| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Męski punkt widzenia

wtorek, 01 listopada 2016
           Wśród Prawdziwych Patriotów trwa coroczna nagonka na Halloween. Bo to ani polskie, ani chrześcijańskie. To może sprawdźmy, jakie święta można obchodzić, jeśli się jest Narodowym Patriotą.
 
            Nowy Rok. Używamy kalendarza opracowanego przez Rzymian, wzorowanego na kalendarzu greckim, tylko co nieco skorygowanego przez papieża Grzegorza VII. Chrześcijański to on nie jest. W dodatku do XV/XVI wieku, numerek roku zmieniał się 1 Marca. Luty był ostatnim miesiącem roku (to dlatego jest krótszy). Nowy rok przeniesiono na styczeń z powodów podatkowych. Łatwiej było pobrać daninę przy okazji zimowej wizyty na Boże Narodzenie. Czyli nie powinniśmy obchodzić.
             Trzech Króli. Chrześcijańskie – jak najbardziej. Ale data się nie zgadza. W dodatku wymyślone przez niemieckiego handlarza relikwiami. Kiedy zorientował się, że ludzie nie wierzą, że znalazł szczątki wszystkich trzech legendarnych króli, zainterweniował u odpowiednio wysoko postawionego biskupa.... Oszustwo jednym słowem. Nie powinniśmy obchodzić.

             Matki Boskiej Gromnicznej. Prastare, pogańskie święto światła zaadaptowane dla potrzeb chrześcijańskich. Ale, jakby nie patrzeć, pogańskie. Odpada.

             Walentynki. No chyba kogoś pogięło. A co to niby ma wspólnego z polskością? Przed 1989 rokiem to święto znane było tylko na zachód od Odry. Także no... tego...

             Dzień Kobiet? No przecież to komuniści wymyślili. To na pewno antypolskie jest.
             Wielkanoc. Można obejść. Ale bez malowania pisanek, bez święcenia pokarmów i bez śmigusa dyngusa. Bo te trzy zwyczaje to prastare, pogańskie obyczaje zaadaptowane przez pierwszych duszpasterzy. Chcieli, żeby ludziska przyszli do kościoła, trzeba było nagiąć ich zwyczaje do nowych świąt. Święta rdzennie polskie, ale przecież nie chrześcijańskie. Także trochę skromniej z tą Wielkanocą.

            Zielone Świątki, Matki Boskiej Zielnej, Matki Boskiej Siewnej. Patrz wyżej. Pogańskie święta. Powinny były być wypalone świętym ogniem, ale na polskich ziemiach chrzest nie dokonywał się ogniem i mieczem, a misjonarzom najpierw zależało na frekwencji, a potem na dochodach. Odpada.
 
            Boże Ciało. Kolejne zaadaptowane pogańskie święto. No tak nie może być. Jeszcze te pogańskie tradycje zdobienia ołtarzy na ulicach i wśród pól. No jak to się niby ma do chrześcijańskiej skromności? Inspirację świętami Światowida widać na milę. Oj, lepiej nie obchodzić.

            Zaduszki / Wszystkich Świętych. O głęboko zakorzenionej pogańskości tego święta chyba nie trzeba pisać. Chrześcijanie powinni się cieszyć, że ich bliscy już nie są na tym łez padole. Także futra proszę zdjąć, a znicze zgasić. No kto to słyszał.

           Święto Niepodległości. Polska odzyskiwała niepodległość tyle razy w swojej historii, więc dlaczego akurat ten 11 listopada? Przecież to koniec Pierwszej Wojny Światowej. Światowej. Czyli nie polskie, tylko światowe. Zgniło-europejskie. W dodatku ta niepodległość to naprawdę był upadek Niemiec, rozpad Austro-Węgier i degrengolada Rosji. Jaka tam niepodległość. Tak jakoś samo wyszło. Nie ma czego świętować. W dodatku potem jeszcze te układy w Wersalu. Znowu zgniły Zachód. Wiadomo, jak się skończyło. Może lepiej nie obchodzić.

            Boże Narodzenie. Zwyczaj radosnego obchodzenia przyszedł do Polski ze zgniłego Zachodu. Także też lepiej ostrożnie. Aha, jeszcze pozostaje kwestia odwiedzenia kościoła. Te cyrki z okadzaniem ołtarza, świecami, procesjami.... przecież to na odległość śmierdzi pogaństwem. Także Boże Narodzenie jak najbardziej, ale skromniej proszę państwa. Oczywiście, Mikołaj to wymysł zgniłych kapitalistów. Prezenty możemy sobie ewentualnie darować na imieniny (ale to przecież sprzedajne ustawianie świąt pod handel relikwiami, jakoś nie bardzo chrześcijańskie), albo urodziny (korzenie greckie albo i dalej, a przecież wiadomo, ilu oni mieli bogów).

            Pominąłem oczywiście święta żydowskie, prawosławne, muzułmańskie i wszelkie inne. No gdzieżby coś takiego w polskim domu.

             Także tego, kochani Narodowcy. Do domu i koniec z tym pogaństwem. Przecież nie będziecie świętować jakichś  niemieckich świąt. Czy tam, broń Boże, żydowskich. Chciałbym jeszcze przypomnieć, że koncepcja zgromadzeń narodowców, skandujących hasła i śpiewających hymny pod sztandarami zalatuje niemieckim Narodowym Socjalizmem. A wiadomo przecież, że oni byli na bakier z chrześcijaństwem. Jakieś tam pogańskie bóstwa reanimowali. No i ten socjalizm w nazwie. Także lepiej w samotności te święta jakieś tam ewentualnie...
piątek, 30 września 2016

           Dawniej (w czasach przed Facebookiem i Googlem), o poglądach ludzi dowiadywaliśmy się dyskutując z nimi na żywo. Dyskutowaliśmy na przerwach między lekcjami o wyższości malucha nad syrenką oraz roztrząsaliśmy problemy moralne Krzywego, którego ojciec był milicjantem, a więc uczestniczył w pałowaniu naszych starszych braci. Zastanawialiśmy się, czy robiąc to tylko dla pieniędzy, bo nie może znaleźć innej pracy, nadal jest wart pogardy. Niejedną mniej i bardziej krwawą bójką okupiliśmy sympatie dla drużyn piłkarskich. Gdy Wara w drodze ze szkoły, wykorzystując swoją przewagę wiekową, bezczelnie podszedł do bezdyskusyjnie najładniejszej dziewczyny w naszej klasie i zabrał ją na oranżadę w sklepiku, następnego dnia czekała na niego grupka starszych braci Rycha.

           Na zjazdach rodzinnych, po kilku seriach wódeczki, wujkowie zaczynali dyskusje polityczne. Siedząc na przeciw siebie, przy jednym stole, coraz mniej ostrożnie dobierali argumenty. Niejedna szklanka zginęła w ściskanej dłoni. Pod koniec imprezy, odciągani przez zawstydzone ciotki, ostatecznie bratali się ze sobą w korytarzu, lub rozjeżdżali nie odzywając się do rodziny przez kolejne lata.

           Sąsiadki schodziły się u babci i wspólnie gniotąc pierogi obgadywały te nieobecne. Wywiązywały się dyskusje, czy Chraszczakowa dobrze zrobiła wywalając męża pijaka, czy nie. Czy do farszu na pewno dodaje się taki ser i czy sąsiadce nie wstyd podbierać go ze spiżarni własnej teściowej. Niejedna chochla poleciała w stronę pieca. Wieczorem, nad ciepłym jeszcze ciastem, sąsiadki płakały już razem nad straconą młodością.

           Spotykaliśmy znajomych na ulicy. Jeśli wcześniejsze dyskusje nauczyły nas, że ich poglądy są inne od naszych, mówiliśmy sobie dzień dobry, lub staraliśmy się skręcić do kiosku niezauważeni.

           Większość jednakże ludzi w naszym otoczeniu miała w zasadzie poglądy na świat takie same jak my. W długich dyskusjach na trzepaku, pod budką z piwem, u magla, u fryzjera, w kolejce po mięso, wykuwaliśmy swoje poglądy. Kręciliśmy się wśród naszej małej społeczności i niewyobrażalne dla nas było, że gdzieś, pośród nas mógłby być jakiś odmieniec, jakiś kabel donoszący smutnym panom z milicji. No bo w końcu co miałby donosić – że nasza dzielnica też nie lubi Jaruzelskiego? Wszyscy uważaliśmy to za normalne. Nie mieściło się w głowach, że ktoś mógłby myśleć inaczej. Podświadomie czuliśmy, że ojciec Krzywego pałuje strajkujących robotników tylko dlatego, że jeśli opuści pałkę, to sam zostanie spałowany, a przecież ma w domu siedmioro dzieci do wykarmienia.

            Co do różnic światopoglądowych, wiedzieliśmy że układają się dzielnicami. Wiedzieliśmy, że wille tam za rzeką dostawali zasłużeni u władzy, więc do tych dzieciaków nikt się odzywał, a oni z kolei żyli tylko w swoim kręgu, w wyselekcjonowanych szkołach, oglądając swoje zdjęcia z Bułgarii. Wiedzieliśmy, że na tamtej ulicy, pośród dziewięciu melin, można zarówno dostać w twarz za nic, jak również dostać świece do Poloneza, jeszcze ciepłe.

           Internet dał nam możliwość ukrywania się za pseudonimami. Dał nam też możliwość szerszych kontaktów. Pozwolił znajdować ludzi o takich, jak nasze poglądach poza naszą dzielnicą. Odgrodził nas od konieczności codziennych kontaktów z ludźmi z naszej dzielnicy. Poglądy przestały rozkładać się geograficznie, a zaczęły być związane z odwiedzanymi stronami i forami. Każdy jest inny, każdy ma inne doświadczenia i inne uczucia. Zamknięci w domach, pochyleni nad ekranikami, poczęliśmy przesuwać swoje światopoglądy zupełnie inaczej, niż uczyły tysiące lat historii. Czując nieme poparcie całego forum, radykalizowaliśmy coraz bardziej.

           To właśnie FB uświadomił mi, co się stało z moimi przyjaciółmi. Z ludźmi, z którymi niejedną noc przegadaliśmy, niejedną talię kart zgraliśmy i niejedną ścieżkę przeszliśmy. Wydawałoby się, że wszyscy pójdziemy mniej więcej podobnymi drogami. Że te niewielkie i niegroźne różnice sprzed lat pozostaną nieistotnymi. Tym czasem, poodchodziliśmy w tak strasznie różne strony.

            Gdzieś pośród nas, pośród ludzi starających się prowadzić szczęśliwe życie, pośród nas, zabiegających o zdrowie i szczęście naszych dzieci, pośród wpajania w dzieci marzeń o wspólnym, wolnym od uprzedzeń świecie, pośród pragnień i dążeń do pokoju, do ładu, do szczęścia, do wolności i odpowiedzialności, gdzieś między pierwszym a czwartym piętrem klatek schodowych naszych blokowisk, między brązowym a białym płotem naszych dzielnic willowych, żyją teraz zupełnie inni ludzie. Zrzeszeni w internetowych klubach czystej rasy sączą jad nienawiści. Wpajają swoim dzieciom siłę kastetu, pały i łańcucha. Już nie w przestępczych dzielnicach, gdzie to było normą. Przestępcze dzielnice zniknęły. Wyparły je modne lofciki i apartamentowce za wysoką bramą. Nienawiść zagościła na naszych podwórkach.

         Na co dzień mijamy się na ulicy, mówimy sobie dzień dobry. Jeśli skojarzymy forumowego nicka z twarzą sąsiada, omijamy przezornie z daleka, lub skręcamy gwałtownie do spożywczego. Wieczorami wklejamy na fejsika uśmiechnięte zdjęcia naszych dzieci chłonących radość wolności i tolerancji wskroś Europy. Tymczasem, pośród naszych sąsiadów, pośród naszych bliskich, zdawałoby się znajomych, ktoś właśnie klepie „śmierć wrogom ojczyzny”, bynajmniej nie kryjąc się z tym, że ma na myśli nas. Uczymy nasze dzieci, że potrzebującym trzeba pomagać, a tym czasem za ścianą sąsiad klepie jakieś brednie o Żydach, Masonach i Islamistach. Opowiadamy dzieciom o bezmiarze i bezsensie okrucieństwa wojny, a kilka pięter niżej, stary kumpel ze szkoły organizuje bojówkę żeby spuścić łomot tym szmatom. Już nie musimy patrzeć sobie w oczy. Mamy ajfoniki i łajfaje.

         Ludzie, którzy stają szpalerem wzdłuż ulicy z wyciągniętymi w górę ramionami, którzy palą race, grożą nam kijami, którzy wznoszą nasze wspólne, zdawałoby się, flagi wrzeszcząc przy tym o zemście i śmierci – oni już nie przychodzą z wyklętej ulicy w zapomnianej dzielnicy. Nie zwołał ich krzykacz z boiska przy szkole. Oni przyszli spomiędzy nas, spośród naszych ulic, naszych klatek schodowych. Mijamy ich codziennie na ulicach. Oznaczyliśmy ich jako przyjaciół na naszych fejsikowych ściankach dawno temu i z coraz bardziej opadającą szczęką czytamy ich komentarze.

         Dziś już nie musimy siadać przy stole i patrzeć sobie w oczy. Nie musimy stanąć razem w kolejce, czy spotkać się w sklepie. Nie musimy znieść wzroku drugiej strony. Nie musimy ostrożnie dobierać słów. Nie trzeba obawiać się reakcji ulicy. W ciszy naszych sypialni rzucamy w eter słowa, których na żywo nie odważylibyśmy się wypowiedzieć. Dowalamy naszym przyjaciołom. Wiemy, że w razie czego poprze nas połowa tego forum. Świadomość tysięcy ludzi rozsianych po świecie o równie porąbanych poglądach co nasze, daje nam siłę dopiekania rodzinie i sąsiadom. Daje siłę porównania starego przyjaciela do dowolnie wybranego stworzenia zamieszkującego wysypisko. Już się nie trzeba powstrzymywać. Wypisujemy kalumnie przekonani, że anonimowość i brak kontaktu twarzą w twarz wszystko wybaczy. Wykopujemy coraz głębsze okopy i jakoś nie widać szansy na zbratanie się w korytarzu. 

czwartek, 12 listopada 2015

Warszawa
         Alejami Jerozolimskimi, Mostem Poniatowskiego, w stronę Stadionu przeszła grupa patriotów. W jesiennym słońcu połyskiwałe łyse czaszki i zielono-biało-czerwone szaliki Legii. Niektórzy w obawie przed prowokacją elementów antynarodowych założyli kominiarki. Nad głowami łopotał las biało-czerwonych sztandarów. Nieśli hasła – wolimy kotleta od Mahometa, nie islamska, nie laicka tylko Polska katolicka. Nieśli nad głowami płonące czerwonym dymem pochodnie. Spode łba patrzyli na wystawy burżujskich sklepów i niejedna ręka zamachnęła się w geście nienawiści. W obronie czystości. Z zakasanymi rękawami, zaciśniętymi pięściami, śpiewali hymn, wypatrując wokół, czy aby się jaki czarnuch nie przypałęta. W obronie przed zarazą brudnych imigrantów, niosących ze sobą zbrodniczą wiarę. Ciskali płonące petardy w samochody. Czekali na prowokację ruskich agentów. Wypatrywali brodatych, antykatolickich lewaków i tych durnych libertynów po kawiarniach. No, niech no który podskoczy. W patriotycznych uroczystościach, grzmią słowa rzucane ze złoconych ambon jasnych i pięknych kościołów. Pamiętaj, że jesteś Chrześcijaninem i musisz bronić Polski przed zarazą Islamu. Musisz, jak Sobieski pod Wiedniem, powstrzymać ich. Rozliczyć zdrajców. Ukarać.

         Dla uświetnienia odzyskania władzy przez prawdziwych patriotów. Dla uczczenia rocznicy odzyskania niepodległości, dla upamiętnienia bezmiaru okrucieństwa wojen, które przetoczyły się przez Europę XX wieku. Dla upamiętnienia milionów straconych żyć. Naszych dziadków i pradziadków, którzy zginęli za naszą wolność. Po to, żeby nikt nie narzucał nam, jaką wyznawać wiarę i jakim mówić językiem. Po to, żeby nikt nie bił za inną wiarę. Żeby nie bił za inny kolor skóry. Żeby nie głosił na plakatach o przestrzeni życiowej zarezerwowanej dla czystej rasy. Żeby dzieci miały wolność wyboru. Dla upamiętnienia kolosalnej wyrwy w dwóch generacjach, które wierzyły w wolność słowa, wiary, myśli. W wolną Europę. Dla upamiętnienia pokolenia rodziców, którzy chowając się w podwoziach ciężarówek uciekali z objęć sielankowego PRL, by stać się brudasami i imigrantami gdzieś na Zachodzie. Dla pokazania Europie, że się nie boimy.

Londyn
            Przez Whitehall, w stronę Cenotaph przeszła grupa patriotów. W jesiennym słońcu smutno połyskiwały czarne kolory ich ubrań i czerwone maki na piersiach. W pierwszym rzędzie, pchani na wózkach, bardzo starzy żołnierze wypinający piersi pełne medali. Wokół pusta przestrzeń, jakiej wymaga szacunek. Na chodnikach tysiące milczących ludzi. Z charakterystycznymi czerwonymi makami w klapach czarnych płaszczy i marynarek. Żołnierze w milczeniu kładą pojedyncze, czerwone maki. Nikt się nie odzywa. A potem stają na baczność i milczą. 11 dnia 11 miesiąca o 11.11 miasto się zatrzymuje. Ludzie stoją i dwie długie minuty milczą. Na pamiątkę milionów żołnierzy, których Imperium wysłało do dalekiej Europy. Abyśmy nigdy nie zapomnieli bezsensu nienawiści. Abyśmy pamiętali, jaka naprawdę jest wojna. Pojedynczy żołnierz podnosi trąbkę i gra pobudkę, a potem znów zapada długa cisza. Na pamiątkę milionów straconych marzeń i nadziei. Abyśmy nigdy nie zapomnieli, przez jak głęboką ciemność nienawiści przeszła Europa. W ciasnych, ciemnych kościołach, księża rzucają w nielicznych wiernych niepopularne słowa. Czy uważasz się za Chrześcijanina? A ilu imigrantów przyjąłbyś pod swój dach, nakarmiłeś głodnego, dałeś pić spragnionemu? Czy umiesz tolerować ich wiarę, czy raczej chcesz ich siłą nawracać, popełniając błędy sprzed tysiąca lat? Czy pomożesz ludziom, uciekającym przed niewyobrażalnym okrucieństwem wojny, czy raczej odwrócisz się i zamkniesz na bogatej i bezpiecznej wyspie?

       Dla uczczenia rocznicy zakończenia najbardziej krwawej wojny w dziejach Imperium. Dla upamiętniania niewyobrażalnego zniszczenia cywilizacji w Europie w połowie XX wieku. Dla upamiętnienia milionów poległych po wszystkich stronach konfliktu. Naszych dziadków i pradziadków, którzy zginęli za naszą wolność. Po to, by powstrzymać nienawiść. Żeby nikt nie narzucał nam, jaką wyznawać wiarę i jakim mówić językiem. Po to, żeby nikt nie bił za inną wiarę. Żeby nie bił za inny kolor skóry. Żebyśmy my nigdy nie zaczęli za to bić. Żebyśmy nauczyli się odmienności szanować i akceptować pod własnym dachem. Żeby nikt nie głosił o przestrzeni życiowej zarezerwowanej dla czystej rasy. Żebyśmy w zimnym, powojennym domu ogołoconym z Imperium, nie zamknęli się w strachu przed światem. Żeby dzieci miały wolność wyboru. Dla upamiętnienia kolosalnej wyrwy w dwóch generacjach, które tak jak i my, wierzyły w wolność słowa, wiary, myśli. W wolną Europę, w zjednoczony Świat. Dla upamiętnienia pokolenia rodziców, którzy wierząc w wolność budowali Zjednoczoną Europę bez granic. Żeby już nikomu nie przyszło do głowy te granice siłą przesuwać. Żeby pokazać, jak bardzo się boimy, że kiedyś zapomnimy. Lest we forget...

Berlin, 80 lat wcześniej
       Przez Unter den Linden, w stronę Branderbuger Tor przeszła grupa patriotów. W jesiennym słońcu, pośród żółtych i czerwonych liści parku, tak pięknie z daleka wyglądały brunatne mundury. Kontrastowały z czarną wstęgą, eleganckich marynarek służb bezpieczeństwa stojących wzdłuż alei. Nad głowami łopotał las ciemnoczerwonych sztandarów z prastarym hinduskim symbolem wiecznej potęgi. Nieśli dymiące na czerwono pochodnie. Wypatrywali ukrytych w tłumie twarzy inteligencików, rosyjskich lewaków, brodatych, żydowskich szui. Tłum stojący wzdłuż alei wiwatował, przepełniony podniosłością tej wspaniałej chwili. Niepewnością i lekkim strachem. Równe rzędy wysokich butów dumnie prężyły się w marszowym kroku. Nad głowami niosła się głośna pieśń. Nieśli hasła o czystości rasy, praworządności, sprawiedliwości dziejowej. O mesjańskiej roli nadzwyczajnej czysto-europejskiej rasy. Szli dzielnie, z zakasanymi rękawami, zaciśniętymi pięściami, śpiewali hymn, wypatrując wokół, czy aby się jaki Żydek nie przypałęta. Spode łba patrzyli na wystawy zaplutych żydowskich sklepów dla burżujskich brudasów z Europy i niejedna ręka zamachnęła się w geście nienawiści. W obronie czystości. W obronie przed zarazą czarnowłosych brudasów, niosących ze sobą zbrodniczą wiarę. Ciskali płonące petardy w stonę parku, gdzie wiadomo przecież, ilu kręci się Żydów i Polaków. Czekali na prowokację tych śmierdzących francuskich agentów. No, niech no który podskoczy. W patriotycznych uroczystościach, grzmią słowa rzucane z kamiennych ambon strzelistych kościołów. Pamiętaj, że jesteś Chrześcijaninem i musisz bronić Europy przed żydowską zarazą. Musisz ich powstrzymać. Rozliczyć zdrajców. Ukarać.

            Dla uczczenia rocznicy uzyskania władzy przez prawdziwych patriotów, dla wzniosłego celu oczyszczenia Europy z brudów. Dla odwetu za dwadzieścia lat ucisku nieludzkimi represjami po podstępnie przegranej wojnie. Dla upamiętnienia milionów straconych żyć. Naszych ojców, którzy zginęli w misji naprawy Europy. Po to, żeby nikt nie narzucał nam, jaką wyznawać wiarę i jakim mówić językiem. Po to, żeby się ta zaraza nie pleniła. Żeby można było żyć w czystym, jasnym kraju. Dla upamiętnienia kolosalnej wyrwy w generacji, która poszła walczyć i tak bezsensownie zginęła. Dla pokazania światu, że się nie boimy. Że my im jeszcze pokażemy.

          Ta historia zaczyna się w kwietniu 2014 roku. Sąsiadujący z naszym dom był na wynajem. Właściciel, który zresztą był kiedyś również właścicielem naszego domu, jakoś nie miał szczęścia do długotrwałych najemców. Od wybudowania obydwu domów wiosną 2008, jeden wynajął nam (a potem nam go sprzedał), a przez drugi przewinęło się naprawdę wielu najemców. Nikt nie pomieszkał tam dłużej niż rok. Co facet myślał, że już ma zapewniony stały dopływ gotówki z wynajmu, ledwie w kilka miesięcy okazywało się, że najemca się wyprowadza. Po każdej wyprowadzce było trochę pracy z odświeżaniem domu, wymiana sprzętów i znów długie czekanie na kolejnego chętnego. A kredyt trzeba płacić.

         W marcu wyprowadzili się poprzedni lokatorzy. Narzekaliśmy na ich sposób parkowania samochodów, bo często trudno było zawrócić na naszym wspólnym podjeździe. Myśleliśmy sobie, że teraz sprowadzi się ktoś, kto na pewno będzie umiał parkować, więc nie będziemy już musieli się przeciskać między ich samochodami.

          Na Wielkanoc pojawiła nasza nowa sąsiadka. Zajechała któregoś dnia swoim białym bmw, z impetem rozrzucając kamienie na podjeździe. Zostawiwszy samochód dokładnie na środku drogi, z otwartymi drzwiami i nastawioną głośno muzyką, owinęła się z gracją panterkowym szalem, ogarnęła dom władczym spojrzeniem i otworzyła drzwi. Zapukała do nas i powiedziała że będzie tu mieszkać. Zapytała, gdzie ma parkować samochód, żeby nam to nie przeszkadzało i ostrzegła, że ma zamiar przeprowadzić remont i ma nadzieję, że nie będzie to dla nas kłopot. Zważywszy na to, że my mieliśmy zaczynać nasz remont w następnym tygodniu, uśmialiśmy się razem, że jak robimy dwa remonty na raz to będzie łatwiej.

           Trochę nas denerwowało, że mimo, że pytała gdzie ma parkować, parkowała gdzie indziej. Myśleliśmy, że się nauczy. Trochę nas dziwiła skala jej remontu. Zapytana kiedyś, czy ma na to wszystko przyzwolenie właściciela, odpowiedziała, że tak, a poza tym rozpoczęła proces kupowania tego domu od niego. Wynajęła go tylko na chwilę, zanim sfinalizuje finansowanie, więc co za różnica.

          Pierwsze ostrzeżenie o nadciągającym kataklizmie przyszło w drugim tygodniu naszego remontu. Kiedy wieczorem wróciliśmy do domu, nasi remonciarze powiedzieli, że się z nią pokłócili, bo codziennie przychodziła do nich po pomoc w jej remoncie. Odrywała ich od pracy, zaciągała do siebie "na krótką chwilkę" i kazała tu pomalować, tam przytrzymać. "Pożyczała" taśmę maskującą, klej, młotek, śrubokręt. Powiedzieli jej, że oni u nas pracują i my im płacimy, więc generalnie ma się odczepić. Zaczęliśmy się dokładniej przyglądać, co ona właściwie w tym domu robi.

         Obydwa domy są zbudowane techniką muru pruskiego. W środku pięknie wyeksponowane ciemnobrązowe belki. Naturalny kolor drewna na listwach przypodłogowych (to się fajnie po angielsku nazywa "skirting", czyli spódniczka), takie same brązowe, naturalne kolory futryn, ramy okien, parapety, progi i drzwi. W zestawieniu z uwielbianym przez Anglików kolorem magnolii na ścianach, wygląda to naprawdę dobrze. My w naszym domu usuwaliśmy wykładziny wszędzie na dole, kładąc naturalne, solidne, szerokie deski w tym samym kolorze co belki pod sufitem. Kafelki w łazienkach i kuchni dobraliśmy w kolorach jak najbardziej zbliżonych do naturalnych kamieni. Nasza sąsiadka postawiła natomiast na nowoczesność, trend i modę. Modę z wyższych sfer – jest na to takie fajne angielskie słowo, posh. Wszystkie elementy drewniane na dole domu zostały pomalowane na biało. Ewidentnie wdawała się w konflikty ze swoimi wykonawcami, bo w ciągu dwóch miesięcy przewinęło się przez jej dom kilkanaście ekip. Nie zważając na niezałatane pęknięcia, malowali wszystko jak leci, na biało. No dobra, o gustach się nie dyskutuje. Białe też może być. Po skończeniu dołu, skończyły jej się chyba pieniądze. Górę malowała sama, lub jej ojciec. Na górze zaś wszystkie elementy drewniane pomalowała na czarno. Czarne futryny, czarne drzwi, czarne ramy okien, czarne belki pod sufitem. Trochę się maznęło tu i ówdzie po wykładzinie. Wykładziny dostały czarne paski wzdłuż ścian. Patrząc z zewnątrz, wyglądało to przerażająco. I wtedy wzięła się za łazienki. Tutaj koncepcja posh poszła na całość. Najpierw czarną farbą pomalowała kafelki. Potem położyła czarne tapety. Potem czarną wykładzinę dywanową. Do tego kryształowe żyrandole. W obydwu łazienkach na górze jedynymi elementami, które nie były czarne był zlew, sedes, brodzik i wanna. Wkrótce miały też zostać czarne, ale z innych powodów. Poshmar!

          Wtedy pojawiły się dzieci. Długo gubiliśmy się, kto tu jest czyim dzieckiem, z którego małżeństwa i jak to działa. Dopiero niedawno to ogarnęliśmy. Jej rodzice chyba nigdy nie byli małżeństwem. Sąsiadka swojego najstarszego syna urodziła, mając 15 lat, a prawnym opiekunem została matka ojca dziecka. Sąsiadka nigdy tego nie zmieniła, więc chłopak ma w dokumentach dwie matki, z czego jedna jest jego babką, ale za to nie ma żadnego ojca. Ojciec zresztą szybko się ulotnił, ale zostawił chłopakowi swoje nazwisko. Drugie dziecko jest córką faceta, który dał swoje nazwisko tylko tej córce. Najmłodszy chłopak zaś jest dzieckiem tego samego ojca, co środkowa dziewczynka, ale ma nazwisko takie jak najstarszy brat (czyli nie swojego ojca). Sąsiadka zaś używa dwóch nazwisk, z których żadne nie jest takie, jak któregokolwiek z jej dzieci ani jej rodziców. To z poprzedniego małżeństwa, rozumiecie.

         No dobra, nie wszystkim się wszystko układa. Związki się rozpadają, ludzie się rozchodzą. To naturalne i nieuniknione.

          Córka naszej sąsiadki polubiła naszą Zosię. Cieszyliśmy się, że Zosia ma koleżankę w sąsiednim domu. Koleżanka często do nas przychodziła i jakoś niechętnie zabierała Zosię do siebie. Początkowo wynikało to z permanentnego remontu w ich domu (na ścianach na dole zagościły złote tapety, na górze zaś czarne i srebrne, do tego ogromny srebrny budda w salonie, bo to takie posh). Potem Zosia nam wyjaśniła. Sąsiadka urządziła swój dom bardzo posh. W każdym pokoju było ogromne łóżko nakryte eleganckimi złotymi przykryciami i poduszeczkami. Do tego całkowicie lustrzana toaletka (nazywaliśmy je "ołtarzykami") i ewentualnie biała szafa ubraniowa. Wyobrażacie sobie 15-letniego chłopaka, który ma w pokoju gigantyczne dwuosobowe łoże, lustrzaną toaletkę i nic więcej? Dzieci nie miały przewidzianego jakiegokolwiek miejsca na odrabianie lekcji. W domu nie było ani jednego biurka, że o półce na książki nie wspomnę. Córeczka przychodziła do nas pożyczać gumkę do wycierania, bo nie mogła dokończyć pracy domowej. Pod ziemię bym się chyba zapadł ze wstydu, gdyby moje dziecko po sąsiadach chodziło po takie rzeczy. Mieli za to dziesięć telewizorów. Dziesięć. W każdym pokoju jeden plus kuchnia, jadalnia i garaż. No właśnie. Młodsza dwójka dzieci naszej sąsiadki miała nieelegancki zwyczaj. Chciały się bawić. Zamiast siedzieć na łóżeczkach i czesać włosy przed posh toaletką, chciały coś robić. To oczywiście kłóciło się z koncepcją posh domu. Na szczęście był garaż. Pożyczyła od nas miotłę, by omieść wszystkie pajęczyny. Drzwi zostały obłożone dyktą od środka. Na podłodze pojawiła się posh wykładzina, na ścianie telewizor i już gotowy pokój do zabaw. Z dala od posh domu. Bez okien, bez ogrzewania. Bez zabawek.

           Przy którejś wizycie u nas, córce sąsiadki wyrwało się, gdzie oni zawsze przepadają na weekendy. "Jeździmy odwiedzać tatusia w więzieniu. Za rok ma wyjść". Tu mi się na poważnie włączył alarm – jak to, agencja nieruchomości tego nie sprawdziła? No tak, pewnie facet formalnie nigdy nie był z nią związany, to skąd mieli wiedzieć? Poza tym ciekawe, który to z tatusiów. I jak się ma do tego faceta, który zaczął się pojawiać. Ciekawe, czy to ma coś wspólnego z patrolami policji, które dość regularnie odwiedzają sąsiadkę. Nie jest miło na ciemnej uliczce zastać policyjny samochód i odpowiadać na pytanie, kiedy ją ostatnio widziałem.

          Przyszła pora na huczne otwarcie jej eleganckiego domu. Na godzinę przed przyjęciem zwiozła meble ogrodowe i z rozbrajającym uśmiechem poprosiła o pomoc w ich skręcaniu. My akurat przepakowywaliśmy jeden pokój po pomalowaniu i szykowaliśmy drugi na następny tydzień działania naszej ekipy remontowej. Miała pecha, że przez okno zauważyła ją Ewa i stwierdziła, że mamy wystarczająco dużo pracy przy naszych pudłach. Odeszła z kwitkiem jak niepyszna, nie omieszkawszy pożyczyć śrubokręta. W organizację przyjęcia nie wkalkulowała naszej odmowy. Wszystkie pudła wywaliła na naszym wspólnym podjeździe. Już wiedziałem, że to wszystko będzie tam leżało dotąd, aż my to podniesiemy.

         Potem zaczął rosnąć problem śmieci. Dosłownie. Sąsiadka uznawała, że wyprowadzanie koszy w miejsce, skąd są odbierane, jest poniżej jej godności. Przez kilka pierwszych tygodni ja je wyprowadzałem, pukając do niej i mówiąc z rosnącą złością, że znowu zapomniała. Za którymś razem zapukałem i powiedziałem, że już nie będę ich wyprowadzał, że mogłaby się ruszyć. Od tej pory, pod jej płotem zaczęła rosnąć sterta czarnych worków. Nocami przychodziły koty, lisy i jeże (pewnie nie tylko) i przegryzały worki, rozwlekając śmieci po podjeździe. Między końcem kwietnia a końcem lipca nie wyniosła śmieci ani razu. Sterta zrównała się z górną granicą płotu. Przyszło lato. Skoro śmieci były bezpośrednio pod oknem jej sypialni, smród powinien był jej przeszkadzać. Tak przynajmniej nam się wydawało. My z nią rozmawialiśmy, przychodzili do niej sąsiedzi z drugiej strony ulicy, przychodzili ci zza rogu. Awantury rosły i sterta śmieci rosła.

          Zanim przejdziemy dalej, pora na kilka drobnych szczegółów z życia naszej sąsiadki. Kupiła eleganckie akwarium z rybkami. Takie na lustrzanym postumencie, podświetlane, eleganckie, trochę kolorowych rybek, bardzo posh. Nikt jej nie powiedział, że trzeba czyścić wodę i karmić rybki. Po tygodniu akwarium wywaliła przed drzwi. Cuchnąca woda rozlała się po dróżce, potłuczone szkło rozsypało po okolicy. Kupiła eleganckie fotele do ogrodu, z poduszkami. Nie poniżyła się do tego, żeby poduszki wnieść do domu na czas deszczu. Fotele, wraz z poduszkami wylądowały na śmietniku. Dzięki temu mogła kupić nowe, bardziej posh. Też z poduszkami. Postawiła w ogrodzie ogromne gazebo (taki wielki namiot/parasol). Pierwsza wichura miotnęła gazebo na płot i połamała jedno i drugie. Nie sprzątając resztek starego gazebo, postawiła więc nowe. Bardziej eleganckie, takie z lampkami. Bardzo widowiskowo odleciało w stronę płotu. Potem złamało nasz wspólny płot i położyło się na naszym domu. Przerzuciłem połamane gazebo do jej ogrodu. Kupiła czarne czteroosobowe, dwudrzwiowe bmw 3 (dla rodziny z nastoletnim chłopakiem, dwójką małych dzieci, wózkiem, furą zakupów i dochodzącym facetem). Ale czarne przestało być modne. Kazała je więc okleić białą okleiną. Kawałki białej folii smutno fruwały za samochodem i odlepiały się na zagięciach karoserii. Nie umiała biedaczysko jeździć wolno. Wjeżdżając na naszą uliczkę zabiła jeża (zgadnijcie, czy go sprzątnęła). Doprowadziła do tego, że sąsiad z rogu postawił samochód na zakręcie ulicy, żeby musiała zwolnić. W odwecie potrąciła go przy następnej okazji. Postawiła przed wejściem do domu eleganckie lampy. Wjechała w nie następnie, widowiskowo rozsypując szkło. Z samochodu zaczął ciec olej. Na naszej dróżce rosły wielkie, czarne plamy. Kiedy olej się już skończył, zmieniła samochód.

           Przed wyjazdem na wakacje postanowiła popracować nad sylwetką. Wynajęła więc osobistego trenera, któremu kazała rozstawiać ławeczkę przed domem i patrzyła z pogardą, jak facet podnosi ciężarki. Córka sąsiadki dostała od dziadka rower. Rower może być brudny, przecież nie będzie go trzymała w eleganckim domu. Stał na podjeździe, oparty o płot. Rozjechała go samochodem. Dziadek popatrzył na wykrzywioną ramę i dorzucił do sterty śmieci. Kupiła grilla na jakieś eleganckie przyjęcie. Niestety, po jednym użyciu, na dnie grilla został przypalony węgiel. Grill przestał być błyszczący. Wylądował na śmietniku. Któregoś wieczora zdziwił mnie płacz dochodzący ewidentnie z bagażnika jej samochodu. Nacisnąłem klamkę. W środku była jej córka. Zamknęła się w ramach zabawy, a matka nie zauważyła. Dzieci sąsiadki nie miały ochoty bawić się w ciemnym i dusznym garażu. Wyganiała je więc przed dom. Przed domem do zabawy pozostawały tylko kamienie. Kamienie można było albo rozrzucić po drodze, albo rzucać nimi w samochody sąsiadów.

          No dobra, pora wrócić do śmieci. Kiedy zobaczyłem, że się pakuje i wyjeżdża na wakacje, a śmieci (sterta wysoka na 2 metry, szeroka na jakieś 5 metrów) dalej leżą pod płotem, poszedłem z kolejną awanturą. Przerażona wizją szczurów, wsiadła do samochodu i odjechała. Nie wiedziałem, na jak długo. Urząd miasta nie mógł nic zrobić, bo teren jest przecież prywatny. Jeżeli właściciel chce żyć w śmietniku, to nie można mu zabronić. Mogę ją jedynie skarżyć prywatnie. W dniu zabierania śmieci, wcisnąłem jej worki do wszystkich śmietników wystawionych przez sąsiadów wzdłuż ulicy. Sterta zmniejszyła się o połowę.

         Przyszedł wrzesień, sąsiadka wróciła z wakacji z rozbrajającym uśmiechem pytając, czy za nią tęskniliśmy. Nawet się nie obraziła, jak powiedziałem, że ani trochę. Wynajęła gosposię. Opowiedziała nam, że ma tyle zajęć, że nie daje rady zajmować się jeszcze dziećmi i domem. A właśnie, czy ja wspomniałem, czym zajmowała się nasza sąsiadka? Była fryzjerką dojeżdżającą do klienta oraz miała salon fryzjerski dla dzieci. Średnio jeden klient na dzień, może mniej. Zaraz, ale jak z dochodów fryzjerki stać ją na dom za £1200 na miesiąc plus opłaty? Podatek lokalny to £170, do tego prąd i gaz. Światła świeciły się we wszystkich pomieszczeniach zawsze, całą noc. Bała się spać po ciemku. Nie umiała zmniejszyć ogrzewania, więc zimą wszędzie były pootwierane okna. Niedawno się dowiedzieliśmy, że jej rachunki miesięczne wynosiły około £300 za prąd i gaz. Aha, jeszcze woda. Dzieci urwały kran nad prysznicem w jednej z łazienek, więc zamknęła prysznic tak, żeby lejąca się ze ściany woda ściekała po drzwiach prysznica i problem rozwiązany. Lało się kilka tygodni. Aha, jeszcze mandaty za parkowanie. Miała nimi obklejoną szybę swojego eleganckiego bmw. Nie zdejmowała ich. Samych stałych opłat mamy więc jakieś £1700 na miesiąc przy braku stałych dochodów. Tutaj odpowiedź jest dosyć prosta. Trójka dzieci, dwóch ojców plus kilku byłych mężów. Każdy płaci. Plus ci smutni panowie, którzy przychodzą, kiedy jest sama w domu.

            Wiosną 2015 pojawił się stały facet. Początkowo myśleliśmy, że to tatuś wyszedł, ale jak się okazało to żaden z tatusiów. Znając temperamenrt sąsiadki, obawialiśmy się już poważnie o naszą przyszłość. Facet zaś okazał się być mięśniakiem tylko z wyglądu. Jak się na niego nakrzyczało, chował się skulony. Zaczął wystawiać śmieci. Pustych kubłów nigdy z powrotem nie przyprowadzał. Sąsiedzi, obiwszy sobie o nie samochód, zaczęli przestawiać je na sam środek naszej uliczki. Zakładali, że ona przecież musi je w końcu zauważyć. Teraz z kolei ona obijała sobie o nie samochód, ale nie zabierała. A ponieważ w związku z tym pod jej płotem nie było kubła, więc śmieci przestały tam lądować. Teraz leżały bezpośrednio przed drzwiami.

           Przyszło kolejne lato. Nowy facet sąsiadki kupił psa. Ona nie pozwalała go trzymać w domu, pies więc zamieszkał w ogródku. Zamiast budy miał kilka ogrodowych foteli, których poduszki błyskawicznie zjadł, oraz resztki gazebo. Jedzenie dostawał raz na kilka dni. Głównie od nas, przez płot. W czerwcu tego roku mieliśmy możliwość zmiany kredytu hipotecznego na nasz dom. Dzięki naszym inwestycjom, wartość naszego domu mogłaby wzrosnąć o mniej więcej ¼ . Mogłaby, gdyby nie to, że wyceniacz zobaczy przecież co się dzieje obok. A to oznaczało spadek wartości domu o jakieś £100,000. Nie mogliśmy ryzykować ponownej wyceny. Zresztą, nie mieliśmy siły na wycenę. Nasze życie kręciło się wokół sąsiadki.

          Na naszym wspólnym podjeździe, pośród plam oleju, pośród potłuczonego szkła wymieszanego z kamieniami, leżało (jak się później okazało) około tony śmieci w popękanych workach, rozciągane przez okoliczne zwierzaki. Z otwartych okien sąsiedniego domu płynęły dyskotekowe rytmy. Podjazd blokowało zaparkowane na samym środku bmw, z którego spadały płaty białej okleiny. W ogródku trawa osiągnęła wysokość półtora metra. Szczątki gazebo klekotały na wietrze waląc w nasz płot. Gdzieś pomiędzy szczątkami foteli wył zagłodzony pies. Pies był porządny, załatawiał się zawsze w tym samym miejscu. W przejściu między naszymi domami. Jego odchodów nikt nigdy nie sprzątał. Sąsiadka była na nas obrażona za kolejną awanturę. W którejś awanturze wykrzyczała, że ma dosyć mieszkania obrok brudnych imigrantów i musi się wynieść do dzielnicy, która jest bardziej posh. Zabrakło mi słów. Urząd miasta był bezsilny. Instytucja opiekująca się zwierzętami niewiele mogła zrobić. Nasz koniec ulicy śmierdział niewyobrażalnie.

         I wtedy przyjechała ciężarówka. "Wyprowadzasz się?" zapytałem z nadzieją. Nie odpowiedziała. Wynosili z domu meble. "Mówiłaś, że kupiłaś ten dom". Po zbyt długim czekaniu, zadzwoniliśmy do właściciela. Ostatni czynsz zapłaciła mu jakieś pół roku wcześniej. To się nazywa mieć odpowiednie priorytety. Jechać na wakacje, wynająć gosposie, kupować szósty odkurzacz, żeby nie oprózniać worka w poprzednim, bo przestał ssać. Dom ma niezapłacony podatek lokalny (£2000), prąd (£2800) i gaz (£3000) oraz wodę (£1000). Ona zaś powiedziała właścicielowi, że on nie może wyrzucić samotnej matki z trójką dzieci bez nakazu sądowego. A to zajmie co najmniej pół roku, jeśli sąd oczywiście przyzna rację krwiopijczemu kapitaliście, a nie biednej samotnej matce. To o co chodzi z tą ciężarówką? Szybko zrozumieliśmy. Wszystkie wartościowe rzeczy zostały usunięte z domu, na wypadek wizyty komornika.

        I wtedy zgasło światło. Dostawca elektryczności i gazu stracił cierpliwość. Zaczęli żyć w ciemnościach. Pies wył, śmieci śmierdziały. Przez okna widzieliśmy, jak wyrywali ze ścian stelaże pod telewizory – razem z płytą gipsową, odsłaniając wełnę izolującą ściany. Wełna zaczęła fruwać po domu. Widzieliśmy, jak wyrywają kable ze ścian. Właściciel był bezsilny. Zagroziła mu, że jeśli użyje swoich kluczy, żeby obejrzeć stan domu od środka, oskarży go o włamanie. Wszytko co można było zrobić, to czekać. Sąsiedzi doniesli do organizacji ochrony praw zwierząt za znęcanie się nad psem pozostawionym bez opieki w upale bez wody i jedzenia.

        Wynieśli się w pierwszy weekend sierpnia. Oprócz śmieci przed domem, zostawili też kilkadziesiąt worków śmieci w ogrodzie. Przez okna widać było zasłaną śmieciami podłogę kuchni i patrzeć bezsilnie na ogromne dziury w ścianach. Zamontowali kamery. Trzeba było czekać do wyroku sądu, żeby można było wejść do środka. Cztery długie miesiące. Przez ten czas pomogliśmy właścicielowi zorganizować ekipy sprzątające z zewnątrz, oczyścić ogród, postawić nowy płot. A potem przyszedł dzień, kiedy można było wejść do środka.

        Wyobraźcie sobie lodówkę pełną jedzenia, zostawioną bez prądu na pół roku, przez ten czas nie otwieraną. Wyobraźcie sobie kuchenne szafki, w których też było jedzenie. Tapety zdzierane ze złością ze ścian, połamane barierki na schodach. Czarne sufity. Czarne łazienki z porozbijanymi sprzętami. Wyłamana klapa na strych, a na strychu dalsze pokłady śmieci. Czarne tapety, czarne resztki zasłon. Brud i niewyobrażalny smród. Wykładziny pomazane czarną farbą. Powyrywane zamki z okien, wykręcone klamki z drzwi. Powyrywane skirtingi. Jakieś brudne szmaty wszędzie. Do tego wieszaki. Ona była tak posh, że codziennie chyba kupowała nowe ciuchy. Gdzieś się zapodziało dwoje drzwi z pokoju na dole. W ciągu 14 miesięcy dom został doprowadzony do ruiny. W głównej sypialni zastaliśmy ogromne łóżko wodne, którego rozmiar oznaczał, że nie dało się go wynieść. Trzeba było spuszczać wodę wężem przez okno i rozbierać je przed zniesieniem na dół.

         Najpierw przyszła ekipa sprzątająca. Ktoś musiał się odważyć włożyć ręce do tej lodówki. Potem remont. Nie dało się uratować pięknych, naturalnie brązowych elementów drewnianych. Trzeba było wszystko zamalować grubą warstwą białej farby. Potem znowu długie i żmudne sprzątanie.

         Właściciel doszedł do wniosku, że ta przygoda zabiła w nim ochotę na dalsze życie z wynajmowania domów. Dom jest wystawiony na sprzedaż, zdecydowanie poniżej swojej wartości rynkowej. Zbyt dużo w nim widocznych zniszczeń, których już nigdy nie da się naprawić. Dobry sąsiad to prawdziwy skarb. My takich mamy na naszej ulicy, ale ona nigdy nie chciała być częścią tej społeczności. Mówiła tylko swoich prawach. zapominając o obowiązkach. Co się z nią stało? Wypisała dzieci ze szkół i rozwija biznes fryzjerski w kolejnym zakątku Wielkiej Brytanii.

sobota, 02 lutego 2013

         Od kilku miesięcy staramy się sprzedać nasze mieszkanie na Mokotowie. Strasznie długo liczyliśmy na to, że znajdzie się kupiec za dość astronomiczną cenę, ale realia w końcu okazały się silniejsze. Po obniżeniu ceny do poziomu akceptowalnego przez rynek (oj, nie była to przyjemna decyzja), zaczęli się  pojawiać potencjalni kupcy. Przychodzili oglądać, rozejrzeć się...

          I wtedy do akcji wkroczyli nasi sąsiedzi. Po którejś takiej „przyjaznej interwencji”, nasza agentka nieruchomości zapytała, co my tym ludziom zrobiliśmy. No właśnie, nie wiem. Gdy tylko na klatce schodowej słychać głosy naszych klientów, otwierają się drzwi i wychodzą „uczynni”:

- a wiedzą państwo, że oni sobie założyli nielegalnie kuchnię elektryczną? (założyliśmy, dostając przydział mocy z elektrowni i dokonując odbioru technicznego przez elektrownię, po przejściu odpowiedniej masy papierków, zakładając jak najbardziej legalny nowy licznik);


- a słyszeli państwo, że tych ścian to nie wolno wyburzać? (bo oglądający coś wspomnieli o ewentualnym usunięciu ściany);


- a wiedzą państwo, że tu nie ma żadnych planów tego piętra? (dom z lat pięćdziesiątych, nasze piętro robotnicy dostawili w ramach wykonania 500% normy, bez dokumentacji – ale dokumentacja została zrobiona w latach siedemdziesiątych);


- a wiecie, że oni sobie bez niczyjej zgody zamienili łazienkę z ubikacją? (nie my, tylko ktoś, kto tam mieszkał przed poprzednimi właścicielami);


- a wiecie, że oni bez zgody administracji usunęli ścianę między łazienką i ubikacją? (skoro i tak tego nie było w dokumentacji, to co za różnica?);


- mówię państwu, co to za ludzie byli, oni sobie za nasze pieniądze pomalowali całą klatkę schodową (na zebraniu wspólnoty głosowaliśmy za pomalowaniem klatki schodowej – wychodzi na to, że tylko my z niej korzystaliśmy);


- a wiedzą państwo, że tutaj niedługo będzie budowany nowy dom? Całe podwórko będzie rozkopane, będą wam maszyny warczały pod oknami, wytną te drzewa i zasłonią wam słońce tym nowym budynkiem? (Od 13 lat ktoś się bezskutecznie stara o zgodę na wybudowanie nowego domu);

          I tak dalej. A ja dalej nie znam odpowiedzi. Co my tym ludziom zrobiliśmy? Ale jest to też bardzo ważna lekcja na przyszłość (w końcu my też lada chwila będziemy coś kupować). Nikt ci tyle złego o domu, który chcesz kupić, nie naopowiada, co sąsiedzi.

         Pozdrawiamy naszych, na szczęście już byłych, sąsiadów. Poczekajcie, kiedyś też będziecie próbowali sprzedać Wasze mieszkania...

wtorek, 29 stycznia 2013

         Ten skrót powinien kojarzyć każdy kto w ciągu ostatnich dwóch lat przewinął się przez Zjednoczone Królestwo. Payment Protection Insurance – ubezpieczenie spłaty kredytu. Dla zwykłego mieszkańca wywołuje dwa skojarzenia: fura gotówki za nic oraz telefony, od których nie można się opędzić.

          Co najmniej raz dziennie ktoś dzwoni. Do tego dochodzą maile, SMS-y, wiadomości na sekretarce, listy, reklamy w radiu i telewizji, reklamy na autobusach – przeciętny obywatel spotyka się z koncepcją PPI kilka razy dziennie. Pierwszych kilka telefonów odbiera się jeszcze w miarę grzecznie. Kiedy na ulicy, czy w pociągu, ktoś obok ciebie przed odebraniem telefonu długo patrzy na ekran, a potem zaczyna klnąć w słuchawkę, możesz na pociechę zagadnąć go potem "co tam, PPI?" Schemat tych rozmów jest mniej więcej taki: Dzień dobry, czy wiesz, że nowe prawo nakazuje tym złodziejskim bankom oddać ci całe PPI jakie kiedykolwiek zapłaciłeś? Możesz dostać kilka tysięcy funtów...". Niektórzy, żeby zminimalizować ilość wulgaryzmów rzucanych im przez telefon, zaczynają od "czy miałeś kiedykolwiek kartę kredytową, albo jakikolwiek kredyt, w tym hipoteczny?" no i zaczyna się rozmowa...

            O co chodzi?

           Do mniej więcej połowy 2008 roku powszechnie przyjętą praktyką było dodawanie do każdej umowy kredytowej ubezpieczenia. Do kart kredytowych, do kredytów na samochód, na dom, na żelazko, na telewizor, na wakacje i na cokolwiek. Co miesiąc klient płacił jakąś drobną kwotę (zazwyczaj liczoną jako procent całego zadłużenia) i dawało mu to gwarancję, że jak wpadnie w kłopoty finansowe, to takie ubezpieczenie pokryje resztę zadłużenia. Banki tłumaczyły klientom, że to chodzi o klienta poczucie bezpieczeństwa i klienci doskonale to rozumieli. Przy okazji wiadomo było, że taki produkt obniża ryzykowność kredytu, więc oprocentowanie kredytów było dzięki temu dużo niższe – ryzyko było przecież przeniesione na firmę ubezpieczeniową. A że firmy ubezpieczeniowe sprzedające PPI były często powiązane z udzielającymi kredytów bankami, wszystko się ładnie spinało i kręciło i wszystkim się to opłacało. Mimo, że były to osobne produkty, działało razem jak dobrze ułożona maszyna. Klient był szczęśliwy, bo płacił mniejsze odsetki i jeszcze miał ubezpieczenie kredytu. Bank był szczęśliwy, bo miał bezpieczne kredyty i prowizję od sprzedaży ubezpieczenia. Ubezpieczyciel był szczęśliwy, bo miał dochód ze składek na ubezpieczenie, a do 2008 roku znikoma ilość klientów zmuszona była skorzystać z ubezpiecznia.

           Przyszedł rok 2008, kryzys i klienci zaczęli wpadać w kłopoty. Zaczęło się masowe korzystanie z ubezpieczenia. Ubezpieczyciele znaleźli się na skraju wypłacalności. To był dopiero początek. Jakiś sprytny kombinator oskarżył bank, że on nigdy nie chciał tego ubezpieczenia i nawet nie wiedział, że od kilku lat regularnie płacił składki – i zażądał zwrotu wszystkich opłaconych składek. Wygrał w jakimś lokalnym sądzie. Ktoś to odpowiednio nagłośnił i ruszyła lawina pozwów od klientów. Nagle okazało się, że praktycznie wszyscy klienci twierdzą, że nie byli świadomi, że kupili ubezpieczenie. Pokazywanie umów, które sami podpisali, na niewiele się zdawało. W atmosferze nagonki na banki w połowie 2009 roku instytucja nadzorująca wszystkie banki wydała rozporządzenie, nakazujące zwracać składki na PPI wszystkim klientom którzy spełniają minimalne warunki. W czasach, gdy publiczne oświadczenie "pracuję w banku" mogło doprowadzić do mordobicia, kilka kolejnych wygranych przez kombinatorów spraw sądowych jedynie pogorszyło sytuację.

           Pod koniec 2009 roku rynek wyczuł wielkie pieniądze. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać firemki zajmujące się odzyskiwaniem PPI. Każdy prawniczyna, któremu nie udało się dostać do szanującej się korporacji, otwierał firmę "Odzyskaj Swoje PPI". Tysiące hochsztaplerów i kombinatorów zakładało coraz więcej takich firm. Zasada działalności była bardzo prosta: opracować jeden wzór pozwu, znaleźć kilku klientów i w ich imieniu żądać od banku zwrotu składek na PPI. Początkowo pobierali 10% prowizji od odzyskanych sum. Latem 2012 standardowa prowizja takiej agencji wzrosła do 25%-30%. W większości przypadków to są małe, jednoosobowe firemki z biurem w garażu, żerujące na nieświadomych klientach z konkretnych grup społecznych – niskie wykształcenie, niskie dochody, starszy wiek, generalnie osoby, które obawiają się, że same nie napiszą wniosku o zwrot PPI i którym każde pieniądze są po prostu gwałtownie potrzebne.

          Robiłem rok temu badanie rynku takich firemek. Czytałem ogłoszenia sprzedaży. Włos się na głowie jeży. Spora część ogłoszeń brzmiała mniej więcej tak: "sprzedam firmę odzyskującą PPI: ogromny, łatwy dochód, żadnej pracy, zarabiasz na czysto kilkanaście tysięcy funtów na miesiąc, musisz tylko zapewnić sobie stały napływ klientów, bank płaci, bo musi, ty tylko pobierasz prowizję".

          W 2010 roku banki zaczęły tworzyć rezerwy na zwroty PPI. Rząd tymczasem robił coraz większą nagonkę na konieczność oddania wszystkiego. Miesięczne kwoty oddawane klientom zaczęły rosnąć w dziesiątki, setki milionów funtów. Banki tworzyły dwunastocyfrowe rezerwy na PPI, bo nikt nie potrafił przewidzieć, ile tego jeszcze będzie. Nie było wzorców liczenia kwot do oddania, wzorców postępowania. Dopiero niedawno pojawiły się wytyczne sposobu liczenia. Znam szczegóły sposobu liczenia z kilku banków. Wszystkie trzy spełniają wymogi tych wytycznych. Każda z tych trzech daje inny rezultat obliczeń. To daje pole do popisu kolejnym zastępom hochsztaplerów, starających się udowodnić, że "a tamten bank oddałby mi więcej".

          Klienci zaś, a przede wszystkim firmy "odzyskujące" zaczęły – ordynarnie rzecz ujmując trzepać kasę. Oto przykłady klientów, którzy mnie na prawdę wściekli, a gdzie nic nie mozna było zrobić, poza oddaniem PPI: Facet miał na karcie kredytowej dług na 40,000 funtów. Przez kilka lat – spłacał tylko minimalne kwoty i zaraz robił kolejne wydaki, cały czas utrzymując poziom zadłużenia kilka pensów poniżej dopuszczalnego limitu. Po kilku latach nagle przestał spłacać zadłużenie. Zniknął. Dług był nie do odzyskania. Po wielu miesiącach prób windykacji, bank spisuje więc kredyt w straty i daje sobie spokój. (a w myśl tutejszego prawa już po pół roku historia kredytowa klienta się czyści i facet na rynku kredytowym wygląda tak, jakby nigdy nie miał problemów ze spłacaniem kredytów). Po kolejnym pół roku klient się nagle odnalazł i złożył wniosek o zwrot PPI. Bo on go podobno nigdy nie chciał. Pokazanie mu umowy kredytu, gdzie jak wół stoi napisane "zaznacz tutaj, jeśli chcesz mieć ubezpieczenie kredytu", gdzie zaznaczył i się podpisał, do niczego nie prowadzi. W myśl obecnych przepisów, klient ma w tym przypadku rację i może oświadczyć, że on nie był świadomy tego, co podpisuje. Więc liczymy kwotę do zwrotu. Facet przez 5 lat płacił niewielki procent co miesiąc od tych 40 tysięcy.  Skończył płacić latem 2008. Do dzisiaj jeszcze narosły odsetki. Trzeba mu oddać 30 tysięcy. Nawet, jeżeli on teraz odda 10 tysięcy agencji pośredniczącej w odzyskiwaniu PPI, to i tak ma na czysto 70 tysięcy od banku. Za nic.

          Oczywiście, kto mógł, rzucił się po odzyskiwanie PPI już dawno temu. Do dzisiaj niewiemu klientów zostało z nie zwróconym jeszcze PPI. Przynajmniej tak by się mogło wydawać. Ale w 2012 roku wyszło kolejne rozporządzenie – banki teraz powinny same skontaktować się ze wszsytkimi klientami, którzy kiedykolwiek mieli PPI i zasugerować, że sprzedały to PPI wbrew woli klienta oraz zaproponować zwrot.

          Wielu ludziom wydaje się, że "wreszcie ci chciwi bankierzy będą musieli oddać pieniądze, wreszcie ja dostanę coś za nic". Każdy, kto rozumie, jak działają mechanizmy gospodarki, zrozumie zaś, że banki nie biorą tych pieniędzy z przepastnych sejfów zawalonych złotem. Żeby móc oddać kolejne sto milionów PPI, trzeba te pieniądze zarobić. Więc, naturalną koleją rzeczy, oprocentowanie kredytów musi wzrosnąć.

           A to z kolei prowadzi do najbardziej bolesnego wniosku. Klienci, którzy nigdy nie mieli zaległości, którzy zawsze płacą tyle ile trzeba i zawsze na czas – oni ponoszą coraz większy ciężar utrzymywania tych, którym pracować i spłacać kredytów się nie chce. Ci, którzy pokornie zakasują rękawy, by ciężej pracując pokryć większe odsetki płacą PPI tych, którzy wyczuli łatwą gotówkę. I wszystko się pięknie kręci.

          Ewa, odbierając telefony od agencji odzyskujących PPI, jeszcze do niedawna z nimi dyskutowała. Teraz już tylko w milczeniu odkłada słuchawkę. Ja tylko raz nie wytrzymałem, kiedy goguś po drugiej stronie zaczął mówić o tym, jak to złodziejskie banki musiały stworzyć potężne rezerwy, żeby teraz pomóc ludziom takim jak my. Nawrzeszczałem na niego, że to on jest złodziejem, bo przez niego inni muszą płacić większe odsetki, a do tego on jeszcze pobiera 30% od tego co odzyska, a co każdy mógłby sobie sam odzyskać jakby chciał. Coś tam jeszcze dodałem o tym, że nagina prawo żeby wykorzystywać klientów. Z czasem przeszedłem do spokojnego przerywania po dwóch sekundach "nigdy nie miałem PPI, żegnam". A za godzinę znowu ktoś dzwoni "czy wiesz, że należy ci się zwrot PPI?" i jeszcze mam maila "Średnio odzyskujemy 4234 funty na jednego klienta, możemy Ci pomóc" oraz smsa: "Potrzebujesz gotówki? My pomożemy Ci odzyskać Twoje PPI".

piątek, 28 września 2012

          Wczoraj, gdy Zosia poszła sobie na lekcję pianina, ja zostałem sam przed domem jej nauczycielki, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. W związku z tym, że to jest okolica, w której ewentualnie rozważamy zakup domu, postanowiłem powłóczyć się po uliczkach.

           Angielskie osiedla mniej więcej od początku lat dziewięćdzisiątych buduje się w formie skomplikowanego układu powyginanych w esy-floresy uliczek, podwórek i zaułków. Wcześniej domy po prostu ustawiało się pod linijkę wzdłuż ulicy i całe rzędy powtarzających się, robotniczych, malutkich domków nadawały niepowtarzalny klimat angielskich back-to-back w każdym przemysłowym mieście. Wiktoriańskie terraced houses robotniczych dzielnic miały pokój z kuchnią na dole i dwie sypialnie na górze, standardową szerokość, tylne podwórko zaś zakończone było ubikacją. Fronty domów stały wzdłuż ulicy, ubikacje stykały się plecami, a między nimi płynął rynsztok, a później już wodociąg. W latach dwudziestych, gdy Imperium sięgnęło szczytu swej potęgi, domy zaczęły rosnąć i odsuwać się od siebie.

          Od lat trzydziestych zaczęto budować semi-detached, czyli po polsku bliźniaki – znów całe szeregi identycznych bliźniaków, jeden za drugim, już z łazienkami i ubikacjami zintegrowanymi z domami. W tym mniej więcej czasie terraced houses zaczęły być rozbudowywane, zniknęły latryny z końca podwórka i zaczęło się dobudowywanie ich z tyłu domu, często połączone z rozszerzeniem góry o dodatkową sypialnię lub łazienkę. Stąd też dzisiaj wiktoriańskie dzielnice upstrzone są przybudówkami i dodatkami do domów dostawionymi od strony podwórka w każdą możliwą stronę. Domy budowane w powojennych latach austerity często przypominają te wiktoriańskie terraces. Bieda zmusiła ludzi do powrotu do korzeni.

          Ale już wkrótce pojawiły się lata sześćdziesiąte, które w Wielkiej Brytanii były szczytowym socjalizmem. Imperium zniknęło, a angielskie przyzwyczajenia nie zmieniały się łatwo. Właściciele wielkich majątków gwałtownie tracili źródła dochodu, posiadłości popadały w ruinę, kopalnie i fabryki dalej używały technologii rodem z XIX wieku i kosztowały coraz więcej. Przędzalnie Lancashire nie mogły już wysyłać każdej ilości produkcji do Indii. Lasy wyrąbano do samego końca w latach czterdziestych i ten przemysł też upadał. Stocznie Liverpoolu i londyńskiego East End straciły popyt na okręty, bo nie było już dokąd pływać. Kopalnie Birmingham i Wolverhampton nadal wydobywały węgiel potrzebny do angielskich tradycyjnych kominków, ale ten importowany z Zagłębia Ruhry był po prostu tańszy. Żelazo z Leicester i Leeds było jeszcze używane przez chylący się ku upadkowi brytyjski przemysł motoryzacyjny, ale tego żelaza nie można go już było wysyłać na budowę kolei w Indiach i Egipcie, nikt już nie potrzebował gotowych żelaznych mostów, czy przestarzałych konstrukcji dachów. Zajmująca pół miasta fabryka parowozów w Derby wstrzymała produkcję z dnia na dzień.

           Przy tej nawarstwiającej się ilości problemów, rząd finansował kopalnie, huty, fabryki, przędzalnie, obawiając się zalewu bezrobocia. To wtedy pojawiły się trawiące dziś brytyjską gospodarkę pasożyty w formie benefitów, które dziś utrzymują niewiarygodne ilości populacji Wysp Brytyjskich. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych Zjednoczone Królestwo stanęło na krawędzi bankructwa, było już po prostu za późno na powolne reformy, na wprowadzanie nowych technologii. Utrzymywanie gospodarki w takim stanie nie było już dłużej możliwe i Margaret Thatcher zdecydowała się na kilka desperackich ruchów. Wiedziała, że będzie za to znienawidzona, ale miała świadomość, że już nic innego zrobić nie można. To wtedy był okres krwawych zamieszek w robotniczych miastach, policji pałującej strajkujących górników, redukcji zasiłków i masowego odmawiania wsparcia finansowego dla upadających gigantów.

              Domy z lat siedemdziesiątych wyglądają z zewnątrz, jak te o dziesięć lat wcześniejsze, ale w środku są po prostu tandetne. W tamtych czasach budowało się jakkolwiek. Nikt nie miał bezpiecznej przyszłości. Dzisiaj popularne są wycieczki organizowane przez ojców i dziadków, którzy zawożą swoje dzieci w ruiny fabryki, czy kopalni, "żeby zobaczyły, co ta baba zrobiła z naszym światem". Chyba nigdy nie znajdę odpowiedzi na pytanie, czy finansowo lepiej było przez kolejne dziesięciolecia utrzymywać dziesiątki milionów robotników pracujących bez sensu, czy lepiej było ich wszystkich wysłać na zasiłki. Z moralnego punktu widzenia tamten okres niestety zaowocował obecnym podejściem setek tysięcy młodych Anglików – po co w ogóle szukać pracy, skoro z zasiłków można bardzo przyzwoicie żyć. Tak, czy siak, niewielka grupa ciężko pracujących finansuje całe dzielnice, w których od trzech pokoleń nikt nie poniżył się do jakiejkolwiek pracy.

               No dobra, ale miałem pisać o domach. W latach dziewięćdziesiątych, po opuszczeniu Europejskiego Systemu Rozliczeniowego, gospodarka Wielkiej Brytanii zaczęła rosnąć szybciej, niż reszta Unii. To widać w tutejszych domach. Ale angielscy projektanci nigdy nie wyzbyli się doświadczeń wyniesionych z wiktoriańskich domów ich babć. Tutaj każdy woli mieć cztery sypialnie o wymiarach 1x2 metry niż jedną dużą. A jeżeli już ma większą, to na samym środku ustawia się wielkie łóżko i pokój staje się kompletnie niefukcjonalny. Życie toczy się na dole. No i właśnie od lat dziewięćdziesiątych, osiedla są projektowane w formie tych fikuśnych cul de sac (zaułków) i powywijanych uliczek, wzdłuż których nadal stawia się identyczne domki. Mieszkanie w semi-detached stało się obciachowe, więc domy są od siebie odsunięte o pół metra (żeby się przecisnąć na podwórko), ale za to można je sprzedawać jako detached, czyli wolnostojące, nie słyszysz sąsiadów przez ścianę, i tak dalej.

             Tak więc chodziłem sobie tymi zaułkami i bezczelnie zaglądałem przez okna living rooms. Niektórzy zamocowali swe 75 calowe telewizory nad kominkiem, inni ustawili w rogu pokoju. Poza sofą, wiele więcej się w takim standardowym "salonie" nie mieści. We wszystkich domach oczywiście telewizory włączone. Godzina była taka, że rodziców często w domu jeszcze nie ma (bo to taka dziwna dzielnica, ludzie tam pracują!), ale dzieciaki już siedzą w domach.

             No właśnie. Siedzą w domach. Tu jeden ogląda horror, tam drugi jakąś strzelaninę. A tu ktoś gra w wyścigi samochodowe. A tu w grę, gdzie biega po podwórkach i strzela do wrogów. A tu też ktoś gra w jakąś grę wojenną. Ciekawe, czy oni grają ze sobą nawzajem, czy z rówieśnikami z drugiego końca kuli ziemskiej?

             I tu mnie po prostu zamurowało. Zaraz, zaraz. Dzieciaki siedzą w domach i strzelają do siebie przez Internet na ekranach telewizorów zamontowanych nad kominkami. Ulice są puste. Przecież o tej porze dnia, w każdym z tych przepięknie pomyślanych zaułków powinna odbywać się gra w chowanego, w podchody, nawet niech będzie, że w wojnę na patykowe pistolety. Na końcu spokojnej uliczki banda chłopaków powinna kopać piłkę, a z okien powinni krzyczeć sąsiedzi, że im samochody obijają. Tu na ławce powinny siedzieć dziewczyny i obgadywać koleżanki grające w gumę na rogu. Po ulicach powinny biegać gromadki dzieciaków, zaułkami powinien się nieść krzyk i śmiech. Pod sklepem na rogu powinny stać zdezelowane rowery, a kilku przyjaciół powinno się zrzucać na butelkę coca-coli. Powinien tu być płacz i śmiech, wojna i pokój, przyjaźnie i zawiści, dyskusje i śmiechy. Płoty powinny być połamane od przeskakiwania przez nie, krzaki naruszone wpadającą w nie piłką, na asfalcie ślady hamowania rowerowych kół. Gdzie oni wszyscy są?

           Całe osiedle wygląda jak wyludnione, opuszczone, na ulicy jestem sam jeden. Nikogo więcej nie ma. Od czasu do czasu przejedzie samochód, z którego ktoś pospiesznie wyjdzie do domu. Cisza i pustka.

          W obawie o porysowane kolana odebraliśmy dzieciom to wszystko. Posadziliśmy je przed komputerami i telewizorami. Dzieci nam rosną wszerz, a nie wzwyż. Nie przychodzą już do domu umorusane i pokaleczone, tryskające zdrowiem. Kto dziś odważy się wejść na podwórkowe drzewo, przecież może sobie iPhone'a porysować. Daliśmy dzieciom konsole, DS-y, playstation, iPody, iPhone'y, iPady, tablety, blackberrie, daliśmy nieograniczony dostęp do Internetu i odebraliśmy całą resztę. Nie pozwalamy im dojeżdżać autobusami do kolegów, dowozimy ich bezpiecznie pod same drzwi i pilnujemy, by im nic się nie stało, gdy one tymczasem na ekranie komputera zarzynają właśnie międzygalaktycznego potwora.

           Cośmy zrobili z dzieciństwem?

poniedziałek, 10 września 2012

          W związku z angielskim nastawieniem do pracy, w "moim" biurze od wiosny telewizory wiszące na ścianach są włączone w zasadzie bez przerwy. Do tego mamy gigantyczny ekran nad głowami, gdzie wyświetlany jest ten sam obraz. Na szczęście to wszystko z wyłączonym głosem, ale z podpisami. Tak więc od początku mistrzostw Europy w piłce nożnej ludzie gapią się na ekrany i pracują trochę wolniej. Po piłce nożnej przyszła pora na dwie olimpiady. Dzisiaj z rozpędu nikt ekranów nie wyłączył, po prostu zostały przełączone na kanał z wiadomościami.

          O ile piłki nożnej starałem się nie oglądać (chociaż to trudne, jak się siedzi na przeciwko ekranu 6x10 metrów), olimpiada wciągnęła mnie trochę bardziej. A, prawda, byłbym zapomniał, przedtem był jeszcze Wimbledon! W każdym razie nie oglądałem. Paraolimpiada natomiast z każdym dniem wciągała mnie coraz bardziej. Po kilku dniach zdałem sobie sprawę, że to jest jak dla mnie najważniejsze wydarzenie sportowe tego roku. Że tak zwani "normalni" olimpijczycy to się mogą po prostu schować. Ktoś mi tu w komentarzach pisał o latach poświęceń i ciężkiej pracy. Zobaczyłem, co potrafią uczestnicy tej drugiej olimpiady. I szczęka nam wszystkim oglądającym niejednokrotnie opadła. Widziałem obrazki, od których nie raz ciarki po plecach przechodziły albo się płakać chciało. I nadal brak mi słów na wyrażenie uczuć. Wiem tylko, że "zwykli" olimpijczycy do pięt tym ludziom nie dorastają. Nie jest to bynajmniej obraźliwe, a jedynie pokazuje rodzaj i rozmiar wysiłku, jaki trzeba włożyć w uprawianie tych wszystkich dysyplin nie będąc w pełni sprawnym.

         Co najbardziej mnie dotknęło? Długo by wymieniać i pewnie o kimś zapomnę. Pływak bez ramion. Wbrew twierdzeniom, że to niemożliwe. Bieg na 100m niewidomych, z przewodnikami przywiązanymi za rękę i biegnącymi razem z zawodnikami. Jakiego to wymaga zgrania, ilu treningów? Piłka nożna niewidomych. Piłkę słychać, bo ma w środku dzwonek. Sędzia uderza piłką o maty na końcach boiska, żeby pokazać gdzie jest rzut rożny. Zawodnicy polegają tylko na słuchu i dotyku. I biegają tak, jakby wszystko widzieli, omijają się, podają do zawodników ze swojej drużyny i potrafią trafić do bramki. Ile to wymaga pracy? Koszykówka na wózkach. Teoretycznie dwoma ramionami napędzasz koła i dwoma odbijasz piłkę. Żeby to zrobić dobrze, musisz mieć cztery ręce. A masz tylko dwie. Ile pracy trzeba włożyć w naukę koordynacji?

          Tenis na wózkach. To mnie rozłożyło. Myślałem, że koszykówka jest trudna, ale tenisa sobie po prostu nie mogę wyobrazić. Jak to ogarnąć? Z jaką precyzją i sprawnością trzeba jednocześnie kręcić kołami, obracać się, przesuwać z lewa na prawo i jednocześnie trzymać cały czas rakietę? Siatkówka na siedząco. Tutaj wózki widocznie były już poza ludzkimi możliwościami koordynacji, więc dwie drużyny grały siedząc na podłodze. Miałem łzy w oczach, kiedy to zobaczyłem. Skok w dal niewidomych. Biegacze na protezach. Strzelanie z łuku przy pomocy ust, bo ręce natura odebrała. Maraton na wózkach i dziesiątki, dziesiątki dyscyplin, wywołujących te same pytania: jak oni to robią? Jeżeli tak zwany zdrowy sportowiec musi spędzać długie godziny na treningach przez wiele lat, to ile pracy musieli ci wszyscy ludzie włożyć? Żeby opanować nieposłuszne ciało, żeby nauczyć się zachowania wózka, żeby nauczyć rozróżniać elementy niewidzialnej rzeczywistości?

          Tej olimpiady podobno polskie media nie transmitowały. A szkoda. Polskiej nietolerancji bardzo by się przydała. W Wielkiej Brytanii wydźwięk tych dwóch olimpiad był mniej więcej taki: pierwsza to "natchnienie dla następnych pokoleń", w sensie że my tu, w Wielkiej Brytanii, mimo naszego narzekania na własną nieudolność, potrafimy. Ta druga zaś to "nadzwyczajni bohaterowie", pokazująca, że tak na prawdę kalectwo uczyniło z uczestników kimś więcej niż uczestnikiem "zwykłej" olimpiady. Bo oni wszyscy musieli się wykazać wysiłkiem, który dla wielu uczestników tej "zwykłej" zdawał się być nadludzki. A dla nich, to tylko chleb powszedni. Co mi się bardzo podobało, to fakt, że w tej olimpiadzie medale wręczali przedstawiciele rodziny królewskiej, czołowi politycy. Oczywiście, że chcieli się wypromować, ale był to też piękny hołd oddany przez nich dla doprawdy niezwykłych sportowców.

           Chyba pierwszy raz w życiu żal mi się zrobiło, że jakaś impreza sportowa się skończyła.

          A jeszcze należałoby dopisać polskie post scriptum. Polska reprezentacja poradziła sobie o niebo lepiej od reprezentacji na "zwykłą" olimpiadę. Dlaczego? Obawiam się, że odpowiedź ma wiele wspólnego z tym, że "zwykła" przyciąga całe hordy działaczy, którzy ambicję każdego sportowca są chętni zamienić na kolejne wyjazdowe pijaństwo. Obawiam się, że prezesunie klubów sportowych oraz całe tałatajstwo ciągnące łapówy za kolejne stadiony po prostu nie jest zainteresowane jakimś dzieciakim bez nogi. Bo on taki "nie-piękny". I właśnie dzięki temu, rzeczony dzieciak ma szanse kiedyś coś osiagnąć.

         Ceremonia zamknięcia Paraolimpiady odbywała się przy pełnych trybunach kibiców. Brali w niej udział niepełnosprawni tancerze z protezami, dzieci ze szkół specjalnych, muzycy a nawet brytyjska paraorkiestra. Dzisiaj 1 milion mieszkańców Londynu wyległ na ulice, żeby w czasie parady brytyjskich sportówców obu olimpiad jeszcze raz im pogratulować i docenić ich wysiłek i zaangażowanie. Gdyby ktoś sobie tutaj pozwolił na komentarze w stylu pana JKM, zostałby skazany na medialny niebyt i zaskarżony do sądu, a nie zyskiwałby rozgłos. Przewodniczący komitetu organizacyjnego igrzysk Londyn 2012 Sebastian Coe powiedział w swoim przemówieniu na ceremonii zamknięcia, że to sportowe lato w Londynie, paraolimpiada w szczególności zmieni na zawsze sposób pojmowania sportu oraz sposób postrzegania niepełnosprawności. Miejmy nadzieję, że to będzie prawdziwa inspiracja dla pokolenia.

         Wczoraj pokazywałem dziewczynom angielską pływaczkę - Eleanor Simmonds, nazywaną przez wszystkich pieszczotliwie "Ellie", która jest chyba pierwszym niepełnosprawnym sportowcem, jaki dostał kontrakt reklamowy na cokolwiek. Wielkie pieniądze odkryły zainteresowanie paraolimpiadą. Oby to nie oznaczało, że i tutaj wkrótce pojawią się zdolni wszystko przepić działacze.

niedziela, 08 lipca 2012

            Oto nagle w tym tygodniu okazało się, że Polska może się pochwalić bardzo zdolnymi tenisistkami oraz najlepszą na świecie drużyną siatkówki. Z mojego niewielkiego zainteresowania sportem zdaję sobie sprawę, że polscy reprezentanci są bardzo dobrzy jeszcze w wielu dyscyplinach. Tymczasem w polskich mediach i w myśleniu wielu politykierów dominuje zadziwiająco piłka kopana, gdzie ostatni sukces Polacy odnieśli 30 lat temu. Jak to się dzieje, że w ostatnich kilku latach Polska wydała tak ogromne pieniądze na stadiony przeznaczone do piłki nożnej, a o innych dyscyplinach zapomniano? I jak to możliwe, że mimo tego ci siatkarze i tenisiści tak dobrze sobie radzą?

            A może to właśnie dlatego? Może zmorą futbolu całe hordy działaczy pobierających niebosiężne pensje za pojawianie się na kolejnych imprezkach, bezpardonowo trzymający się swoich stołków? Może siatkarzom i siatkarkom kilka lat temu tak dobrze poszło, bo nikt się do nich nie mieszał, bo nie było tych wszędzie włażących działaczy i polityków, pragnących wypłynąć na cudzych sukcesach? Bo te wszystkie nie-kopane piłki są mniej medialne? Zadziwiające. I chyba koszmarnie prawdziwe.

            Wychowawszy się w Polsce, przyzwyczaiłem się, że na mecze piłki nożnej chodzą tylko twardziele, pijanymi bandami przewalają się przez miasto, a potem nawalają się na trybunach. Przyzwyczaiłem się do widoku zapuszczonych, zniszczonych stadionów, bo przecież nie ma sensu o nie dbać dla takie widowni. To było dla mnie normalne. Przeżyłem szok, kiedy nocowałem w hotelu obok stadionu w Duesseldorfie. Pięknego, czystego, zadbanego, dostosowanego do dziesiątek dyscyplin. Potem się dowiedziałem, że tam na meczach nikt nie niszczy stadionu. To mi się w głowie nie mieściło.

             Przez trzy lata spędzone w Pradze poznałem czeskie podejście do sportu. W bogatszych dzielnicach na każdym podwórku kort tenisowy, do tego publicznie dostępne zespoły kortów wręcz co kilka ulic. Co sobotę po Hanspaulce niosło się echo odbijanych piłek tenisowych z setek przydomowych kortów. Nigdzie więcej w Europie (poza Holandią) nie widziałem takiej popularności  rowerów. Prażanie uwielbiają swoje domki letniskowe (chalupy). Nadchodzącą wiosnę charakteryzowały znikające z dachów samochodów packi na narty (bo przecież przez całą zimę jeździ się do Spindleruv Mlyna na stok albo na chalupy pobiegać na biegówkach) i pojawiające się bagażniki na rowery. W każdy piątek po południu, ulicami Pragi sunęły na dachach setki i tysiące rowerów na chalupy. Przy słonecznej pogodzie w Sarce można było spotkać większość znajomych na rowerach. Dojeżdżali do vycepu piva w połowie drogi, posiedzieli nad basenem i dalej w drogę.

             Derby jest jedną z angielskich stolic futbolu. Początkowo się złościłem, jak można ulice nazywać nazwiskami trenerów. Poznałem historię Briana Clough, który jednoczy tradycyjnie zwaśnione drużyny Derby i Nottingham i zrozumiałem. Zobaczyłem, jak dwa razy w tygodniu pół miasta przechodzi kładkami nad autostradą do Pride Parku, żeby wspierać swoją drużynę. Na stadion idzie się z dziećmi jak na piknik, na stadion idzie się na randkę, po meczu siedzi się w okolicznych pubach. Mecz (nawet z Nottigham Forest) nie jest wydarzeniem oznaczającym konieczność zamknięcia dzielnicy i nafaszerowania ulic policją. Mecz jest po prostu świętem. To też była dla mnie ważna nauczka.

             Zastanawiam się czasami, skąd wzięła się moja awersja do sportu. Nie tylko z band legionistów goniących za kibicami Polonii przy wtórze wojskowych armatek wodnych. Znalazłem się w środku takiej zadymy wiosną 1992. Wystarczy. Nie tylko od oddziału pijanych kibiców bez szalików (więc nie wiedziałem, która to strona), którzy przyparli mnie do muru na Smolnej krzycząc „wygrały te k... j.... no powiedz, kogo popierasz?” Nie tylko od Witka z mojej licealnej klasy, któremu wolno było na przerwach śpiewać teksty o dowolnym nasyceniu niecenzuralnych słów i aluzji do Żydów, czarnoskórych i homoseksualistów. Ugrzecznione słowa, których tu użyłem, brzmią śmiesznie w porównaniu do tamtych. Żaden nauczyciel nie zareagował. Chyba jednak największy wpływ na moje podejście do sportu mieli moi wuefiści. Co gorsza wiem, że to bynajmniej nie były odosobnione przypadki.

           W szkole podstawowej naczelnym wuefistą był Pudel. Nie pamiętam, jak się nazywał. Było kilka pań wuefistek, pokornie dostosowujących się do przewodnictwa Pudla. O ile w młodszych klasach panie się udzielały – rozkładały maty i robiło się nieśmiertelne przysiady, wymachy i przewroty, o tyle mniej więcej od czwartej klasy wzwyż rządził niepodzielnie Pudel. Dziewczyny miały prawo robić ciekawsze rzeczy, chłopaki mieli tylko jeden wybór. Pudel ustawiał nas w szeregu, potem było „kolejno odlicz”, parzyste liczby na lewo, nieparzysta na prawo, wyrzucał piłkę i zostawiał nas na boisku. Deszcz, słońce, śnieg, wiatr, dwa razy w tygodniu kopało się piłkę. Przez pięć lat. O istnieniu siatkówki czy koszykówki wiedzieliśmy z telewizji. O pływaniu, tenisie, czymkolwiek innym nikt nie marzył. Pudel wyrzucał przez okno piłkę i miał nas z głowy. Siadał w „hybziku” z kawą i gadał z paniami wuefistkami. Przy cieplejszej pogodzie, wychodził  na boisko, z nieodłącznym papierosem w ustach i stał. Jesienią przedstawiał komiczny widok w swym grubym dresie i ortalionowej kurtce, z papierosem w ustach, kiedy stał pod daszkiem i patrzył na półnagich chłopaków ganiających za piłką.

            W liceum zaś był pan K. Tu układ był podobny – było kilka pań wuefistek, ale rządził pan K. Ten był bardziej kreatywny. Chodziliśmy pobiegać do parku. We włocławskim parku nad Zgłowiączką są trzy mosty, oddalone od siebie po 500 metrów każdy. Więc mieliśmy biegi na pół kilometra, na kilometr oraz na półtora kilometra dla odmiany. Jak mu się nie chciało chodzić do parku, odbywało się nieśmiertelne „kolejno odlicz” i znów piłka nożna do oporu. Pan K zasłynął tym, że którejś wiosny urządził ogólnoszkolne zawody w biegach. W parku. Byłem w pierwszej klasie. Jakaś dziewczyna z trzeciej humanistycznej tłumaczyła mu, że ma chore serce i że nie może biegać na tak długi dystans. Stał przy linii startu i krzyczał, że z cukru nie jesteś, dasz radę. Dziewczyna upadła kilka kroków od mety. I nigdy nie odzyskała przytomności. Umarła. Nie zauważyłem, żeby pan K poniósł jakiekolwiek konsekwencje.  Zimą lubił nas zabierać do parku na „hartowanie” – biegało się w krótkich spodenkach i podkoszulkach pośród śniegu. Kiedyś dla rozrywki poszły też dziewczyny. Pan K postanowił zrobić psikusa Jowicie i przewrócił ją w śnieg. Nie wiedział widocznie,  że Jowitę należy kojarzyć z Marcinem. Marcin zaś ilością mięśni przerastał wuefistę dwukrotnie. I miał kumpli. Pan K wracał z tej lekcji znacznie bardziej czerwony na całym ciele, niż my wszyscy.

            Przy okazji zeszłotygodniowej nagonki na Boba Diamonda (to były prezes banku Barclays) i jego rezygnacji, rozmawialiśmy sobie przy lunchu o jego odprawie. Śmialiśmy się, że tacy ludzie są niezatapialni i zawsze będą za nimi szły wielkie pieniądze. Ktoś krytykował, że facet zarobił kilkanaście milionów przez ostatni rok. I nagle zeszliśmy na tematy sportowe i zaczęliśmy porównywać. Piłkarz pierwszoligowego zespołu zarabia w Anglii od 20,000 do 100,000 funtów na tydzień. Plus dochody z reklam, występy w telewizji, wywiady itp. Plus producenci wszystkiego, którzy dają mu swoje produkty „do testowania”, byleby się pokazał w tym samochodzie, w tym garniturze itd. To jest poziom najwyższej półki prezesa dużego banku. Niejedna szczęka przy stole opadła. Pytania o porównanie poziomu odpowiedzialności, ilości pracy, doświadczenia, wiedzy, nauki, dziesiątek lat ciężkiej pracy – pozostawiliśmy bez odpowiedzi.

            I jak tu pojąć tę nadmuchaną wielkość piłki nożnej? Nawet tu, w Anglii?

czwartek, 28 czerwca 2012

                Gdzieś między linijkami newsów przemknęła mi na którymś z portali wiadomość, jak to pewna pani postanowiła zakandydować na stanowisko, na które spełniała wszystkie wymagania. Wysłała CV i w odpowiedzi dowiedziała się, że z takim wykształceniem może co najwyżej kopać rowy, a poza tym jest stara i brzydka. Kobieta się oczywiście wściekła.

                A ja przyznaję, że marzę o tym, żeby dostawać takie odpowiedzi. Prawdziwe i szczere. Setki razy na wysłane CV, gdzie byłem pewien, że przecież ja jestem idealnym kandydatem, dostawałem co najwyżej ciszę w ramach odpowiedzi. Dziesiątki razy dostałem "rozważymy, poczytamy, skontaktujemy się". Dziesiątki razy po wstępnych rozmowach usłyszałem "no dobrze, to my się odezwiemy" i oczywiście potem następowała cisza.

              Ja naprawdę zamiast odwiecznego "jaki imponujący życiorys! jakie wspaniałe wykształcenie! doświadczenie godne pozazdroszczenia" wolałbym usłyszeć "kochasiu, ale ty jesteś z jakiegoś pipidówka, gdzie wrony zawracają i białe niedźwiedzie po ulicach chodzą, to jak ty możesz cokolwiek umieć?" albo "no weź mi tu nie wciskaj ciemnoty, nikt normalny nie byłby w stanie pociągnąć tylu projektów na raz", tudzież "aha, już ci wierzę, w życiu nikt by ci nie pozwolił robić takich rzeczy". Ale nic, ciągle tylko "pięknie, fajnie", zamiast "weź nie ściemniaj, poza tym masz pogniecioną koszulę, wal się na drzewo".

               Swego czasu przez siedem długich miesięcy szukałem pracy, a pieniądze się kończyły. I najmilej wspominam headhunterkę, która prosto z mostu walnęła "wszystko fajnie, ale w takie doświadczenie nikt nie uwierzy, niech pan pousuwa co drugą linijkę. I niech pan podzieli oczekiwania finansowe przez 3, to wtedy pogadamy". W kilka tygodni później znalazłem pracę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13