona.

             Czasami jeszcze chłopcy na orlikach grają w piłkę nożną lub koszykówkę, siatkówka jest bardzo popularna, ale w większość dzieci spędza czas na zajęciach dodatkowych. Nie ukrywam, że moje też. Czasami nie mają już czasu wyjść na podwórko. Dzieci mieszkają na ogrodzonych osiedlach, które zapewniają im bezpieczeństwo, ale też zamykają je w gronie tych samych osób. Z czasem rówieśnicy dorastają i już nikt nie wychodzi na huśtawki, pobawić się w piaskownicy czy w lalkami w dom. Przyjaciele z podwórka zaczynają raczej kontaktować się w Internecie, na portalach społecznościowych zamiast widywać się nadal na podwórku. Zabiegani między szkołą, korepetycjami, klubami sportowymi lub zajęci grami komputerowymi, zbyt zajęci, by wyjść na świeże powietrze. Małym dzieciom rodzice wolą dla świętego spokoju dać tablet lub smartfon i te maluchy są często bieglejsze w obsługiwaniu tych urządzeń niż ich rodzice. Sama wiem po sobie, że Zosia jest w stanie znaleźć w moim telefonie funkcje, o których ja go przez dwa lata nawet nie podejrzewałam. I też mogłaby przesiedzieć z tabletem cały dzień, tylko że jej na to nie pozwalamy. Jesteśmy strasznymi rodzicami, którzy starają się ustalać jakieś granice i zasady, bo większość jej koleżanek ze szkoły korzysta z elektronicznych gadżetów bez żadnych ograniczeń. Widzę to również po moich uczniach ze szkół średnich, którzy mają już szyje przygięte od wpatrywania się w ekrany swoich telefonów. Wychodzą razem do kina lub na zakupy, ale nie wypuszczają swoich telefonów z dłoni. Nawet na przyjęciach urodzinowych nie spędzają czasu w realu, tylko w portalu i to bynajmniej nie razem z jubilatką.

             Wiem, jak trudno jest oderwać dzieci od elektroniki. W ramach swojej pracy prowadzę zajęcia wychowania fizycznego dla dzieci czekających na miejsca w szkole. Muszę się sporo umysłowo nagimnastykować, by ich rozruszać. Zająć, zaciekawić, by zechcieli dać sobie szansę pobawić się, pograć w najprostsze gry i zabawy. I z czasem, kiedy zobaczą, jak wesoło i przyjemnie można w ten sposób spędzić czas, cieszą się zabawą w muzyczne krzesła,  hokejowe slalomy czy wyścigi z łyżką i jajkiem, skoki w workach czy przez skakankę.

            Obawiam się, że umiejętności, które nasi rodzice i dziadkowie uzyskiwali z zabawy i zajęć praktycznych, przerastają dzisiejsze dzieci i młodzież. Szydełkowanie, haftowanie, prace ręczne odeszły do lamusa, za to funkcję kopiuj-wklej dzieci mają opanowaną do perfekcji. Skomplikowane zabawki, najeżone elektroniką psują się pod byle pretekstem i lądują na śmietniku, by zrobić miejsce na nowy gadżet. Maszyny i narzędzia z czasów wiktoriańskich czy edwardiańskich, które oglądaliśmy w muzeum, są genialne w swojej prostocie i nadal mogą służyć każdemu, bo są niezależne od prądu i mikroczipów. Maszynka do łuskania fasoli, maszynka do ostrzenia noży, czyszczenia sreber, zabawki nakręcane na kluczyk, działające do dziś z zegarmistrzowską dokładnością. Niegroźne im przerwy w zasilaniu i odcięcie Wi-Fi.

niedziela, 24 kwietnia 2016

             Co można robić w kwietniowy dzień, który zgodnie z przysłowiem - kwiecień plecień poprzeplata, trochę zimy, trochę lata - funduje Ci opady śniegu z deszczem na przemian z niebieskim niebem i słońcem jak bania? Trzeba wybrać się na łono natury i liczyć na to, że wstrzelisz się w słoneczną przerwę między deszczem i gradem.

              Basia wybrała się na swoją zaplanowaną z pieczołowitością ekspedycję w ramach Duke of Edinborough Award. Martwiliśmy się o nią, jak potraktuje ją kapryśna aura, czy spotka ją marznący deszcz czy snieg i czy w nocy będzie jej zimno. Na razie zalicza brązową odznakę, ale za tę kapryśną pogodę w połowie kwietnia powinna mieć zaliczone już punkty na złotą za dwa lata, bo to były warunki ekstremalne.

             My nie chcieliśmy tak gnuśnieć w domu i potrzebowaliśmy świeżego powietrza. Ileż można sprzątać, prać i prasować, od gotowania też się człowiekowi przerwa należy. Zważywszy na to, że pogoda była naprawdę niestabilna, nie zamierzaliśmy jechać nigdzie daleko. Odwiedziliśmy więc miejsce, które jest blisko nas i dawno tam nie byliśmy – Attenborough Nature Reserve.

             Przespacerowaliśmy się groblami rezerwatu, Zosia uzbrojona w lornetkę po pradziadku podglądała wszystkie wyśledzone ptaki. Wkrótce wyszliśmy na brzeg rzeki Trent. Cieszyliśmy się oznakami wiosny, kwitnącymi krzewami, kwiatami, drzewami puszczającymi pierwsze liście. Słyszeliśmy ją w kłótniach ptaków dobierających się w pary, w szumie skrzydeł dzikich gęsi i kaczek, w plusku lądujących na rzece łabędzi. Mimo iż świeciło słońce, w powiewach wiatru czuło się zapowiadany przez meteorologów arktyczny chłód. Kiedy słońce chowało się za chmurą, robiło się chłodniej, ale i tak miło było pooddychać świeżym powietrzem.

_DSC2243s

            Nad rzeką znowu odezwała się we mnie tęsknota za kajakami, łodziami, wodną przygodą, płynięciem w nieznane. Musimy się wreszcie zmobilizować i wyszukać nad rzeką Trent jakąś wypożyczalnię kajaków, by wybrać się na wyprawę. Skoro okiełznaliśmy Pilicę, to i Trent możemy spróbować. Potem pojechaliśmy na obiad nad Trent Lock, czyli śluzę, gdzie kanał Erewash wpływa do rzeki Trent, a za chwilę mamy dopływ rzeki Soar. Śluza ulokowana jest na południe od Long Eaton, w miejscu gdzie spotykają się granice trzech hrabstw - Derbyshire, Leicestershire i Nottinghamshire. Tęsknota wodniacka wróciła ze zdwojoną siłą, bo niezrealizowane marzenia mają to do siebie, że gryzą człowieka, kiedy sobie uświadomi, jak długo ich realizację odwleka w czasie. Moja fascynacja barkami narrow boats wciąż trwa i może kiedyś nareszcie uda mi się wypłynąć na wąskie wody brytyjskich kanałów.

_DSC2281s1

          Kiedy dochodziliśmy do parkingu, zaczęło kropić i za chwilę uderzyła nas fala deszczu z gradem do spółki. Schowaliśmy się na chwilę w centrum turystycznym rezerwatu, by za chwilę zobaczyć znowu słońce u władzy i chmurę odchodzącą na zachód w niezadowoleniu, że jej kaprysy trwały tak krótko. Wiosna przyjdzie i tak.

wtorek, 19 kwietnia 2016

                Poubolewam sobie. I już wiem, że zaraz ktoś mi powie: Kobieto, witaj w rzeczywistości! Ja rozumiem, pracowałam dawniej po 12, 14 godzin w swoim zawodzie, kiedy mieszkaliśmy w Warszawie i musiałam to jakoś pogodzić z życiem prywatnym i rodzinnym. Ale nie da się ukryć, że rozleniwiłam się ciut na moim obecnym etacie. Od pięciu lat pracuję jako nauczyciel dwujęzyczny dla działu edukacji lokalnego councilu czyli rady miasta, w zespole, który pomaga dzieciom i ich rodzinom przybywającym do Derby. Rejestrujemy dzieci do szkół, pomagamy we wszystkich procedurach z tym związanych, wspieramy rodziców, którzy jeszcze nie mówią czasami wystarczająco dobrze po angielsku lub nie czują się pewnie, ale przede wszystkim pomagamy dzieciom w szkołach. Wspieramy je w czasie lekcji, jesteśmy do dyzpozycji na wywiadówkach, odwiedzamy rodziny w domach, staramy się pomóc w różnych sprawach, które mogą przeszkodzić dzieciom chodzić do szkoły. Dlatego w nazwie stanowiska mamy również ‘pracownik wspomagający rodzinę’. Nasza praca jest ściśle związana ze szkołami, więc jeszcze do niedawna nasz grafik był uzależniony od kalendarza szkolnego. Mieliśmy wolne ferie i wakacje, i nie ukrywam, dobrze mi z tym było.

               Kiedy ma się dzieci w wieku szkiolnym i mieszka się na terenie Zjednoczonego Królestwa trzeba się przygotować na to, że co 6 tygodni dzieci będą miały w szkole wolne i trzeba im zapewnić opiekę. Kalendarz szkolny jest bowiem zorganizowany nieco inaczej niż przywykliśmy do tego w Polsce, na Słowacji czy w Czechach. Nie ma dwóch semestrów, są trzy trymestry – jesienny, wiosenny i letni. Wiem, nie ma zimowego, Anglicy chyba wypierają zimę ze swojej świadomości i trwa ona tylko dwa tygodnie w czasie wakacji bożonarodzeniowych. Rok szkolny kończy się miesiąc później niż w Polsce, do czego bardzo trudno się początkowo przyzwyczaić, tak samo trudno, jak do tylko 6 tygodni wakacji. Wcale nie oznacza to jednak, że mamy więcej dni nauki w roku szkolnym, jest ich dokładnie tyle samo, co w innych krajach, bo takie są wymogi europejskie. Chodzimy do szkoły 195 dni, z czego szkoły mają prawo do 5 dni szkoleń, kiedy dzieci nie uczęszczają na lekcje. Więc docelowo jest tych dni szkolnych 190. W ciągu roku szkolnego jest więcej wolnych dni, co 6 tygodni jest tydzień wolnego lub właśnie wypadają święta Bożego Narodzenia lub Wielkanoc. Na początku trudno było mi się z tym oswoić, zastanawiałam się, po co nam tyle wolnego na Wielkanoc, kiedy można by mieć dłuższe wakacje letnie. Z czasem zdałam sobie sprawę, że ma to pozytywny wpływ na moje córki uczęszczające do szkoły.

               Pamiętam, kiedy sama byłam uczennicą, z niecierpliwością czekałam na pierwsze wolne dni w kalendarzu, czyli Wszystkich Świętych, a potem Dzień Niepodległości, kiedy już zaczęto go oficjalnie świętować, żeby mieć chwilę oddechu. W Anglii dzieci mają tydzień wolnego pod koniec października po około 6 tygodniach nauki. Mają chwilę oddechu i zabawy halloweenowe. Potem czas szybko płynie i już są święta. W lutym jest też tydzień wolnego,  a potem 2 tygodnie na Wielkanoc. W zależności, kiedy te święta wypadają,  ostatni – letni term jest czasami dłuższy, bo więcej tygodni zostaje po świętach, tak jak na przykład w tym roku. Ale w maju jest jeszcze jeden tydzien ferii i kończymy rok szkolny 24 lipca. Oczywiście dla rodzin, które mają bliskich za granicą i te 6 tygodni jest często jedyną okazją odwiedzania ich, to wydaje się mało, ale z punktu widzenia ministertwa edukacji nawet te 6 tygodni to zbyt długo i ostatnio zaczęto myśleć nad skróceniem wakacji letnich, bo dzieci zbyt dużo zapominają w ich trakcie.

              Nie da się ukryć, że świetnie było pracować w takich samym systemie, w jakim nasze córki miały wolne w szkole, szczególnie, kiedy nie mamy w Derby nikogo bliskiego, kto mógłby się nimi zająć w czasie, kiedy byliśmy w pracy, a one miały wolne w szkole. Oczywiście rodzice i z tym muszą sobie poradzić, biorąc na zmianę urlopy lub posyłając dzieci do klubów za odpowiednią opłatą, ale często te wydatki przewyższają zarobione w tym czasie pieniądze. Dlatego moja praca dawała nam możliwość ogarnięcia takiej sytuacji. Niestety, dwa lata temu lokalne urzędy musiały rozpocząć procesy restrukturyzacji i ujednolicenia kontraktów osób pracujących w edukacji i nasza wakacyjna sielanka została ukrócona. Dostaliśmy do wyboru – albo będziemy pracować według starego systemu i będzie to potraktowane jako 80% etatu, w związku z czym nasza pensja zostanie obcięta o 20%, albo przejdziemy na system całorocznej pracy na normalnym etacie z 26 dniami urlopu do dyspozycji i tym samym dostaniemy małą podwyżkę. Związki zawodowe się oburzyły, ludzie odmawiali podpisania nowych kontraktów, ale koniec końców, kiedy masz do wyboru mieć pracę lub pracy nie mieć, to co masz wybrać. Masz rodzinę na utrzymaniu, masz kredyt hipoteczny do spłacenia, czy możesz sobie pozwolić na obcięcie pensji?

             Gdybym miala wybierać 4-5 lat temu, kiedy dziewczynki były wciąż w szkole podstawowej i potrzebowały mojej opieki, pewnie musiałabym poprzestać na 80% swojego etatu i tym samym 80% pensji. Trzeba nadal pamiętać o wymogach angielskiego prawa, gdzie dziecko poniżej 12 roku życia nie może pozostać bez opieki dorosłego. Nastolatek poniżej 16 roku życia nie może sprawować opieki nad dzieckiem poniżej lat 12. Na szczęście ja już mam dwie samodzielne nastolatki.

             W tej sytuacji zaczęłam pracować 37 godzin 52 tygodnie w roku z normalnym przewidzianym przez kodeks pracy urlopem. Przyszły pierwsze ferie wielkanocne, kiedy ja pracowałam, a dziewczynki miały wolne. Zosia miała 2 tygodnie wolnego, Basia nawet trzy, bo jej szkola ma niezależny kalendarz szkolny. Oboje z Piotrem mieliśmy tylko 4 dni wolnego przewidziane przez kalendarz czyli Wielki Piątek, Sobotę, Niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny. Oczywiście, mogliśmy wziąć urlop, ale mamy plany urlopowe na lato. Nasze życie codzinnie jest pisane kalendarzem, więc trzeba się wszedzie odpowiednio wpasować. Mogę sobie ubolewać, że nie miałam 2 tygodni wolnego, ale dorosła jestem przecież, dałam radę, choć każdego bardziej pogodnego dnia złościłam się, że ja siedzę w biurze, a dziewczynki w domu z babcią i nie możemy sobie pojechać razem na żadną wycieczkę. Ogarnęliśmy, daliśmy radę, korzystaliśmy z weekendów. Ferie się skończyły i życie szkolno-zawodowe toczy się dalej. A ja z utęsknieniem czekam na w pełni zasłużony urlop.

niedziela, 06 marca 2016

           W natłoku codziennych zdarzeń, zabiegania między pracą, domem, szkołą i kółkami zainteresowań spojrzałam na nasz rodzinny kalendarz, nasz rodzinny rozkład jazdy, wiszący w kuchni. Początek marca jest nierozerwalnie związany z urodzinami Zosi, o których niesposób zapomnieć, nie tylko dlatego, że przecież doskonale pamiętam, kiedy przynieśliśmy na świat tego naszego urwipołcia, ale również dlatego, że tenże wspomniany urwipołeć dba o swoje interesy i już od Bożego Narodzenia przypomina nam o zorganizowaniu swojego przyjęcia urodzinowego i prezentach. Ledwo rozpakowała prezenty gwiazdkowe, już marzyła o kolejnych z okazji urodzin, pazarne dziecko nasze. Nie da się ukryć, że 12. urodziny są dość przełomowe, potem już zaczyna się życie nastolatka, przynajmniej z punktu widzenia angielskich liczebników. Boże, moje drugie dziecko wkracza na to pole minowe zwane nastoletniością. Jak ja to przetrwam?

            Ten czas w roku kojarzy mi się również z nadchodzącą wiosną, nadzieją na nowe, tak naprawdę wówczas zaczyna się dla mnie ten nowy rok, to chyba mam po mamie, zagorzałej działkowiczce. Kiedyś zresztą tak było w kalendarzach, że luty był ostatnim miesiącem w roku i to właśnie dlatego do niego dodawało się co cztery lata dodatkowy dzień w roku przestępnym. Taki też właśnie mamy. A za oknem zaczyna mi się zielenić ogródek, wychylają się już żonkile, krokusy, hiacynty i szafirki. Nie szkodzi, że na horyzoncie czają się złowrogie chmury, z których za chwilę zacznie padać deszcz ze śniegiem lub gradem, postraszą, postraszą i pójdą sobie dalej. W taki słoneczny dzień, 10 lat temu rozpakowaliśmy nasze rzeczy w nowym miejscu, w oczekiwaniu na rozpoczęcie nowego rozdziału w naszym życiu, przygody, której zdecydowaliśmy się stawić czoło, sprawdzić się, zobaczyć, jak to jest. Chcieliśmy skorzystać z możliwości życia w innym miejscu, w innym kraju. Oboje doświadczyliśmy już kilku przeprowadzek w naszym życiu. Rozpoczynaliśmy życie w nowym mieście wraz z początkiem studiów, kiedy postanowiliśmy zamieszkać razem, a potem, kiedy na świat miała przyjść Basia.

             Na początku wieźliśmy ze sobą parę książek, plecak ubrań i zaczynaliśmy nowe życie, wciąż mając korzenie w domu rodziców. Potem mieliśmy już dużo więcej książek, płyt i ubran, ale wciąż część naszych rzeczy trzymaliśmy u naszych rodziców z braku miejsca w naszym pierwszym wspólnym mieszkaniu. Kiedy miała urodzić się Basia, przeprowadziliśmy się do naszego własnego mieszkania na Mokotowie i tam już było wszystko, co nasze, żadnych zapasów w szafach rodziców, mieliśmy już swoje miejsce na ziemi. Tam zaczęła się nasza rodzina, kiedy na świat przyszła Basia, a po 3 latach Zosia. I wydawałoby się, że tak już zostanie, ale jak wiadomo nic w życiu nie jest na zawsze. Kiedyś wydawało mi się, że nie dałabym rady mieszkać poza moim rodzinnym miasteczkiem, moją małą stolicą Polski dla małej dziewczynki. A potem zamieszkałam i poradziłam sobie w Warszawie. Mój stan umysłu i świadomości nie podejrzewał jednak, że wkrótce zacznę mieszkać poza Polską, co wydawało mi się niewyobrażalne, niewykonalne.

           Widocznie się starzeję, bo mam coraz większy sentyment do takich rocznic. Mogłabym sporządzić bilans, zyski i straty, plusy i minusy, ale wolę się zastanowić nad tym, do czego człowiek jest zdolny. Nigdy nie wiesz, czy i w jaki sposób sprostasz jakiejś sytuacji życiowej, postawionemu Ci przez los wyzwaniu, wyborowi, dopóki nie stanie z nim twarzą w twarz. Jak się okazuje, człowiek może się do wielu rzeczy przystosować, przyzwyczaić, oswoić to dla siebie, ogarnąć, dostroić do rzeczywistości, lub tę rzeczywistość dostroić do swojej częstotliwości. Kiedy Piotr po raz pierwszy wspomniał mi o możliwości wyjazdu do Pragi, potraktowaliśmy to jak możliwość, przygodę, wyjazd na dwa lata, żadna wielka rewolucja. Firma dawała możliwości rozwoju mojemu mężowi, a wraz z tym proponowała możliwość rozwoju naszym dzieciom, fajną szkołę, życie w mieście, które zawsze lubiliśmy i postanowiliśmy skorzystać z tej okazji. Gdyby ktoś wówczas powiedział mi, że po 10 latach wcale nie wróciłam do Polski i mieszkam jeszcze gdzieś indziej, bardzo bym się zdziwiła i może uciekła z krzykiem. Ale kto mógł wówczas przewidzieć, jak potoczy się dalej nasza czterokółka.

           10 lat później jesteśmy o 10 lat starsi, 10 lat bogatsi w doświadczenia, o 10 lat ubożsi w możliwość widywania częściej naszych bliskich, którzy zostali w Polsce. Cudownie jest podróżować, zwiedzać nowe miejsca, cieszyć się wszystkim, co czeka na Ciebie za zakrętem. Jednak w sercu gdzieś zawsze gości tęsknota. Chciałoby się być w dwóch miejscach jednocześnie, nosić ze sobą kieszonkowy dostęp do swoich bliskich, magiczny wehikuł. Oczywiście łączność internetowa pomaga być w stałym kontackie, Skype, FB i inne media dają taką możliwość, ale żadne nie oferuje jeszcze niestety przytulasa ani całusa na dobranoc od babć i dziadków dla wnuczek. Czas ucieka, mamy go dla siebie coraz mniej.

           Co się zmieniło przez ten czas? Wszystko się zmieniło, oprócz tego, że wciąż jesteśmy razem we czwórkę. Dziewczyny urosły niemożebnie i trudno czasami oswoić się z faktem, że mają już 15 i 12 lat, obie są w gimnazjum, a Basia przygotowuje się już do małej angielskiej matury. My przekroczyliśmy próg czterdziestki i chcemy wierzyć, że to nie oznacza, że mamy już z górki, tylko, że właśnie jesteśmy na szczycie tej górki, a przed sobą wspaniały widok na przyszłość.

          Nawet nie ośmielam się myśleć o prognozie na kolejne 10 lat. Doświadczenie nauczyło mnie być pokorną wobec życiowych planów, zazwyczaj mamy w naszej rodzinie zbyt wiele do ogarnięcia w teraźniejszości, by pozwolić sobie na śmiałe planowanie przyszłości. Wiemy, że los może spłatać Ci figla i wywrócić wszystkie Twoje plany do góry nogami. Jedyne, co możemy zrobić, to umacniać w sobie siłę, by wszelkim zmianom i wyzwaniom stawić czoła. Zobaczymy więc, skąd i czy w ogóle będę pisać raport z kolejnej dekady. Powodzenia!

piątek, 30 października 2015

           Wczoraj robiliśmy porządki w naszej biblioteczce, przestawialiśmy część książek na nową półkę, mogliśmy wreszcie uwolnić trochę książek stojących w drugim rzędzie, co niestety robudza żądzę czytelniczą, na której zaspokojenie nie mm czasu. Piotr nosił na górę, a ja ustawiałam. Raz naruszony porządek idelanie dopasowanych ze sobą tomów wypełniających przestrzeń jak najbardziej ergonomicznie trzeba było ustawić na nowo, nadal trzymając się jakiegoś sensowengo klucza. Książki stoją u nas po bratersku grupowane pisarzami, epokami, językami, różne są klucze, racjonalne i mniej racjonalne, literackie i historyczne, kryminały razem, Rosjanie razem, Iberoamerykanie razem, Młoda Polska razem, a grupy to już zależy jak się ułoży. 
           

               Po posegregowaniu kolejnej półki i wyłonieniu kandydatów, którzy staną w nowej witrynie na górze, odkryłam, że Piotr wcześniej przestawił książki. Zazdrosna jestem o te nasze książki i nie lubię, kiedy Piotr przestawia je sam, bo tracę z oczu mój ład i porządek. No dobrze, przyznajmy, że chaos, ale jednak rządzący się pewnymi regułami. Okazało się, że dwie książki Ireny Krzywickiej stanęły na półce z Lemem i futurystami. Potem odkryłam, że mi tam w drugim rzędzie ustawił Ligocką i Olczak Ronikier. Tłumaczę mężowi spokojnie, że to się nie godzi, bo pani Irena ma swoje miejsce z panią Agatą Tuszyńską (moją mentorką z czasów studiów dziennikarskich, wybitną biografistką i pisarką). Piotr nie rozumie, co jedna pani ma z drugą wspólnego, więc tłumaczę niewtajemniczonemu spokojnie i na dowód wyciągam książkę „Długie życie gorszycielki”:
           

            - Kochanie, tu się wszystko musi zgadzać na tej półce, tu jest pani Agata, jest Tyrmand, bo przecież sam rozumiesz skoro pan Henryk Dasko opracowywał „Dzienik” Tyrmanda i był jego przyjacielem i mężem pani Agaty, no to oni wszyscy muszą stać razem.

 

            Piotr przytaknął. Okazało się, że zupełnie przypadkiem razem z innymi książkami o tematyce wielokulturowej z wydawnictwa Pogranicze (mój konik literacki z czasów studiów polonistycznych, który zaowocował pracą magisterską) stał tam też Jerzy Ficowski ze swoimi „Regionami wielkiej herezji i okolicami”, stanowiącą podsumowanie poszukiwań i dokumentacji losów i twórczości Brunona Schulza. Stawiając te książki razem 7 lat temu po przeprowadzce do Anglii nie mogłam jeszcze przypuszczać, że pani Agata napisze książkę o nim i jego narzeczonej. Klamry tworzą się same, wszyscy zgodnie stoją razem i mogłam tam odstawić z czystym sumieniem przeczytaną właśnie „Narzeczoną Schulza”. Żeby wszystko się zgadzało, muszę wreszcie kupić sobie „Romans amerykański”, by klamra Tuszyńsko-Tyrmandowa się domknęła. Schulz stoi na półce ze swoimi braćmi w piórze –  pozostałymi dwoma muszkieterami – Gombrowiczem i Wikacym.

             Mam nadzieję, że te ciepłe wspomnienia, które wczoraj wywołało moje porządkowanie książek, dotarły do pani Agaty jak mgnienie płomyka świecy.

czwartek, 01 października 2015

           Nasze dziewczynki zawsze chciały mieć zwierzątko. Od kiedy pamiętam Basi serduszko miękło na widok kotów, psów, królików, chomikow, szynszyli czy koszatniczek. Kiedy była mała i chodziłyśmy na zakupy, zawsze musiałyśmy się zatrzymać przed witryną sklepu zoologicznego, żeby mogła sobie popatrzeć na futrzane kulki. Prosiła po tysiąckroć o żywe stworzonko, ale nie mogliśmy się na nie zdecydować. Tłumaczyliśmy Basi, że to nie jest chwilowy kaprys, że za zwierzątko trzeba wziąć odpowiedzialność. Nie da się ukryć, że po trosze szukaliśmy wymówek. Ja wychowałam się bez żadnego zwierzaka w domu, bo moi rodzice uważali, że trzymanie żywego stworzenia w bloku jest męczeniem go, poza tym mieli wystarczająco dużo obowiązków na głowie. Kontakt ze zwierzakami rekompensowaliśmy sobie w czasie wizyt u dziadków na wsi, gdzie można się było pobawić z psem, kotem, pogłaskać konia, krowę, a nawet prosiaczka, jak ktoś miał ochotę, potrzymać kurczątko lub gasiątko w rekach, więc nie odczuwaliśmy tego braku tak boleśnie. To znaczy tak mi się wydawało, bo mój brat zawsze chciał mieć psa i kiedy wyprowadził się na studia, postanowił spełnić swoje marzenie. Kupił sobie pięknego gordon setter szkockiego z myślą o swojej przyszłej rodzinie. Kostek był cudownym psem, kochaliśmy go wszyscy bardzo. W czasie wakacji w Opocznie dziewczynki miały okazję się z nim bawić, wyprowadzać go na spacer, czesać i karmić – uwielbiały go, ale niestety po 7 latach rozchorował się nagle i umarł. Od tego czasu błagania naszych córek zyskały na sile, chociaż rozumiały, jaki ból wiąże się ze stratą, chciały wypełnić tę pustkę.

         Przez lata wymawiałam się alergią, która w Polsce dawała mi się bardzo we znaki, ale od kiedy mieszkam w Anglii czuję się lepiej, więc dziewczynki nabrały nadziei, że może będziemy mogli mieć zwierzątko. Póki wynajmowaliśmy dom, liczyliśmy się z tym, że nasz landlord, czyli właściciel domu, może nie wyrazić na to zgody, ale od kiedy mamy dom na własność dziewczynki zrozumiały, że kolejna przeszkoda na drodze do realizacji ich marzeń została wyeliminowana. Pozostawały wątpliowości co do naszego trybu życia, częstych wyjazdów, ale też zachowania naszej Zosi, która zwierzątka tak kocha, że aż za bardzo. Zosia futrzanemu czworonogowi nie przepuści. Z nadmiaru tej miłości uciekają od niej gdzie pieprz rośnie. Kiedy była mała i mieszkaliśmy w Pradze, cotygodniowy wyjazd do stajni na jazdę konną był jej ulubionym punktem tygodnia, bo mogła się nacieszyć kotami, psami i konikami. Niestety, nie wszystkie zwierzęta podzielały jej entuzjazm i na jej widok chowały się po kątach. Tylko Kostek, pies mojego brata, miał do niej wystarczająco dużo cierpliowości. Ale on był na tyle duży, że nie mogła go podnieść i ściskać. Świnki morskie naszej przyjaciółki pozostawione na przechowanie na tydzień, już po dwóch dniach z przerażeniem chowały się w najgłębszy kąt klatki, byleby uniknąć Zosinych pieszczot, głaskania i przytulania ponad miarę.

          Od jakiegoś czasu serce mojego męża zaczęło mięknąć. Zaczęliśmy sobie pozwalać na zastanowienie się nad prośbami naszych dzieci. Piotr przeglądał strony internetowe lokalnego schroniska i analizować, co będzie dla nas lepsze – kot czy pies. Sam wychowywał się z psem i zdawał sobie sprawę, jakie obowiązki, odpowiedzialność oraz utrudnienia w codziennym życiu się z tym wiążą, szczególnie kiedy przychodzi czas wakacji. Okazało się jednak, że blisko nas, na sąsiedniej ulicy pani prowadzi hotel dla zwierząt. Odwiedziliśmy ją nawet w czasie dni Spondonu, kiedy sąsiedzi wzajemnie zapraszali się do swoich ogródków, żeby lepiej się poznać i przekonaliśmy się, jak dobrze jest tam kotom i psom oddanym na krótkie przechowanie.

           Mimo iż widzieliśmy siebie zawsze jako rodzinę bardziej psią niż kocią, uznaliśmy, że przy naszym trybie życia lepiej będzie mieć kota niż psa. Koty są bardziej samodzielne i samoobsługowe, nie potrzebują tak bardzo towarzystwa ludzi przez cały dzień. Wyprowadzanie psa na spacery byłoby problematyczne, ponieważ mimo ogromnego entuzjazmu naszych córek w tym temacie, zdawaliśmy sobie sprawę, że z czasem ten entuzjazm wygaśnie, a obowiązek spadnie na nas. To był kolejny argument przemawiający za kotem. Ziarno zostało zasiane, trzeba było czekać, aż nas wreszcie coś zmobilizuje na podjęcie ostatecznej decyzji.

           Od jakiegos czasu do naszego ogródka przychodzi kot sąsiadów. Arthur, jak głosiła jego plakietka na obróżce, był niezmiernie zadowolony z przestrzeni, jaką oferował nasz ogródek, a szczególnie zruszona ziemia pod trampoliną, którą upodobał sobie w celach toaletowych. Poza znaczeniem naszego ogródka jako swojego terenu był bardzo przyjazny, przychodził się przywitać, dawał się głaskać, kilka razy nawet wszedł nam do domu nieproszony przez otwarte drzwi do ogrodu, nieproszony ale jakby był u siebie. Dwa tygodnie temu, w sobotę rano przyszedł znowu. Ma chyba czujnik mojej obecności w ogródku, ponieważ jak tylko wyjdę na zewnątrz i zamknę za sobą drzwi, kot skacze na płot, potem na domek Zosi i już jest gotowy się ze mną przywitać. Pieszczoch z niego straszny. Tego poranka bardzo malowniczo się prezentował w porannym słońcu pośród jesiennych pajęczyn, gotowy znowu polować na ptaszki w naszym ogrodzie.

          Basia zeszła na śniadanie, jeszcze zaspana, w piżamie i szlafroku, zobaczyla Arthura w ogródku i bez większej nadziei w głosie rzuciała znowu:

- Możemy mieć zwierzątko? - Jakież było jej zdziwienie, kiedy nie usłyszała po raz kolejny zwyczajowego – Musimy się nad zastanowić - tylko odpowiedź Piotra – Tak, zjadajcie śniadanie, jedziemy do RSPCA – czyli do schroniska dla zwierząt w centrum miasta. Basia i Zosia na początku nie uwierzyły własnym uszom, ale kiedy dotarło do nich, co właśnie powiedział ich tata, wybuchły radością.

– Zosia, po 15 latach doczekałam się! Zosia, matko kochana, jedziemy do schroniska, zjadaj śniadanie , ubieraj się, szybko!”

          Chyba jeszcze nigdy nie widziałam ich tak szybko szykujących się do wyjścia, zero grymaszenia przy śniadaniu, szybkie mycie i ubieranie się i już były gotowe. Pojechaliśmy do schroniska, które opiekuje się zgubionymi, ale też przekazanymi im z różnych powodów zwierzętami, które szukają nowego domu. Ogromną zaletą ich pobytu w schronisku jest fakt, że zwierzaki są zbadane, zaszczepione, odrobaczone, wykastrowane i ich opiekunowie znają ich zachowanie oraz przeszłość, więc są w stanie doradzić, jakich warunków i opieki wymagają oraz w jakiej rodzinie kot czy pies będzie się czuł najlepiej. Swoje kroki skierowaliśmy do kociarni. Było tam wiele uroczych kociąt i dorosłych kotów, kilka zwróciło naszą uwagę, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że młody kot potrzebuje więcej uwagi, ruchu, ostrzenia pazurów i zabawy. Woleliśmy bardziej ustatkowanego i spokojnego, żeby nie szalał nam za bardzo, kiedy jesteśmy w pracy i w szkole.

         Poprosiliśmy o pomoc opiekunkę kotów, żeby opowiedziała nam coś o każdym z nich, jakie maja zwyczaje i upodobania, czy mieszkały wcześniej z dziećmi. Lucy przedstawiła nam kilkoro swoich podopiecznych. Okazało się, że Charlotte nie znosi dzieci, Sacura ugryzła mnie bez powodu, a Betsy ma problem ze skórą, który może być trudny do opanowania dla niedoświadczonych kociarzy. Pozostał czarno-biały 10-letni jegomość o imieniu Peter. I kiedy tak popatrzyli przez szybkę – biało-czarny w białej koszuli i czarnych dżinsach Piotr i czarno-biały Peter, od razu przypadli sobie do gustu. Spokojny, początkowo nieufny, Peter zdobył nasze serca I nikomu nie przeszkadzało, ze jesteśmy cali w sierści. Miał być Frodo albo Bambetel, a znalazł się Peter. Wypełniliśmy papiery, zapłaciliśmy za jego adopcję i pojechaliśmy szykować dom na jego przybycie.

          Karma, posłanie, koszyk do samochodu, kuweta i żwirek to tylko podstawowe wyposażenie. Szczotka do wyczesywania sierści, obroża, pałąk do drapania. Przygotowaliśmy wszystko dla naszego nowego członka rodziny. Odebraliśmy go następnego dnia, w niedzielę o 11.00 i tak zaczęło się nasze życie z kotem. Na początku schował się za kanapę i długo nie chciał wyjść, ale zwabiliśmy go jedzeniem. Szybko okazało się, że Peter jest strasznym łakomczuchem. Wszystko, co zapakowane w galaretkę, każdy rodzaj mięsa, nieważne, ryba, kurczak czy wieprzowina, on zje z radością. Hipnotyzuje go butelka z mlekiem, ale wiemy, że koty nie trawią laktozy i nie możemu mu go dawać. Umówiliśmy go już na wizytę u naszego lokalnego weterynarza. Przez pierwsze dni mieliśmy problemy toaletowe, ale na szczęście już się nauczył, gdzie jest jego kuweta i używa jej jak należy.

           Rozbawił mnie w sobotę rano, kiedy miałam nadzieję, dłużej sobie pospać. Przyszedł o 7.00 oburzony faktem, że jeszcze nie zeszliśmy na śniadanie jak zwykle w dzień powszedni i nie dostał swojej saszetki. Oczywiście argumenty, że ma suchą karmę jakoś dziwnie do niego nie docierały. I pomyślałam sobie – nie miała baba kłopotu, kupiła sobie kota. Po to dzieci odchowała w miarę, żeby mieć trochę spokoju w sobotni poranek, to teraz kot przychodzi i mruczy do skutku. Cóż było robić, trzeba było dać kotu śniadanie. Dzięki temu zobaczyłam też po raz pierwszy, jak Peter reaguje na Arthurowe odwiedziny. Zobaczyłam prawdziwy koci grzbiet i furię kota walczącego o swoje terytorium na razie tylko przez szybę. Wypuścimy go do ogrodu za tydzień, żeby już oswojony ze swoim nowym miejscem wiedział, dokąd wracać, jeśli gdzieś zabawi. Piotr twierdzi, że głód go niechybnie sprowadzi z powrotem.

            Będzie ciekawie, kiedy Peter wreszcie stanie na ubitej ziemi i powie do słuchu Arthurowi, co myśli o jego panoszeniu się w ogródku. Na razie przez szybę ofukuje go stanowczo, a jak tylko tamten łapę wyciągnie w stronę progu naszej kuchni, Peter przystępuje do ataku na szybę. Tymczasem gromadzi siły i zasoby na zimę. Dzisiaj się objadł jak Garfield i śpi.

poniedziałek, 14 września 2015

         Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie, że najlepszym dla mnie prezentem aż do znudzenia z każdej okazji są (prócz akcesoriów fotograficznych, no i może biletu na koncert Męskiego Grania) książki. Książki w każdej ilości + jakiś karnet na swobodny czas na ich czytanie. Uzależnienie od nich opisywałam wielokrotnie. Każdy też, kto był w naszym domu, po wizji lokalnej wie, że książki są w prawie każdym pomieszczeniu. Ciągle ich przybywa, bo na co jak na co, ale na książki sobie nie żałujemy. Możemu odmówić naszym dzieciom gier komputerowych, możemy odmówić słodyczy, ale kiedy proszą o książki, nie odmawiamy. To byłaby z naszej strony hipokryzja, skoro samych siebie z trudem utrzymujemy w ryzach po wejściu do zarówno polskiej jak i angielskiej księgarni. Zbliżają się moje urodziny i to w dodatku czterdzieste, potem zaraz święta... Pozostaje pytanie, gdzie to wszystko trzymać. Półek wiszących zamontować się w naszym domu nie da, bo ma wewnątrz drewnianą konstrukcję i ściany mogą nie zdzierżyć dociążania ich słowem pisanym. Pozostają więc regały stojące. Książki stoją już w dwóch rzędach na istniejących półkach, tam gdzie się mieszczą.  Małżonek mój Piotr skonstruował nawet samodzielnie jeden regał specjalnie na potrzeby naszego zbioru National Geographic, i może regał na książki by zbudował, ale postanowiliśmy kupić sobie coś innego.

          Uwielbiamy chodzić na targi staroci. W naszej okolicy często odbywają się targi pod gołym niebem i pod dachem, czasami sprzedają więcej mebli, czasami tylko bibeloty i biżuterię. My na przykład lubujemy się w talerzach ze dawnych fabryk fajansu i porcelany. Kiedy wytłuczemy jakieś, kupujemy sobie na targu staroci różne, czasami komplet, czasami kilka sztuk. Opowiadałam już kiedyś historię naszych talerzyków kupionych na Kole, w Warszawie, które wywróżyły nam przeprowadzkę do Derby. Mieliśmy ich 12, zostały nam 2 i są odłożone na pamiątkę, a teraz używamy takich, co nam już nie szkoda. Wytłukliśmy już dawno nasze studenckie zapasy, wiano i warszawskie talerze, więc czasami mamy na naszym codziennym stole fajne połączenia kujawskiego i derbiańskiego fajansu. Wspólnota ceramiczna.

        Targi staroci cieszą się wsród Anglików wielkim zainteresowaniem. Nigdy nie wiadomo, na jakie skarby można tam natrafić. Nigdy też nie wiadomo, co możesz znaleźć na własnym strychu i ile to jest warte. Dlatego ludzie myszkują w swoich domach za starociami, rodzinnymi pamiątkami i czasami z ciekawości, niekoniecznie dla potrzeby spieniężenia ich, udają się do znawcy tematu, żeby je wycenił. W angielskiej telewizji jest kilka programów dotyczących wyceny staroci, wystawiania ich na aukcję oraz objazdowego targ i aukcja staroci. Jednym z nich jest Antique Roadshow i kiedy w zeszłym roku w 37. edycji programu zawitali oni do Derby, ustawiały się do nich kolejki fanów, każdy z jakimś mniejszym lub większym drobiazgiem do wycenienia. Niektórzy się zawiedli, że ważne dla nich przedmioty mają raczej wartość sentymentalną niż nabywczą, ale było też kilka niespodzianek.

        My nie jesteśmy znawcami. Raczej sympatykami. Mamy kilka staroci, raczej pamiątek rodzinnych, które darzymy sentymentem. Może kiedyś dla naszcyh wnuków będą miały jakąś wartość, a może postanowią się pozbyć starych rupieci po dziadkach. Tymczasem nam przyszło do głowy, że po remoncie naszego domu postawimy sobie w pustym miejscu w przedpokoju witrynę na ksiązki. Nowe, porządne, drewniane meble są w Anglii bardzo drogie, dlatego nic dziwnego, że wiele osób kupuje meble w Ikei. Długo szukaliśmy czegoś, co spełniłoby nasze wyimaginowane wyobrażenie o tym meblu i nie mogliśmy znaleźć takiego, który również mieścił się w naszej wyimaginowanej i znośnej dla naszej kieszeni cenie. Jeździliśmy na targi staroci do Kedleston kilka razy i nic nas do siebie nie przekonało. Odwiedziliśmy nawet Mekkę antyków – sklepy w pobliskim Asbourne, ale tam próg cenowy nas skutecznie zniechęcił. Któregoś razu w drodze powrotnej z Chatsworth, kiedy  odebraliśmy dziewczynki z obozu skautowego i jak zwykle wracaliśmy przez Matlock, kątem oka zwróciliśmy uwagę na sklepy ze starymi meblami. Postanowiliśmy, że po powrocie z wakacji przyjrzymy im się bliżej.

          Czekałam na ten weekend, pierwszy weekend po powrocie do pracy, kiedy znowu dostałam się w wir obowiązków. Kalendarz obwieszczał wszem i wobec, że mamy sobotę, 12 września. 12 września, i to wypadający w sobotę. Te 17 lat minęło bardzo szybko, zauważalnie, ale nieubłaganie. Kiedy mi się wydaje, że to tak niewiele, patrzę na nasze dzieci i widzę upływ czasu. Ślubny garnitur Piotra nadal wisi w szafie i na przekór wszystkiemu mój mąż się w niego mieści. Ja nie próbuję nawet próbować czynić tego z moją suknią ślubną. Wisi w szafie w Opocznie i czeka. Może ktoś się skusi. 17 lat, kto by pomyślał. Nie planowaliśmy żadnego hucznego świętowania, w urządzaniu imprezy wyręczyła nas przyjaciółka, która zorganizowała tego wieczora spóźnione obchody swoich 40. urodzin i mieliśmy wesoły wieczór w gronie mniej lub bardziej znajomych nam osób. A w prezencie kupiliśmy sobie kolejną półkę na książki ze sklepu ze starociami. Weszliśmy do pierwszego na naszym szlaku sklepu i była tam, stała nieśmiało wciśnięta między dwa inne meble. Już czuliśmy, że to może być ta, ale dla pewności i z poczucia zdrowego rozsądku, potrzeby porównania, obeszliśmy jeszcze inne sklepy. Nie było innej takiej, wróciliśmy do początku, do pierwszego sklepu.

        Jest trochę poobijana, ma w końcu swoje lata, pachnie drewnem, kurzem i starymi książkami. Może stała u kogoś w bibliotece albo na parafii starego proboszcza, wypełniona nieużywanymi przez nikogo już łacińskimi modlitewnikami. W szufladzie znaleźliśmy pożółkłe gazety z 1979 roku, tuż przed wyborem Margaret Thatcher na premier Wielkiej Brytanii. Tak jak książki żyją czytane na nowo, tak meble żyją używane przez nowych ludzi. Może ktoś się z tym rozstał, bo nie był mu już potrzebny, albo sprzedał go, bo już nie mieścił się w domu. Może ktoś urządzał dom w nowoczesnym stylu, do którego stara witryna nie pasowała. U nas znajdzie zaciszny kąt, ze swoimi wspomnieniami. Mam nadzieję, że nie zagnieździł się w niej żaden duch przodka, który będzie nas straszył po nocach. Postaramy się tchnąć w niego nowego ducha, z naszym własnym zestawem lektur.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34