| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Basia i Zosia

poniedziałek, 31 grudnia 2012

      Wiele razy namawiałam Basię, żeby napisała coś na naszego rodzinnego bloga. Zaczęła ostatnio zapisywać swoje spostrzeżenia i przemyślenia, nazywając je wpiskami i dzisiaj uznała, że mogę jeden opublikować. Co Basię zastanawia, interesuje? Voilà!

       

         Zawsze mnie zastanawia, jacy my, jako ludzie, jesteśmy malutcy. Najpierw, jacy jesteśmy na naszej ulicy - tak sobie. Potem,  jacy mali jesteśmy w naszym miasteczku - trochę mali. Następnie w naszym kraju - bardzo mali,co? Jeszcze na kontynencie i wreszcie Ziemi. Ale to nie wszystko - nie zapominajmy o Układzie Słonecznym, galaktyce Drogi Mlecznej. I jeszcze oczywiście jest wiele innych galaktyk. Więc podsumowując, jesteśmy bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mikroskopijni. Jesteśmy malusieńką częścią wszechświata. Podobno Ziemia jest jedyną planetą, która ma wszystkie rzeczy potrzebne do życia. Na pewno nie możemy być na jedynej takiej planecie – na pewno jest więcej takich planet. Może na tej planecie coś poszło nie tak i nie jest tak, jak u nas. Na przykład meteor, który spowodował zagładę dinozaurów, ominął tę planetę i dinozaury nadal żyją tam sobie w spokoju, ale też tak jak my ”zmądrzały”. Jeśli nie rozumiecie, o co mi chodzi, to wyobraźcie sobie siebie, jako dinozaura, grającego na swoim tablecie lub smartfonie. Mnie to też rozśmieszyło, jak to wymyśliłam, więc nie jesteście sami. :)

czwartek, 20 września 2012

         Zaczynamy się z dziewczynkami zastanawiać, jakie atrakcje zorganizować dla Piotra z okazji jego 40. urodzin, które będą miały miejsce pod koniec listopada. Wprawdzie to dopiero za dwa miesiące, ale zaczynamy myśleć już teraz, w końcu nie codziennie świętuje się czterdziestolatka w rodzinie. Dzisiaj w drodze do szkoły zapytałam dziewczynki, co ich zdaniem wyjątkowego mogłybyśmy zorganizować dla taty. Basia zaoferowała się, że zrobi tacie na śniadanie naleśniki z truskawkami i bitą śmietaną, a właściwie naleśnikowy tort z 40-tką na szczycie. Zosia uznała, że sam fakt, że to ona obudzi tatę, a nie on ją, już będzie wystarczająco wyjątkowym wydarzeniem.

          Burza mózgów trwała przez całą drogę do domu i przychodziły nam do głowy coraz to ciekawsze propozycje, jak wyjście do teatru, na koncert, tudzież nasz koncert rodzinny na klarnet, gitarę i pianino z moim wokalem. Basia stwierdziła, że moglibyśmy iść na tańce. Potem jednak uzmysłowiła sobie, że jeśli zaczniemy wywijać z Piotrem rock’n’rolla, to skończymy oboje na intensywnej terapii. Temat urodzin wisi w powietrzu, może coś podpowiecie, kochani?

          Tymczasem  Basia była wyraźnie podekscytowana wizją tanców. Chodzi w szkole na klub taneczny i bardzo wyraźnie w ciągu klku tygodni rozruszała swoje ciałko w rytmie cza-cza. W czasie kolacji zaczęła wystukiwać rytm szczypcami do tostów jak kastanietami do flamenco. Zażartowałm, że kiedyś jej mąż będzie sobie życzy tosty przy każdej okazji, byleby mu tak pięknie tańczyła w kuchni ze szczypcami. Po kolacji zamiatała kuchnię  z okruszków i ni stąd, ni zowąd zaczęła tańczyć z kijem od szzotki, a potem śpiewać. Mając w pamięci moją wcześniejszą uwagę, roześmiana Basia stwierdziła:

        - Kiedyś będę spektakularną żoną. 
        - Więc trzeba będzie Ci znaleźć równie spektakularnego męża. – odpowiedziałam. Basia odparła
        - Z tym może być trudno, mamo.

         Fajnie mieć takie spektakularne córki. :)

22:22, ewa.wolinska , Basia i Zosia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 lipca 2012

          Nie nadążam za tym wszystkim, co dzieje się wokół mnie, w mojej rodzinie, w pracy, w Derby, w Anglii w ogóle. Rok 2012 dostarcza tyle wrażeń, że nie jestem w stanie ich już zaabsorbować, czuję się przestymulowana. Jubileusz, Euro, olimpiada, teraz Wimbledon, Tour de France. Włączyłam w piątek  telewizor, żeby śledzić poczynania Jerzego Janowicza, który, mimo że w kocu przegrał walkę o 1/8 finału, to fantastycznie grał. Agnieszka Radwańska przeszła do 1/4 finału gry pojedynczej kobiet i już nie mogę się doczekać, jak jej gra potoczy się dalej. Okazało się jednak, że sportowe stacje telewizyjne już same nie widzą, co transmitować. Tu Wimbledon, tu końcówka Euro, tu przygotowania do olimpiady Londyn 2012, sztafeta ze zniczem olimpijskim, a na domiar tego wszystkiego Mistrzostwa Europy w Lekkiejatletyce w Helsinkach. Kalendarz wydarzeń napięty do granic wytrzymałości.

          Nasz kalendarz też jest napięty poza wszelkie granice. Właściwie każdy dzień musimy planować z zegarkiemw  ręku i terminarzem przed nosem. Koniec roku szkolnego obfituje w tyle wydarzeń w szkołach, co powoduje niesamowite zamieszanie na mojej niwie zawodowej. Moje córki mają poza tym wiele aktywności pozalekcyjnych, a co za tym idzie czas na podsumowanie roku – koncerty, pokazy, spotkania, wywiadówki. Na to wszystko nakładają się przygotowania Basi do opuszczenia primary school i przejścia do secondary school. Narzekam, narzekam , ale lubię, kiedy wiel e się dzieje, potem wakacje są zasłużonym odpoczynkiem po ciężkiej pracy.

         Pogoda pokrzyżowała jednak niektóre plany, jak te związane z dorocznym dniem sportu w szkole moich córek. Już sobie wszystko zaplanowałm, żeby móc tam być i robić zdjęcia wraz z młodymi adeptami fotografii z naszego fotoklubu, kiedy w czwartek lunął w Derby taki deszcz, że nie było mowy o wyjściu na zewnątrz, a co dopiero zawodach sportowych. Jedyne wyścigi, jakie były możliwe, to dotarcie do samochodu jak najszybciej, żeby uniknąć przemoczenia do suchej nitki. Zrobiło się tak ciemno, że w niektórych częściach miasta pozapalały się automatycznie latarnie uliczne. Następnego dnia miała dotrzeć do Derby sztafeta ze zniczem olimpijskim, zmokli porządnie w Nottingham. Trzymaliśmy kciuki, żeby w Derbyshire mieli wolne od opadów.

          Odwiedziny sztafety olimpijskiej były w Derby i są chyba w całym kraju, w każdym miejscu ogromnym wydarzeniem. Ludzie niosący pochodnię zostali wytopowani już dawno temu i wszyscy cieszyli się zaszczytem, jaki ich spotkał. Wybieraliśmy się na powitanie znicza olimpijskiego w Derby na Market Place, ale nasze dziewczynki miały inne zobowiązania w piątkowy wieczór. Wolały iść na zbiórkę skautów niż do centrum miasta. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć sztafety biegnącej przez miasto. Taka okazja, że mieszkam akurat w kraju, w którym organizowane są igrzyska olimpijskie, może się nie powtórzyć. Ale czuliśmy się w ten weekend jak wąż zjadający własny ogon, nie mogący za sobą nadążyć.

           Zosia miała dwa dni wyjęte z życia. Jej grupa taneczna przygotowywała się przez ostatnie miesiące do corocznego pokazu i wypadł on właśnie w ten weekend. W sobotę nasza baletnica spędziła 5 godzin na próbie generalnej z kostiumami. Było co próbować. Zosia występowała na scenie 4 razy, za każdym razem w innym kostiumie. Do tego nasza 8-latka musiała mieć gładko uczesane włosy i nałożony makijaż. Kiedy skończyły się próby sobotnie, Zosia wystrzeliła jak strzała ze Spondon Village Hall gotowa robić wszystko, tylko nie tańczyć, więc pojechaliśmy do stajni St. Leonards w Toton, gdzie nasze dziewczynki jeżdżą konno na coroczny piknik rycerski. My braliśmy w nim udział po raz pierwszy.

           W przerwie między popisami jeźdźców przebranych za średniowiecznych rycerzy, walczących ze sobą na lance, miecze i topory dzieci mogły wziąć udział w różnych konkurencjach. Zosia i Basia biegły więc w workach, rzucały kaloszem na odległość  ( to taki angielski odpowiednik naszego polskiego rzutu beretem  ) oraz biegły w wyścigu trzech nóg, czyli parami ze związanymi środkowymi nogami. Zważywszy na to, że w konkurencjach chcieli też brać udział rycerze, bardzo ciekawie to wyglądało. Na koniec odbył się bieg w ogromnym worku na 4 osoby. To dopiero wymagało koordynacji i gry zespołowej. Drużyna Basi nie poddawała się do końca i nie oszukując znalezła rozwiązanie, jak dostać się sprawnie do mety.

             Nad stajnią po 2 godzinach pokazów zaczęły się zbierać szarobure chmury i akurat kiedy rycerze skończyli swoje pokazy, zaczął kropić deszcz. Udaliśmy się więc w drogę powrotna do Derby. Mieliśmy jeszcze w planach koncert w Darley Abbey  z okazji sztafety olimpijskiej. Zosi szczególnie zależało na pokazie sztucznych oggni, ale pogoda nie zachęcała do wysiadania z samochodu, a co dopiero do stania pod sceną na deszczu. Wróciliśmy do domu z zamiarem wyspania się przed wielkim dniem przedstawień tanecznych Zosi. A fajerwerki słyszeliśmy dopiero około 23.00.

             W niedzielę Zosia w pełnym makijażu i fryzurze pobiegła na występy. Aby wszyscy rodzice i krewni mogli zobaczyć swoje małe gwiazdy, musiały się odbyć dwa przedstawienia. My mieliśmy bilety na drugie. W przerwie przyszliśmy do Zosi, żeby dać jej coś ciepłego do jedzenia, żeby nam zupełnie z sił nie opadła. Domowy rosół postawił ją na nogi i była gotowa przetańczyć całe popołudnie. Mała korekta makijażu i fruzury, kostium i nasza gwiazda była gotowa. Ja tylko współczuję tym paniom, które pomagały dzieciom w szatni się przebierać. Jak znam naszą Zochę, łatwe to nie było. Przedstawienie było bardzo fajnie zaplanowane, każda grupa wiekowa tańczących w zespole dziewczynek mogła wykazać się swoimi umiejętnościami w balecie, tańcu nowoczesnym, stepie i akrobatyce. Całość wiązała ze sobą historia czarownic, które chcąc zadbać o swoją reputację, postanawiają pomóc śpiącemu królewiczowi. Zosia wprawdzie nie miała żadnej konkretnej roli, ale my zachwycaliśmy się jej każdym pojawieniem się na scenie.



            Kiedy po zakończonym występie wróciliśmy do domu, była już 18.30. Weekend minął nie wiadomo kiedy i czas było pomyśleć o dniu następnym, między innymi o kolejnych zajęciach baletowych. Że też one nie mają dosyć...

środa, 14 marca 2012

           Nasza 8-letnia już (jak trudno w to uwierzyć) Zocha przesypia noce. Żadna nowina, większość dzieci w jej wieku opanowała tę umiejętność już dawno temu, ona zresztą też, jednak przyłazi do mnie w nocy i mnie męczy. Ja nie mam siły znaleźć w sobie determinacji, żeby poświęcić jedną noc i ją odprowadzać za każdym razem do jej łóżka – zgodnie z metodą Superniani. Moje dziecko jest bowiem bardzo sprytne i w pełni świadome swojej karalnej działalności. Każdego ranka, kiedy pytam ją, dlaczego do mnie przyszła, wymawia się złymi snami. Ostatnio wymyśliła, że usypiający ją tata uciekł jej i to dwa razy. Dlaczego w takim razie przychodzi od mojej strony łóżka? W odpowiedzi dowiedziałam się, że tata chrapie, więc do niego nie można się przytulić i spokojnie spać. Na to Piotrek ze stoickim spokojem wytoczył argument, że przecież mama też chrapie (on to wie, kiedy użyć artylerii), ale Zosia pozostała obojętna na ten wydawałoby się nam miażdżący argument. Widocznie mamy chrapanie nie jest jej sraszne.

            Zamęcza mnie to, bo nie śpię od 3 nad ranem porządnie, tylko jak zając na miedzy. Zosia jak mnie nie kopie, to śpi na mnie, na moim brzuchu, na mojej pupie, bo po co komu poduszka, a Piotrek obrywa boksy albo kopniakiw ucho, bo córka nasza ma w sobie tyle samo energii we śnie jak i na jawie. Kiedy ostatnimi siłami uciekam do jej łóżka, za godzinę przychodzi z pretensjami, że sobie od niej poszłam, a ona ma przecież złe sny i trzeba ją przytulać. Nie wiem, w czym tkwi sekret mojego przytulania, ale kiedy wyjechałam kiedyś na kilka dni, Zocha przylazła do Piotrka z hasłem: przytul mnie. Tata przytulił, Zosia stwierdziła - nie tak mnie przytulasz, idę sobie, i nie zawitała już do niego potem ani razu :)

            Odwiedziny naszej młodszej latorośli stają się najdotkliwsze w weekend, kiedy mamy nadzieję na dłuższy sen i odpoczynek, ale niewiele udaje nam się z tego  zrealizować. Jak co ranek zawiata do nas Zocha ze swoim przychówkiem w postaci lal, Agaty i Anabli i ładują nam się we trójkę do małżeńskiego łóżka. Ostatkiem przytomności powtrzymuję Zosię przed wtarabanieniem na łóżko kołyski.

             Kiedy Zosia kończyła 6 lat, apelowałam do jej 6-letniej dojrzałości, żeby spróbowała spać w swoim wygodnym ślicznym łóżku i nie przyłaziła do nas w nocy. Zocha obiecała, po czym nazajutrz po swoich urodzinach przywędrowała jak gdyby nigdy nic. Zapytana przy śniadaniu, jak doszło do złamania przysięgi, z szelmowskim uśmiechem na twarzy, przez rosnące właśnie nowe stałe zęby wysepleniła: „Osukałam Was”. Mimo skończonych 8 lat nadal przyłazi, bo miała zły sen, bo się musiała przytulić, bo było jej zimno, bo kołdra spadła, bo musiała... Noce bez Zosi są wyjątkami godnymi kredy w kominie. I mimo iż mamy z Piotrem naprawdę duże łóżko, to z Zosią już się robi ciasno, ja zostaję wciśnięta w środek i mi za ciasno, za gorąco, bo chronię Zosię, nie chcę jej zgnieść. Budzę się połamana, niewyspana. Kiedy stanie się cud i Zosia nie przyjdzie, instynktownie budzę się o 3 nad ranem z nadmiaru komfortu...

               Zastanawiamy się, z czego to wynika. Może przedobrzyliśmy. Kiedy miała pokój wspólnie ze starszą siostrą, być może czuła się bezpieczniej i spała u siebie. Teraz, kiedy ma własny pokój, dalej od sypialni rodziców, poczucie bezpieczeństwa widocznie zmalało. Koleżanka pyta mnie czasem, czy ja tak na serio narzekam i przeszkadza mi Zosi wtulanie się we mnie? Może to wynika z jej potrzeb emocjonalnych, potrzebuje ciągle kontaktu z rodzicami, czuje się lepiej. Być może, tylko ja odczuwam, że ma to coraz gorszy wpływ na moje samopoczucie, kondycję i zdrowie. Dopóki nie pracowałam na pełnym etacie, dawało się jakoś odpocząć, teraz potrzebuję się porządnie wyspać, żeby normalnie funkcjonować w pracy następnego dnia.

               Słodkich snów Zosiu, w swoim własnym łóżku...

niedziela, 30 października 2011

            Kiedy przeprowadziliśmy się do Derby, staraliśmy się zapełnić naszą codzienność podobnymi aktywnościami, do których przyzwyczailiśmy się i polubiliśmy w czasie pobytu w Czechach, by ta zmiana była jak najmniej bolesna dla nas i naszych córek, by w nowym miejscu zająć się znanymi nam, przyjaznymi rzeczami, które pozwolą nam przywyknąć do nowego otoczenia. Jednak szybko okazało się, że różnica otoczenia powoduje też różnicę uwarunkowań, które nie do końca pozwalają nam ustalić wszystko według naszych oczekiwań i przyzwyczajeń. W Pradze mieliśmy bardzo urozmaicony i wypełniony zajęciami poszkolnymi tydzień. Właściwie w ciągu tygodnia mieliśmy jedno wolne popołudnie, a poza tym ciągle się coś działo. Jazda konna, popołudniowe zajęcia w polskiej szkole, tenis, basen oraz tańce w szkolnym klubie. Ciągle jeździłam w kółko jako taksówkarz rodzinny po praskich wzgórzach, ciagle brakowało nam czasu, ale paradoksalnie dzięki tym wszystkim zajęciom miałyśmy go jeszcze więcej. Jesienią jeździliśmy na rowerach i chodziliśmy na spacery do Szarki, jeździłyśmy z Basią na rolkach, a kiedy zaczynał się sezon na lodowisku na Sztvanickim Ostrovie, wrzucałyśmy łyżwy do bagażnika i tyle nas widzieli. Dlatego po przyjeździe do Derby zależało nam na tym, by kontynuować nasze zajęcia rekreacyjne.

              Pierwszą rzeczą , za którą zaczęliśmy się rozglądać, była jazda konna i tenis. Tenis znaleźliśmy w klubie sportowym blisko siedziby Piotra firmy. Prywatny fitness klub z basenem i wszystkimi dogodnościami wydawał nam się na początku świetnym rozwiązaniem, pociechą w nadchodzącej jesieni i zimie, miejscem, gdzie będziemy mogli  wyszaleć się sportowo. Na początku było nawet zabawnie, ale z czasem koszty lekcji tenisa dla Basi i opłaty klubowe zaczęły przewyższać nasze możliwości. Z jazdą konną też nie było łatwo, nie mogliśmy znaleźć żadnej stajni  ze szkołą jazdy konnej w naszej okolicy. Oczywiście jeździectwo jest jedną z ulubionych aktywności Anglików, ale najczęściej wiąże się to z posiadaniem konia i własnej stajni, lub przechowywaniem konia w specjalnych stadninach, które są swego rodzaju hotelami dla koni, jednak bardzo rzadko prowadzą lekcje jazdy konnej. Po pewnym czasie nasi znajomi z Tutbury zapoznali nas bliżej ze zwyczajami jazdy konnej i szkół jeździeckich w  naszych okolicach. Polecali nam nawet szkołę, do której uczęszczał Kuba, ale była dość daleko. Niestety, mimo iż nawet  w drodze do szkoły przez mostek nad autostradą widzimy codziennie pasące się konie, nawet ich właścicielka nie wiedziała nic o znajdującej się w pobliżu szkółce. Przez chwilę cieszyliśmy się, kiedy okazało się, że w parku przy pałacu w Elvastonie jest stajnia i lekcje jazdy konnej, ale nie udało nam się z nikim umówić na jazdę i wkrótce stajnia zamknęła swoje podwoje dla klientów z zewnątrz bez własnych rumaków.

               Szukaliśmy zazwyczaj w okolicach Derby i Derbyshire, ale przecież rzut beretem od nas znajduje się już Nottingham i Nottinghamshire, gdzie mamy znacznie bliżej niż w odległe zakątki naszego własnego hrabstwa. I dzięki temu, że zmieniliśmy  rejon poszukiwań, szybko natrafiliśmy na stajnię znajdującą się bardzo blisko nas, w Toton, nieopodal znanego nam z wiosennej wycieczki Attenborough Nature Centre – rezerwatu ptactwa wodnego. Odnaleziona za pośrednictwem Intrnetu stajnia okazała się być przyjazną szkółką z przystępnymi cenami, do której w ciągu tygodnia i w weekendy zjeżdżają się dzieci, młodzież i dorośli z całej okolicy. Początkowe kilka lekcji mieliśmy w środy, ale potem dopadły nas choróbska i ciągle odwoływaliśmy zajęcia. Kiedy tydzień temu pojechaliśmy tam wreszcie w niedzielę, zdecydowaliśmy, że lepiej będzie jeździć tam jednak w weekendy. Nasze środowe lekcje były dość późno. Dziewczynki wychodzą ze szkoły o 15.30, lekcja była o 16.30, do domu docierałyśmy więc w efekcie na 18.00. W obliczu dzisiejszej zmiany czasu na zimowy, te środowe lekcje byłyby już po ciemku, a i jesienna aura nie rozpieszcza. Niedziela bardziej przypadła nam do gustu. Przy odrobinie orgaznizacyjnego wysiłku, można to też pogodzić z innymi naszymi niedzielnymi zobowiązaniami, więc jest też coś dla ciała i dla ducha.

               Basia bardzo tęskniła za jazdą konną, dlatego tak nam zależało, żeby znaleźć wreszcie miejsce, gdzie mogłaby dalej chodzić na lekcje konnej jazdy. Zdążyła już trochę zapomnieć, a poza tym bardzo urosła w porównaniu z tym, kiedy jeździła w stajni Solveig w Tuchomierzicach. Dzięki tym kilku początkowym lekcjom w środy oswoiła się z powrotem z końmi, odważyła się nawet na pierwsze skoki. Wprawdzie w środy było znacznie mniej uczniów, ale nasza decyzja o lekcjach w niedziele jest na razie ostateczna. Może na wiosnę pokusimy się o zmianę. Tydzień temu Basia musiała sprostać lenistwu swojego konika, dzisiaj musiała poskramiać zbyt ruchliwego. Nauczyła się więc jak radzić sobie z takim, któremu ruszać się za bardzo nie chce oraz z takim, co ruszać chce się aż za bardzo. Basia świetnie radziła sobie dzisiaj z klaczą Monty, która była nieposłuszna. Najgorsze nadeszło, kiedy przyszła pora na skoki przez przeszkody.

           Nie jest to jeszcze żadna zaawansowana grupa, więc przeszkoda był niziutka, prawie niewyczuwalny skok, ale i tak Monty nie chciała nawet przez nią przejść. Za pierwszym razem z pomocą asystentki trenerki Basia i Monty pokonały przeszkodę, za drugim razem Monty się zdenerwowała już naprawdę mocno i spłoszona dodatkowo potknięciem asystentki o przeszkodę poniosła Basię. Mnie serce w gardle stanęło. Basia piszczała, stopy wypadły jej ze strzemion, więc nie mogła sterować koniem, zostały jej lejce. Jednak stara praska szkoła nie poszła w las. Nauczona przez Solveig jeszcze w Pradze, jak sobie radzić bez strzemion, ściskała konia kolanami i skulona nie pozwoliła się zrzucić. Na koniec zatrzymała wreszcie konia, aż z zachwytu biłam jej brawo. Strasznie się wystraszyła, ale nie traciła panowania nad sobą i koniem, nie spadła, a tego bałam się najbardziej. Spokojnie dokończyła lekcję z innymi, trenerka chwaliła ją za świetną pracę nóg i rozwagę. Dobrze, że to wszystko miało miejsce na padoku treningowym w ograniczonej przestrzeni, bo w plenerze koń mógłby galopować aż do zatracenia.



           Zosia natomiast wiedzie prym w początkującej grupie, dzisiaj miała drugą lekcję. Swoją drogą to ciekawy widok, o przydziale do tej grupy nie decyduje wiek, ale umiejętności. Ciekawie to wygląda, kiedy w jednej grupie na koniach różnej wielkości jeżdżą kilkuletnie dzieci i dorośli w kwiecie wieku, którzy właśnie rozpoczynają przygodę z jazdą konną. Jak widać, nigdy nie jest za późno, a na maluchach to też robi wrażenie, że tacy duzi ludzie muszą się uczyć dokładnie tego samego, co one. Zosia jak to Zosia, jak coś robi, to całą sobą, jak kłusuje, to całą sobą wraz z odgłosem paszczą, jak galopuje, to też całą sobą. Dzisiaj świetnie panowała nad białym kucem Kupidem, który słuchał Zosi zdecydowanych kopnięć, pociągnięć lejcami. A ona jakby była stworzona do siedzenia w siodle, dawała sobie z nim radę, a małe ominięcia czy błędy kwitowała uśmiechem, nie zrażając się ani na chwilę. Była cała rozanielona, że jest już takim samodzielnyem jeźdźcem, który bez lonży prowadzi konia samodzielnie.

           Cudownie jest patrzeć na ich zaangażowanie i radość z lekcji. Popijamy kawę z kafejki w barakowozie i razem z innymi rodzicami przeżywamy to, co dzieje się na padoku dla początkujących i średniozaawansowanych. I trochę nam żal, że my też nie siedzimy w siodle. Kto wie, może się zmobilizujemy na wiosnę i pokłusujemy razem z dziewczynkami.

              Zosia od zawsze uwielbia telefony. To była jej ulubiona zabawka w okresie niemowlęcym. Telefon kojarzył jej się z głosem babci i dziadka, głosem taty dzwoniącego z pracy, głosem mamy, kiedy opiekowała się nią niania albo babcia. Klawisze czy kręcąca się tarcza, to było mniej istotne, kiedy Zosia była mała, ważny był przekaz, jaki niosła w sobie słuchawka telefonu, głos osoby, z którą chciała rozmawiać, kogoś, kogo się kocha, za kim się tęskni, kogo chce się usłyszeć. Kiedy ktoś do mnie dzwonił, Zosia domagała się, że chce z tą osobą rozmawiać. Nie rozumiała, że nie zawsze jest to tata, babcia lub ciocia, osoba, którą zna. Nie sposób było wyperswadować Zosi zakupu gazetki dla dzieci z dołączonym na wabia plastikowym gadżecikiem w kształcie telefonu i dopiero od niedawna udaje mi zapobiec pojawieniu się w jej zabawkach kolenego plastikowego badziewia Made in China tylko i wyłącznie z tego powodu, że przypomina telefon i ma guziczki wydające dziwne dźwięki.

              Udało się nam to dzięki podarowaniu Zosi starego telefonu komórkowego, dzięki któremu mogła zaspokoić swoje telefoniczne pasje. Szybko wydzwoniła do babć i dziadków swój 10 funtowy limit, ale pozostały jeszcze grające melodyjki oraz najważniejsza dla Zosi obecnie funkcja, jaką ma telefon komórkowy czyli robienie zdjęć. Oto jak zmieniło się myślenie o telefonie, od narzędzia do rozmawiania do narzędzia do upamiętaniania wszystkiego wokół. W przypadku Zosi trzeba to rozumieć dosłownie, fotografia cyforwa daje jej bowiem prawie nieograniczone możliwości zapisywania każdego szczegółu. Memory is the limit. W tym przypoadku memory card, a w zasadzie jej pojemność.

             Ale co się dziwić człowieczkowi, który od maleńkości obserwuje swoją nawiedzoną matkę, która nigdzie bez aparatu fotograficznego się nie rusza, która prawie wszystkiemu robi zdjęcia, nawet najbardziej nieinteresującym rzeczom, rzeźbom, zamkom, pałacom, krajobrazom. Nawet kółko fotograficzne poprowadziła, więc Zosia ma fotografowanie ma we krwi. Fotografuje mama, fotografuje siostra, więc czemu i nie ona sama? Zważywszy jednak na Zosiną niefrasobliwość, strach dać jej do ręki aparat. By jej pasja i wizja twórcza mogły znaleźć ujście, często używa ona właśnie telefonu komórkowego, który jest niemalże pancerny i odporny na wszystkie upadki i niefortunne zdarzenia.

             Kiedy jedziemy gdzieś samochdoem, po serii malowania, czytania, słuchania muzyki i śpiewania, kłótni z siostrą, Zosia zaczyna się nudzić i prosi o któryś z dwóch telefonów Piotra, żeby móc zrobić zdjęcia. I jakież jest nasze zdziwienie, kiedy pod koniec podróży aparat w telefonie odmawia współpracy komunikując nam, że memory is full. Zosia ma potencjał! Nie znam nikogo innego, kto sobie sam robi zdjęcia z taką precyzją. Oczywiście oprócz siebie samej Zosia uważa wszystko dookoła za ciekawy obiekt fotgraficzny. Mogą to być Zosi buty w różnych ujęciach pod różnym kątem, lala, która aktualnie wzięła ze sobą na wycieczkę, siostra lub tył głów rodziców. Jest jeszcze radosna twórczość śpiewacza rejestrowana w postaci filmów wideo. Ile śmiechu jest zawsze, kiedy po kilku miesiącach dziewczyny przy okazji  następnej wycieczki odkrywają archiwalne nagrania. Ostatnio Zosia zajmuje się fotografowaniem fragmentów samochodów z przeciwległego pasa. Oczywiście ona stara się złapać samochód w całości, ale w efekcie na zdjęciu widnieje zderzak, reflektor przedni lub tylni.

             Z tych opisów może wynikać, że Zosia jest fotografem nieskoordynowanym, ale Zosia zawsze wszystko robi szybko, jakby ją ktoś gonił, więc często zdjęcia są poruszone. Jednak coraz lepiej radzi sobie z aparatem swojej siostry i czasami uda jej się zrobić zdjęcia, które zachwycają, są kwintesencją fotografii w moim rozumieniu, pokazują coś oczywistego w zupełnie nieoczywisty sposób.  Odkrywamy czasami takie perełki, kiedy czyścimy pamięć naszych pozapychanych telefonów i aparatu. Ostatnio wyszła przed dom zrobić zdjęcie swojej kompozycji kamieni i gałązek, by udokumentować swoją pracę. Przy okazji sfotografowała nasz samochód stojący w garażu, śmietniki przy płocie, czy porzuconą przez nią na poboczu hulajnogę. Zrobiła też zdjęcie naszemu kablowi telefonicznemu biegnącemu od domu sąsiada do nas. Nanizała na niego perłę słońca i się zachwyciłam, jakiego mam sprytnego małego fotografa.

Tagi: fotografia
17:08, ewa.wolinska , Basia i Zosia
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 czerwca 2011

            W tym roku Basia zachęcona opowiadaniami swojej przyjaciółki Oli, która razem ze swoim młodszym bratem Kubą, chodzą na zbiórki skautów już kolejny rok, zdecydowała na jesieni, że też chciałaby spróbować. Zosia oczywiście też zapałała chęcią dołączenia do siostry, ale okazało się, że dla Basi miejsce znalazło się praktycznie od razu, dla Zosi na miejsce na środowe zajęcia Bobrów czekamy do tej pory. Basia chodzi do grupy Wilków, odpowiedniej dla dzieci powyżej 10 roku życia. W ciągu tego roku szkolnego Basia chodziła na zbiórki, udzielała się na zajęciach. Cały czas trwa jej okres próbny, który pozwoli jej się zorientować, czy na pewno chce być skautem.

             Basia jest bardzo zaangażowana, zna już na pamięć treść przysięgi i czeka na swoją kolei. Tymczasem brała już udział w wieczornym biegu patrolowym w Elvastonie i za tydzień będzie miała tam biwak, ponieważ skauci obsługują piknik maszyn parowych, który będzie miał tam miejsce. Tuż przed Wielkanocą odbywała się w mieście parada świętego Jerzego, która była okazją dla podsumowania dokonań wszystkich drużyn skautowych działających na terenie Derby. Najpierw skauci przemaszerowali przez plac pod ratuszem i salutowali merowi, a potem w derbiańskiej katedrze świętowali swoje sukcesy. Basia już nie mogła się doczekać zaprzysiężenia i tydzień temu jej drużynowa zapowiedziała, że wszyscy nowi skauci zostaną zaprzysiężeni na kolejej zbiorce, czyli dziś.



            Pamiętam, ile mnie dało bycie harcerką. Może ktoś zarzucić, że to były czasu PRL, a ówczesny Związek Harcerstwa Polskiego był jedną z organizacji hołdujących komunitycznym rządom, wręcz sposobem szerzenia socjalistycznej propagandy. Moje uczestnictwo w ruchu harcerskim przypadło na szczęście na lata, kiedy ta propaganda słabła z każdym rokiem, by w końcu odpuścić sobie na dobre. Zbiórki zuchów a potem harcerzy, biwaki i obozy były niezapomnianymi przeżyciami dzieciństwa, sposobem na oderwanie się od szarej rzeczywistości. Wspomnienia z wyjazdów i obozów zawsze będą dla mnie cenne, tam uczyłam się samodzieności i wytrwałości, współpracy, kontantów z rówieśnikami, umięjętności życia w grupie. Tam też rodziły się pierwsze fascynacje, przyjaźnie.

            Cieszę się, że moja córka ma teraz okazję uczestniczyć w życiu angielskich skautów. Mimo iż jest to trochę inna organizacja niż polskie harcerstwo, to jednak wyrasta z tej samej tradycji zapoczątkowanej przez generała. Roberta Baden-Powella. Cel przyświeca jej ten sam – by dzieci pod kierunkiem instruktorów mogły rozwijać swoje zdolności, swój potencjał, umiejętności oraz by wiedziały, jakie temu przyświecają wartości. Basia należy do 66. drużyny derbiańskiej, 1. spondońskiej i właśnie dzisiaj została „zainwestowana”, czyli z angielskiego na nasze tłumacząc  zaprzysiężona na skauta. Dostała wszystkie plakietki do przyszycia na swoją skautową bluzę, która do tej pory nie miała żadnych emblematów i chustę w kolorze grantowo-czerwonym. Już za tydzień jedzie na swój pierwszy biwak i aż jej zazdroszczę. Będą pomagali w organizacji i przebiegu wystawy maszyn parowych w parku pałacu Elvaston i będą spać pod namiotami przez dwie noce. Swoją pracą zbiorą fundusze na swoje cele, wyjazdy, dodatkowe przyjemności dla drużyny. Oczywiście na festiwal my też się wówczas wybierzemy zobaczyć maszyny parowe i naszą córkę w akcji.

Tagi: skauting
00:10, ewa.wolinska , Basia i Zosia
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 czerwca 2011

               Kiedy zdarza nam się dyskutować o różnych językach lub znaczeniach słów, Zosia, która miała już styczność z czeskim, włoskim, francuskim i hiszpańskim, zaczyna się dopytywać, jak przetłumaczyć coś na chiński. My wtedy opuszczamy ręce bezradni, a Zosia twierdzi, że wie. Zapytana skąd, nie chce wyjawić źrodła swej wiedzy, a co gorsza nie możemy tego zweryfikować, bo chińskiego nie znamy. Nie jest to oczywiście efekt jakiegoś tajnego szkolenia naszego dziecka, po prostu umyśliła sobie, że chiński zna, bo przecież wystarczy tak śmiesznie mówić jak samuraj i będzie grało. To mniej więcej tak jak wstawianie polskich słówek do angielskiego w Zosi wykonaniu ze szczerym zdziwieniem, dlaczego nikt nie rozumie, że jak Zosia chce lodos, to chodzi o ice cream, a jak była w kinos, to znaczy, że in cinema. Takie dziecięce wynalazki lingwistyczne, które jej zdaniem w chińskim też znajdują zastosowanie. Zosię fascynują też sztuki walki, bardzo chciała się zapisać na lekcje karate i dlatego też lubi film o wojowniku kung fu, sympatycznej pandzie Po. Nawet kiedy oglądaliśmy przygody Jamesa Bonda w „Śmierć nadejdzie jutro”, Zosia była zachwycona widokami chińskiego miasta. Bardzo rozbawił ją również widok chińskiej klawiatury komputerowej. Obiecaliśmy jej, że przy następnej okazji i wizycie w księgarni poszukamy książek dla dzieci o Chinach, a jutro w bibliotece też przeszukamy półki.

              To pierwsza tak poważna Zosina fascynacja, nie bajkowa, nie filmowa, tylko naukowa! Dlatego my też podeszliśmy do niej poważnie, bo jej rozbudzona wyobraźnia i wiedza domagały się nowych obrazów i wiadomości. Powyciągaliśmy z półek różne albumy ze zdjęciami, o cudach świata, historii, encyklopedie. W ruch poszło również nasze archiwum polskich wydań magazynu National Geographic, ułożone rocznikami, gdzie po grzbietach z najważniejszymi hasłami numeru szukałam czegoś o chińskiej tematyce. Zosia już w piżamie siedziała na kanapie i z szeroko otwartymi oczami czekała na kolejne ciekawostki i fotografie. Piotr zaczął zasypywać Zosię wiedzą, a ona się nawet nie sprzeciwiała, tylko chłonęła wszystko jak gąbka. Na koniec zapytała, czy aby nie mamy jakiejś cioci w Chinach? Rozbawiała nas tym niezmiernie. Kiedyś ludzie marzyli, żeby mieć wujka w Ameryce, takiego, co zaprosi lub przynajmniej spadek po sobie zapisze, a Zosi marzy się ciocia w Chinach, bo można by jechać i ją odwiedzić. Basia już nawet opracowała szlak, bo marzy jej się wyprawa do buddyjskiego klasztoru szlakami Tomka Wilmowskiego. Ech, te moje podróżniczki...

              Jak wszyscy rodzice zastanawiamy się czasami, kim w przyszłości będzie nasze dziecko – standardowo – lekarką, bo uwielbia bawić się w lekarza swoimi lalkami, tancerką lub gimnastyczką, bo jej ciało jest stworzone do tego rodzaju wygibasów, a tu proszę, nasza córka ma wyczucie rynku i przyszłości świata, ona widocznie będzie sinologiem!

środa, 06 kwietnia 2011

             Wielokrotnie wspominałam już na łamach tego bloga o różnych inicjatywach edukacyjnych, które są organizowane w Derbyshire. Pozwalają one dzieciom pochwalić się swoimi dokonaniami w różnych dziedzinach przed szerszą publicznością niż tylko na szkolnym apelu. Pisałam już o koncercie orkiestry stworzonej z zepołów z różnych szkół, w którym Basia grała na klarnecie, koncercie chórów szkolnych, gdzie połączone stworzyły wielki chór i śpiewały z towarzyszeniem orkiestry całą rozpisaną partyturę widowiska. Za każdym razem było to zarówno dla nas, rodziców jak i dla naszej córki ogormne przeżycie. Dzieci miały okazję wziąć udział w poważnym artystycznym przedsięwzięciu i zaprezentować swoje umiejętności na prawdziwej scenie przy licznie zgromadzonej publiczności. Było to dla nich wyróżnienie i nobilitacja, chociaż oczywiście nie obyło się bez tremy i nerwów.

            Tym razem przyszedł czas na inną dziedzinę artystycznej działalności. W ramach promocji ideałów olimpijskich przed zbliżającymi się igrzyskami w Londynie, sportowe stowarzyszenie szkolne w Derbyshire zorganizowało przed tygodniem pokaz zespołów tanecznych ze wszystkich szkół, które prowadzą tego typu zajęcia. Zgłosiło się do niego tak wiele uczestników, że pokazy odbywały się przez dwa dni z rzędu. Mimo iż na codzień w szkole Asterdale nie odbywają się zajęcia taneczne ani nie ma kółka poświęconego tańcowi, to i tak dzieci chciały wziąć udział w  tym pokazie. Z półrocznym wyprzedzeniem przygotowywały się do tego pokazu pod okiem instruktorów z pobliskiej szkoły tańca. Do reprezentowania szkoły wybrano klasę 5, czyli klasę Basi. Nasza córka twierdzi, że wybór padł na nich, ponieważ są najbardziej sympatyczną i zgraną klasą. To bardzo dobrze o nich świadczy.

              Basia przygotowywała się do tego występu, ale nie chciała nam specjalnie zdradzać, czego uczą się na tych zajęciach ani pokazywać ruchów tanecznych, żeby nie zepsuć niespodzianki. W tej sytuacji nie pozostawało mi nic innego jak iść na jej występ i obejrzeć to osobiście. Dzieci z okolicznych szkół z miasta i okolicy ciągle dojeżdżały do Assembly Rooms w centrum Derby, a rodzice, którzy chcieli obejrzeć pokaz, tłoczyli się w wielkiej kolejce na placu pod ratuszem. Padł na nas w pewnym momencie blady strach, kiedy pan ogłosił, że nie ma już miejsc, ale na szczęście zaczęli sprzedawać bilety na miejsca z boku widowni za mniejsza cenę.

             Przed pokazem szkół wystąpiła dziewczyna, która jest ambasadorką idei olimpisjkich i przedstawiła je wszystkim zebranym. Mówiła o równości, przyjaźni, sportowym współzawodnictwie i możliwości wzajemnego poznawania się, tolerancji i wzajemnym szacunku. Każda grupa taneczna nawiązywała w swoim występie do jednej z tych wartości i przedstawiała również źródło swojej inspiracji, z jakiego kraju pochodzi muzyka lub taniec, który będą pokazywać. Bardzo mi się podobało to zakorzenienie tańca pośród ideałów, pozwoliły one dzieciom zrozumieć bliżej, co jest ważne we współzawodnictwie i spotkaniu. Mimo iż te pokazy nie miały charakteru konkursu, dzieci i tak chciały pokazać się od jak najlepszej strony. Wzajemny szacunek, różnorodność i tolernacja były widoczne szczególnie, kiedy na scenie występowały grupy taneczne ze szkoły specjalnej oraz dzieci niepełnosprawne. Im również dano szansę pochwalenia się przed wszystkimi swoimi umiejętnościami i osiągnięciami i zebrali za swoje występy gromkie brawa.

            Organizatorzy zrobili wszystko, by nikt nie czuł się pominięty, by każdy miał szansę, był traktowany na równi z innymi. Nie jestem do tego przyzwyczajona i tym bardziej mnie to porusza i doceniam tego typu przedsięwzięcia, ponieważ za moich szkolnych czasów, w prowincjonalnym miasteczku dzieci niepełnosprawne umysłowo i fizycznie były spychane na margines społeczeństwa, odseparowywane. Nie miały możłiwości publicznych występów na równi z innymi dziećmi, by nie wprawiać w zakłopotanie ludzi zdrowych, by nie psuć im samopoczucia przypomnieniem, że nie wszystko jest na tym świecie idealne.

              Pokaz był bardzo różnorodny, tańczyły dzieci z klas najmłodszych, poprzez klasy starsze i gimnazjalne. Zachwycające były maluchy tańczące na scenie. W wielu grupach dzieci czasami czuły się onieśmielone i zagubione byciem na scenie. Ich podrygiwania miały niewiele wspólnego z tańcem, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo najważniejsze było, że zdobyły się na odwagę i spróbowały. Tańczyły do przeróżnej muzyki i w różnych stylach od klasycznego baletu poprzez elementy tańców towarzyskich i tańca współczesnego oraz hip hopu. Jedna grupa zaprezentowała taniec jazzowy, inna taniec inspirowany twórczością i muzyką Michela Jacksona, jeszcze inna tańczyła do muzyki hinduskiej i wypadli pięknie.

            Były piosenki popularne oraz standardy muzyczne. Na scenie oprócz mojej Basi zobaczyłam inne znajome twarze – widziałam dwie polskie dziewczynki ze szkoły katolickiej w Derby, widziałam inne dziwczynki ze Spondonu, które chodzą z Zosią na balet. Mnie jako mamie dopingującej szkołę Asterdale przyszło czekać aż do samego końca, ponieważ grupa Basi występowała przedostatnia. I warto było czekać! Tańczyli do piosenki „Dynamite” i ich taniec  współczesny był dopracowany do najmniejszych szczegółów, w przeciwieństwie do innej grupy tańczącej do tej samej piosenki mieli ciekawą choreografię i byli bardzo zgrani, synchornicznie wykonując te same ruchy. Efekt wybuchu dynamitu na końcu pokazu był oszałamiający. Niestety, nie mogę przedstawić żadnej dokumentacji fotograficznej, ale to dobrze, bo zgodnie z zasadami bezpieczeństwa dzieci rodzice nie mogli sami fotografować swoich pociech. Zdjęcia robił tylko jeden fotograf, który dokładnie wiedział, które dzieci mogą, a które nie mogą być fotografowane, czyi rodzice wyrazili zgodę, a którzy nie. Na pocieszenie dostaniemy profesjonalny film DVD, dokumentujący cały pokaz.

             Tak głośno krzyczałam i dopingowałam drużynę mojego dziecka, że zaczęło boleć mnie gardło. Ale chyba to przeziębienie, bo przecież od dopingowania nie zaczęłabym się smarkać. Ale nie dam się, wiosna jest, panie sierżancie!

wtorek, 08 marca 2011

            Jak ja się cieszę, że mamy to już za sobą. I nie bynajmniej dlatego, że cieszę się, że moje dziecko jest starsze o kolejny rok. To znaczy, proszę mnie źle nie zrozumieć, ja się bardzo cieszę, że nasza córeczka rośnie zdrowo, rozwija, uczy się i jest szcześliwą i uśmiechniętą dziewczynką, ale jak zwykle w takich momentach matczyne serce ubolewa nad upływem czasu i zmianami, jakie nieodwołalnie zachodzą. Teraz ta wydawałoby się jeszcze do niedawna mała dziewczynka chodzi do drugiej klasy angielskiej szkoły, świetnie radzi sobie z czytaniem i pisaniem, ma niewielkie problemy z matematyką, ale to nie szkodzi. Najważniejsze, że każdego dnia radośnie biegnie na spotkanie przygody do szkoły. Mleczaki zostały już w dużej części zastąpione przez zęby stałe i kiedy się uśmiecha, przypomina króliczka lub boberka. Duże zdrowe jedynki wypełniają jej uśmiech, ma to po mamusi.

 

              Przez ostatnie kilka miesięcy Zosia zamęczała nas pytaniami, ile czasu jeszcze zostało do jej urodzin. A że nadal ma problem z objęciem umysłem upływu czasu, tłumaczyliśmy jej na wszystkie możliwe sposoby, ile to jeszcze miesięcy, kartek z kalendarza, ile tygodni, niedziel, które odmierzą upływający czas, ile dni, dób, wyznaczanych pójściem spać i pobudką minie jeszcze, aż wreszcie nastanie 6 marca i będą Zosi urodziny. W ciągu ostatnich kilku dni pytania Zosi dotyczyły jeszcze zaplanowanego przyjęcia i tego, że właściwie cały weekend upłynął nam pod znakiem urodzin, najpierw spędzanych w gronie szkolnych koleżanek, potem w gronie przyjaciół, aż wreszcie w naszym ścisłym gronie rodzinnym. Zosia nie mogła się doczekać zabawy, przyjęcia w Tubby Bear Den czyli placu zabaw dla dzieci pod dachem, małpiego gaju z linami, piłeczkami, zjeżdżalniami, gdzie zamówiłam przyjęcie kilka tygodni wcześniej. Po doświadczeniach z dwóch poprzednich lat, kiedy trudno było okiełznać 10 dziewczynek rozbiegajacych się po naszym domu i robiących gigantyczny bałagan, uznaliśmy z Piotrem, że wolimy zapłacić, by ktoś zdjął nam ten problem z głowy.

               Po tym, jak korzystaliśmy z tego typu placu zabaw w Pradze, ogromnej przestrzeni wyszalni z tygryskiem nad IKEA w Zlicinie, trudno nam teraz dostosować się do małych i często o wiele mniej urozmaiconych placów zabaw w Derby, ale cieszymy się, że w ogóle jakieś są i jest gdzie urządzić przyjęcie. Koleżanki Zosi dopisały nieomal w komplecie, zabrakło tylko jednej. Dołączyli do nas jeszcze Ola i Kuba i dzieci ruszyły szaleć. Potem był tradycyjnie tort ze świeczkami w wybranym przez Zosie kształcie Hello Kitty. Kiedyś byłam ambitna i sama zrobiłam tort, ale dzieci jednak wolą taki zwykły kupny biszkopt, do którego tutaj przywykły, więc ambitna byłam dopiero na naszym domowym obiedzie z przyjaciółmi. W Tubby Bear poszłam po najmniejszej linii oporu, ale za to byłam pewna, że dzieci dostaną w ofercie to, co lubią. Potem spotkały się one jeszcze wielkim misiem, którego wyściskały i 2 godziny minęły bardzo szybko, a dla nas rodziców bezboleśnie. Wyobrażam sobie, co czekałoby nas w domu, w sytuacji, kiedy deszczowa pogoda nie pozwalałaby dzieciom wyjść do ogródka. Zosia cała szczęśliwa z zabawy i prezentów była wypompowana totalnie i ledwo żywa. Domowy obiad pochłonęła bez mrugnięcia okiem.

              Przyszliśmy do domu wraz z Olą, Kubą i ich mamą, których zaprosiliśmy do nas na obiad. Dzieci cieszyły się, że teraz mogą się pobawić w polskojęzycznym gronie bliskich przyjaciół. Kubuś pomógł rozpakowywać prezenty Zosi i okazało się, że dostała od niego piękną różową gitarę. Nie posiadała się ze szczęścia i zamierza brać przykład ze starszej siostry i lekcje od niej. Dzisiaj po Basi lekcji z nauczycielem, Matt nastroił Zosi gitarę i teraz będę miała dwie gitarzystki w domu. Mile spędzany czas szybko mija, dzieci zafundowały sobie jeszcze kino domowe, a potem czas było się rozstać. W niedzielę natomiast czekały Zosię kolejne atrakcje. Kiedy zeszła na śniadanie, zaśpiewaliśmy jej „Sto lat”, a po południu wybraliśmy się do sklepu w centrum handlowym – Fabryki misiów. Pamiętam, że podobny miał kiedyś siedzibę w Smyku w Warszawie. Zosia już od dawna marzyła o zrobieniu sobie własnego misia, ale Piotr obiecał jej, że pójdzie z nią tam na urodziny. Kiedy nadszedł ten wyczekiwany moment, Zosia nie posiadała się z radości i dostawała oczopląsu w sklepie, kiedy okazało się, ile ma możliwości wyboru, ile opcji, ile strojów i dodatków dla misiów. Generalnie można tam rodziców puścić z torbami. Zosia wybrała sobie różową Misię. Pani wypchała ją bawełnianymi skrawkami i włożyła do środka serduszko i głosik. Zosia wybrała dla niej ubranko w wersji uroczystej i codziennej i podpisała przysiegę przyjaciela misii Lili. Pani zapakowała nam to wszystko w pudełko wraz z certyfikatem urodzin nowej przyjaciółki Zosi, z którą nasza córka teraz śpi. Z tego wszystkiego Basia tak się rozochociła, że też zapragnęła misia. Stwierdziła jednak, że nie będzie Zosi robić w dniu urodzin konkurencji i nas narażać na dodatkowe koszty i że może zaczekać do Dnia Dziecka.

              To był prezent od taty, ja zaś obiecałam Zosi lalkę Roszpunkę z najnowszego filmu Disneya. Kiedy już ją kupiliśmy, wybraliśmy się jeszcze do kina całą rodzinką na film „Rango”, głównie z sympatii do Johnny’ego Deppa, który podkładał głos głównemu bohaterowi, kameleonowi Rango. Po powrocie do domu z kina Zosia rozpakowała swoją Misię i lalę, poszła do swojego pokoju i razem z Piotrem zdjęli z półki wszystkie lalki Barbie lub Barbiepodobne, jakie Zosia ma. Zosia mnie poprosiła, żeby zrobić lalom zakład fryzjerski. Ja rozczesywałam kudły i komponowałam fryzury, Piotr kompletował ubranie z Zosią i kładli lale na półkę. Mój mąż był zaskoczony, jakież to ja potrafię wymyślić im uczesania. Moja kreatywność nawet tutaj znalazła swoje zastosowanie. Nie bez powodu zresztą jako mała dziewczynka chciałam być fryzjerką. Uratowałam nawet najbardziej zakudloną lalę, która już była skazana na straty, ale faktycznie ma strasznie długie i kręcone włosy, a im więcej czesze się te sztuczne, tym bardziej się plączą. Na tej wspólnej zabawie czas zleciał nam tak szybko, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy czas było iść spać. A tu jeszcze kolacja niezjedzona, szybko nadrobiliśmy to niedopatrzenie.

             Tak nasza Zosia wkroczyła w 8 rok życia. Pobiegła dzisiaj do szkoły z plakietką „I am 7” i torbą żelków, dla wszystkich kolegów i nauczycieli, by ich poczęstować z okazji swoich urodzin. Zanim się obejrzę, zacznie się dopytywać, kiedy będę jej urodziny, bo nie miałaby nic przeciwko temu, żeby były częściej niż tylko raz w roku.

00:09, ewa.wolinska , Basia i Zosia
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5