| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Opowiadania Piotra

sobota, 01 marca 2014

          Całkiem niedawno temu w naszej wiosce zamieszkał Wynalazca. Gdy wieczorami ludzie zasiadali na progach swoich domów, by odpocząć i pogadać z sąsiadami, on szedł do obory i coś konstruował. Zdobył skądeś jakieś kawałki żelastwa. Wyginał, ciął, kombinował. Ludzie początkowo traktowali go jak niespełna rozumu, potem się przyzwyczaili. W stodole Wynalazcy długo w nocy świeciły się świece i słychać było, jak pracuje.

          Któregoś wiosennego dnia, gdy przyszła pora na oranie pól, wyciągnął ze stodoły swoją maszynę. W naszej wsi był zwyczaj dzielenia się wszystkim. Na dziesięć chałup mieliśmy dwa konie, które pracowały dla każdego po trochę. Wynalazca poszedł do właściciela silniejszego z koni i obiecał zaorać mu całe pole w zamian za prawo do używania konia tego dnia. Ludzie podnosili głowy znad pielonych grządek, wstawali z kolan, gdy Wynalazca przywiązywał swoją maszynę do końskiego jarzma. A potem ruszył. Ludzie przerwali pracę i patrzyli. Kilku niedowiarków ruszyło w ślad maszyny by obejrzeć ziemię po jej przejściu. Kiedy Wynalazca doszedł do końca pola, ludzie bili mu brawo.

           Od tego dnia praca w polu stała się dużo lżejsza. Wynalazca nauczył nas wszystkich obsługiwać jego maszynę, a my mogliśmy używać jej, ile chcieliśmy, w zamian za kilka worków pszenicy na jesieni i trochę ciepłego mleka przy niedzieli.

           Wynalazca bynajmniej nie przerwał pracy. Mając już nasze zrozumienie, poparcie, a często i podziw, pracował jeszcze więcej. Co kilka miesięcy przedstawiał nam swoje kolejne wynalazki. Po kilku latach zdaliśmy sobie sprawę, że życie w wiosce zmieniło się nie do poznania. Wspaniałe maszyny Wynalazcy sprawiły, że mieliśmy więcej wolnego czasu, że nie byliśmy już tak straszliwie zmęczeni wieczorami, że nasza ziemia dawała więcej plonów, które sprzedawaliśmy w mieście na targu. Za zarobione pieniądze, nasze kobiety kupowały przepiękne stroje w mieście, a nasi mężczyźni sciągali coraz piękniejsze sprzęty i meble do domów. Kilku z nadmiaru wolnego czasu zaczęło częściej zaglądać do gospody i później wracać do domu, ale w końcu taka jest cena postępu.

           Po kilku latach, do naszej wioski przyjechał Nowy. Odstawał od nas wszystkich. Nosił eleganckie ubrania, silnie kontrastujące z naszymi zgrzebnymi koszulami. Mówił z takim śmiesznym akcentem. Powiedział, że sława naszego Wynalazcy dotarła do miasta i on postanowił zadbać o rozwój talnetów Wynalazcy. Wbrew zwyczajom, nie poszedł do lasu by sciąć drzewo i postawić dom. Zebrał chłopaków na placu przy studni i powiedział, że im dobrze zapłaci jeśli oni postawią dom za niego.

           A potem przez wiele wieczorów, długo rozmawiał z Wynalazcą.

           Od tamtego czasu, Wynalazca zażądał, byśmy mu płacili ustaloną cenę za używanie jego maszyn. Ludzie kręcili nosami, niektórzy mówili, że wolą wrócić do ręcznego obrabiania pól, ale ostatecznie wszyscy zgodzili się na nowe rozwiązanie. Nie chcieliśmy wracać do dawnego, ciężkiego życia. W końcu i tak dawaliśmy Wynalazcy pszenicę i mleko, więc co za różnica, czy będziemy mu dawać pieniądze zamiast towarów?

           Wkrótce jednak okazało się, że Wynalazca żąda różnych cen za różne maszyny. W sumie, miało to sens. Nad jednymi pracował kilka dni, a nad innymi całe miesiące. Ułatwił nam życie, należy mu się.

          Cieszyliśmy się, że Wynalazca nie zaprzestawał pracy. On dalej wymyślał i udoskonalał swoje maszyny. Były coraz lepsze i coraz mądrzejsze. Coraz bardziej skomplikowane i coraz doskonalsze. Nie podobało nam się, że tak dużo czasu spędzał z Nowym, ale gdy człowiek siadał wieczorem na ławce w ogrodzie i miał czas pogadać z dziećmi, miał czas zająć się nauką czytania i pisania, rozumieliśmy, jak wiele zawdzięczamy Wynalazcy.

            Pewnego dnia Wynalazca przedstawił nam maszynę Premium. Kilkoro ciekawskich zauważyło złośliwie, że to ta sama maszyna, którą pokazał nam rok temu, tylko ma dokręcone kilka ozdóbek, oraz jest pomalowana na biało. Ziemię obrabia przecież tak samo. Nowy wysunął się jednak przed tłum i zaczął zachwalać maszynę. Przekonał nas. Zrozumieliśmy, że dzięki nowym uchwytom maszyna jest wygodniejsza w użyciu. No i kto by nie chciał mieć białej, czystej maszyny, podczas gdy w sąsiedniej wiosce mają taką samą, tylko czarną. Trochę nas zaskoczył, gdy powiedział, że cena tej maszyny będzie wyższa, niż poprzedniego modelu. Ale zgodziliśmy się. W końcu kto by nie chciał pochwalić się maszyną Premium.

            Minęło kilka miesięcy i Nowy znów nas zwołał na prezentację kolejnego wynalazku. Tym razem Wynalazca mówił znacznie mniej. Nowy natomiast mówił i mówił. A potem zgrabnym ruchem ściągnął płótno przykrywające dotąd maszynę Prestige. I znów kilkoro czepialskich zauważyło, że to nadal ta sama maszyna, tylko ma domalowane gwiazdki. A przecież w obróbce ziemi to nie ma znaczenia. Nowy opowiadał nam o ambicjach, celach i marzeniach. O wielkich dokonaniach, o wspaniałej przyszłości, jakoś tak miękko się na sercach robiło, gdy mówił. Byliśmy przygotowani na cenę wyższą od maszyny Premium, ale chyba nikt nie był przygotowany na cenę tak strasznie wysoką. A jednak Nowy przekonał nas. To uczucie, gdy kroczyło się polem za piękną, błyszczącą maszyną, ze świadomością, że w sąsiedniej wsi mają dopiero model Premium, było warte wyrzeczenia się tych kilku kiecek.

            Minął jakiś czas. Mieliśmy wrażenie, że Wynalazca robi się coraz bardziej zamknięty w sobie, ale Nowy mówił, że on po prostu jeszcze więcej pracuje. Przyzwyczailiśmy się już do nowego modelu maszyny, który pojawiał się co roku. Coraz piękniejszy i coraz wspanialszy. I coraz droższy oczywiście. Niektórzy narzekali, że maszyna pracuje coraz gorzej, że stare modele z czasów, kiedy o Nowym jeszcze nikt nie słyszał, pracują o wiele wydajniej. Narzekaliśmy czasami, że nasze piękne kolorowe maszyny się psują. Ale Wynalazca zawsze je naprawiał. Do czasu, kiedy któregoś wieczora Nowy ogłosił, że będzie pobierał opłatę za każdą naprawę. Bo przecież naprawy odciągają Wynalazcę od pracy, a to znaczy, że kolejny model maszyny zajmie więcej czasu do wyprodukowania, a więc Wynalazca dłużej musi pozostać bez środków do życia. Więc płaciliśmy za naprawy. Dziwiło nas trochę, że dokręcenie śrubki w wersji Super Premium Plus jest droższe od tak samo w sumie wyglądającej śrubki w modelu Standard. Ale rozumieliśmy, że to jest droga postępu. O tym często mówił Nowy.

               A potem Nowy wymyślił kontrakty serwisowe. Ludzie długo nie mogli zrozumieć, o czym mówi. Tłumaczył, że zamiast płacić za każdą naprawę, będziemy po prostu co tydzień płacili jakąś niewielką kwotę, a w zamian za to Wynalazca będzie wszystko naprawiał za darmo. W końcu nas przekonał. Miało sens. Zamiast wydawać nie wiadomo ile, jak się maszyna zepsuje, drobna kwota co tydzień dawała poczucie bezpieczeństwa. Nowy dużo mówił o bezpieczeństwie. Problem się zrobił, kiedy Wynalazca naprawił maszynę na polu drwala, a Nowy powiedział, że przecież kontrakt serwisowy obejmuje jedynie standardowe naprawy, a tutaj mamy do czynienia z nadwyczajną usługą, bo przecież maszyna zepsuła się na skutek nieuwagi drwala. Drwal się awanturował, ale Nowy nam wytłumaczył, że jeśli poprzemy drwala, to przecież wszyscy będziemy musieli więcej płacić za kontrakt serwisowy, żeby pokryć koszty usługi wykonanej dla drwala. Długo to dyskutowaliśmy, bo nie każdy rozumiał te wszystkie skomplikowane słowa. W końcu się zgodziliśmy i drwal nie miał wyjścia.

               Coraz częściej się zdarza, że Nowy oświadcza, że takiej naprawy kontrakt serwisowy nie obejmuje i trzeba za nią płacić dodatkowo. Wynalazcy od dawna nikt nie widział. Wynajął jakichś chłopaków z miasta, którzy naprawiają maszyny za niego. Jakoś nie zawsze im to dobrze wychodzi. Ludzie mówią, że Wynalazca wyjechał. Nowy mówi, że Wynalazca pracuje całymi dniami, ale ludzie mu coraz mniej wierzą. Nowy obiecał premierę kolejnego modelu maszyny – Super Prestige Intergalactic Plus. Ktoś widział, jak malował starą maszynę na czerwono.

               Kilka dni temu sąsiedzi z końca ulicy przestali płacić za prawo do używania maszyny. Przestali płacić kontrakt serwisowy. Nie chcą już więcej używać tych wszystkich wynalazków. Zaczęli przekopywać ziemię własnymi rękoma. Dzisiaj zapukał do ich drzwi jakiś dziwny facet w czarnym garniturze i powiedział, że przejmuje ich dom za długi wobec firmy założonej przez Nowego.

niedziela, 27 stycznia 2013

          Spotkałem go już kilka razy. W sumie, powinienem się już przyzwyczaić. A jednak za każdym razem zwalniam krok na jego widok. Zresztą nie tylko ja. Gnający przed siebie tłum, przebiegający korytarzem dworca St. Pancras w Londynie zwalnia. Niektórzy zatrzymują się, wyciągają z kieszeni telefony i nagrywają. Niejednemu szczęka opada.

          Kilka miesięcy temu w hali dworca kolejowego St. Pancras stanęły pod schodami ruchomymi dwa pianina. Wymalowane graffiti, kolorowe, stare pianina. Początkowo myślałem sobie, że przecież tłum grajków błyskawicznie je rozstroi, ale stoją już chyba trzeci miesiąc i nadal dobrze brzmią. Na pianinach karteczki – „try me” (wypróbuj mnie). Czasami stoją puste (zawsze wtedy, kiedy do odjazdu pociągu mam za mało czasu), a czasami stoi przy nich kolejka oczekujących i jeden brzdąkający. Na skrzyżowaniu korytarzy, wypadają turyści przyjeżdżający Eurostarem z kontynentu, francuskie chłopaki starają się zaimponować swoim dziewczynom i coś tam sobie plumkają na klawiszach. Kawałek dalej stoi to drugie pianino. Przy tym drugim już kilka razy trafiłem na tłum ludzi.

          Korytarzami przewalają się dziesiątki tysięcy home counties commuters (ludzi dojeżdżających do pracy do Londynu czasami z odległych zakątków Anglii), którzy w swym obłędnym pędzie widzą tylko zegar odmierzający nieubłagane sekundy do zamknięcia bramki na peron. Tysiące turystów o całej gamie akcentów języka francuskiego i angielskiego. W sklepikach jazgocze muzyka, z głośników płyną komunikaty, a ponad głową syczą i warczą silniki lokomotyw. Gdy się tam człowiek na chwilę zatrzyma, ma wrażenie oceanu ludzkich twarzy sunącego we wszystkich możliwych kierunkach, oceanu pełnego kolorów i dźwięków.

         A przy pianinie siedzi facet, w mniej więcej moim wieku. Ubrany w odblaskowe spodnie i kamizelkę, uwalany farbą i wapnem, w butach jeszcze oblepionych błotem. Na podłodze obok niego leży biały kask z logo jednej z firm budujących biurowiec za rogiem. I gra. Ludzie się zatrzymują i wyciągają telefony. Ktoś opiera się o pianino i z niedowierzaniem patrzy na spracowane dłonie pianisty. Gdy go pierwszy raz spotkałem, grał Poloneza as-dur Chopina. I to jak grał! Utwór, który potrzebuje długiego, czarnego pudła o prostych strunach zdawał się nie mieścić w przytłumionej skrzynce pianina. Tłum zwalniał i z niedowierzaniem przystawał. A on grał. Grube, spracowane, poranione palce fruwały nad klawiszami i żadnego dźwięku nie brał źle. A mnie zostały 3 minuty do zamknięcia bramki. Kiedy byłem już na górze, usłyszałem huk oklasków. Potem spotkałem go, jak stał w kolejce do pianina. Ostatnio znów widziałem, jak grał. Tym razem „Eleanor Rigby” Beatlesów. Takiego wykonania nie powstydziłby się sir Paul McCartney. Ciarki mi przeszły po plecach. Nie wpadłem na to, że ten utwór można tak zagrać.

          Zawsze zastanawiam się na jego historią. Czy to absolwent dobrego konserwatorium gdzieś na wschodzie Europy, który nie mógł związać końca z końcem i przyjechał ciułać pieniądze tu, na londyńskiej budowie? Mieszka gdzieś w baraku, razem z innymi budowlańcami. Wieczorem, gdy tamci idą na piwo, on przychodzi na dworzec kolejowy. To pewnie jedyne klawisze, z jakimi może mieć teraz styczność. Nie kładzie kasku na podłodze po pieniądze. Kładzie go z szacunku dla muzyki, ze zmęczenia. Przychodzi po największy kawałek radości, jaką może sobie zapewnić.

          Mam nadzieję, że go kiedyś nagram.

środa, 15 lipca 2009

                   Zastanawialiście się zapewne wiele razy nad tym, jak pojedyncze, krótkie chwile, nieprzewidziane wypadki wpływają na całe nasze życie. Jak wydarzenia, które miały miejsce na wiele lat przed naszym urodzeniem, kilka sekund zaledwie – wpływa na to, że w ogóle istniejemy, że nasze życie wygląda tak a nie inaczej. Zachęcam do pogrzebania w takich historiach. Wielu faktów trudno się będzie doszukać. I wtedy pozostają domysły. Bo dziś wiemy już tylko, że coś wydarzyło się bardzo dawno temu. Ale gdyby tych kilka sekund sprzed wielu dziesiątek lat wyglądało tylko odrobinę inaczej, dzisiaj po prostu nie byłoby nas.

                   Klaus, Sierpień 1944
Dzieciństwo było potwornie trudne. Mała, drewniana chałupa przy błotnistej drodze. Wieś pośród ogromnych połaci nadmorskich równin. Ojciec nie wrócił z Wielkiej Wojny, zresztą jak prawie wszyscy ojcowie we wsi. Matki zagnały dzieci do roboty. Same zaś, opuchniętymi ze zmęczenia rękoma stawiały na powrót zwalone stodoły i naprawiały cieknące dachy. Dzieciństwo to głównie głód, błoto na polu, deszcz siekący w plecy, wychudzony koń używany przez całą wieś do orania pól, to czarna, straszliwa bieda i marzenia o innym świecie. Pobliską rzeką przepływały czasami barki pełne ryb. Do Lubeki było podobno blisko, ale swoją wieś po raz pierwszy opuścił, mając 15 lat. Miał wielkie marzenia, którymi dzielił się z chłopakami ze wsi, gdy spotykali się pod kościołem. Razem z Klarą mieli kiedyś uciec od tego błota, od orki, od świń i krów, w wielki świat, do Lubeki. Tamtej nocy w lesie, na górce nad jeziorem Klara powiedziała, że się zgadza. Rano, przy pomoście jej nie było. Długo czekał w deszczu. Sam wreszcie siadł do łódki i ruszył na północ. Nigdy więcej nie widział Klary.

                   Lubeka okazała się dużo większym wyzwaniem, niż przypuszczał. Spał w parku, pod drzewem, razem z innymi uciekinierami z okolicznych wsi. Chodził po porcie z nadzieją zaciągnięcia się na któryś ze statków. Wreszcie trafił na ogłoszenie na murze fabryki. Wydawało mu się, że orka jest ciężką pracą. Teraz doświadczył szesnastu godzin dziennie przy maszynach, które ogłuszały swoim hukiem, które pluły brudnym olejem, które wciągały w swoje trzewia dłonie nieuważnych robotników. Robili silniki okrętowe dla pobliskiej stoczni. Stocznia wypuszczała na morze coraz potężniejsze okręty. Robotnicy nawet nie próbowali się buntować przeciwko tak ciężkiej pracy za tak marne pieniądze. Wiedzieli, że pracują dla słusznej sprawy. Żeby wreszcie nie było głodu, żeby nie spać po dziesięciu w zapleśniałych klitkach na zapleczu, żeby ich dzieci miały jakąś przyszłość. Trzeba tylko oczyścić Europę z tej całej hołoty, przez którą przegraliśmy Wielką Wojnę.

                   Wieść o rozpoczęciu wojny fetowali ogromną radością. W fabryce strzelały korki szampanów, dziewczyny wciskały kwiaty robotnikom. Jesienią pojechał odwiedzić matkę. W pociągu powrotnym do Lubeki zobaczył ogłoszenie. Poszedł do punktu naboru żołnierzy. Miał wtedy 22 lata. Krótkie szkolenie w nadmorskich lasach. Tam dowiedział się, że z jednej strony jest przedstawicielem najwspanialszego narodu Europy, a z drugiej, że jest ścierwem i szmatą i że ma bezwzględnie słuchać kapitana. Nawet, gdy kapitan ma ochotę na blondynka. Nawet, gdy chce go przedtem potraktować skórzanym pasem z mosiężnymi klamrami. A potem cuchnąca ciężarówka, wiele godzin drogi i trafił na front wschodni. Za późno. Nie było już co robić. Tutaj wojna się skończyła.

                    Dostał się do oddziałów dbających o porządek na Mazowszu. Nuda, nuda, nuda. Ile można siedzieć w barach. Jeździli po wsiach. Zabierali kury i krowy. Zabierali ser, mleko i chleb. I oczywiście dziewczyny. Nuda. Latem 1941 miał nadzieję, że dostanie się do oddziałów idących na Rosję. Nie wzięli go. Dopiero wiosną 1943 zabrali go pod Stalingrad. I znowu nie zdążył. Siedzieli w bydlęcym wagonie, huk armat już było słychać za horyzontem, gdy pociąg stanął. A po trzech dniach i czterech upiornie mroźnych nocach, gdy podłogę pokrywał lód, pociąg ruszył w przeciwną stronę. Przez pociąg przeszła pogłoska, że wycofujemy się, że przegraliśmy. Na najbliższej stacji dowódca powiedział, że nastąpiła zmiana strategii i na razie wracają na Mazowsze. Trafił dokładnie do tego samego miasteczka, co poprzednio. Znowu jakaś fala awansów go ominęła. Pozostawała nuda. Pijackie imprezy, krowy, kury i dziewczyny.

                     Latem 1944 dowódca powiedział, że jednak będziemy się "przegrupowywać". Wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Przecież mają radia, słyszą plotki. Ta wojna jest już przegrana. A potem usłyszeli o wybuchu powstania w Warszawie. Zamiast ich przerzucić w centrum wydarzeń, dostali za zadanie pilnowanie. Bo przecież z całego Mazowsza szły do Warszawy dostawy żywności. Mieli je zablokować. Zablokować napływ partyzantów do Warszawy. Podobno po tamtej stronie Wisły już stoją Rosjanie.

                    Tamtego dnia rano gruchnęła wiadomość, że pod barem partyzanci zastrzelili Kurta i Jurgena. W zemście za tę dziewczynę, co ją zostawili poprzedniej nocy w lesie. Z Kurtem jeszcze wczoraj grał w karty. Z Jurgenem razem strzelali do krów dla zabawy, jeszcze dwa dni temu. Klaus wsiadł z chłopakami na kubelwagena i pojechali do wsi. Na drodze przez las spotkali jakichś wieśniaków. Przez tych parę lat zdążył się nauczyć polskiego, ale przecież tutaj nadal rządzimy my. Więc jako najstarszy rangą wrzasnął w stronę tego faceta z kosą, pośród łubinu, po niemiecku. Facet ewidentnie zrozumiał pytanie, ale podniósł głowę i milczy. No jak, wiesz kto zastrzelił chłopaków wczoraj pod barem? Milczy. I patrzy na niego oczami, w których widzi..... gdzie on widział takie oczy? Czy to zdjęcie ojca w mundurze, wygrzebane kiedyś spomiędzy pościeli w szafie matki... Rety, jaki ten facet jest podobny! Nie wiesz? To nie.

                      Jedziemy. Hans wrzucił bieg. Silnik kubelwagena wydał z siebie jęk zaprawianej wodą benzyny, ale ruszył. Klaus odwrócił się w stronę wieśniaka. Wyciągnął pistolet i bez namysłu pociągnął za spust. Wieśniak przez chwilę z niedowierzaniem patrzył Klausowi w twarz, a potem przewrócił się.

                      Petronela, Grudzień 1950
 Petronela urodziła się na mazowieckiej wsi. Dom to dla niej duży, biały, drewniany budynek, kryty strzechą, na ogromnej płaszczyźnie, nad jeziorem. A wokół lasy pełne zwierza, pełne jagód, grzybów. I pola z dostojnie kołyszącymi się łanami zbóż. Rodzice wywodzili się z podupadającej szlachty, raczej mocno podupadającej. Za cały majątek został ten kawałek ziemi i czworaki tam za jeziorem. Ale na szkołę było ich stać. W szkole oczywiście wszystko było po rosyjsku. Tak trudno się było zdecydować, które z marzeń starać się spełnić. Czy zostać tutaj, na tej spokojnej wsi? Czy myśleć o Wielkim Mieście, o Warszawie? Czy trwać w ostoi języka polskiego, jakim była dla niej jej wieś, czy też przenieść się w świat rosyjskojęzyczny, gdzie kryły się kariera, pieniądze, wystawne domy. Czy też w marzyć o skoku jeszcze wyższym, kojarzącym się z językiem francuskim. Wielki Skok na Salony. Warszawy, Petersburga, Paryża... Madame Petronela de R. Tak, to chyba zbyt piękne.

                     I nagle w ten świat karzący wybierać między językiem polskim, rosyjskim i francuskim wkradł się czwarty język. Ludwik. Ludwik miał marzenia. Marzenia, których rozmiar przekroczył jej najśmielsze wyobrażenia. Ludek myślał o Ameryce. Zupełnie nowe życie, inny świat, z dala od europejskich wojen, z dala od układów, od presji, z dala od biedy. Na początku będzie ciężko. Ale potem będziesz mogła spojrzeć odważnie w oczy w lustrze. Nie sprzedałam się, nie wyszłam za rosyjskiego urzędasa. Nie dałam się poniżać baronowej S w zamian za obietnicę wprowadzenia na salony. Nie zostałam na tej pięknej, ale w sumie jednak nijakiej wsi. Ludek był synem piekarza z pobliskiego miasteczka. Jego plan był prosty. W Ameryce ludzie też potrzebują chleba. A chleb to on robić umie. Że takie małżeństwo byłoby poniekąd wbrew konwenansom? A kto o tym myśli tam, za oceanem?

                     Nie mieściło jej się w głowie, że matka się na to zgodzi, a jednak.... Ślub miał być dopiero w Ameryce. W Gdańsku wsiedli na statek. Potem długa droga koleją przez Anglię. A potem w Liverpoolu na okręt, którego rozmiar ją przytłoczył. Mieli najtańszą kabinę. Przez całą podróż wymiotowała. Zastanawiała się, czy to choroba morska, czy może jednak ciąża.

                     Nowy Świat przywitał ich słońcem, wiatrem i Nadzieją przez wielkie N. Zapał Ludwika ją zaskakiwał, krępował wręcz. Nie miała pojęcia, skąd on bierze siły. Na przedmieściach Nowego Jorku wynajęli jakąś klitkę, a on już następnego dnia pracował w pobliskiej piekarni. Po trzech miesiącach był ślub, a po kolejnych czterech Ludek wziął kredyt na własną piekarnię. Kupili niedokończony drewniany dom. Ludek sam przebudował dół. Sam sprowadził piece, zainstalował gaz, sam rozbudował sklep, sam wykończył piętro, gdzie miało być mieszkanie. Petuchna, jak na nią mówił, zajmowała się początkowo głównie trawnikiem przed domem. Na więcej jej nie pozwalał. A potem przyszły dzieci.

                    Czas płynął nieubłaganie. Dzieci wyszły w świat. Na twarzy pojawiły się zmarszczki. Dużo zmarszczek. Petuchna pracowała w sklepie, Ludek zarządzał piekarnią. Mieli raptem jednego pracownika. Ale z drugiej strony zaopatrywała się u nich cała dzielnica. Chleb wypieku Ludka co dzień rano pachniał w setkach domów w okolicy. Ludek w dzień zdobywał mąkę i drożdże, załatawiał rachunki, a w nocy zakładał biały fartuch i stał przy piecu oświetlony ogniem. Petka martwiła się, że Ludek coraz mniej śpi. A po co spać, skoro organizm czym starszy, tym mniej snu potrzebuje. Popatrz, upiekłem dziś w nocy pączki według nowego pomysłu. Wiesz, że już prawie wszystkie się sprzedały? Przecież nie dla siebie to robię. Przecież to wszystko dla dzieci. Co mi szkodzi postać godzinę dłużej przy piecu, jeśli wiem, że dzięki temu dzieci będą miały lżejsze od nas życie.

                    Na Boże Narodzenie 1950 dzieci miały przyjechać dopiero 25 grudnia wieczorem. Na kolację. Wrośli w amerykańskie zwyczaje, na polską Wigilię nie ma czasu. Święta zaczynają się 25 grudnia po południu. Rano Ludek poszedł do miasta. Petka krząta się po domu. Przygotowała dla dzieci pokoje, w których mieszkali dawno temu. Tak, jak lubią. Zagląda do sypialni Ludwika Juniora. O rety, jaka pajęczyna na oknie! A jakie to okno brudne! No tak, nie zdążyła umyć. Zeszła więc na dół po miskę. Nalała wody, nasypała tego proszku, co go tak reklamują w radiu. Wzięła czystą szmatkę i poszła na górę. W nocy był niezły mróz. Śnieg się bieli na trawnikach. Słońce ostro świeci w oczy. Otworzyła okno. Zimno. Przypomniała sobie, że można by coś założyć na szlafrok. Ale to tylko chwilka, nie zdąży zmarznąć. Miska na parapet, szmata w dłoń...

                     Kiedy poczuła ześlizgującą się stopę, spojrzała w dół. Zobaczyła lód na parapecie. Spróbowała chwycić się okna. Ręka ze szmatą ześlizgnęła się po oblodzonej framudze. Miska poleciała w dół. A potem był przerażająco długi lot. I nagły, przeszywający ból. A potem zrobiło się ciepło. Świeciło słońce, szła przez pole pośród zboża, a na ganku białego domu ktoś na nią czekał.

Tych, którzy znają więcej szczegółów powyższych historii mogę jedynie przeprosić za koloryzowanie faktów. W końcu to tylko moje wyobrażenia.

piątek, 08 maja 2009

                  Latem 1997 roku Polskę nawiedziły potężne ulewy. To właśnie wtedy zalało Wrocław. To właśnie wtedy gigantyczna fala powodziowa zatopiła ogromne obszary południowo-zachodniej Polski. Deszcz padał i padał, a wielka masa brunatnej wody zrywała kolejne mosty i zalewała kolejne bezbronne miasta. W kilka tygodni po przejściu powodzi, Ewa wybrała się na warsztaty artystyczne do Załęcza. To takie małe miasteczko w środku drogi między Wrocławiem, Poznaniem, Ostrowem Wielkopolskim i Zieloną Górą. Warsztaty w zasadzie nie odbywały się w samym miasteczku, ale w starej stanicy harcerskiej, w lesie niedaleko Załęcza. W lesie, nad rzeczką. Nad strumykiem, który jeszcze kilka tygodni wcześniej był gigantyczną, rwącą rzeką, która zniosła ze sobą domy, stodoły i kilka mostów.

                 No właśnie, mostów. Pamiętam, że gdy jechaliśmy w tamtą stronę – im dalej na południowy zachód, tym więcej mostów trzeba było objeżdżać przez drewniane tymczasowe konstrukcje. I znowu zaczynał padać gęsty deszcz. Za Ostrowem Wielkopolskim droga była zniszczona wojskowymi transporterami, które kilka tygodni wcześniej próbowały docierać do odciętych od świata wysp, na których gromadzili się mieszkańcy z dobytkiem. A potem objazdy, objazdy, mosty tymczasowe, mosty pontonowe, objazdy i na koniec Załęcze. Stanica harcerska jest po drugiej stronie rzeki od miasteczka, a mostu już nie ma. Mieszkańcy wytłumaczyli nam, że trzeba pojechać tą nieoznakowaną drogą jakieś 15 kilometrów, potem skręcić w piaszczystą drogę przez las, potem trzecia dróżka w lewo, czwarta w prawo i wyjeżdża się na stary drewniany most, który podobno przetrwał powódź. Znaleźliśmy ten mostek. Stał. Barierki zabrała woda, mostek się kołysał, ale przejechać się dało. Potem znowu starą leśną drogą i byliśmy wreszcie w stanicy. O dziwo, inni uczestnicy też jakoś dojechali. Wieczorem zostawiłem więc Ewę – niech się artystycznie udziela, a ja pojechałem do Warszawy.

                 Tydzień później miałem po Ewę wrócić. Zanim wyszedłem z biura, zanim się spakowałem, zanim się udało wyjechać, w Jankach spotkała mnie noc. Do Kalisza jakoś szło, a potem tradycyjnie rozpadał się deszcz. Drogę przecież znałem, więc dużo łatwiej szło znajdowanie objazdów i do Załęcza dotarłem około pierwszej w nocy. Teraz pozostawało znaleźć ten mostek w lesie i będę już na miejscu.

                 Mieliśmy wtedy samochód dość szczególny. Peugeot 405 (break oczywiście), rocznik 1991, sprowadzany z Niemiec na tak zwanego składaka. O czym dowiedziałem się dopiero po zakupie, samochód miał w Niemczech najpierw poważny wypadek (z urwaniem tylnej osi i wyrwaniem kawałka podłogi bagażnika), a następnie trafił w 1995 roku do warsztatu w Koblencji. Koblencję w 1995 roku nawiedziła powódź, co wyjaśniło muł znajdujący się między dywanikami a blachą. Potem za grosze kupił go jakiś blacharz z Piły, który wygląd zewnętrzny doprowadził do przyzwoitości, ale z kilkoma uszczelkami sobie nie poradził. Kiedy padał deszcz, często mieliśmy mokro w bagażniku. Nie poradził sobie też biedaczysko z wymontowywaniem silnika przed granicą i zmontowywaniem go z powrotem. Olej ciekł wszystkimi możliwymi szczelinami. Na koniec udało mu się zepsuć rozrusznik, a resztki mułu z Saary wykończyły pompę wodną. Elektronika działała jak chciała. Tylne koła stały krzywo, przód również błagał o nowe zawieszenie. Na dodatek kiedy pojechałem do warszawskeigo warsztatu Peugeota, po otwarciu maski mechanik zrobił wielkie oczy, potem zawołał wszystkich pozostałych i długo patrzyli z podziwem. Wyjaśnili mi, że trafił mi się jeden z legendarnych 50 egzemplarzy wyprodukowanych z eksperymentalnym silnikiem. I mam się modlić, żeby się nie psuł, bo części do tego generalnie nie ma. Doprowadzenie Peugeota do używalności pochłonęło mniej więcej tyle samo, ile wydaliśmy na jego zakup, ale ilość radości, jaką nam dał, była zdecydowanie tego warta.

                  Tak więc na znajomym skrzyżowaniu w prawo, potem za białym domem w lewo, potem za złamanym drzewem w prawo, na rozstajach w lewo i jakieś 10 kilometrów prosto, starą drogą przez las. I teraz trzeba wypatrywać tabliczki "zauważyłeś pożar w lesie – alarmuj" i zaraz będzie ta piaszczysta droga w lewo. Wydawało mi się, że tabliczka powinna była już dawno być, ale nadal jej nie widziałem, więc jadę. Coraz wolniej, wpatruję się w ścianę drzew po prawej. Deszcz się trochę uspokoił. Powolutku, przed siebie. Minęło 20 minut. Nie ma tabliczki, nie widziałem tej drogi. Zawracam. Jadąc z powrotem, nie zobaczę tabliczki, ale może zobaczę drogę. Dojechałem do Załęcza. Ani drogi, ani tabliczki. Znowu zawracam. Teraz powolutku jadę przez las. Tabliczka mogła przez tydzień zniknąć, ale ta droga musi tu gdzieś być. Znowu zorientowałem się, że jestem już za daleko. Musiałem znowu nie zauważyć zjazdu w las. Trzeba zawracać. Kierownica w lewo, samochód w poprzek drogi, wsteczny i ..... silnik zgasł. Kolejne długie minuty spędziłem na próbie uruchomienia. Przekręcenie kluczyka w stacyjce nie zaowocowało nawet zapaleniem się kontrolek, a co tu marzyć o silniku. No dobra. Jest grubo po pierwszej w nocy. Samochód stoi w poprzek drogi, nieoświetlony. Tędy bardzo rzadko ktokolwiek jeździ, ale ciekawe, czy mnie zauważy. Pamiętam, że trząsłem się ze strachu i z zimna, że płakałem i ślizgając się po pokrytym błotem dziurawym asfalcie, przepychałem samochód na pobocze. Udało się. Stoi trochę bezpieczniej wzdłuż drogi, jest nadzieja, że nikt go nie staranuje. Znowu kombinuję z kluczykiem. Nic, żadna kontrolka się nie świeci. Jest jakoś tak idealnie ciemno, choć oczy na szczęście przyzwyczaiły się już do ciemności.

                     Wysiadłem. Nie dam rady jej sam popchnąć, poza tym nie wiem, czy zapali, skoro ewidentnie nie dostaje prądu, a tym samym komputer nie poda paliwa do silnika, więc sobie tak mogę pchać. Rozglądam się. Ciemny las. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Wiem, w którą stronę jest Załęcze. Jakieś 20 kilometrów prosto. Lepsze to, niż siedzenie tutaj. Ale zostawiać samochód w lesie, w nocy? Rano go już może nie być. Odszedłem trochę i rozglądam się w rozpaczy. Daleko, za drzewami, zobaczyłem światło. O rety, jakaś wieś. Może mi ktoś pomoże. Była jakaś ścieżka przez las, a potem jakieś pole i już widać było pojedynczy dom i kilka zabudowań gospodarczych. Światełko okazało się być żarówką nad drzwiami. Kiedy doszedłem do domu, obejrzałem się. Za mną ściana ciemności. Rety, a jak ja zamierzam trafić do samochodu? No cóż, skoro doszedłem, trzeba próbować. Na podwórku stoi traktor, może się dadzą namówić, żeby Peugeota pociągnąć. Ale jest druga w nocy. Pukam do okna. Cisza. Pukam znowu. Jakieś cienie przesuwają się w środku. Kobiecy głos "czego tam?" i wielki drąg w jej ręku wyjaśnia mi, że obydwoje boimy się tak samo.  Nie wiedziała, gdzie jest harcerska stanica. Stary most jest tam w lewo, za zakrętem rzeki, ale jak dojechać to ona za bardzo nie wie, bo po powodzi nie ma starych dróg. To tyle rozmowy przez zamknięte okno. Już nie pytałem o pomoc z samochodem. Zorientowałem się, że musi być sama w domu. Albo dzieci śpią, a męża powaliła wódeczka.

                    Tak, w lewo za zakrętem rzeki. Tylko jak tam dotrzeć? Dawno się tak nie bałem. Teraz przez zamokłe pole, potem przez tamte krzaki, a potem las i powinna być droga. A na drodze powinien stać szary Peugeot.

                    Droga była, ale gorzej z samochodem. To może w lewo. I nagle zrobiło się jaśniej. Chmury zrobiły się rzadsze, a w nikłym świetle gwiazd, daleko pośród drzew zamajaczył kawałek blachy. Znalazłem cię! Czy już ci kiedyś mówiłem, że jesteś jednym z najlepszych samochodów, jakie znam? Wsiadłem do środka, kluczyk w stacyjkę i .... no nie, cudu nie będzie.

                   Słuchaj, stara. Ja wiem, że ty dużo przeszłaś. Że nie traktowali cię dobrze. Ja wiem, że jesteś zmęczona. I wiesz co? Ja ci z przyjemnością pomogę. Bo cię po prostu lubię. Lubię tę wytartą kierownicę i dziurę w gumie przy drążku skrzyni biegów. Lubię te skrzypiące fotele i lubię, jak ci pięknie tył chodzi na zakrętach. Wiem, że potrafisz 1900 kilometrów przejechać bez kropli oleju w silniku i się nie zatrzeć. Wiem, że potrafisz odzyskać siły po zalaniu rzecznym mułem. Wiesz co? Ja nie kupię sobie tych książek ani płyt, co to mi chodziły po głowie. Wezmę jeszcze trochę projektów i nadgodzin. Jeżeli ty pomożesz mi dzisiaj i jutro, jeżeli dojedziesz do Warszawy, w poniedziałek pojedziemy do warsztatu i kupimy nowy rozrusznik. I nowe kable do świec. A za miesiąc powinno mnie być stać na nowe zwrotnice. Będziesz jeździć jak w dniu, kiedy wyjechałaś z fabryki, tylko zawieź mnie proszę do Warszawy. No dobra. A teraz włożę kluczyk do stacyjki, a ty wykrzeszesz z siebie trochę sił i pojedziemy po Ewę, dobrze?

                     Tamtej nocy nauczyłem się, że z samochodami warto rozmawiać. A most rzeczywiście był za zakrętem.

piątek, 14 listopada 2008

                    Zawsze bardzo chciałem móc moim dzieciom dać atmosferę tamtego Domku. Mieszkałem tam w zasadzie od wieku lat dwóch, może trzech, do momentu pójścia do szkoły. Potem był zaś Domkiem na większość weekendów, ferii i wakacji. Dziś, gdy widuję Domek (mniej więcej raz na rok przejeżdżając obok), wydaje się być mały. Cóż, stoi w innej już scenerii, inne ma okna, ogrodu już nie ma. A poza tym, dzieciom zawsze domy wydają się większe. Gdy dorastamy, nagle uświadamiamy sobie że to było tylko kilkadziesiąt metrów kwadratowych, że dach przeciekał i oknami miotał wiatr, ale gdy byliśmy mali – to wszystko dodawało jedynie mistycznego, baśniowego piękna.

                     Domek należał do babci Heli. Wychowywałem się tam wraz z moimi dwoma siostrami ciotecznymi. Domek miał wielki ogród, z nigdy nie koszoną trawą, z jabłoniami, gruszami, agrestem, porzeczkami, z kołyszącymi się tulipanami. Sąsiedzi grozili babci sądami za rozprzestrzenianie chwastów do ich ogrodów, a babcia spokojnie pytała, co jest brzydkiego w tych pięknych roślinach. Latem kładło się czerwony koc w czarną kratę pod gruszą i słuchało szmeru dmuchawców na wietrze. Poruszaliśmy łodygami konwalii i strącaliśmy z nich rosę na twarz. Braliśmy w dłoń biedronki i szeptaliśmy im życzenia do ucha. Z drzew spadały na ziemię przejrzałe jabłka i gruszki, wiecznie pełne robaków. Za to bardzo smaczne po przerobieniu na kompot. Dom miał na dole trzy pokoje, kuchnię i łazienkę, oraz przybudówkę zwaną Babą Jagą, gdzie mieszkały kury i gdzie trzymało się węgiel na zimę. Był pokój z długim stołem, przy którym jadło się obiady i kolacje, gdzie przy piecu wieczorami czytało się książki i słuchało Głosu Ameryki. Babcia uwielbiała czytać nam "Pana Tadeusza" z rozlatującej się książki o pożółkłych kartkach. Za każdym razem płakaliśmy przez prawie całą Pierwszą Księgę.

                    Na kredensie stał zegar wybijający godziny. Mamy go teraz w naszym domku. Jeździ za nami po świecie. Zegar tradycyjnie przyprawia o bezsenność naszych gości nieprzyzwyczajonych do głośnego "bim-bam". Był na dole pokój babci, z wielką, czarną szafą, pełną skarbów i z maszyną do szycia. Ta maszyna do szycia też z nami przemierza świat. Był też pokój, w którym spaliśmy my – dzieci. Miał wielkie okna wychodzące na ulicę. Zimą rysowaliśmy palcami po szybach pokrytych szronem. W tym pokoju były portrety naszych rodziców, było potwornie skrzypiące łóżeczko, w którym każde z nas sypiało tak długo, aż nogi nie zaczęły wystawać poza białe, rdzewiejące pręty. Był też przeterminowany kalendarz ze zwierzętami, który tak strasznie się nam podobał, że uparcie używaliśmy go przez kilka kolejnych lat. Kuchnia z kolei pełna była niesamowitych sprzętów oraz starych puszek po kakao, w których kryła się Tajemnica.

                     Na górze były dwa duże i trzy malutkie pokoje. Na górę prowadziły drewniane, trzeszczące schody. Nieszczelne okna fundowały tam zimny wiatr w grudniu i niewiarygodny upał w lipcu. Wchodziło się tam przez wąski korytarz, otwierało się boczne drzwi, a w małych pokoikach były setki, tysiące starych zabawek. Naszych, naszych rodziców... Uwielbialiśmy buszować pośród starych lalek, misiów, klocków. W ostatnim pokoju były zaś sterty gazet, którymi jesienią rozniecało się ogień w piecach. Gazet sprzed wielu dziesiątek lat, które znosiliśmy na dół i czytaliśmy w zimowe poranki, leżąc pod grubymi pierzynami. Góra to był świat z drugiej strony lustra, którego dorośli nie odwiedzali, gdzie mogliśmy siedzieć całymi dniami i nikt nas nie pytał, co robiliśmy. Te schody były jak przejście w inną rzeczywistość, jak wejście do krainy baśni, jak sen, który nagle spełnia się w środku dnia. Latem słońce unosiło na korytarzu wieloletni kurz, a spod sufitu spoglądały na nas pająki. O północy nawiedzał Górę duch wuja, ze ścian wysuwały się czarne dłonie, a księżyc kładł na podłodze długie cienie. We wielkim pokoju z wyjściem na przeszklony balkon, urządzaliśmy przedstawienia i oglądaliśmy rzucane projektorem na ścianę slajdy i czarno-białe filmy nakręcane przez naszych rodziców w czasach, gdy ledwo odstawaliśmy od ziemi.

                   Najpiękniejszy obraz Domku, jaki pamiętam, to powroty od cioci ze wsi. Wracaliśmy ostatnim autobusem. Było już ciemno. Wchodziliśmy drzwiami od podwórka. Drzwi od ulicy nigdy się nie używało. Pamiętam skrzypienie każdej pary drzwi. Najpierw ciemna sień, zapach spiżarni, szmer myszy w zakamarkach, potem białe drzwi z wykrzywionym kluczem. Potem wielkie lustro na wprost i wchodzimy do kuchni. Stopy dotykają miękkiego chodnika. Babcia jeszcze przez chwilę nie włącza światła. Stoimy w ciemności, a z okna za naszymi plecami szary cień nocy kładzie się na węglowej kuchni. Wdychamy zapach Domku. Domek żyje swoim życiem, drewno podłogi porusza się i cicho skrzypi, a nad nami na Górze słychać kroki ducha wuja. Potem babcia otwiera drzwi do pokoju i dopiero wtedy włącza światło, przynosi węgiel z Baby Jagi. Brzęk wiadra z węglem o aluminiowe okucia podłogi wokół kuchni. W milczeniu siadamy dokoła stołu i przyglądamy się naczyniom na półkach. Fajerki kuchni robią się czerwone. Pijemy kakao i zaczynamy krótkimi słowami rozmawiać.

                     Rano znów pójdziemy na Górę. Za parę dni pojedziemy na wieś. Donikąd nie trzeba się spieszyć. Nikt nic nie musi. Nie ma praw i obowiązków, nie ma przykazań. Nie ma przeszłości, nie ma przyszłości, nie ma czasu. Jesteśmy tylko my. Jest tylko słońce mocno świecące w okna, cienie liści na naszych twarzach, nie ma innego świata. Schodami na Górę przechodzisz na drugą stronę lustra, a czas się zatrzymuje.

poniedziałek, 21 lipca 2008

                   Dzisiaj będzie nie na temat. Dzisiaj będzie wspomnienie. W zasadzie trudno mi wytłumaczyć, czemu napadła mnie chęć napisania właśnie o tym. Pewnie dlatego, że przy okazji przygody z prasowaniem, postanowiłem obejrzeć dwa urywki koncertu sprzed 39 lat. To będzie opowieść o dwóch właścicielkach niezwykłych głosów.

                   Noc z soboty na niedzielę, trochę przed północą. Mountain schodzą ze sceny. Czterech chłopaków zaczyna montować swój sprzęt. Są niewyspani, wypili zdecydowanie za dużo i od kilku dni ostro jadą na prochach przeróżnych, z Maryśką na czele. No dobra, sprzęt stoi (a czy stroi, to już inna kwestia), gitary nie bardzo leżą w dłoniach, klawiatura organów zdaje się kołysać, ale może to tylko w głowie się kręci. Jakoś to będzie. Wokalistka przepadła. Chłopaki z nudów brzdękają na gitarach, szef biega po zapleczu sceny. Jest – siedzi przy stole, nad kolejnym drinkiem i gada sama do siebie. Wygląda na mało przytomną. Po krótkiej awanturze, udaje się ją namówić na wyjście na scenę. Dziewczyna nie może pokonać schodów. Jedyne właściwe określenie to nawalona. Oślepiają ją światła, traci na chwilę równowagę, wpada w perkusję, ale wreszcie toczy się do przodu. Zrzuca buty. Będzie stała trochę pewniej. Poprawia wymiętą, kolorową sukienkę, założoną na spodnie o równie odjechanych wzorkach. Jeszcze przed wejściem na scenę miała we włosach dwa kolorowe sznury piór, ale przepadły przy zetknięciu ze schodami. Dziewczyna wyraźnie się zatacza. Bierze do ręki mikrofon i próbuje coś powiedzieć. Ochrypły głos nijak nie daje się ułożyć. Słowa się plączą. Manager łapie się za głowę. Znowu to samo. Dziewczyna daje chłopakom znak ruchem ręki obarczonej kilkudziesięcioma bransoletkami. Chłopaki usiłują zagrać umówiony pierwszy utwór.

                    Dziewczyna zamyka oczy i ....... ma zupełnie inny głos. Nogi przestają się chwiać. Śpiewa coraz pewniej, z każdą sekundą jej głos potężnieje i pokonuje wszystkie przeszkody, jakie mu zafundowała. Śpiew przywraca ją do pionu. Chłopaki dają sobie spokój, grają jak zwykle cokolwiek, w końcu ludzie tu przyszli dla niej, a nie dla nich. A ona, na przekór słodkim oparom kolorowego dymu unoszącego się nad sceną, na przekór zmęczeniu, wiatrowi, nocy – ona śpiewa. Po "To Love Somebody" chłopaki wymiękają. Ona urządza sobie solówki, wstawia tekst nie tam, gdzie się umówili, zmienia melodię i rytm. Nie nadążają za nią. Dziewczyna zarządza "Summertime". Chłopaki mówią "nie dasz rady". Więc odwraca się i sama zaczyna śpiewać – nie mają wyjścia, muszą grać. Myśleli, że to ją wykończy, bo chrypła pod koniec. Ale nie, ona popija łyk wina i mówi "Try Just a Little Bit Harder". I jeszcze raz, i jeszcze "Kozmic Blues", i jeszcze "Work Me Lord". Tu już musi śpiewać bez nich. Nareszcie koniec. Umówili się, że to będzie koniec. Ale publiczność skanduje jej imię przez długie minuty.

                    Dziewczyna wraca na scenę i uśmiecha się do niewidocznego tłumu. Chłopaki zaraz wrócą. Zmęczenie spowodowało, że otrzeźwieli. Teraz za to jej głos się chwieje. "Take Another Little Piece of My Heart". Manager uśmiecha się od ucha do ucha. Wszyscy już wiedzą, co teraz będzie. Któryś lekarz zabronił jej tego śpiewać, setki krytyków pisało, że rozumieją, jak ona może ten utwór śpiewać właśnie tak. Ona już na pamięć zna tytuły ich artykułów: "gdzie ona ma przeponę" i przyzwyczaiła się do tak zwanych znawców, uderzających kantem dłoni w brzuch. Odwraca się do chłopaków i uśmiecha się szczęśliwa. Już wiedzą. Tym razem grają równo, idą jak burza, jak w najlepszym studiu. Ona znów zamyka oczy i czeka na właściwy akord. I zaczyna powolutku "I sit down by my window....."

                    Publiczność zamiera. Jak ona chce to zaśpiewać? Po godzinie na scenie nie powinna już mieć siły. Zdrowy, wypoczęty człowiek nie dałby rady. Ona jest pijana, naćpana i nie śpi już drugą noc. Ale ona śpiewa. Znowu z wersu na wers coraz czystszym głosem. Śpiewa tę najdłuższą, kilkunastominutową wersję. Pewna siebie, szczęśliwa, ciągnie bez zająknięcia przez wszystkie najtrudniejsze kawałki. Kończy, kłania się i stacza ze sceny nieprzytomna.

                    Właścicielka drugiego z wspomnianych głosów pojawiła się na tej samej scenie kilka godzin później. Słońce wstawało, gdy zaczynali swój występ. Ona, pomimo znacznie większego zmęczenia, jest w dużo lepszym stanie. Czego niestety nie można powiedzieć o pozostałych członkach zespołu. Chłopaki zasypiają nad gitarami w trakcie utworów. Śpiewają tak, że ona zamyka oczy i odwraca głowę z kwaśną miną. Nie idą im kolejne utwory. Plączą się, mylą słowa, chłopaki podbierają sobie tematy i solówki, grają jeden przez drugiego, bez ładu i składu. Dziewczyna zaczyna myśleć o przerwaniu tej żenady. Podciąga ich trochę, kiedy zarządza "Somebody To Love", ale zaraz potem znowu się rozłażą. To ona jest tu wokalistką, a oni chórkiem, ale przez kolejne kilka piosenek oni nie dopuszczają jej do głosu.

                     Dziewczyna chowa się pomiędzy wzmacniaczami, zatyka uszy i śpiewa sama dla siebie – zbyt cicho, żeby wyłapały ją mikrofony. Po kilku piosenkach, wychodzi znowu do przodu. Chłopaki zorientowali się, że to nie przelewki. Usilne próby zestrojenia gitar spełzają na niczym. Zresztą w tym, co ona ewidentnie chce zaśpiewać, to i tak nie ma znaczenia. Potrzebujemy tylko dobrego basu na początek. Więc ona, w śnieżnobiałym stroju na tle przybrudzonych i nadal zaspanych chłopaków wychodzi przed nich. Zgodzili się. Jest bas. Jedziemy. "One pill makes you larger, one pill makes you small, and the ones your mama gave you don't do anything at all...." Zatyka uszy. Musi śpiewać inną melodię, niż oni grają. Musi śpiewać ponad ich pogubionymi akordami, ponad straconym rytmem. Musi śpiewać ponad ten obcy głos, który słyszy w głośnikach wokół sceny. Opuszcza głowę, skupia się i ciągnie niewiarygodnym głosem, trzecią, czwartą, piątą oktawę, a do końca jeszcze trochę. Kiedy dochodzi do ostatniego wersu, brakuje jej już oddechu, ale śpiewa go tak jak zawsze – do samego końca. Kiedy ostatnie echo wybrzmiało, otwiera oczy, i patrzy zdziwiona na publiczność. Wydaje głębokie westchnienie pełne podziwu dla samej siebie. Dała radę. Dla tej jednej piosenki warto było wychodzić na scenę. Pora iść spać.

                    Janis Joplin umarła trzynaście miesięcy później. Ostatnim utworem, jaki nagrała, na kilka godzin przed śmiercią, były życzenia na 30. urodziny dla Johna Lennona. Grace Slick, po rozwiązaniu Jefferson Airlpane założyła jeszcze Jefferson Starship oraz Starship i kontynuowała karierę do późnych lat osiemdziesiątych. Janis miałaby dzisiaj 65 lat. Grace jest o 4 lata starsza.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

                    Rzecz miała miejsce wrześniowego południa 1999 roku w Warszawie. Normalny ruch, normalny korek na Placu Bankowym, normalne tłumy ludzi... Dojechałem do świateł od strony tunelu pod Starym Miastem, kiedy zapaliło się czerwone. Przed maską przesuwały się sylwetki południowych przechodniów – studentów, emerytów, zagonionych handlarzy. Stałem na skrajnym lewym pasie, w zasadzie przeznaczonym do skręcania w Marszałkowską. Po lewej miałem więc płot przystanku tramwajowego i grupki ludzi opierające się o płot, o wyciągnięcie ręki, czytających gazety, dmuchających papierosowym dymem w niebo. Po prawej trzy rzędy samochodów i Gruba Kaśka. Obok mnie jakiś nie zwracający uwagi samochód, potem czarne BMW, potem nie wiem co. Usłyszałem, jak BMW grzeje silnik. Mnie będzie podskakiwać? Tłumek na przejściu przerzedził się. Kiedy pierwsze elektrony przepłynęły przez przez żarówkę żółtego światła, miałem już sześć tysięcy obrotów i po chwili rwałem do przodu. BMW szło równiutko obok. Przelecieliśmy przez tory i na wysokości kiosku przy zejściu do Kina Muranów BMW zawahało się przy zmianie biegu. Kiedy wrzucałem trójkę, byłem już o całą maskę do przodu. Na wysokości Rzepichy miałem już dobrze ponad setkę na liczniku.

                   I wtedy go zobaczyłem. Powoli szedł przez Solidarności, od lewej – na wysokości Feminy. Mniej więcej dwudziestoletni chłopak, pamiętam jego zieloną koszulkę. Wszedł na tory. Musiał widzieć dwa zbliżające się z wariacką szybkością samochody. Nie mogliśmy nie zostać zauważeni. Kiedy zostało mi do niego jakieś 20 metrów, chłopak potknął się o ostatni tor i zaczął przechylać do przodu. Błyskawiczne podświadome obliczenia podpowiedziały, że przy tej prędkości to jest jakieś ¾ sekundy. Nawet nie ma sensu zaczynać hamować. Nie ominę go, bo BMW zjechało na środkowy pas i przecież się teraz nie przesunie, bo straci siłę ciągu tylnych kół. Widziałem tylko, jak chłopak pochyla się coraz bardziej w stronę jezdni. Wiedziałem, że uderzy głową w szybę na wysokości mojej twarzy. Czekałem na głuchy huk i szok tłuczonego szkła. Zamknąłem na chwilę oczy. Cisza. W lusterku zobaczyłem, jak odzyskuje równowagę i prostuje się. Do skrzyżowania z Jana Pawła II dojechałem o ¾ sekundy szybciej niż BMW. Wysiadłem z samochodu i obejrzałem się. Chłopak spokojnie szedł przez ulicę i po chwili otworzył drzwi kościoła.

                     Nigdy nie zdołałem zrozumieć, jakim sposobem chłopak odzyskał równowagę i zdołał się odsunąć.

sobota, 19 stycznia 2008

                    Warszawska zima tamtego roku była taka jak zwykle. Śnieg poleżał przez kilka dni i zmienił się w czarne błoto, rozchlapywane przez autobusy, spychane przez dozorców do kratek kanalizacyjnych, oraz w postaci wysuszonych, czarnych pagórków zalegających na trawnikach. Niespiesznie wracałem z zajęć do domu. Metro nie miało jeszcze ani jednej stacji i Plac Bankowy wyglądał trochę inaczej niż dzisiaj. Stałem przed przejściem dla pieszych przez Andersa i z daleka zobaczyłem w tłumie tę postać – dziewczyna w jasnej kurtce, z kapturem naciągniętym na głowę stała przed schodkami Rzepichy. Rozmawiała z kimś, kogo stamtąd nie widziałem. Gdy zmieniło się światło, ruszyłem wraz z tłumem przez wielkie kałuże. Szeroką ławą napływała z przeciwka taka sama szaro-czarna masa ludzi. Ktoś mi ją zasłonił, spojrzałem na coś innego i zginęła mi gdzieś w tłumie. Obok kiosku przy zejściu do Muranowa zwolniłem, zastanawiając się, czy warto kupować gazetę i starając się sobie przypomnieć, czy trzeba zrobić zakupy.

                   Wtedy nagle ją zobaczyłem. Postać, z którą przed chwilą rozmawiała, odchodziła szybkim krokiem w dal, a ona teraz odwróciła się twarzą do mnie. Dzieliło nas kilkanaście metrów. Co było w tej dziewczynie? Nie była szczególnie ładna, choć z pewnością nie brzydka. Spod kaptura wymoszczonego wewnątrz ciemnym futrem wymykały się jasne włosy. Miała zielone oczy. Patrzyła na mnie odważnie, jak patrzy stary znajomy pytając wzrokiem "czy to ty?" Uśmiechnęła się, ale nie był to taki uśmiech, po którym wypowiada się słowa "czy my się znamy". Czułem, że to jest uśmiech którym postanowiła tak bez żadnego szczególnego celu mnie obdarzyć, wiedziała, że ten uśmiech nie zaprowadzi ją do żadnego szczególnego wydarzenia. Wiedziałem, że nie odezwiemy się do siebie ani słowem, że nic nas nie łączy, poza tymi paroma sekundami, kiedy możemy sobie po prostu dać uśmiech. Wiedziałem, że to pierwszy i ostatni raz. Wiedziałem, że ona też to wie. Nie musiałem przełamywać bardzo zwykłego odruchu odwracania wzroku, jakoś wcale nie miałem zamiaru go odwracać. Chyba też się do niej uśmiechnąłem. Obydwoje wyraźnie zwolniliśmy. Miałem wrażenie, jakbym oglądał dwa filmy na raz, jeden w zwolnionym, drugi w przyspieszonym tempie.

                   Zbliżaliśmy się do siebie bardzo wolno, wymijani przez coraz szybciej pędzący tłum i coraz szybciej kręcącą się, szumiącą wokół rzeczywistość. Trwało to zaledwie parę sekund, kilka kroków i koniec. Minęliśmy się w odległości w której wyciągnięcie ręki zatrzymałoby ją. Widziałem każde załamanie skóry wokół jej oczu. Widziałem swoje odbicie w czerni spojówek, pomimo coraz bardziej zmrużonych jej powiek. Czy mrużyła je, bo oślepiło ją nagłe odbicie promieni słońca, czy może było to zmrużenie oczu łączące się z uśmiechem? Nie wiem – kompletnie nie zwracałem uwagi na jej usta. Nie zatrzymałem się. Nie odwróciłem głowy. Stanąłem dopiero przy schodach do Rzepichy i spojrzałem w stronę, w którą odeszła. Zobaczyłem, jak zatrzymuje się przy kiosku i odwraca się do mnie. Staliśmy tak bardzo długo. Nagle ktoś ją potrącił, pochyliła się, jakaś postać ją przesłoniła, potem zobaczyłem, jak biegnie w stronę przystanku autobusowego. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę widziałem tylko jej oczy. Nie zapamiętałem kształtu nosa, ust, nie pamiętam zarysu jej figury pod jasną kurtką. Możliwe więc, że się kiedyś jeszcze spotkaliśmy, ale nie mogliśmy się rozpoznać.

                   W domu powróciłem do lektury którejś z opowieści Mela Wańkowicza. Była tam historia o tym, jak kilkunastoletni Mel jechał pociągiem i zobaczył nocą w oddali pojedyncze światło lampy. Zebrał swoje bagaże i wyskoczył w biegu w śnieg. Długo szedł przez pola do światła, przekonany, że tam czeka go najważniejsza przygoda życia. W domu mieszkała para niechętnych światu staruszków, którzy przenocowali go tylko dlatego, że szczękając z zimna zębami nie potrafił wytłumaczyć, czego szuka. Rano wrócił do torów i cały dzień maszerował do najbliższej stacji. Ani on, ani ja nie żałowaliśmy tego, co zrobiliśmy.