| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Kartki z podróży

wtorek, 20 września 2016

        Kiedy w tym roku pojechaliśmy do Szkocji wiedzieliśmy, że w drodze powrotnej z Orkadów nie może zabraknąć na naszym szlaku miejsca, które zepnie klamrą geograficzną naszą wyprawę z zeszłoroczną wizytą w Kornwalii. Te dwa miejsca łączy sławna i legendarna wręcz trasa między dwoma skrajnymi przylądkami wysuniętymi na północ i na południe - John o' Groats  i Land’s End. Trasa ta prowadzi przez całą wyspę Wielką Brytanię z północy na południe lub z południa na północ, jak kto woli. W pewnym sensie pokonaliśmy tę trasę z roczną przerwą.

         Oba przylądki mają już symboliczne znaczenie w Wielkiej Brytanii. Land’s End – koniec świata  - jest najbardziej wysuniętym kawałkiem lądu w kierunku południowo-zachodnim, ale nie jest to najdalsza część zachodnia ani południowa. Przylądek jest usytuowany w zachodniej Kornwalii na końcu półwyspu Penwith. Najbardziej na południe wysuniętym kawałkiem Wielkiej Brytanii jest Lizard Point. John o' Groats jest tradycyjnie uznawany za najdalej wysunięty na północ przylądek Wielkiej Brytanii, w północno-wschodniej Szkocji. Tak naprawdę jednak najbardziej na północ wysuniętym krańcem jest pobliski Dunnet Head, znajdujący się 2 mile od John o' Groats.

Land'sEnd Kornwalia

        Tradycyjny dystans między przylądkami wiodący drogami to 874 mile (1.407 km). Turyści, sportowcy, wyczynowcy, podróżnicy, ludzie bijący rekordy wszelakie pokonują tę trasę na wszystkie, nawet w najdziwniejsze możliwe sposoby. Księga rekordów zapełnia się coraz ciekawszymi odnotowanymi osiągnięciami, łącznie z przebyciem całej trasy pieszo, boso oraz nago. Można też konno, na deskorolce czy na wózku inwalidzkim, grając w golfa czy lecąc na paralotni. Wiele osób wybiera się w tę podróż, by zebrać fundusze na cel charytatywny. Kiedy dojechaliśmy do John o’Groats spotkaliśmy dwóch kolarzy, którzy właśnie zakończyli swoją podróż i robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Przez całą drogę zbierali fundusze na hospicjum dla dzieci. Doświadczeni rowerzyści są w stanie pokonać te trasę w 10-14 dni, ale tylko wtedy, kiedy im się spieszy i chcą bić rekordy. Rekord dla biegaczy wynosi 9 dni. Dla włóczykijów wędrujących bocznymi drogami dystans do przejścia to 1,200 miles (1.900 km) i wymaga zaplanowania 2 -3 miesięcznej ekspedycji. Najmłodszy uczestnik miał 4 lata i jechał rowerem przez 31 dni, a najstarszy, 74-latek przebył dystans pieszo.

           Dystans między przylądkami wyznaczony w linii prostej na podstawie współrzędnych geograficznych to 603 mile (970 km), ale tak wytyczona linia przechodzi na mapie przez Morze Irlandzkie. Siłą rzeczy więc trzeba wybrać drogę prowadzącą dookoła, chyba, że się płynie. Najnowsza wytyczona za pomocą nawigacji satelitarnej, najszybsza trasa przejazdu głównymi drogami wynosi 838 mile (1,349 km). Przewidywany czas takiej podróży to 15 godzin i 48 minut. Wielu śmiałków podejmuje wyzwanie, by przejechać ten dystans w ciągu jednej doby, co jest jak najbardziej wykonalne, ale jaka z tego przyjemność? Taki pośpiech to nie dla mnie. Marzy mi się taka wyprawa rowerowa, niespieszna, bocznymi drogami,  by móc przejechać Szkocję, Anglię, Walię i Kornwalię ciesząc się wszystkim, co napotkałabym po drodze. Nie wspomnę już o tym, jaka byłaby frajda wytyczenia sobie trasy kajakowej…

          Taka podróż od końca do końca, na skos i z naprzeciwka byłaby fantastyczną wyprawą. Kiedyś, może na emeryturze, która jest niezmiernie przeładowana planami, uda mi się to zrealizować. Teraz tylko trzeba do tej emerytury jakoś dożyć, albo zbuntować się i cieszyć się życiem tu i teraz, nie czekając na emeryturę. Jak znam nasz niespokojny podróżniczy charakter, głód nowych miejsc i wszystko, co można spotkać za kolejnym zakrętem, nawet za naszym progiem, to znowu gdzieś ruszymy, nawet jeśli to miałaby być wycieczka na jeden dzień.

wtorek, 14 czerwca 2016

             W czasie naszej wycieczki do Szkocji, na wyspę Skye i na Orkady staraliśmy się przemieszczać drogami wzdłuż linii brzegowej, które są wytyczone specjalnie jako trasy widokowe. Dlatego też każdego dnia widzieliśmy kilometry plaż. Kiedy przychodził czas odpływu, sięgały one w głąb morza, odsłaniając morskie dno, muszle, kamienie, wodorosty. Zaułki i zatoki szkockiego lądu powodują, że nigdy nie wiadomo, czy masz jeszcze do czynienia z jeziorem ze słodką wodą, czy jest to już ostro wcięta w ląd zatoka morska. Większość z nich i tak nazywa się loch – czyli jezioro. Kontrola smaku wody nie pozostawia wątpliwości – słona czy słodka, ale w wielu miejscach, gdzie rzeki uchodzą do morza, smak wody może nadal nas zwieść, bo z odpływem przeważa smak uchodzącej do morza bez przeszkód wody słodkiej, a w czasie przypływu wdzierającej się z pełną mocą, niepostrzeżenie, ale konsekwentnie słonej wody. Plaże są więc wszędzie, jedne bardziej piaszczyste, inne bardziej kamieniste. Nad niektórymi wspinają się kilunasto- lub kilkudziesięciometrowe klify, gdzie gniazdują mewy i maskonury nazywanym po angielsku puffinami.

             Na Orkadach już nie ma żadnych wątpliwości, zewsząd otacza nas morze. Żeby dostać się na wyspy, trzeba przepłynąć promem z portów położonych na północnym wybrzeżu Szkocji. Archipelag jest naturalną granicą między Morzem Północnym i otwartym Oceanem Atlantyckim. Orkady składają się z ponad 60 wysp i wysepek, ale tylko 20 z nich jest zamieszkana. Nasza kwatera znajdowała się na wyspie Mainland, gdzie znajduje się również stolica archipelagu, Kirkwall. Mainland jest połączony groblami i mostami z innymi wyspami, na które można przejechać samochodem bez konieczności przeprawiania się promem. Kiedy tylko zaczyna się odpływ, na każdej z wysp plaże odsłaniają swoje piękno i bogactwo.

             Pamiętam z dzieciństwa, kiedy jeździłam na kolonie lub na wczasy z rodzicami nad polski Bałtyk. Podobno już jako berbeć upodobałam sobie taplanie się w morskiej wodzie i grzebanie w piachu w poszukiwaniu muszelek i kamyczków. Woda nigdy nie była zbyt zimna, żeby mnie odstraszyć i nawet szczękając zębami szłam dalej na spotkanie fal. Nie ukrywam, że tak mi już zostało i ewidentnie w genach przekazałam to potomstwu swemu, szczególnie temu młodszemu, które z każdej naszej wycieczki nad morze zwozi wiaderka muszelek i kamyków, a nawet piasku, bo będzie robić sobie akwarium. Pamiętając swoje spacery nad Bałtykiem, kiedy szliśmy kilometrami do latarni morskiej, zapatrzeni w horyzont, od czasu do czasu wypatrując u naszych stóp przyniesionych świeżo przez fale bursztynów lub muszli, rozumiem, co mojej córce w duszy gra, kiedy domaga się swojego sprzętu do grzebania. Uzbrojona w łopatę i wiaderko idzie na poszukiwanie skarbów. To, że robi się coraz większa i starsza, wcale jej nie zraża, po prostu weszła na wyższy poziom wtajemniczenia  - od budowy zamków z piasku do poszukiwania skarbów w piasku.

             I okazuje się, że na Orkadach jej podejście jest w cenie.

             Zważywszy na to, że Orkady są niezalesione, można na nich sporadycznie spotkać drzewa, które wytrzymały podmuchy sztormowych wiatrów. Wszelkie drewno opałowe pochodził dawniej z transportów ze Szkocji lub z wyłowionych z morza kawałków drewna, które dryfowały tutaj z Ameryki Północnej, z Kanady. Oczywiście w dzisiejszych czasach możesz zamówić drewno opałowe z Wielkiej Brytanii i odbierasz je sobie w najbliższym supermarkecie, ale z naturalnych zasobów możesz liczyć tylko na nieliczne drzewa, rosnące gdzieś przy domach lub właśnie na to wyłowione z morza. Okazuje się, że neolityczni osadnicy tylko na to mogli liczyć, dlatego zmuszeni byli pozyskiwać torf z torfowisk, by rozpalić swoje ogniska.

             W dzisiejszych czasach jednak na plażach można znaleźć dużo więcej ciekawych rzeczy niż tylko drewno na opał. Każdemu z nas chyba zdarzyło się chyba zgubić coś na plaży, co zakopało się w piasku. Potem przychodzi przypływ lub sztorm i morze zabiera takie skarby, ale czasami zostają one gdzieś głęboko w warstwie piasku. Podobno nad Bałtykiem ludzie z wykrywaczami metalu szukają skarbów, zagubionej biżuterii, zegarków. Na plażach popularnych kurortów jeżdżą po plaży ciągniki przesiewające piasek, które mają odkopać śmieci i oczyścić plaże. Za takimi ciągnikami idą zbieracze dóbr wszelakich i znajdują czasem ciekawe okazy. Na Orkadach ludzie też odwiedzają plaże i przeczesują je w poszukiwaniu ciekawych znalezisk i tradycja ta jest podtrzymywana tutaj od stuleci. Ludzie chodzili i chodzą na plaże dla rozrywki, inni dla zysku, a inni z konieczności. Nazywa się ich beachcombers – czyli przeczesujący plaże – i niektórzy z nich mogą się pochwalić całkiem imponującymi kolekcjami znalezisk. Od dryfującego drewna w fantazyjnym kształcie w sam raz dla lokalnego rzeźbiarza po nasiona lub szyszki tropikalnych drzew, sea glass czyli kawałki szkła oszlifowane przez piach i morskie fale, przez urwane boje, które przemierzyły Atlantyk po wiadomości w butelkach. Niezliczone ilości rozdartych sieci lub elementów wyposażenia jachtów i statków są ponownie używane przez rybaków jeśli się do tego nadają. Nigdy nie wiadomo, co prądy morskie i wiatr mogą przynieść na orkadyjskie wybrzeża. Poszukiwacze mają nawet swoją grupę na FB – zainteresowanych ich znaleziskami i raportami z orkadyjskich plaż zapraszam na https://www.facebook.com/OrkneyBeachcombing/

             Beach combing ma też swoją inną – ekologiczną twarz. Ludzie chodzą na plaże prawie codziennie - na spacer z psem, na spacer z dzieckiem, siłą rzeczy jest to ich oczywiste miejsce spędzania wolnego czasu. I mimo że oni sami starają się być przyjaźni swojemu własnemu kawałkowi świata i nie wyrzucają śmieci na plaży, znajdują je tam i nie przechodzą obok tego obojętnie. Wielu z nich ma podejście, że jeśli za każdym razem, kiedy są na spacerze, zbiorą choć 3 kawałki niepotrzebnych odpadków znalezionych nad brzegiem morza, nieważne czy wyrzuconych przez nierozważnych turystów, odwiedzających ich wyspy czy nieostrożnych mieszkańców czy też morze przyniesie jakieś plastikowe torby czy kawałki opakowań, które mogą być niebezpieczne dla morskich stworzeń. Po prostu zbierają te śmieci i wyrzucają je do przeznaczonych do tego kontenerów. Dzięki temu mogą się przysłużyć swoim wyspom, by żyło się tam czyściej i zdrowiej.

          Jest jednak kilka plaż na Orkadach, które zostały zaśmiecone celowo w bardzo specyficzny sposób w czasie II wojny światowej. Na Orkadach znajdowała się bowiem w czasie I wojny światowej baza okrętów wojennych, która broniła całego północnego wybrzeża Zjednoczonego Królestwa. Położenie zatoki Scapa Flow pomiędzy małymi wysepkami powodowało, że trudno było tam wpłynąć niedoświadczonym kapitanom, a obeznani z wybrzeżem marynarze mieli w ten sposób przewagę nad wrogiem. W czasie II wojny światowej Brytyjczycy użyli tego samego triku, a groble transportowe zbudowane między wyspami South Ronaldsay, Burray i Lamb Holm połączone z Mainland stworzyły bariery zwane barierami Churchilla. Oprócz grobli broniących dostępu do bazy okrętom podwodnym przy plażach zatopiono wraki, które w dodatkowy sposób odstraszały wrogie okręty próbujące wpłynąć na akwen Scapa Flow. Teraz, kiedy odpływ odsłania szkielety tych statków, barek, skorodowanych masztów, wystających z morskiego dna, obrośniętych wodorostami, robi to na przejeżdżających groblami duże wrażenie. Na mapach akwenów wokół archipelagu Orkad znaleźć można wiele miejsc, na które nadal nie wolno wpływać z powodu wraków z czasów wojennych potyczek. Może kiedyś fale znów przyniosą na plażę jakiś skarb z zatopionego szkunera.

Orkady

Chirchill barriers Orkneys

Chirchill barriers Orkneys

           Tymczasem Zosia, zainteresowana historią przeczesywania plaż, poszła na naszą najbliższą i znalazła kilka interesujących muszli, kamieni i jedną kość. Właścicielka naszego pensjonatu, która jest z zawodu archeologiem, fachowo orzekła, że to kość foki. Nie było mowy, żeby kość została porzucona i zostawiona. Kość przyjechała więc z nami do Derby i jest ozdobą kolekcji morskich skarbów Zosi. Warto więc iść na spacer na orkadyjską plażę, może kiedyś znowu je odwiedzimy i dysponując większą ilością czasu zwiedzimy resztę wysp i wysepek.

sobota, 11 czerwca 2016

            Ledwo ostygł silnik naszego samochodu po tym, jak przywieźliśmy dziewczyny z obozu skautowego, ledwo się rozpakowały z grubsza, wysypując brudne ubrania w składziku na jedną stertę, przepakowując się do czekających już w połowie wypełnionych przez nas walizek, ledwo wzięły prysznic i coś zjadły, a już na nowo odpalaliśmy auto, ruszając na długo wyczekiwany urlop, na kolejną wyprawę na północ. Po 4 latach od poprzedniej wizyty znowu postanowiliśmy wybrać się szlakiem Anioła Północy za mur Hadriana, za granicę Szkocji i Anglii, za Lowlands aż do Highlands. Up and up, aż po północny kraniec. Bo jak śpiewa Kuba Sienkiewicz i Elektryczne Gitary z naszej ulubionej płyty, granej w drodze – „Bo ja muszę być w ruchu, słyszeć wiatru świst w uchu, nikt nie daje już rady na moje napady”. Bo my jesteśmy dziwny przypadek, szybko nabieramy ochoty na takie odloty.

           Szkocji zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Nie sposób się nie zakochać, jeśli ktoś tak jak my lubi góry, jeziora, morze, znajdzie ich wyjątkowo malownicze połączenia w Szkocji właśnie. Zresztą nie ma co ukrywać, prawie cała wyspa Wielka Brytania i sąsiadująca z nią Irlandia są pełne takich krajobrazów. Szkocja ma tę przewagę, że nie jest tak gęsto zaludniona jak Anglia czy Walia. Jedziesz przed siebie kilometrami i czasami spotkasz jakiś domek na horyzoncie, miniesz się z rzadka z kimś nadjeżdżającym z przeciwka. Za towarzystwo masz zazwyczaj pasące się na zboczach gór owce lub włochate krowy. Ma to swoje uroki pod warunkiem, że masz pełny bak, bo następna stacja benzynowa też za kolejne 100 mil. Po porzedniej wycieczce mieliśmy apetyt na więcej, bo jak to w wielu przypadkach bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia lub jeżdżenia.

             Tu niestety objawia się moja przypadłość związana z chęcią sięgnięcia za horyzont, zobaczenia, co jest za kolejnym zakrętem, czy aby nie omija mnie coś pięknego na kolejnej drodze, odchodzącej w bok od głównej trasy. Nie da się zobaczyć wszystkiego, nie da się być wszędzie, tym bardziej, że tym razem mieliśmy do dyspozycji tylko 6 dni. Pozostawiłam więc wytyczenie trasy Piotrowi, bo ja nie mogłabym się zdecydować. Naszym głównym celem był archipelag Orkad, wysp najbliżej położonych na północ od Wielkiej Brytanii. Po drodze jednak chcieliśmy jeszcze objechać wyspę Skye i północne półwyspy Szkocji. Naszykowałam więc swój sprzęt fotograficzny, by udokumentować całą naszą wyprawę, ale nawet najpiękniejsze zdjęcia nie są w stanie oddać widoków przesuwających się za Twoim oknem. I moja rodzina wie, że chciałabym się co chwilę zatrzymywać na następne zdjęcie, kolejne ujęcie, nie sposób przecież tak podróżować. Trzeba by mnie wysłać do tej Szkocji rowerem na 3 miesiące, żebym sobie mogła w spokoju wszystko uwiecznić. I nie można mnie z samochodu za często i na zbyt długo wypuszczać, bo wtedy to się zapodzieję z obiektywem przy oku. A i tak na kolejnym zakręcie będę chciała znowu się zatrzymać, by strzelić migawką raz jeszcze, choćby przez otwartą szybę. W wyjątkowej desperacji nawet przez przednią szybę, umazaną wycieraczkami jestem w stanie robić zdjęcia. Mogę żałować wszystkich tych miejsc, gdzie nie zdołałam się zatrzymać, gdzie nie zrobiłam zdjęć, ale zamiast tego żałować wolę je zapisać na moim twardym dysku, gdzieś głęboko pod powiekami, gdzie budują się we mnie, aż zmuszą do powrotu.

_DSC2801s_DSC2929s_DSC2833s

            Przejechaliśmy w ciągu tych 6 dni 1762 mile czyli w przybliżeniu 2820 km. To dużo czasu w samochodzie, ale warto było zobaczyć te otwarte przestrzenie, zaostrzyć sobie apetyt, by wrócić tam znowu, kiedyś i nasycić się lub przynajmniej spróbować. Napatrzeć się na plaże, na słońce, na góry, na linię horyzontu, gdzie spotyka się niebo z morzem, by nigdy się nie spotkać. Podzielić się tylko chmurami, pocałować deszczem i tęsknić za sobą, odbijając w sobie nawzajem swój błękit. Czasem zachmurzony i gniewny, czasem roześmiany promykami słońca, iskrzącymi się na każdej fali przybijającej do brzegu. Uciekającymi od siebie z odpływem, odsłaniającym bezbronne kilometry morskiego dna i wracające do siebie znowu, powoli, ze wzbierającą czułością, otulający się słoną wodą. Dobrze czuć na swoich policzkach tę sól z opryskujących mnie fal, skórę ciepłą od słońca, stopy zapadające się w piasku i biegające po kamieniach. Cieszyć się błękitem, by swoje oczy jeszcze bardziej rozbłękitnić. Dziewczynkowa zieloność ich oczu cieszyła się trawami na wgórzach, lasami, a piegi na nosach skrzyły się jak słońce na każdym krzaku kwitnącego na żółto kolcolistu. Nie chciało mi się wracać, oj nie chciało...

niedziela, 29 maja 2016

               Powinnam mieć zakaz jeżdżenia na rowerze wzdłuż rzek i kanałów. Bynajmniej nie dla tego, że stanowię jakieś zagrożenie dla ruchu wodnego czy też lądowego, ale dla siebie stanowię. Nie umiem się zatrzymać i to też nie chodzi bynajmniej o sprawność hamulców w moim rowerze. Nie umiem siebie powstrzymać. Swojej zachłanności i ciekawości. Jeszcze do następnego zakrętu, do następnej śluzy, do następnego mostku, żeby nie przegapić tego, co tam na mnie czeka. I tak 20 km i chciałabym dalej.

              Już nic na to nie poradzę, że mam taką słabość do kanałów i rzek. I jakbym jeszcze tak miała kajak, to już strach pomyśleć, dokąd bym dopłynęła pod hasłem ‘jeszcze kawałek’. We wszelkich wędrówkach, wyprawach, wycieczkach towarzyszy mi ta niepohamowana ciekawość tego, co za zakrętem, co za kolejnym wzgórzem, jakie widoki czekają mnie na szczycie. I choć zadyszka człowieka dopadnie, to nie szkodzi, zobaczymy za kilka kroków. Oglądam się kontrolnie, co zostawiam za plecami, czy nie przeoczyłam czegoś ważnego i pięknego. By w pogoni za nieznanym, nie stracić tego, co już znane, oswojone, ale nadal cenne. Warto spojrzeć na to z nowej perspektywy.

              Co roku na drugi długi weekend majowy nasze dziewczyny jadą na trzydniowy biwak skautowy. Wtedy my mamy czas tylko dla siebie. Pamiętam, że za pierwszym razem, kiedy obie na raz nas zostawiły, czuliśmy się dość nieswojo. Z jednej strony - wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma w domu dzieci, to jestesmy niegrzeczni - i - małych nie ma, chata wolna, oj bedzie bal - ale trzeba nam się było nauczyć na nowo spędzać czas tylko we dwójkę. Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że rzucimy się do sprzątania i nadrabiania wszelkich zaległości w domowym gospodarstwie, ale zaległości zaległościami, ale rodzicom też się coś od życia należy. Dlatego już pierwszego wolnego wieczoru zrobiliśmy wieczorny obchód naszej wioski. Musimy wiedzieć, co tam na naszej dzielni słychać.

              Następnego dnia zaplanowaliśmy sobie wyprawę nad zalew Ladybower na rzece Derwent położony w granicach naszego parku narodowego Peak District, ale bardzo daleko na północ. Właściwie jest to jeszcze Derbyshire, ale na przedmieściach Sheffield a i do Manchesteru rzut beretem. Na szczęście z Derby też można się tam szybko dostać autostradą M1 na północ.

_DSC2744s_DSC2716s

             Spakowaliśmy więc prowiant i ruszyliśmy na wyprawę. Byliśmy już w okolicach tego zalewu kilka razy, ale nigdy nie pokusiliśmy się o jakiś dłuższy spacer. Tym razem obraliśmy ścieżkę wzdłuż pierwszego zalewu, by potem wspiąć się na WhinstonLee Tor i podziwiać panoramę ze wzgórz okalających to sztuczne jezioro. W lesie było niebiesko od blubells, czyli dzoneczków niebieskich, kukułka odmierzała nasze kroki, a nad jeziorem pasły się owce z jagniętami ciekawymi maszerujących na dwóch nogach ludzi. Szlakiem poruszali się również rowerzyści, którzy na swoich górskich rowerach szukali mocnych wrażeń na zboczach wzgórz. W oddali widzieliśmy paralotniarzy szybujących w okolicach Castleton nad Mam Tor. Kiedy obeszliśmy szlak nad jeziorem, pojechaliśmy samochodem drogą wzdłuż jeziora do tamy na rzece Derwent. Tamy są trzy – Howden, Derwent i Ladybower. Dwie pierwsze są najstarsze, wybudowano je w 1916 roku. Bliźniaczo podobne z dwiema wieżami w klimacie Tolkiena i wyprawy drużyny pieścienia. Ladybower jest młodsza z 1943 i razem w trójkę tworzą przepiękne jeziora i krajobraz pośród wzgórz Peak District. Jest to idealne miejsce na piesze wędrówki, ale również na rowerowe wycieczki wzdłuż brzegów zalewu. Do domu wróciliśmy naszą ulubioną drogą A6, jedną z najbardziej malowniczych w całym kraju, gdzie motocykliści zjeżdżają się specjalnie, by ją pokonać i podziwiać widoki Peak District i doliny rzeki Derwent. Wioski Bamford, Baslow, Rowsley czy Darley Dale, skąpane w słońcu kamienne domy z ogródkami pełnymi kwitnących rododendronów – trudno oczy oderwać i skupić się na prowadzeniu samochodu.

             Dziś z kolei mieliśmy ochotę na wycieczkę rowerową. W zeszłym tygodniu pojechaliśmy z dziewczynkami brzegiem rzeki Trent w stronę Attenborough Reserve i spędzliśmy tam słoneczne popołudnie na dwóch kółkach. Tym razem wybraliśmy się na zachód, w stronę Shardlow. Kanał, rzeka, śluzy, mogłabym tak jechać w nieskończoność i mi się nie znudzi. Kiedy dojechaliśmy do dobrze znanego nam Shardlow, zjedlismy porcję lodów w marinie i wróciliśmy ścieżką wzdłuż kanału i rzeki Trent z pwrotem do Trent Lock. A że dzień był jeszcze bardzo młody, a na liczniku zaledwie 12 km, to skręciliśmy w lewo i pojechaliśmy wzdłuż Erewash Canal do Long Eaton. I tu właśnie po raz kolejny dopadła mnie moja przypadłość  - jeszcze jeden mostek dalej. Ale czy można mi się dziwić, kiedy przy brzegach stoją przycumowane kolorowe narrow boats, nad brzegami kanałów stoją przycupnięte domy, a co chwila można spotkać albo rodzinę łabędzi z małymi, albo kaczki z kaczuszkami, a gdzieś cicho zapatrzony w dal, stojąc na jednej nodze siedzi żuraw. Dojechałam więc do mostku numer 6 w Long Eaton i musiałam się sama powściągnąć, bo inaczej tak byśmy i do Nottingham dojechali – niewykluczone. Przecież jest jeszcze tyle letnich dni. Jeszcze nie raz odwiedzę moje ukochane akweny i ścieżki rowerowe. A może nareszcie wypożyczę kajak i to będzie zupełnie nowa wyprawa?

IMG_1064sIMG_1061s

            Teraz już nie czas na te dywagacje. Trzeba się pakować na kolejną wyprawę. Jutro dziewczynki wracają z biwaku i ruszamy na północ. Kierunek Orkady 

czwartek, 14 marca 2013

        Nareszcie świeci słońce w Derby! To nie do uwierzenia, zważywszy na ostatnie kaprysy pogody. To, co aura zafundowała nam w czasie weekendu, było dużym zaskoczeniem dla Anglików, meteorologów i nas także. Kiedy jeszcze w piątek usłyszeliśmy prognozy pogody, dotyczące opadów śniegu, nie braliśmy ich poważnie. Może gdzieś wyżej w górach, ale nie w mieście. Kiedy w sobotę wieczorem zaczął padać śnieg z deszczem, nie było nam już do śmiechu. Niedzielny poranek przywitał nas zimnymi podmuchami wiatru, który co i rusz przywiewał chmury ze śniegiem. O tej porze roku spodziewa się człowiek raczej pryszniców deszczowych, jak to wiosna, ale nie śnieżnych.

         Niedawno usłyszałam też zapowiedź, że czekają nas najzimniejsze święta Wielkanocne na Wyspach w historii odnotowywania danych meteorologicznych. Anglicy już myśleli, że jest wiosna, wyciągnęli klapki, japonki, bo już po 1 marca. Na nic się zdadzą tłumaczenia o kalendarzowej wiośnie, 21 marca i podobnych danych. Kiedy ktoś próbował się na ten temat kłócić z prezenterem radiowym, skomentował on wypowiedź słuchacza, że od kiedy pamięta pierwszym dniem wiosny jest 1 marca i kto to słyszał o jakichś wymysłach wyznaczania przypadkowo wziętych z kalendarza dat - patrz 21 marca jako początek wiosny. Znowu kłaniają się braki w wiedzy geograficznej Anglików, którzy na przykład nadal uparcie twierdzą, że istnieje taki kraj, jak Czechosłowacja i nawet próbują organizować tam wycieczki dla skautów na lato. Ciekawe, czy w koszt wyprawy wliczony jest też wehikuł czasu?

        Ale wracając do pogody i mroźnego weekendu, wcale nie było nam do śmiechu. Wierząc w nadchodzącą wiosnę, zmieniliśmy już opony na letnie, a tu niespodzianka. Na szczęście pomiędzy zamieciami świeciło słońce, a że są to już marcowe promieniowanie wysoko nad horyzontem zawieszonego słońca, topniał ten nasz śnieg co i rusz sypiący. Jeszcze w poniedziałek mieliśmy zawiany ogródek. Mogłam to wszystko dokładnie obserwować, ponieważ na kaprysy pogodowe nałożyły się kaprysy zdrowotne. Od piątku walczymy z infekcją, wszyscy oprócz Basi się smarkaliśmy, ale Zosia miała jeszcze wysoką gorączkę. Okazuje się, że najbardziej zapracowana osoba, która ma szkole tyle do zrobienia i w związku z tym powinna być najbardziej zmęczona, jest najbardziej odporna na wirusy. Piotra ktoś zaraził w pracy i zamiast świętować Zosi urodziny, zorganizować  imprezę, siedzieliśmy w domu. Gorączka nie chciała ustąpić ani w poniedziałek, ani we wtorek i jak na złość Piotr nie mógł pracować z domu, więc przyszła moja kolej na pozostanie na posterunku. W takich chwilach najbardziej odczuwamy brak rodziny blisko nas. Nie możemy liczyć na wsparcie babć i dziadków, ciotek chociaż czy wujków. Musimy sobie radzić sami, na szczęście mamy bardzo wyrozumiałych przełożonych, którzy doceniają naszą pracę i wiedzą, że z byle powodu nie robimy sobie wolnego. Dzisiaj Zosia czuje się ciut lepiej, ale bałam się jeszcze posłać ją do szkoły, żeby za 2 godziny nie odebrać telefonu, że ma gorączkę i muszę ją zabrać z powrotem do domu.

          Piotr poleciał dzisiaj do zasypanem śniegiem Warszawy sfinalizować sprzedaż naszego mieszkania. Baliśmy się, czy samoloty będą dzisiaj latać, bo warunki w Polsce, jak i w całej Europie są ciężkie. Kanał La Manche stoi, promy wczoraj nie pływały, tunel był zamknięty ze względu na opady śniegu, więc Piotr cieszył się, że nie zrealizował swojego pierwotnego planu, by pojechać do Polski samochodem. Pojechał za to dzisiaj rano pociągiem do Luton, a stamtąd do Warszawy, więc zostałam sama. Rano zmobilizowałyśmy siły, żeby zawieźć Basię do szkoły i załatwić moje sprawy w pracy. Zrobiłyśmy zakupy, żeby ugotować wzmacniający rosół tak, by Zosia nadawała się jutro do pójścia do szkoły. Poranek był jeszcze chłodny, ale niebieskie niebo bez gradowych chmur i promienie słońca stanowczo poprawiają nam humor. Zmarznięte przez weekend kiełkujące żonkile i kwitnące już tu i ówdzie krokusy śmiało podnoszą główki do ciepła, do słońca po biczach śniegowych wichur, które targały nimi przez weekend.

          Ja teoretycznie nie mam nic przeciwko zimie, nawet tęskniłam za nią, kiedy było Boże Narodzenie, czyli najlepszy na śnieg i mróz czas. Wtedy lał deszcz. Teraz kiedy nadchodzi Wielkanoc, wolę raczej słoneczną pogodę, zieleniącą się trawę, pąki i kotki na drzewach, śpiewające za oknem ptaki. Zimę wolę stanowczo w wydaniu słonecznym i mroźnym ze śniegiem w zdecydowanej ilości. Trzeba przyznać, że w tym roku angielska aura wzięła sobie za punkt honoru, żeby sprostać tym oczekiwaniom i śnieżyło jak nigdy dotąd, od kiedy tutaj mieszkamy. Z tego, co wiem, w Polsce też zima nie odpuszcza i wszyscy są nią już bardzo zmęczeni.

        Dlatego może się komuś wydawać dziwne, że ktoś jeszcze jedzie 1000 km, żeby zażyć zimy jeszcze bardziej. Okazuje się, że należymy do tej grupy ludzi, która podejmuje taką podróż po to, żeby  poszusować na nartach przez 6 dni, nacieszyć się pięknymi widokami i pogodą. Byliśmy tam 3 tygodnie temu, a wydaje sie, jakby minęły 3 miesiące. Naszą szaleńczą i męczącą wyprawę zrozumie tylko ten, kto jeździ na nartach i kiedy stoi na stoku, mając przed sobą otwarte przestrzenie na jedno skinienie, sunie w dół po iskrzącym się śniegu. Tęskniliśmy za tym bardzo, nie byliśmy na narciarskim wyjeździe 3 lata i w końcu uznaliśmy, że pal licho męczącą podróż, coś nam się od życia należy, jeśli kochamy to robić, to warto się postarać, oszczędzić i pojechać. W końcu ciężko pracujemy po to właśnie, żeby oprócz zaspokajania prozaicznych potrzeb codzienności móc sobie również pozwolić na odrobinę przyjemności, spełnić swoje marzenie.

         Mieliśmy wątpliwości, jak poradzimy sobie na stoku po długiej przerwie. Ponieważ termin naszych ferii nie pokrywał się z ofertą naszej zaprzyjaźnionej firmy, która organizuje rodzinne wyjazdy narciarskie, postanowiliśmy poradzić sobie sami. Uznaliśmy, że nasze córki są już na tyle duże i rozsądne, że powinniśmy sobie poradzić. Ok, Basia jest duża i rozsądna, okiełznanie Zosi na stoku stanowiło wyzwanie dla naszej wyobraźni. Nie da się ukryć, że do tej pory naszymi córkami zajmowali się przeszkoleni instruktorzy, my mogliśmy się skupić na poprawianiu własnej techniki. Tym razem przyszło nam zapanować nad swoimi umiejętnościami narciarskimi, przypomnieć sobie wszystko i jeszcze zadbać o to, żeby nasze dzieci były z nami bezpieczne. Oczywiście nie ryzykowaliśmy czarnych tras, tylko niebieskie i czerwone, miejsca, które są nam dobrze znane. Dlatego by czuć się pewniej i bezpiecznie pojechaliśmy w Dolomity, gdzie znamy stoki i warunki, gdzie wiemy, czego możemy się spodziewać. Wróciliśmy w jednym kawałku, to znaczy nie w jednym sturlanym kawałku, ale każdy w swoim własnym jednym kawałku bez żadnych obrażeń, więc można powiedzieć, że wyjazd był udany pod tym względem.

          Nauczeni doświadczeniem poprzednich wyjazdów w tamte rejony wiedzieliśmy, że czyha na nas pułapka tunelu w Fussen, do którego zjeżdzają się autostrady z połowy Europy, by jednym tunelem przedostać się na drugą stronę pasma gór. Kiedyś staliśmy tam w korku przez 8 godzin na odcinku 15 km. Postanowiliśmy więc ominąć tamten odcinek i dojechać w Dolomity przez Szwajcarię. Okazało się, że nie było to takie proste, jak nam się początkowo wydawało. Przez szwajcarskie Alpy można się przedostać do Włoch 3 przełęczami, ale jak się okazało dwie z nich są zimą zamknięte. Niestety, nie sprawdziliśmy tego wcześniej i dopiero, kiedy stanęliśmy twarzą w twarz lub maską w znak z dwoma zakazami wjazdu na drogę zrozumieliśmy, że naszą ostatnią szansą jest przełęcz Bermina w okolicach St. Moritz. Dostaliśmy się tam już w nocy i przeprawiliśmy się bez problemu na wysokości ponad 2000 m. I tutaj ciekawostka. Anglia potrafi być sparaliżowana z powodu kilku centymetrów śniegu na powierzchni dróg. Tam jechaliśmy w górach po odśnieżonej do czarnego asfaltu drodze, mając na poboczu dwumetrowe warstwy śniegu. Okazuje się, że można okiełznać zimę, jeśli się tego chce. I nikt tam nie używa marnych wymówek, że nie może przyjechać do pracy lub szkoły, bo spadł śnieg, radzą sobie.

         Jechaliśmy tą niesamowitą przełęczą wciąż w górę i w górę serpentynami tak krętymi, że mało nie widzieliśmy swojej tylnej tablicy rejestracyjnej, a w światłach naszych reflektorów widzieliśmy widma gór i szczytów, przestrzeni pokrytych ciemnością i postanowiliśmy sobie, że jeśli w drodze powrotnej będziemy mieli dobrą pogodę, to pojedziemy przez Szwajcarię jeszcze raz, by zobaczyć te widoki, przestrzenie, szczyty i góry. Jechaliśmy też przez znane szwajcarskie kurorty - Davos , St. Moritz. Przypominały mi się opisy z „Czarodziejskiej góry” i rozumiałam już, dlaczego była to mekka turystów. Centra kongresu ekonomicznego, hotele, sanatoria, wszystko oświetlone nocą, bajeczne przysypane śniegiem. Ale naszym celem było Cavalese, a właściwie mała wioska pod Cavalese - Carano, gdzie zamówiliśmy sobie pokój. Jak się okazało na miejscu, Piotr wybrał nam piękne miejsce, pokój z aneksem kuchennym i z zapierającym dech widokiem na góry. W samym sercu Trentino w dolinie Val di Fiemme była nasza baza wypadowa na stoki w Pampeago, Alpe di Lucia, Alpe Cermis. Byliśmy zupełnie nieświadomi faktu, że właśnie dotarliśmy do stolicy mistrzostw świata w narciarskie klasycznym i za klika dni zaczynają się zawody.

Carano, Cavalese, Val di Fiemme, Italy

          W centrum Cavalese przygotowano scenę i podium, a na parkingu spotkaliśmy busa Telewizji Polskiej. Podekscytowani tą myślą pojechaliśmy nawet jednego dnia pokazać dziewczynom stadion i skocznię w Predazzo. Trafiliśmy akurat na serię kwalifikacyjną kobiet. Widzieliśmy, jak skacze późniejsza mistrzyni świata, Amerykanka Sarah Hendrickson. Każdego dnia w drodze na stok i z powrotem widzieliśmy stadion w Tesero, gdzie odbywały się biegi narciarskie i dopingowaliśmy Justynie Kowalczyk. Nie udało nam się dostać na żadną z imprez, ale cieszymy się, że poniekąd mogliśmy być świadkami tego wydarzenia sportowego. Niestety, kiedy miały miejsce te najważniejsze dla nas, Polaków wydarzenia byliśmy już w domu, na kanapie przed telewizorem, więc nie mogliśmy się cieszyć na żywo. Ale było nam miło, że wiedzieliśmy dokładnie, gdzie się to wszystko mieści, jak wygląda, że wiemy, gdzie latał polski mistrz świata.

Skocznia w Predazzo, Włochy

          Bo to właśnie na tym między innymi polega ta magia Dolomitów! Od pierwszego wyjazdu tam polubiliśmy to miejsce. Dlatego czuliśmy się pewnie i bezpiecznie, jadąc tam po raz kolejny. Pierwszego dnia pojechaliśmy do Pampeago, żeby jeszcze w niedzielę trochę pojeździć. Wypożyczyliśmy sprzęt z zaufanej wypożyczalni i mogliśmy ruszać na stok. Bo mimo iż jechaliśmy samochodem, wieźliśmy mnóstwo rzeczy, kombinezony, kurtki, buty na zapas, to jednak nart nie mamy swoich, tylko wypożyczamy. Uznaliśmy, że nie ma sensu kupować nart, bo jeździmy za rzadko, żeby ta inwestycja w dobry sprzęt nam się zwróciła. Poza tym, może się mylę lub mam tylko nadzieję, ale nasze umiejętności rosną, lub przynajmniej zmieniają się wraz z każdym wyjazdem i łatwiej jest dobrać aktualnie najnowszy sprzęt do naszych umiejętności w wypożyczalni tuż przy stoku niż w sklepie sportowym w środkowej Anglii. Buty i kijki mamy własne, Zosia odziedziczyła właśnie po Basi jej pierwsze buty narciarskie, które są nie do zdarcia, ale w sumie były mało używane. Basi noga rośnie tak szybko, że obejmuje ją opja wypożyczania niż kupowania. Swoją drogą podziwiam ludzi, którzy są w stanie spakować się na wyjazd narciarski do jednej walizki do samolotu. My mamy zawsze tyle rzeczy do zabrania, że jedziemy z pakiem na dachu, który potem na miejscu służy logistycznie do przewożenia nart. Kiedy wyjeżdza się z dziećmi, trzeba mieć na wszelki wypadek tyle rzeczy na zapas. Oczywiście potem się okazuje, że dziewczyny były dzielne, żadnych awarii, ale ja już znam tę złośliwość losu, że gdybym nie była przygotowana i nie miała zapasowych kurtek, właśnie byłyby nam potrzebne.

            Pierwszego dnia musieliśmy sobie wszystko przypomnieć. Chrztem bojowym dla mnie jak zwykle było zejście z wyciągu i nie byłabym sobą, gdybym nie mogła podźwignąć moich 4 liter na czas i nie wywaliła się za pierwszym razem. Ale potem było już lepiej. Zosia na początku przechodziła kryzys, bo buty za ciężkie, narty za długie i w ogóle, ale mieliśmy na to magiczne lekarstwo. Otóż w Pampeago na Latemarze jest bar, w którym pracują Polacy i można tam zawsze dostać rosół z kluseczkami. Nie ma lepszego wzmocnienia dla naszego małego narciarza. Rosół czyni cuda i Zosia zawsze po takiej porcji jest jak nowo narodzona. Potem popołudnie spędziła śmigając już bez problemu, trudno było ją dogonić. Na początku jeździła dużo pługiem, czyli pizzą, ale w końcu zaczęły Jechała śladem za Piotrem, a ja asekurowałam ją w razie upadku. Basia śmigała niezależnie, ciesząc się torami przeszkód, hopkami, snowboard parkiem. Wspomniała nawet, że chciałaby spróbować snowboardu, ale może następnym razem. Nie zliczę, ile razy musiałam Zochę podnosić, ale jeden raz chyba 4 dnia, to ja najechałam na końcówki jej nart i wyłożyłam się jak długa. Dzięki goglom i kaskowi mam jeszcze twarz, bo zaryłam w śnieg.

            Ja się szczerze dziwię ludziom, którzy jeżdzą bez kasków. Albo mają ubogą wyobraźnię, albo są bardzo pewni siebie. Ja nie jestem pewna siebie ani innych i tak jak na drodze prowadząc samochód i na stoku jeżdżąc na nartach, włączam zasadę ograniczonego zaufania do umiejętności własnych i innych jeżdżących.

Alpe di Lucia, Dolomites

          Kiedy następnego dnia pojechaliśmy na Alpe di Lucia, poczułam się jak w domu, w narciarskim domu. Tu zaczynaliśmy naszą przygodę z jeżdżeniem na serio, tutaj stawialiśmy pierwsze kroki, krawędzie jak należy. Mam do tego miejsca ogromny sentyment, kojarzy mi się ze śmiechem, słońcem i szumem wiatru w uszach, kiedy byliśmy Demonami prędkości. Nie zawiodłam się, moje wspomnienia ożyły i nazbieraliśmy mnóstwo nowych. Wjeżdżaliśmy na samą górę, na trzeci wyciąg, a stamtąd roztaczał się taki widok, że tylko klękać i dziękować, że można coś takiego oglądać na własne oczy. Kiedy tam stałam i patrzyłam na pasma Dolomitów i dalej na Austriackie Alpy, czułam po prostu szczęście, niezmąconą niczym radość przebywania z moimi bliskimi w tak pięknym miejscu, oddychania czystym powietrzem, wystawieniem twarzy do słońca, jakby wszytskie troski i kłopoty zostały na dole na poziomie morza. Taka prosta chwila i ten widok, ciągle mam go pod powiekami w mojej kolekcji własnych cudów świata, miejsc, za którymi tęsknię, które są moje, moje przestrzenie. Tam w zachwycie uśmiechasz się do piękna świata i do swoich ukochanych bliskich, dzielących to doświadczenie z Tobą. Napawałam się tymi widokami i już za nimi tęskniłam, wiedząc, że muszę lada dzień wyjechać...

Alpe di Lucia, Dolomites

        Potem zjeżdżaliśmy niżej na ulubioną trasę Zosi - Stradinę Panoramicę. Raz zapędziliśmy się też na czerwone trasy od strony Predazzo, ale czarną na dół nie dalibyśmy rady zjechać. To znaczy Basia by zjechała, ale my z Zosią woleliśmy nie ryzykować. Podobne widoki roztaczały się z Latemaru na Obereggen póki nie zaczał w czwartek padać śnieg. Pierwszego dnia chmury zasłoniły widoczność, ale śnieg nie był mokry, więc nie utrudniał bardzo jazdy, nie moczył nam kurtek. Był jednak na tyle uciążliwy, że zmusił Piotra do używania gogli. Kiedy chmury poszły sobie, cały świat znowu był pocukrzony, przyprószony, choinki w śniegu, bajka. Jednak warunki do jeżdżenia były coraz trudniejsze, duże ilości nieubitego śniegu nie są łatwe do okiełznania. W piątek padało właściwie cały czas, więc ratraki nie wjeżdżały na stoki, czekając aż skończy śnieżyć.

Dolomites, Italy

           Im bardziej byliśmy zmęczeni ku końcowi tygodnia, tym trudniejsze warunki fundowała nam pogoda. Ale to nie przeszkadzało naszym dziewczynom cieszyć się śniegiem, szaleć w zaspach i turlać się do woli. Ja też się raz poturlałam, ale wbrew mojej woli, kiedy nie zauważyłam brzegu trasy i zjechałam na nieubity śnieg. Narty stanęły mi dęba, a ja znowu twarzą w śnieg - pac. Wszyscy się śmialiśmy, na szczęście był to niegroźny upadek. Jednak trzeba było przynać, że zmęczenie dawało znać o sobie, więc w sobotę, ostatniego dnia, kiedy znowu było ciężko z nowym śniegiem, postanowiliśmy nie ryzkować kolejnego wypadku i zjechaliśmy  wcześniej ze stoku, kończąc nasz sezon w barze na Latemarze z polską obsługą. Dziewczyny zjadły rosół, my z Piotrem sałatkę. Pożegnaliśmy polski personel do następnego roku z nadzieją, że uda nam się przyjechać. Ostani zjazd i oddaliśmy narty do wypożyczalni. Czas było wracać do domu.

         Pożegnaliśmy się z Carano piękną, słoneczną pogodą, która zapowiadała udaną przeprawę przez góry w Szwajcarii. Nie zawiedliśmy się, widoki zapierały dech w piersiach. Góry, jeziora, ośnieżone szczyty  a w tym wszystkim pociąg wspinający się na 2000m. My też przejechaliśmy serpentyny Val di Fiemme, Val di Sole, minęliśmy pasmo Tonale, a potem wspinaliśmy się z powrotem do St. Moritz. Niestety, po drugiej stronie Alp powitały nas opady śniegu i pogarszające się warunki na drogach. Przez całą Francję sypał suchy śnieg, na szczęście nie topniał i nie zamrzał na drodze. Zastanwialiśmy się, czy to nie wpłynie na przepustowość Chanel Tunnel, ale na szczęście wszystko kursowało jak należy. Wróciliśmy szczęśliwie do domu, by stawić czoła zaległościom i codziennym obowiązkom. Naładowane w Dolomitach akumulatory bardzo szybko zaczęły się rozładowywać w starciu z rzeczywistością. Zastanawiałam się nawet, czy warto było się męczyć tą podróżą dla 6 dni na nartach, ale wystarczy, że spojrzę na te zdjęcia, żeby wiedzieć, że warto było przeżyć tę przygodę.

Switzerland Alps

           A teraz poprosimy już wiosnę!

piątek, 30 listopada 2012

         Zmęczona jestem dzisiaj bardziej niż zwykle, może zmęczenie odkłada się we mnie warstwami, może krótkie dni robią swoje. Na szczęście pogoda nam dopisuje i mamy suche mroźne poranki z pięknymi wschodami słońca i pełnią księżyca uciekającą za horyzont, żeby jej dzień zaspanej nie zastał. Jedziemy do szkoły odwieźć Basię i codziennie obserwujemy inne konstelacje wschodzącego słońca nad fabryką chmur. Elektrownia po drugiej stronie autostrady M1 czasami wygląda tak, jakby była kombinatem odpowiedzialnym za wszystkie chmury w naszym hrabstwie, kiedy dymi kłębami pary z ośmiu dzbanowych kominów. Dzisiaj zza obłoków wyglądało nieśmiało zawstydzone na czerwono słońce. Musimy zacząć z Basią dokumentować te nasze widoki znad fabryki chmur.

          Dzisiaj dzień Świętego Andrzeja, który nieodzownie kojarzy mi się z imieninami mojego Taty. To imię nosi również mój wujek, w dwóch Andrzejach kochałam się potajemnie w czasach szkolnych, więc siłą rzeczy mam do niego duży sentyment. Od kiedy mieszkamy w Wielkiej Brytanii doszło do tej listy kolejne skojarzenie  świętego Andrzeja, jako patrona Szkocji. Nie ukrywam, że po naszej podróży po Szkocji jest to bardzo silne skojarzenie, niosące z sobą wiele pozytywnych emocji, wspomnień, obrazów. Dlatego w ramach odpoczynku dla mojej skołatanej pracą głowy postanowiłam dokończyć nasze zapiski w kratkę.

Inveraray Castle, Scotland

          Jednym z zakątków, do którego dojechaliśmy, był Inveraray Castle, w którym wciąż mieszka diuk Caledonii z rodziną. Po raz kolejny spotkaliśmy się z taką formą udostępnienia zabytkowego obiektu turystom. Obiektu, który nadal pozostaje domem, siedzibą rodu, który jednocześnie otwiera się dla publiczności. Zarabia na siebie, pokazując kawałek swojej historii, podobnie jak Glamis Castle, ale też ukrywa kawałki siebie w prywatnej części pałacu, przeznaczonej tylko dla rodziny właścicieli. Przyciąga zainteresowanych, ale wciąż intryguje swoją częściową niedostępnością. Wszyscy zdają sobie sprawę, że książę wystawia na widok publiczny tylko to, co chce im pokazać, a swoje prywatne życie zachowuje dla siebie. W jednej wieży pałacu przystroił więc zabytkowe komnaty w pamiątki  rodzinne udostępnione zwiedzającym, a w drugiej wieży urządził normalną nowoczesną kuchnię i salon. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, by przespacerować się po ogrodach, zobaczyliśmy synów księcia skaczących na trampolinie po drugiej stronie żywopłotu. W końcu to dzieci, nie szkodzi, że książęta.

          Przedostatniego noclegu na szkockiej ziemi przyszło nam szukać dość długo. Ukryte między górami Drimsynie okazało się być przepięknym miejscem na wypoczynek i wakacje. Pośrodku niczego, gdzie nawigacja błądzi i tylko okoliczni mieszkańcy potrafią człowieka pokierować, w sercu gór, nad jeziorem. Wielbiciele wszystkich sportów mogą tam znaleźć coś dla siebie – wędrówki górskie, sporty wodne, dla zapaleńców nawet lodowisko i basen. Już zaczęliśmy z Piotrem snuć plany co do naszych letnich wakacji i wszystko pękło jak banka mydlana z pierwszą kroplą krwi wyssaną przez meszkę z mojego nadgarstka. Po chwili byłam we wnętrzu chmary krwiopijców, którzy byli gotowi dostać do każdego nieosłoniętego kawałka mojego ciała i cięły niemiłosiernie. To samo spotkało dzieci i Piotra, ale jakoś mniej uciążliwie. Moja słodka krew, ulubiony napój komarów. Z ulgą wróciliśmy do wnętrza ośrodka i szczelnie zamknęliśmy okno. Kto wie, może były żarłoczne tylko wiosną, może im potem przeszło, ale nie wiem, czy jestem gotowa ryzykować podróż kilkaset mil tylko po to, żeby eksperymentować z tymi latającymi miniwampirami. Taka szkoda, bo miejsce wprost wymarzone dla naszej rodziny. Może po prostu trzeba zaopatrzyć się w plecak pełen sprayów, kremów i balsamów i stawić czoła żywiołowi. Przecież tak bardzo chcemy wrócić do Szkocji. Co okaże się silniejsze – zew przygody czy instykt przetrwania i wstręt przed byciem kąsanym?



           Kiedy wyjeżdżaliśmy z Drimsynie, po kilku milach krążenia między stokami gór na bardzo wąskiej drodze, wyjechaliśmy nagle na otwartą przestrzeń, u wrót doliny i mieliśmy u swoich stop a dokładniej u swoich opon góry w całej okazałości. Takie miejsca przywodzą mi na myśl ukochane Tatry, chwile poświęcone wędrówce, kiedy można było zagłębić się w siebie, odpocząć od natłoku myśli, dopominającego się mojej uwagi świata. W szkockich górach też poczułam się odcięta od całego ciśnienia dnia codziennego, natłoku obowiązków. Dobrze było zresetować się na chwilę w spokoju i majestacie natury. W tej ciszy zjechaliśmy na dół do zasnutego mgłą jeziora Loch Lomond, największego pod względem powierzchni naturalnego zbiornika w Szkocji i Wielkiej Brytanii. To, co nas zaskoczyło w szkockich widokach, to lasy. Odzwyczailiśmy się od leśnych połaci w Anglii, gdzie zostały one swego czasu prawie doszczętnie wycięte na potrzeby budowy statków, manufaktur a potem przemysłu. Teraz stopniowo nasadza się lasy z powrotem, ale nie ma to jeszcze wpływu na zmianę krajobrazu Anglii, w którym dominują trawiaste pagórki z pojedynczymi drzewami lub krzaczastymi zaroślami. Dlatego dobrze było się nacieszyć widokiem lasów iglastych w Szkocji oraz ich żywicznym zapachem. Symbolem Szkocji oprócz kraty kiltów w różnych kolorach w zależności od klanu, dźwięku dud, fioletowego kwiatu ostu (thisle) są również włochate krowy o rudej sierści. Rude są też wiewiórki. Dla Polaków to nic dziwnego, ale dla tych, którzy mieszkają w Anglii i już przywykli do szarych wiewiór w parkach, to miła odmiana.

Loch Lomond, Scotland

          Po krótkim spacerze nad brzegiem jeziora skierowaliśmy się do Stirling, miasta z zachowaną średniowieczną zabudową i majestatycznym zamczyskiem. Stirling Castle był legendarną siedzibą szkockich władców, a w obecnej postaci został zbudowany przez  Jakuba V, ojca Marii, królowej Szkotów. Jakub V był wyjątkową postacią. Dzięki swoim koneksjom rodzinnym miał prawo zarówno do tronu Anglii z linii Tudorów oraz do tronu Szkocji z linii Stuartów (Stewartów). Był siostrzeńcem Henryka VIII. Dziewczynki były zachwycone pomieszczeniami w dawnych lochach, gdzie stworzono sale warsztatowe. Dzieci mogły wcielić się tam w rolę rzemieślników z czasów renesansu. Mogły przebrać się za damy dworu, pograć na instrmentach z epoki, a nawet przekonać się, jak ciężką pracę wykonywał rzeźbiarz. Potem zwiedziliśmy zamkową kuchnię, gdzie figury woskowe i zinscenizowane scenki pokazywały przepych królewskich uczt. Zadziwiły nas pałacowe wnętrza. Zazwyczaj zwiedzamy zamki, w których albo uchowała się część dziedzictwa dająca wyobrażenie o dawnej świetności lub ruiny, w których niewiele zostało. Tutaj spotkaliśmy się z odrestaurowanymi niedawno wnętrzami. Zamek został po pracach renowacyjnych otwarty dla publiczności przez królową Elżbietę raptem w zeszłym roku. W naszym przewodniku wnętrza Stirling wygladają inaczej, a nam przyszło oglądać już nową wersję. Niesamowite wrażenie zrobiła na nas komnata z arrasami. Widzieliśmy już wiele takich komnat w  wielu pałacach, nawet w czasie naszej podróży po Szkocji spotkaliśmy gobeliny w Glamis, Inveraray, ale były już z wyblakłymi kolorami, chronione przed dziennym światłem, by nie wyblakły do końca. Tutaj mieliśmy do czyniena z soczystością wszelkich barw. Okazało się, że są to na nowo utkane arrasy, ale ze znajomoscią rzemiosła i technik sprzed 500 lat. Jeden z przewodników po zamku, strzegący właśnie tej komnaty, przebrany w strój z epoki, chętnie odpowiadał na pytania, dzierżąc w dłoni róg jednorożca, jak utrzymywał. Nie dalyśmy się zmylić i rozpoznałyśmy z łatwością róg narwala. Pan zdradził mnie i Zosi, że żona króla Jakuba V była mojego wzrostu, natomiast nowe arrasy były najbardziej kosztowną częścią odnowy pałacu. Podziwialiśmy wysiłek, jaki został włożony w odrestaturowanie tych wnętrz, tak jak mogłyby wyglądać za czasów Jakuba V. Zauważyliśmy podobieńswto renesansowego sufitu z portretami  do słynnych głów z Wawelu. Okazało się, że coś jest na rzeczy, bo drzewo użyte do skonstruowania oryginalnego sufitu było sprowadzone z ówczesnego Królestwa Polskiego.

Stirling Castle

       Niestety, wiszące nisko nad miastem i zamkiem chmurzyska i siąpiący deszcz nie pozowoliły nam się w pełni nacieszyć widokami i zwiedzaniem miasta. Nie udało nam się iść na spacer jego krętymi uliczkami, by zasmakować atmosfery sprzed 500 lat. Jednak wystarczyło odjechać kilkadziesiąt mil  na południe, by znowu cieszyć się na wybrzeżu słońcem i ciepłem. Nie byliśmy w stanie przemieszczać się błyskawicznie i upływający nieubłaganie czas spowodował, że znowu spóźniliśmy się do jednego z pałaców, by zwiedzić go wewnątrz. Nie udałoby nam się tym bardziej, że właśnie miało odbywać się w nim wesele córki generała szkockiej armii. Nie zraźiliśmy się tym i postanowiliśmy chociaż pospacerować po parku i ogrodzie i nacieszyć oczy widokami, roztaczającymi się z murów Culzean Castle. Mogliśmy podziwiać jelenie pasące się na łące oraz całe zagajniki azalii kwitnących w bajecznych kolorach. Z tego cypla, na którym jest Culzean Castle widok na morze i majaczący na horyzoncie półwysep Kintyre zapiera dech w piersiach. Gdzieś pomiędzy na morzu odsobniona znajduje się skała przypominająca kopiec kreta. Kintayre pozostało niespełnionym marzeniem do zrealizowania w przyszłości.

Culzean Castle, Scotland

         Przypadkiem trafiliśmy w miejsce, które rekomendowała mi moja przyjaciółka. W dzieciństwie często spędzała wakacje ze swoimi rodzicami i rodzeństwem w Ayrshire i opowiedziała mi ciekawostkę o wzgórzu, gdzie wodą płynie pod górkę, gdzie różne przedmioty, a nawet samochody same wtaczają się pod górkę, gdzie prawa fizyki zdają się sobie przeczyć na naszych oczach. Chodziło jej o Electric Brea. Okazuje się, że przez lata ludzie podejrzewali, że miejsce to jest nasycone jakąś magnetyczną siła, że być może pokłady jakiejś rudy zakłócają fizyczny porządek przyrody, że świat odwraca się i turla pod górę. Wysiedliśmy z samochu na małym parkingu przy głazie, który obwieszczał wszem i wobec, że jesteśmy na Electric Brea i postanowiliśmy, jak wszyscy inni przeprowadzić eksperyment naukowy, przekonać się na własne oczy. Przed nami droga biegnie pod górkę, wylewamy wodę z butelki, a ona zamiast spływać z górki, płynie pod górkę. Nie chciałam psuć dziewczynkom niespodzianki. Wcześniej dowiedziałam się, że to tylko kwestia złudzenia optycznego. Perspektywa i kręta droga sprawiają, że mamy wrażenie, że droga prowadzi pod górkę, ale tak naprawdę jest z górki, co potwierdzają wszelkie pomiary terenu w tym miejscu. Ale fajnie było zobaczyć rozbawione buzie naszych córek obserwujących wodę płynącą wbrew prawom fizyki.

Electric Brea, Ayrshire, Scotland

          Kiedy jechaliśmy już w stronę Ayr, naszym oczom ukazał się niespodziewanie piękny widok ruin jakiegoś zamczyska stojącego na morskim brzegu. Okazało się, ze to Dunure Castle, zamek z XIII wieku zawisły na klifie, a wokół niego połać zieleni, plac zabaw, miejsce na piknik i wypoczynek dla turystów, rodzin, dla wszystkich, którzy chcą zasiąść na ławce z widokiem na morze, na majaczące na horyzoncie Kintyre i cieszyć się widokami. Mogłam tam spędzić całe popołudnie po prostu spacerując i robić zdjęcia malowniczym murom zamczyska od każdej możliwej strony, z każdego załomu murów, cegieł. Nie czekaliśmy jednak na zachód słońca w Dunure, ponieważ czas było jechać do Ayr, zameldować się na noclegu.

Dunure Castle, Ayrshire, Scotland

          Odebraliśmy klucze do naszego pokoju w pensjonacie i wybraliśmy się do miasteczka na kolację. Siedzieliśmy w restauracji i  nasze twarze przybierały coraz bardziej różowo-pomarańczowy odcień, bynajmniej nie jako skutek uboczny spożywanych potraw, ale od światła bijącego z okien. Musieliśmy się jeszcze koniecznie wybrać na pożegnalny spacer na plażę w Ayr przy zachodzie słońca. Właśnie byl odpływ, słońce odbijało się w mokrym piachu i kałużach na szerokiej plaży, a dziewczynki szalały na placu zabaw. Nad miastem budował się olbrzymi cumulonimbus, zwiastujący deszcz następnego dnia, dnia naszego powrotu do Anglii, ale w promieniach zachodzącego słońca wyglądał jeszcze niewinnie jak ogromny deser budyniowy. Daleko na skałach widać było zarysy zwiedzanych przez nas zamczysk, na zachodzie ziemię nieznaną półwyspu Kintyre i promy płynące do Belfastu, do Irlandii. Przepowiadały nam naszą letnią wyprawę.

Ayr, Scotland

            Tymczasem żegnaliśmy się tego słonecznego wieczoru ze Szkocją, która na zawsze nas sobą zauroczyła i gdzie chcielibyśmy wrócić jak najszybciej na spotkanie kolejnej przygody. W drodze powrotnej nastawiliśmy sobie jeszcze raz BBC Scotland z dźwiękami dud prowadzącymi całą melodię. Nawet Coldplay zaaranżowane na dudy niezmiernie mi się podobało.

          Jak tylko przekroczyliśmy granicę między Szkocją a Anglią, zaczęło padać...

niedziela, 11 listopada 2012

           Tradycyjnie po siedmiu tygodniach roku szkolnego przyszedł czas na ferie. Muszę przyznać, że gdybym pracowała w polskim systemie edukacyjnym i musiałabym czekać na wolne dni do Bożego Narodzenia, to byłoby naprawdę ciężko. Z drugiej strony w Polsce dzieci jak i nauczyciele spędzają w szkole mniej czasu. Z angielskiej perspektywy są stałe godziny każdego dnia - od 9.00 do 15.30, a dla nauczycieli prawie do 17.00 i to robi swoje. Po 6 tygodniach od początku roku szkolnego czekamy ferii jak kania dżdżu. Zazwyczaj przypadają one pod koniec października lub na przełomie października i listopada. W tym roku spędzaliśmy ferie wyjątkowo intensywnie, jeżdżąc na wycieczki z nawiedzającym nas dziadkiem Jurkiem. Jeździliśmy po bliższej i dalszej okolicy, pokazywaliśmy to, co sami już znamy najlepiej i wiemy, że warto się tam wybrać. Okazało się, że każdej naszej wyprawie towarzyszyła jakaś historia, anegdotka, bagaż doświadczeń związany z naszymi poprzednimi wizytami lub wyjazdami w inne miejsca. W końcu minęło nam właśnie 4 lata, od kiedy przeprowadziliśmy się z Prahy 6 na Spondon.

           Na przestrzeni tych 4 lat jesteśmy już w stanie dostrzec zmiany,postępy, na odwiedzane miejsca patrzymy już z innej perspektywy, mamy skalę porównawczą i wiedzę na ich temat, ale nadal nas cieszą. Lubimy pokazywać zdjęcia z naszych wycieczek, chwalić się tym, co już widzieliśmy, takie z nas samochwały. Nie mogliśmy więc przepuścić takiej okazji, by znowu nie pojechać w kilka miejsc. Kiedy okazało się, że pogoda dopisze nam w feriowy wtorek, postanowiliśmy się wybrać poza granice Derbyshire, do Belton House, który znajduje się w okolicach Grantham. Byliśmy już tam kiedyś wiosenną pora, kiedy pałac, park i przygodowy plac zabaw dla dzieci skąpane były w zieleni. Ciekawa byłam, jak wyglądać będzie przystrojony w jesienne szaty, połyskujące w słońcu. Dla miłośnika fotografii krajobrazowej była to prawdziwa gratka. Sama droga do Belton House równiez obfituje w piękne widoki, można między innymi z daleka zobaczyć królujący na wysokim wzgórzu zamek Belvoir, który też kiedyś dane nam było odwiedzić. To siedziba diuka Rutlandii, który wpuszcza turystów do swojego pałacu tylko kila razy do roku.

Belton House

           Tym razem sam pałac w Belton był już zamknięty dla zwiedzających na sezon zimowy. Trochę szkoda, bo jego wnętrza są wyjątkowo dobrze zachowane. Pałac został przekazany do National Trust zaledwie 25 lat temu. Jego żyjący jeszcze właściciel, spadkobierca rodzin Brownlow i Cust, od stuleci mających w posiadaniu Belton House, nie był w stanie utrzymać pałacu i został zmuszony przekazać go National Trust, który przystosował pałac do zwiedzania i otworzył go dla publiczności. Peregrin Cust był jednym z najbliższych przyjaciół króla Edwarda VIII, a ekspozycja w pałacowych komnatach przypomina historię śmierci króla Jerzego V, abdykację króla Edwarda VIII ze względu na jego związek z panią Simpson oraz wstąpienie na tron króla Jerzego VI.

           Najpierw poszliśmy na plac zabaw, gdzie dziewczynki mogły się wyszaleć do woli. Potem poszliśmy się w herbaciarni, którą urządzono w dawnych pałacowych stajniach. Od naszej poprzedniej wizyty w maju 2011 roku przybyła dodatkowa atrakcja dla malutkich dzieci – plac zabaw pod dachem, gdzie mali odkrywcy mogą się pobawić bez względu na pogodę, a rodzice spokojnie coś przekąsić, czy przeczytać gazetę. Jednak dla nas tego jesiennego słonecznego dnia największą atrakcją były tak naprawdę ogrody pałacu, pięknie przycięte żywopłoty i drzewa w kolorach ognia. Poszliśmy nad staw, a Basia musiała się wspinać na każde drzewo. Potem wołała mnie, bym udokumentowała na zdjęciach jej wyczyny. Na koniec naszego spaceru stalowe, deszczowe chmury zaczęły zasnuwać niebo, a na ich tle osłoneczniony pałac wyglądał bajecznie. Uwielbiam takie jesienne pejzaże. Naładowani pozytywną energią wracaliśmy do domu, planując kolejne wycieczki.

           W środę musiałyśmy się wybrać do miasta, żeby naprawić Basi klarnet. Maleńki kawałeczek korka, a właściwie jego brak powodował, że jej klarnet nie chciał grać wysokich nut  tak jak należy. Sklep muzyczny, w którym zawsze załatwiamy tego typu zakupy i naprawy znajduje się w samym centrum miasta. Dlatego kiedy już byliśmy w centrum poszliśmy na chwilę do katedry. Tak naprawdę nigdy nie miałyśmy okazji na spokojnie jej obejrzeć w środku. Byliśmy tam kilka razy z okazji uroczystości szkolnych lub skautowych, ale wówczas w tłoku nie mogliśmy przespacerować się jej nawami. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłam tam grobowiec osoby, która mnie fascynuje, kobiety silnej i niezależnej, która pozostawiła po sobie dziedzictwo, z którym obcujemy do dziś, chociażby odwiedzając Chatsworth i Hardwick Hall.

Derby Cathedral

          To właśnie Bess z Hardwick spoczywa pod bogato rzeźbioną płytą nagrobną w prawej nawie derbiańskiej katedry. Kobieta, która miała 4 mężów, która urodziła się w Hardwick, w starym domu swego ojca, którego trwałą, zakonserwowaną ruinę zwiedzają teraz turyści, która ze swoim drugim mężem Williamem Cavendishem stworzyła imperium finansowe i była jedną z najpotężniejszych kobiet w kraju za czasów panowania Elżbiety I. Ona również była Elżbietą, ale wszyscy mówili do niej Bess. Jej ziemie rozciągały się na połowę Derbyshire i Nottinghamshire. Kiedy wyglądała przez okno swojego nowowybudowanego pięknego pałacu na wzgórzu Hardwick, wszystko co widziała po horyzont, należało do niej. Razem z mężem wybudowała również pałac w Chatsworth, który do dziś jest w posiadaniu rodziny Cavendishów, obecnie mieszka tam dwunasty diuk Devonshire, Peverill Cavendish.

           Po takim odkryciu w derbiańskiej katedrze bardzo chciałam pojechać w czwartek do Hardwick Hall, by po raz kolejny spotkać się z duchem Elżbiety zaklętym we wnętrzach jej dawnego domu. W Derby była mokro i mgliście, ale prognoza pogody dla Hardwick, położonego zaledwie 20 mil od nas obiecywała lepsze warunki. I faktycznie po kilku milach przejechanych w kierunku pónocnym nad M1 zaświeciło słońce. Była to kolejna szansa na nowe spojrzenie na pałac, który odwiedzałam już 3 raz. Mieliśmy się tam wybrać we wrześniu, na obchody dni Derbyshire, ale nie starczyło nam czasu, zawsze zabiegani, nie daliśmy rady. Half term pozwolił nam na złapanie oddechu i wybranie się w urocze zakątki jeszcze raz. Ostatnio byłam tam z moimi kuzynkami półtora roku temu, w zupełnie innym czasie i w zupełnie innym życiu, przed wypadkiem mojego taty. Wizyta tam przywołała wspomnienia, beztroski czas.

 Hardwick Hall

           Od tamtego czasu wyremontowane zostały stajnie, w których urządzone zostały teraz sklepy z pamiątkami, restauracja i visitors centre. Teraz wjeżdża się na teren pałacu od drugiej strony i można go zobaczyć z innej perspektywy. Droga do zamku pozwala obejrzeć ten piękny pałac, w którym jest więcej szkła w oknach niż muru ze wszystkich stron swiata. Na szczytach wieżyczek widnieją inicjały ES, czyli Elisabeth of Shrewsbury. Jej inicjały i ślady widzieliśmy również w Chatsworth, gdzie już tradycyjnie po raz czwarty wybraliśmy się na Bonfire Night, czyli rocznicę nieudanego zamachu na parlament i króla Jakuba I zorganizowanego przez Guya Fawkesa w roku 1605. I znowu historia lubi się przeplatać. Ostatni mąż Elżbiety z Hardwick, lord Shewsbury miał za zadanie przetrzymywać Marię, królową Szkotów, która była matką króla Jakuba I. Pojechaliśmy na pokaz farejwerków do pałacu rodziny, która miała związek z Marią, na pokaz fajerwerków upamiętniający udaremnienie zamachu na jej syna.

           Jakub VI, który został królem Szkocji po dobrowolnej abdykacji matki, został również królem Anglii Jakubem I i tym samym ustanowił unię między tymi dwoma krajami. Ciekawie się to wszystko przeplata, szczególnie kiedy mamy jeszcze na świeżo wrażenia z podróży po Szkocji. Pokaz fajerwerków oglądaliśmy z naszego ulubionego punktu widokowego – mostu na rzece Derwent, gdzie nienarażeni na dym z ogniska i popiół z fajerwerków podziwialiśmy widoki na pałac oraz widowisko świateł i muzyki. Rozbłyskujące na niebie sztuczne ognie odbijały się w wodach rzeki, dając dodatkowy efekt. Zanim niebo rozbłysło, wpatrywałyśmy się z Basią w rozgwieżdżone niebo. Chatsworth znajduje się bowiem na odludziu, żadne łuny miast nie zakłócają widoczności. Bezchmurna październikowa noc nad pałacem diuka Devonshire dała nam możliwość obserwowania gwiazdozbiorów. Udało mi się też zobaczyć 3 spadające gwiazdy. Stałam jak zahipnotyzowana, zapominając na chwilę o zmartwieniach i smutkach, nawale obowiązków. Miałam sekundę wszechświata tylko dla siebie.

Bonfire Night Chatsworth 2012

           W naszych jesiennych wędrówkach zawitaliśmy również do Matlock, które czarowało turystów widokami w promieniach jesiennego słońca, zajrzeliśmy również na chwilę do Carsington Water, jadąc przez góry i mając Derbyshire u swoich stóp. Wieczorną porą przed pokazem fajerwerków przespacerowaliśmy się uliczkami uśpionego już prawie Ashbourne, a w niedzielę wybraliśmy się na spacer do Shardlow i Elvastonu. Jeżeli mieliśmy za zadanie pokazać Anglię samą w sobie, nie mogło w tym rekonesansie zabraknąć  narrow boats i kanałów. Już kilka razy byliśmy w Shardlow przy różnych okazjach, ale tym razem mimo mało sprzyjającej spacerom aurze mieliśmy wyjątkowe szczęście, bo na śluzie przy dawnym budynku Navigation właśnie śluzowały się dwie łodzie. Najpierw nadpłynęła ta od strony Burton i śluzowała się z góry na dół, a potem druga od strony Nottingham śluzowała się z dółu na górę. Nasze córki były niezmiernie szczęśliwe, że nie tylko mogły obserwować cały ten proces, ale również pomagać przy otwieraniu i zamykaniu śluz. Od razu wróciły do mnie wspomnienia studenckich wypraw na żagle i śluzowania się na kanałach na Mazurach. Mój apetyt na wyprawę narrow boat wciąż rośnie, może kiedyś uda mi się zrealizować to marzenie i przepłynąć kawałek Anglii w ten sposób.

Shardlow Lock

            Cały ten tydzień był swego rodzaju podsumowaniem naszych 4 lat w Anglii oraz początkiem kolejnego roku, jaki przyjdzie nam tutaj przeżyć. Zdaliśmy sobie sprawę, że wrociliśmy w to miejsce, rytm naszego życia wyznaczają wydarzenia okolicznościowe, w naszych rocznych albumach ze zdjęciami powtarzają się imprezy – iluminacje, fajerwerki, kiermasze. Chcemy odwiedzać nowe miejsca, ale wciąż z przyjemnością i sentymentem wracamy do tych, które już widzieliśmy. Podróżując, podziwialiśmy widoki Derbyshire, pagórków, dolinek, rzeki Derwent wijącej się od mostu do mostu i niczym Elżbieta z Hardwick, mieliśmy poczucie, że to wszystko dookoła jest już takie nasze, oswojone, swojskie.

niedziela, 23 września 2012

          Kiedy po wakacyjnej przerwie spotykam się ze swoimi współpracownikami, większość ludzi pyta, jak minęło mi lato, a ja odpowiadam, że było to bardzo udane i bardzo intensywnych 6 tygodni. Potem pytam, jak im minął ten czas i mimowolnie mam pod powiekami obrazy z Irlandii i Polski. Tym, którzy oprócz wymiany grzeczościowych formułek chcą wiedzieć więcej, zaczynam opowiadać i wtedy wstęga zaczyna mimowolnie rozwiajać się sama, jak bela materiału na blacie stoiska tkaniny, która wymknęła się sprzedawczyni z rąk.

            Dwa tygodnie w Polsce minęły niepostrzeżenie. Miałam pewne plany i założenia, które poczyniłam zanim jeszcze ruszyłyśmy z dziewczynkami w naszą podróż, zanim koła samolotu oderwały się z płyty lotniska London Luton i dotknęły ponownie gruntu na płycie lotniska Warszawa Modlin. Dziewczynki zajęły się rysowaniem, czytaniem książek i rozwiązywaniem łamigłówek, a ja zastanawiałam się, siedząc wciśnięta między fioletowe fotele samolotu linii Wizzair, jak w ciągu 2 tygodni pogodzić tyle sprzecznych interesów, jak odwiedzić wszystkich, których chcą być odwiedzeni i których jak chcę odwiedzić, co nie zawsze się ze sobą pokrywa oraz jak zrealizować marzenia i plany, które również nie zawsze idą w parze z oczekiwaniami innych. 11 kilkometrów pod naszymi stopami, gdzieś niezmiernie szybko pędził świat, a zawieszone w międzyprzestrzeni, zawieszone w niej, uwolnione od obowiązków leciałyśmy na wakacje. To wcale nie znaczy, że czekał nas wyłącznie odpoczynek, tak do tego podchodziły dziewczynki. Ja wiedziałam, że mam przed sobą też wiele zadań do wykonania. Marzyłam jednak o tym, że w tym pędzie między urzędami, sklepami i wizytami uda mi się pójść na spacer w moje ulubione miejsca w Warszawie oraz przejdę się uliczkami mojego rodzinnego miasteczka, zjem ulubione lody na ulicy Staromiejskiej. Taki był ambitny plan i powiem szczerze, że nie wierzyłam do końca w jego realizację. Okazało się jednak, że dla chcącego nie ma nic trudnego i przy odrobinie dobrej woli, dużej dozie cierpliwości i pozytywnym nastawieniu można wiele osiągnąć.

           Lotnisko Warszawa Modlin przywitało nas ciepłymi promieniami słońca, które zniżało się nad lasem. Samolot stał na pustej płycie lotniska i czułyśmy się, jakbyśmy wchodziły do naszego rodzinnego kraju gdzieś zza kulis. W końcu była połowa sierpnia, lotnisko Modlin działało wówczas dopiero od miesiąca. Wszystko było nowe, czyste, czasami jeszcze nie do końca odpakowane z folii i zabezpieczeń, ale mimo to działało bez zarzutu. Działała również wypożyczalnia samochodów, w której zamówiłam sobie samochód prze Internet. Oczywiście tuż po przejściu kontroli granicznej i odebraniu bagażu dopadło mnie paru panów taksówkrzy, którzy oferowali mi kurs do Warszawy, ale wytłumaczyłam im grzecznie, że nie skorzystam. Czytałam niedawno artykuł o horendalnych cenach, jakie liczą sobie oni za kurs. Nie wiem, ile licznik wybija za taką podróż w drugiej strefie z centrum Warszawy do Modlina, ale na pewno nie jest to mała suma. Dlatego po policzeniu sobie wszystkich kosztów z mojej perspektywy związanych z podrożą samochdem, opłatą promową, z tankowaniem beznyny, nie licząc zmarnowanego czasu i zdrowia po raz kolejny wybrałam opcję latająca połączoną z wypożyczeniem samochodu na miejscu. Zapakowałyśmy więc nasze walizki do naszego autka i ruszyłyśmy na podbój stolicy.

          Słońce już zachodziło, kiedy przejechałyśmy most na wiśle przy Twierdzy Modlin i ruszyłyśmy w stronę miasta. Po raz kolejny zastanawiałam się, jakie tym razem Warszawa zrobi na mnie wrażenie. Ciągle myślę o niej – moje miasto, ale nie jestem w stanie już uniknąć tego dystansu, jaki tworzy się między nami, czasu, który upływa, kiedy jej nie widzę, kiedy ona się zminia. Mogę starać się być na bieżąco, śledzić zdjęcia i wiadomości w Internecie czy polskich wiadomościach, ale to nie to samo, co codzienne podróżowanie ulicami miasta, przemieszczanie się w rytmie bicia jego serca, które wyznaczają czerwone światła, spod których wszyscy ruszają niecierpliwie dalej. Głównymi arteriami aż po naczynia włosowate na peryferiach, w najmniejszych uliczkach i domkach. Nie ogarniam już tych wszystkich przyrostów, rozrostów, przeróbek, przekształceń i nowych połączeń. Miejsca, które kiedyś stanowiły granice miasta, za którymi rozpościerały się już tylko łany pszenicy albo pola kapusty po horyzont, teraz wykupione przez deweloperów zmieniają się w kolejne przedmieścia stolicy. Przybiera  mi ta Warszawa z czasem, ale i pięknieje w oczach, mimo iż przechodzi właśnie skomplikowana operację prucia tuneli w jej trzewiach. Przyleciałyśmy do Polski akurat w momencie, kiedy wybuchła afera z budową metra i wodą zalewającą stację Powiśle, przez co został zamknięty tunel Wisłostrady i cała lewobrzeżna Warszawa przywiślana jej część utkwiła w korkach. Typowa zakrzepica, więc trzeba było coś wymyślić, żeby ominąć ten zator. Nam na szczęście jakoś udało się omijać go za każdym razem, kiedy udawałyśmy się do centrum i nie odczułyśmy tego zbytnio. Cóż, byłyśmy tylko turystkami we własnym mieście.

          Nawet ulica Flory zmienia się z czasem. Wydawałoby się, że ta część miasta, te kamienice, które przetrwały nawet bombardowanie miasta po Powstaniu Warszawskim ni e zmienią się już, przechodzą remonty, zmiany, chcą się nadal podobać mimo iż 90-tka wchodzi im na dach. Przechodzą liftingi, a niektóre nawet bardzo poważne operacje plastyczne, by pozostać w formie. Kiedy przyjechałyśmy do babci okazało się, że żyje w małym mieszkaniu jak prawdziwy pustelnik, zapakowana w kokon rusztowań i plandek. Przez weekend dało się jeszcze wytrzymać, bo na rusztowaniach nikt nie pracował, można było otworzyć okno. Od poniedziałkowego poranka zaczął się koszmar, duchota kazała uciekać nam z domu. Niestety, nie doczekałyśmy się efektu finalnego, ale domyślam się, że dzięki tej kosmetycznej rewolucji nasza kamienica, szczęśliwa siódemka, nie musi się już niczego wstydzić w otoczeniu koleżanek wyremontowanych wcześniej. Coraz tam ładniej w tej okolicy, kamienice na Bagateli też odnowione przyciągają wzrok przechodniów i turustów oraz filmowców, którzy coraz częściej wybierają te okolice jako tło do swoich filmów i seriali. Zawsze z sentymentem patrzę na kadry jednego z seriali TVN, którego akcja toczy się między innymi w kancelarii adwokackiej przy ulicy Bagatela. Domyślam się, że wnętrza są studyjne, ale zdjęcia na ulicy rozpoznaję od razu.

           Ulica zaczyna żyć innym życiem. Dawniej były kolejki na poczcie, pan fryzjer z aromatyczną fajką czekał na klientów przed swoim zakładem, żołnierze spacerowali pod siedzibą ambasadora Jej Królewskiej Mości. Sklep ogrodniczy, apteka, księgarnia. Księgarnia ze śpiącym na książkach rudym kotem nadal tamk jest, jest i kwiaciarnia, ambasador się wyprowadził, pojawiały się za to nowe restauracyjki, a nawet bar mleczny z pysznym jedzeniem. Ot, bagatela. Szkoda tylko, że tuż za rogiem kamienica, w której mieści się miedzy innymi Ministerstwo Spraw Zagranicznych, niszczeje z roku na rok. Cały widok na Plac Unii Lubelskiej cierpi na tym. Po tym jak jego geometria została zmieniona po wyburzeniu Supersamu, znowu wszystko się zmienia, życie w Warszaiwe, w sercu miasta nie toleruje próżni, więc biurowiec w tym miejscu buduje się szybko. Niech się mury pną do góry, ciekawa jestem niezmiernie, co zobaczę na tym miejscu nastęnego lata. Czy będzie to miejsce z dobrą ofertą sklepów dla okolicznych mieszkańców, którzy nie mają gdzie robić zakupów spożywczych? Czy będą one w stanie zastąpić im wciąż wspominany z sentymentem Supersam, w którym można było kupić wszystko, tanio i dobrze? Starcie z legendą może być bolesne...

            Nasza tegoroczna wizyta w Warszawie była dość sentymentalnym spacerem po dawnych kątach i kącikach, ulubionych zaukach, ale też miejscach nowych lub na nowo odkrywanych chociażby blaskiem w oczach moich córek. Nasza wizyta na Dąbrowskiego, w naszym mieszkaniu była pożegnaniem z tym miejscem, bo wystawiliśmy je na sprzedaż i prawdopodobniej nasza noga już więcej tam nie postanie. Basia jeszcze pamiętała Dąbrowskiego, swój pokój, ale Zosia opuściła to miejsce, kiedy miała 2 latka i nie pamięta go zbyt dobrze. Potem, kiedy ja omawiałam warunki wyprowadzki z wynajmującymi nasze mieszkanie przez 2 lata lokatorami, Basia zabrała Zosię na podwórko, plac zabaw, pokazała jej swoje przedszkole i szkołę, do której obie by poszły, gdybyśmy nadal tam mieszkali. Wspominała Centrum Łowicka, gdzie chodziła na zajęcia plastyczne i górkę nad garażem, z której zjeżdżała na sankach. Poprosiła mnie nawet, bym pojechała Rakowiecką, żeby zobaczyć, jak wygląda Sanktuarium św. Andrzeja Boboli. Któregoś przedpołudnia odwiedziłyśmy też jordanek na Odyńca, gdzie zawsze chodziliśmy na spacery. Basia stwierdziła, że wszystko jakoś zmalało, podobnie jak plac zabaw w Parku Ujazdowskim. W jej pamięci linowe pająki były wyższe, a teraz wszystko skarlało, bo ona urosła.

           Wybrałyśmy się również na spacer po Łazienkach, gdzie Basia zawsze karmiła wiewiórki orzechami laskowymi i nadal jest w tym mistrzynią. Odwiedziłyśmy park na Agrykoli  z fontannami, przy których mamy z Piotrem ślubne zdjęcie. Teraz zrobiłam nowe z dziewczynkami w roli głównej. Wszędzie gdzieś mamy swoje ścieżki i zaułki, tyle wspomnień, dawnych zdarzeń. Ta nasza historia wciąż tam jest, ukryta gdzieś między kamieniami. Kiedy wracałyśmy pewnego wieczoru z odwiedzin u chrzestnej Basi na Gocławku, zajechałyśmy na Grochów i pokazałam dziewczynkom akademik na Kickiego, w którym mieszkałam jako studentka polonistyki, okno mojego pokoju na 4. piętrze. Przejeżdżaliśmy też koło dawnego Teatru Polonia Krystyny Jandy. Dawniej było tam kino i właśnie na schodach tego kina w pewien listopadowy wieczór 17 lat temu mój mąż pocałował mnie po raz pierwszy. Tę historię też im opowiedziałam, ale tworzą już własne historie i wspomnienia związane z Warszawą, mają swoje ścieżki i ulubione miejsca, które odkryły tym razem jak chociażby fontanny na Podzamczu, czy Manufaktura Cukierków na Nowym Świecie. (CDN)

czwartek, 16 sierpnia 2012

         Dawno się tak nie bałam, zmęczyłam się tym strachem, napięciem mięśni, koncentracją. Pół godziny wystarczyło, żeby mnie tak zmęczyć. To było najgorsze pół godziny jazdy samochodem od bardzo dawna. Jazda w deszczu, a właściwie w oberwaniu chmury nie należy do moich ulubionych. Okoliczności przyrody dawały jednak poważnie znać o sobie, deszcz bębnił w szyby i nawet najszybsza prędkość wycieraczek nie dawała rady. Wokół ciemno, widoczność przed maską do 50 metrów w porywach do 70. Jadące przede mną samochody wzbijały w powietrze takie pióropusze wody, że niewiele widziałam, na szczęście jechałyśmy porządną autostradą, dobrze oznakowaną. Nadal jednak było ryzyko poślizgu w kałużach, więc starałam się utrzymać stałą prędkość, nie przyśpieszać zbytnio i gwałtownie nie hamować. Oprócz normalnych świateł włączyłam jeszcze halogeny, by ludzie za mną widzieli mnie choć trochę i nikt w nas nie wjechał. Bo jeśli ja tych z przodu nie widziałam dokładnie, to i ci za mną kiepsko mnie dostrzegali. Kiedy dojechałyśmy do zjazdu na Derby, chmura odeszła jak nie pyszna. Musiałam być dość opanowana mimo wszystko, bo dziewczynki nawet nie zauważyły powagi sytuacji i bawiły się w najlepsze na tylnym siedzeniu.

            A wszystko dlatego, że chciałam zapewnić moim dzieciom atrakcje wakacyjne i postanowiłam wybrać się z nimi na Festiwal Robin Hooda w Sherwood Forest. Mieszkamy w Anglii już prawie 4 lata, ale jeszcze nie mieliśmy okazji odwiedzić tego miejsca, co uważam za duże niedopatrzenie z naszej strony. O Robin Hoodzie i lasie Sherwood słyszeli niemal wszyscy. Kiedy przeprowadzaliśmy się do Anglii i ludzie pytali nas, gdzie będziemy mieszkać, nazwa Derby niewiele im mówiła. Tylko mój tata, kibic ligii angielskiej, pamiętał zespół Derby County. Dla orientacji więc wspominałam o pobliskim Nottingham, Robin Hoodzie i lasie Sherwood. Wprawdzie sam las jest oddalony od naszego domu o 40 mil, ale nadal to mniej więcej nasza okolica.

           Pamiętam, że fascynowała mnie legenda o Robin Hoodzie, dzielnym banicie, rycerzu wyjętym spod prawa, który żył w lesie Sherwood. Jako dziewczynka podkochiwałam się w Michaelu Praedzie, odtwórcy głównej roli w serialu, który królował w połowie lat 80. w polskiej telewizji. Pamiętam, że w czasie szkolnej wycieczki do stolicy zakupiłam sobie na straganie na Starym Mieście pocztówkę z podobizną mojego idola. Uwielbiałam muzykę zespołu Clannad z tego filmu i nawet po latach wracam do niej z sentymentem. Podobał mi się motyw ducha lasu i wczoraj odnalazłam go nie w postaci jelenia, ale Dębowego Dziadka. To piękny symbol  - twarz otoczona liścimi dębu.



            Pogoda była nieokreślona, ale postanowiłyśmy się nie zrażać, w końcu jest lato, nawet jak się zachmurzy i popryska to w końcu z cukru nie jesteśmy, nic nam nie będzie. Na szczęście większość atrakcji zdążyłyśmy zobaczyć zanim się rozpadało, a oberwanie chmury dorwało nas już w czasie jazdy do domu. Dojechałyśmy więc do Edwinstone, miasteczka znajdującego się na obrzeżach lasu Sherwood. Niestety z samego oryginalnego lasu z czasów Robin Hooda niewiele zostało, kilka starych dębów oraz ten najstarszy The Major Oak. Reszta drzew to nowe nasadzenia i próba odtworzenia drzewostanu z dawnych lat. Dziewczynki nie omieszkały wspinać się na wiele drzew, Basia nawet liczyła po cichu na zawody w tej dyscyplinie.

            Tymczasem okazało się, że organizatorzy zapewniają wiele innych atrakcji. Wstęp na samą imprezę był bezpłatny, musiałyśmy zapłacić tylko za parking. Na głównym placu królowało wesołe miasteczko z zabawkami raczej nie z epoki, ale obok były pokazy łowów z sokołami. Basia i jej pasja ornitologiczna nie mogły przegapić takiej okazji, żeby podziwiać sokoły i sowy. Na krótko odwiedziłyśmy plac zabaw i ruszyłyśmy do serca lasu. Tam, po pomnikiem Robin Hooda i Małego Johna czekali już kuglarze w strojach z epoki, garncarze i inni rzemieślnicy pokazujący swoje prace. Ruszyłyśmy w stronę wielkiego dębu, a po drodze spotkaliśmy wędrowny teatrzyk, opowiadaczy bajek pod kolorowym namiotem, muzykantów, wróżkę na monocyklu.

           Na placu pod wielkim dębem było jeszcze więcej namiotów. Dzieci miały okazję strzelać z kuszy, procy i łuku. Basia bardzo lubi strzelać z łuku i nie mogła przegapić kolejnej okazji do treningu. Obejrzałyśmy również przedstawienie wędrownego teatru i posłuchałyśmy gawędy wędrownego felczera, który opowiadał o skutkach postrzelenia różnymi rodzajami grotów strzał. Basia rozpaznała tego gawędziarza, spotkaliśmy go już kiedyś na zamku w Tutbury, kiedy to Basia było jego asystentką do wydawania przeraźliwych krzyków w czasie tortur. Okazuje się więc, że ludzie, których pasją jest historia, którzy przebierają się za rycerzy, kuglarzy, inwestują w sprzęt, by odtworzyć warsztaty czy strzelnicę z kuszy, jeżdżą po wszelkich tego typu imprezach, zarabiając w ten sposób i umilając czas dzieciom i dorosłym.



           Niestety pogoda zaczęła nam się psuć i postanowiłyśmy wrócić do samochodu. Po drodze wysłuchałyśmy jeszcze jednej bajki w namiocie bajarzy, odwiedziłyśmy sklepik z pamiąkami, żeby zakupić obowiązkowo kapelusz Robin Hooda i kwiatową opaskę Lady Marion. Zwiedziłyśmy również wystawę opowiadającą legendę banity z Sherwood i czas najwyższy było wracać do domu. Dzisiaj jest o wiele lepsza pogoda, więc wszyscy, którzy postanowili się wybrać dzisiaj, na pewno będa mieli wiele frajdy. My już musimy siedzieć dzisiaj w domu i szykować się do wylotu do Polski. Wszystkim zaś, którzy będa mieli okazję, polecam wizytę w lesie Sherwood chociażby po to, żeby przespacerowac się do Wielkiego Dębu i gdzieś w jego konarach dojrzeć twarz Ducha lasu.



wtorek, 03 lipca 2012

            Zanim ruszyliśmy na podbój Loch Ness, spędzilismy noc w pięknym miasteczku Inverness, stolicy Highlands. To świetna baza wypadowa dla tego regionu Szkocji, wszędzie stąd blisko i na zachód, i na wschód. Widok z okna na zatopione w chmurach góry nie wróżył dobrej pogody na następny dzień, ale przyzwyczailiśmy się już, że na tej wyspie pogoda zmienia się jak kalejdoskopie, więc zbytnio się tym nie przejęliśmy.  Kiedyś może zaniechalibyśmy wszelkich aktywności, a tutaj po prostu zakładamy kalosze, kurtki przeciwdeszczowe i idziemy cieszyć się zielenią i świeżym powietrzem. W ramach przygotowań na następny dzień naszej wycieczki Piotr poszedł do bankomatu po gotówkę. Wiedzieliśmy już wcześniej, że w Szkocji możemy się spotkać z innymi banknotami niż w Anglii, ale nie spodziewaliśmy się, że każdy bank szkocki ma prawo emitować swoje własne banknoty i każdy z nich jest inny. Mają różne awersy i rewersy, często będące obrazkiem jakiegoś znanego w Szkocji miejsca, jak chociażby zamek Glamis. Wyszło więc na to, że na 5 banknotów 20 funtowych, każdy był inny, podobnie było z 10-funtowymi.

Scotish money

         Następnego dnia po śniadaniu pojechaliśmy najpierw w stronę wschodniego wybrzeża, żeby zobaczyć fortecę – Fort George, która broni dostępu do szkockiej ziemi od strony Morza Północnego. Najpierw cieszyliśmy się promieniami słońca, a potem byliśmy smagani wiatrem i deszczem, a w naszych uszach huczały fale rozbijające się o ścianę fortu. Mogliśmy sobie tylko wyobrazić, jak piękne widoki roztaczają się wokół, ale akurat postanowiła nad niego zawitać chmura. Przespacerowaliśmy się wałami, płosząc nieco gniazdujące tam mewy, wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy nad najsłynniejsze szkockie jezioro, największy zbiornik wody słodkiej na wyspie Wielka Brytania – nad jezioro Loch Ness. Mimo iż powierzchniowo nie jest ono najwieksze, ten tytuł należy się Loch Lomond, Ness jest jednak najgłębsze. Nic więc dziwnego, że to w jego głębinach postanowił się schować legendarny powór. Nam nie udało się go wypatrzeć, nawet na sonarze, którego ekran mogliśmy ciągle podglądać na pokładzie wycieczkowej łodzi.



          Naszym zdaniem jezioro Loch Ness jest nieco przereklamowane, przynajmniej w porównaniu z widokami, jaki czekały na nas na naszej dalszej trasie. Powiedzmy więc, że jest to ciekawe preludium. Wybraliśmy się na godzinny rejs stakiem wycieczkowym do Urquhart Castle, a właściwie do jego ruin. Potwora nie znaleźliśmy, ale nie szkodzi, doświadczyliśmy bryzy na jeziorze i ruszyliśmy w dalszą drogę do Fort Augustus. Miasteczko leży na końcu jeziora, które swoim kształtem przypomina rynnę i jest klasycznym przykładem jeziora rynnowego, polodowcowej pozostałości. W ogóle jak się tak rozejrzeć dookoła, to całe piękno Szkocji zawdzięczmy właśnie epoce lodowcowej, wędrówce lądolodu i jego cofaniu się, rzeźbieniu terenu. Kiedy dotarliśmy do Fort Augustus, zameldowaliśmy się  na naszym noclegu, i spokojni, że już mamy klucze, a właściciele o nas wiedzą, ruszyliśmy na wycieczkę po horyznot, w stronę wyspy Skye. Niebo się wypogodziło i obiecywało przepiękne widoki.

           Kilkanaście kilometrów przed Kyle of Lochalsh zobaczyliśmy drogowskaz do promu. Wiedzieliśmy przecież, że od 1995 roku wyspę Skye z Wielką Brytanią łączy most. Postanowiliśmy pojechać tą drogą, żeby sprawdzić, co kryje się na jej końcu. Początkowo żałowałam, że ominą mnie widoki z pierwotnej trasy. Piotr zapewnił mnie jednak, że na pewno będziemy nią wracać, więc nic nie przegapię. Jakże warto było zaryzykować i wybrać alternatywną trasę. Po kilku milach objechaliśmy jezioro i wjechaliśmy na wzgórze, z którego roztaczał się przepiękny widok.  Ja wiedziałam, że Szkocja jest piękna i jeszcze przed wyruszeniem w naszą 6-dniowa podróż podejrzewałm, że jest piękniejsza, niż ludzie o tym mówią, ale nie spodziewałam się, że aż tak... Kiedy teraz obrabiam zdjęcia, mam poczucie niedosytu, moje oczy rejestrowały panoramy w pełnym zakresie, w trójwymiarowej przestrzeni, gdzie wszędzie dookoła mnie była dal nieokiełznana, a ja mam na swoim obrazku tylko płaską kopię, która może dać wyobrażenie o zastanej tam rzeczywistości. Moje umiejętności fotograficzne są widocznie niewystarczające, żeby przekazać to w całej wspaniałości.



         Kiedy wreszcie dojechaliśmy do końca drogi, zastaliśmy tam przystań promową i maleńką latarnię morską. Na wodzie natomiast warczał, przesuwając się, walcząc trochę z prądem prom. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy prom podpłynąl do nabrzeża  wzdłuż podjazdu , pan z obsługi przekręcił platformę mieszczącą 6 samochodów i auta zjechały na ląd. Potem my załadowaliśmy się na platmformę, pan ją dokręcił z powrotem i popłynęliśmy na Skye. W ten sposób geograficznie rzecz ujmując opuściliśmy wyspęWielką Brytanię. Wprawdzie opuściliśmy ją na raptem godzinę, ale zawsze to coś.  Na chwilę znaleźliśmy się w innym miejscu i innym czasie. Miejscu zupełnie pustym, tylko na nad morzem widzieliśmy osiedla domków kampingowych i rezydencji wakacyjnych. Potem tylko wąska droga z zatoczkami do wymijania się, gdyby jakimś cudem na tej dodze spotkały się dwa samochody jadące z naprzeciwka. Już za wzgórzem ukazał nam się widok na zatokę , obiecujący kolejne lądy przed nami, kolejne przygody.



           Niestety, nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby spenetrować wyspę Skye tak, jakbyśmy tego chcieli. Słońce było już nisko, a my obiecaliśmy naszym gospodarzom, że nie wrócimy zbyt późno. Chcieliśmy jeszcze zjeść jakąś kolację, więc po przejechaniu mostu , wróciliśmy na Wielką Brytanię i w Kyle szukaliśmy czegoś do jedzenia. Zważywszy na to, że był to wtorek 5 czerwca, dzień jubileuszu królowej, wszystko było pozamykane. Wyśledziliśmy kilka osób niosących pakiety fish and chips i postanowiliśmy wytropić to miejsce. Trafiliśmy do małego baru, który serwował pieczone angielskie kiełbaski, fish and chips i inne przekąski. W sumie ta ryba w panierce z frytkami była najrozsądniejszym wyjściem. Po obraniu jej z nasiąkniętej tłuszczem skórki zostawało świeże smażone mięso ryby. Usiedliśmy na ławeczce nad zatoką i mieliśmy niezapomniany widok. I mimo iż jedliśmy rybę z frytkami za kilka funtów, to czuliśmy się jak na kolacji za conajmniej tysiąc.

          Kiedy kierowaliśmy się już w stronę  naszego miejsca na nocleg, zupełnie przez przypadek znaleźliśmy zamek Eilean Donan nad jeziorem Loch Duich w Glen Sheil. Przed wyjazdem Piotr planował naszą wyprawę i zobaczył zdjęcie tego zamku w przewodniku. Marzył, żeby się tam wybrać, ale nie sądził, że znajdziemy czas, żeby zapuścić się w tę stronę. A tu przez przypadek okazało się, że zamek sam znalazł się na naszej drodze. Widok był wyjątkowo piękny, ogromna  w tym zasługa zachodzącego słońca i błękitu jeziora o tej porze. Wprawdzie po raz kolejny przyszło nam oglądać zamknięte już zamczysko, ale na szczęście grobla, przez która przechodzi się na wysepkę, nadal była otwarta i mogliśmy obejść zamek dookoła.

Eilian Donana Castle

          Upojeni widokami gór w ostatnich promieniach zmierzchu, deszczu siekącego wierzchołki gór gdzieś na horyzoncie, żółci zboczy porośniętych kolcolistem wracaliśmy powoli do Fort Augustus. Przejechaliśmy Kanał Kaledoński łaczący kilka jezior w jeden ciąg podróżniczy, którym można dopłynąć do morza. Skonstruowany w XIX wieku The Caledonian Canal łączy bowiem północnowschodnie wybrzeże blisko Inverness  z zachodnim wybrzeżem koło miejscowości Fort William. Kiedy na własne oczy zobaczyłam kilkustopniową śluzę, która przeprawiały się łodzie w Fort Augustus, znowu odżyła we mnie tęsknota do pływania łodziami po kanałach. Przepłynięcie tego szlaku musi być piękną wyprawą i niesamowitą przygodą. Szlak ma długość 62 mil. Jedna trzecia została przekopana przez ludzi, dwie trzecie to naturalny szlak jeziorami. Począwszy od wschodu to jeziora Loch Dochfour, Loch Ness, Loch Oich, oraz Loch Lochy. Kiedy spojrzy się na mapę, widać, że geologicznie tworzą one w rzeźbie terenu naturalną linię przecinająca Szkocję jak przedziałek. Na kanale znajduje się 29 śluz, 4 akwedukty i 10 mostów.

          Wypoczęci, z nowo naładowanymi akumulatorami, następnego dnia naszej wycieczki ruszyliśmy w stronę najwyższej góry Szkocji jak i całej Wielkiej Brytanii – Ben Nevis. W Highlands na wysokich szczytach w okolicy i powyżej 1000m npm wciąż jeszcze leżał gdzieniegdzie nierozpuszczony lukier śniegu. Pożegnaliśmy szlak kanału pomiędzy górami w dolinie i pojechaliśmy do Glencoe. Chciałoby się w tych wszystkich miejscach ruszyć na podbój górskich szlaków, ale tym razem musieliśmy się zadowolić wycieczką objazdową. Na pocieszenie powiedzieliśmy sobie, że to rodzaj zwiadu, rozpoznania terenu, dzięki któremu będziemy wiedzieli, gdzie chcemy wrócić, by bardziej dogłębnie poznać dany rejon. Pojechaliśmy więc jeszcze z Glencoe do Oban oraz nad jezioro Awe. Klika razy w czasie naszej wyprawy udało nam się przypadkiem trafić na malowniczo położone ruiny zamku, gdzieś nad jeziorem, czy na brzegu morza. Wyjeżdżasz zza zakrętu, niczego się nie spodziewając, żadnych znaków ostrzegawczych i nagle widzisz na środku zatoki, w czasie odpływu odosobnioną skałę, na której stoi zamek. Tak było w przypadku Stalker Castle oraz Kilchurn Castle nad jeziorem Loch Awe otoczonym mokradałami. Tak też się stało ostatniego wieczoru spędzanego na szkockiej ziemi, kiedy wracaliśmy z Culzean Castle. (cdn.)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6