| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Żeński punkt widzenia

poniedziałek, 28 listopada 2016


      W miniony poniedziałek obchodziłam małą rocznicę. Małą, bo tylko 5-letnią, a w perspektywie 40 lat życia, 5 zaczyna być małą jego cząstką. W poniedziałek minęło 5 lat od kiedy pracuję oficjalnie na obecnym stanowisku. Pierwszy i najważniejszy aspekt tej rocznicy wcale nie dotyczy moich osiągnięć, ani perspektyw rozwoju mojej kariery czy podwyżki, ale tego, że zwiększa mi się przysługująca mi rocznie ilość urlopu. Od kiedy mamy nowe umowy i nie mamy wolnych wakacji szkolnych, każdy dzień urlopu jest na wagę złota. Przybyło mi 5 dni i bardzo mnie to cieszy.

      Wydawało się, że przyjeżdżamy do Derby tylko na chwilę, przejściowo, najwyżej na dwa lata, by potem ruszyć dalej. A tutaj proszę, jakie zakorzenienie na stacji przesiadkowej, mieszkamy tutaj już 8 lat, a ja na oficjalnym etacie w councilu od 5. Zorientowałam się niedawno, że nasz dom w Derby stał się miejscem , w którym mieszkamy najdłużej ze wszystkich naszych dotychczasowych wspólnych domów. Zasiedzieliśmy się jednym słowem. Nie żeby nie było opcji przeprowadzkowych, projektów i propozycji. Dużo łatwiej jednak było przemeblowywać nasze życie, kiedy w głównej mierze dotyczyło to mnie i Piotra, ale kiedy w grę zaczęły wchodzić szkoły dziewczynek, ich edukacja, jej ciągłość i wpływ naszych wędrówek na ich przyszłość, trzeba było poskromić swoje ciągoty i osiąść na dłużej w jednym miejscu, by dać im możliwość ukończenia szkoły na poziomie małej lub dużej matury. Nawet gdybyśmy rozważali teraz powrót do Polski, nie mielibyśmy sumienia zafundować dziewczynkom bycia mięsem armatnim “reformy edukacji”, która ma tam teraz miejsce.

       Zastanawiam się, co zmieniło się przez te 5 lat. Tak naprawdę w naszej pracy ciągle się coś zmienia, a nam pozostaje się do tych zmian dostosować. Wiele zespołów, które działały na polu edukacyjnym równolegle do nas, przestało istnieć. Z jednej strony to wina kryzysu finansów publicznych w Wielkiej Brytanii i cięć budżetowych, ale również procesu akademizacji szkół i uwalniania się od lokalnych samorządów. Szkoły, które stają się akademiami w Wielkiej Brytanii, są bardziej samodzielne, łączą się w grupy i walczą o swoje budżety bezpośrednio u źródła – budżetu centralnego. Samorządy lokalne przestają nadzorować finanse szkół, a te mogą same decydować, na co chcą wydawać swoje pieniądze. W praktyce oznacza to, że nie są już zobowiązane płacić za usługi lokalnych samorządów, czy serwisów, ale płacić za to, co w ich mniemaniu jest najbardziej ich uczniom potrzebne. W tej całej zawierusze zwolnień, redukcji, cięć budżetowych nasz zespół nadal daje radę utrzymać się na powierzchni, a szkoły są zainteresowane naszymi usługami i chętnie za nie płacą. Wydaje się więc, że niewiele się zmieniło – nadal pomagamy uczniom dwujęzycznym w szkołach, a zmieniło się prawie wszystko.

        Kiedy zostałam zatrudniona, razem ze mną zaczynały 3 inne koleżanki – Estonka, Łotyszka i Polka. Polka miała tylko 1/3 etatu i kończyła studia, więc szybko odeszła z naszego zespołu, zyskała doświadczenie i rozwinęła skrzydła gdzie indziej. My trzy zostałyśmy do dziś wraz z pozostałymi, którzy pracują już w tym zespole dłużej niż ja i z trzema nowymi osobami, które dołączyły do nas 3 lata temu. Z zespołu, który zaczynał w trójkę i wróżono mu najwyżej rok, zespół istnieje ponad 10 lat i ma się dobrze. Ludzie przychodzą, odchodzą, koleżanki rodzą dzieci i idą na macierzyński, ale rok szkolny toczy się dalej i wyznacza nam rytm i tempo naszej pracy. Czasem zdarzają się wolniejsze przebiegi, a czasem nie wiemy, w co mamy ręce włożyć. Ludzie przychodzą do recepcji naszego biura ze wszystkimi swoimi problemami i bolączkami, najczęściej proszą o pomoc w tłumaczeniu z angielskiego na ich rodzimy język. To tylko jeden z wielu rodzajów naszej działalności.

        Jak ja się zmieniłam przez ten czas? Na pewno zyskałam wiele nowych doświadczeń, podszkoliłam nie tylko angielski, ale mój język czechosłowacki. Zyskałam nowe kwalifikacje, zostałam governorem (członkiem rady) w jednej ze szkół i wciąż uczę się tego, jak funkcjonuje ten brytyjski świat.

        Jedno, co się nie zmieniło, to moja niezgoda, niepogodzenie się z krzywdą, dziecięcą krzywdą. Czy można przywyknąć do tego, że dzieci przychodzą do szkoły głodne, w brudnych ubraniach, że nikt w domu nie dba o to, by miały czysty mundurek szkolny, umytą buzię. Niby drobiazgi, ale to się przekłada też na zaniedbywanie wizyt u lekarza, o rejestracji u dentysty czy okulisty już nawet nie wspomnę. Krzywda dzieci, których rodzice uważają, że tak bardzo je kochają, że je ubezwłasnowolniają, traktując je jak żywe lalki do 5. roku życia, nosząc je wciąż na rękach w pieluchach i ze smoczkami w buzi. Które nagle według angielskiego prawa muszą iść do szkoły i są zupełnie do tego nieprzygotowane. Lub dzieci, które są bardzo bystre i mają potencjał, ale nikt ich nie wspiera, nie stymuluje, nie pomaga w rozwijaniu ich talentów w domu i wcześniej czy później zniechęcają się i nie robią już nic. Rodzice, którzy rodzicielstwo pojmują na zasadzie, że mojemu dziecku pozwalam na wszystko i daje wszystko, co mogę bez ustalenia zasad i granic, bez żadnych zaworów bezpieczeństwa. Lub dzieci, których rodzice usilnie starają się zrobić z nich inwalidów, wmówić im niepełnosprawność fizyczną lub umysłową, byleby tylko wyłudzić od państwa więcej zasiłków. Na to nie ma we mnie zgody, nigdy nie było i nie będzie, nie da się do tego przyzwyczaić. Z czasem mam tylko więcej asertywności, by radzić sobie z takimi rodzicami i z własnymi emocjami. Początki odchorowywałam emocjonalnie, teraz już sobie z tym radzę, ale uruchamiam w sobie mechanizmy obronne, by złość, frustrację i bunt przerodzić w czyn i pomoc – dzieciom. Czasem rodzicom też, jeśli chcą z nami współpracować.

       Jutro kolejny dzień w pracy, poranek z maluchami w zerówce, które robią fantastyczne postępy w pisaniu i czytaniu, a popołudnie z juniorami na zajęciach sportowych. Nigdy nie chciałam być nauczycielką i nie chciałam pracować w szkole, ale tak się życie potoczyło, że w tym momencie, na tym etapie właśnie to robię i robię to najlepiej, jak potrafię. Może kiedyś wrócę do innych moich dróżek zawodowych, kto wie, jak się jeszcze życie potoczy. Tymczasem, nawet najbardziej pochmurny dzień potrafi rozpogodzić uśmiech dziecka, które cieszy się na mój widok i okrzyk: „Pani Ewa! Przyszłaś! Cały tydzień na Ciebie czekałem!

środa, 09 listopada 2016

        Kiedy byłam studentką polonistyki, szybko zorientowałam się, że pociąga mnie w literaturze motyw obcości, innej kultury, innego języka, innej religii, mierzenia się z nią, spotykania na swojej drodze ludzi, którzy są inni. Wychowałam się w miasteczku, gdzie w latach 80. starano się zapomnieć, przemilczeć istnienie innych kultur, narodowości, religii, gdzie z synagogi zrobiono kino, a macewy z żydowskiego cmentarza poniewierały się po zarośniętym parku. Rosło we mnie poczucie brakującego elementu, przemilczenia, zaniechania, niedoinformowania. Kiedy na studiach zaczęłam zgłębiać tematykę kultury i religii żydowskiej, wgłębiać się w historię miasta, w którym zamieszkałam na czas studiów, ciągle żałowałam, że nie dane mi było doświadczyć życia w Warszawie przed wybuchem wojny, w ulubionym przeze mnie literacko czasie 20-lecia międzywojennego. Marzyłam, o tym żeby doświadczyć wibrującej wielości, spotykania się światów, przenikania się kultur, języków.

       W ramach pracy magisterskiej tropiłam pogranicza kultur, języka polskiego, niemieckiego, jidysz, chodziłam śladami pisarzy, którzy żyli w tamtych czasach i doświadczali tego, czego sama chciałam dotknąć i spróbować. Czytałam powieści tych, którzy po wojnie poddawali się tej samej tęsknocie i za pomocą literackiego wehikułu czasu wracali w przeszłość. Czytałam o przedwojennym Gdańsku, Wrocławiu, Warszawie, Lwowie i zastanawiałam się, jak współistnieli ze sobą ludzie różnych wiar, języków,  religii. Wszyscy wiemy z historii, że nie były to łatwe czasy. Wrogość między nacjami miała różne podłoża, ale były też przykłady na współistnienie, współpracę, spotkanie, poszanowanie wzajemne swoich wartości bez nacisku na przechodzenie lub opowiadanie się po czyjejkolwiek stronie. Tęskniłam za tym, co utracone, czego nie było mi dane doświadczyć i nie przypuszczałam, że kiedyś przyjdzie mi żyć w jeszcze bardziej zróżnicowanym narodowościowo, językowo, religijnie miejscu niż przedwojenna Warszawa czy Gdańsk. Że sama na własnej skórze poznam siłę słowa „obcy” i „swój” i ta dychotomia będzie mi towarzyszyć właściwie każdego dnia, gdzieś podskórnie lub otwarcie za każdym razem, kiedy, słysząc mój akcent, ktoś z ciekawości zapyta „Skąd jesteś?”.

            Pamiętam, kiedy rozpatrywałam kategorię obcości w przeczytanych książkach, sama jej jeszcze bezpośrednio nie doświadczając. Dzisiaj zerknęłam do mojej pracy magisterskiej i poczytałam sobie moje spostrzeżenia z tamtych notatek, urywków, wniosków, ciągle jeszcze na gruncie warszawskim z niewielkim doświadczeniem  podróży zagranicznych, wychodzenia poza to, co polskie, tropienia śladów dawnych rzeczywistości chociażby ścieżkami Alfreda Doeblina, niemieckiego reportera, który odkrywszy swoje żydowskie korzenie podróżował po Polsce lat 30. XX wieku i zapisał swoje spostrzeżenia w książce „Podróż po Polsce”. Wówczas świat nie dzielił się już na przyjaciół i wrogów. Pojawił się bowiem jeszcze trzeci element – obcy, inny, który nie był ani swoim, ani wrogiem. Wiemy że na płaszczyźnie psychologicznej swojskość niesie ze sobą doznania bezpieczeństwa, akceptacji, zadowolenia, spokoju, neutralności, oczywistości i zrozumiałości, a stąd już niedaleko do nudy i zwyczajności. Obcość natomiast wiąże się z poczuciem zagrożenia, niepokoju, niezrozumiałości, niechęci i zdziwienia, ale także zaciekawienia, fascynacji i zachwytu.

          Kim są ci częstokroć mityczni w wymowie obcy? To wygnańcy, przesiedleńcy, emigranci, tak czy inaczej ludzie, którzy nie mieszkają u siebie. Każdy z nich jest ‘nieswój’, w mocnym, podwójnym sensie tego słowa, dotyczącym poczucia i bycia. Czuje się obcy, ale też i jest obcy, nie swój, z zewnątrz. Pograniczność staje się wielką przygodą. W tej sytuacji obcy staje się alternatywą nowego oglądu świata, dzięki czemu ukazują się nowe podmiotowości. Przenikanie się i mieszanie kultur czyni z pogranicza obszar przejściowy - rodzaj pomostu między wzajemnymi wartościami kultury. Sama stałam się przesiedleńcem, imigrantką, obywatelką Europy, która przeprowadziła się z Polski do Czech, a z Czech do Zjednoczonego Królestwa. Wyszłam ze swoich dotychczasowych ram, sfery komfortu i zaczęłam zmagać się z byciem inną, w innym miejscu i porównywać języki, zwyczaje, miejsca. Cytat z nieocenionej Olgi Tokarczuk z jej najnowszej książki „Księgi Jakubowe” dał mi wiele do myślenia w kwestii swojej obcości i mojego postrzegania innych jako obcych.

           „Jakub zaczął nagle przedstawiać się inaczej niż dotąd (...) Frank, frenk czyli obcy. Nachman wie, że to się podoba Jakubowi – być obcym to cecha tych, którzy często zmieniali miejsce zamieszkania. Mówił Nachmanowi, że najlepiej mu jest w nowym miejscu, bo wtedy jakby świat zaczyna się na nowo. Być obcym to być wolnym. Mieć za sobą wielką przestrzeń, step, pustynię. (...). Mieć swoją historię, nie dla każdego, własną opowieść napisaną śladami, jakie zostawia się po sobie. Wszędzie czuć się gościem, domy zasiedlać tylko na jakiś czas, nie przejmować się sadem, raczej cieszyć się winem, niż przywiązywać do winnicy. Nie rozumieć języka, przez co widzieć lepiej gesty i miny, wyraz ludzkich oczu, emocje, które pojawiają się na twarzach niby cienie chmur. Uczyć się cudzej mowy od początku, w każdym miejscu po trochę, porównywać słowa i znajdować porządki podobieństw. Trzeba tego stanu [obcości] uważnie pilnować, bo daje ogromną moc.”(str. 732)

         Zrozumiałam, że patrząc na moją ścieżkę z perspektywy czasu, też pociągało mnie coś nie tylko w innym obcym, ale w byciu samemu obcym, nowym. Czekałam, kiedy pójdę do nowej szkoły, by dać sobie szansę na nową siebie, bałam się zmiany, ale jednocześnie cieszyłam się na nią. Czekałam, kiedy wyjadę na studia, żeby zostawić pewien etap za sobą,  jak wąż zrzucić starą skórę, dać sobie nową twarz, spojrzeć na siebie w innym świetle. Potem status obcości dawały miejsca pracy, a potem przeprowadzki w inne miejsca. Z jednej strony człowiek ma potrzebę bycia przyjętym, zaakceptowanym, ale z drugiej strony bycie nowym, obcym daje mu poczucie wyjątkowości swojej sytuacji. Możesz tworzyć swój świat na nowo tak jak Jakub. Kiedy przychodzi Ci wyjechać do innego kraju, zacząć żyć w innej kulturze, porozumiewać się innym językiem, a jednak mieć dla siebie cały czas oazę własnego języka i kultury, jesteś swój dla podobnych Tobie, a jednocześnie obcy dla tutejszych. W jakimś sensie zaczynasz też być obcy dla miejsca, które zostawiłaś za sobą. Życie tam toczy się już poza Tobą, bez Twojej wiedzy, codziennej obserwacji, jesteś już tylko widzem raz na jakiś czas, raz, dwa razy do roku próbujesz spostrzec zmiany, które umykają innym w ich codzienności. Swój zaczynasz być tylko dla wąskiej grupy ludzi, dla najbliższych, dla siebie. Bywa, że jesteś obcy nawet tam.

         Pracuję dla zespołu, który pomaga uczniom i ich rodzinom, którzy przyjechali dopiero do Wielkiej Brytanii i potrzebują pomocy w sprawach edukacji. Często jesteśmy dla tych rodzin pomostem między rzeczywistością, z której przybyli i do której wkraczają. Potrzebują się oswoić z innym sposobem działania systemu szkolnictwa, służby zdrowia, nie tylko z ruchem lewostronnym, innym językiem. Oswojenie z niektórymi aspektami życia w Wielkiej Brytanii zajmuje jednym więcej, drugim mniej czasu. Jedni wypływają na szerokie wody, są pewni siebie, szczególnie jeśli dobrze znają język. Inni wolą zamknąć się w małej społeczności swojej narodowości, języka i z obawy przed innymi grupami wolą nie mieć z nimi nic do czynienia. Przeraża ich świadomość, że na ulicy spotkają ludzi innej rasy, koloru skóry, ubranych w burki czy sari, nie mogą oswoić się z wielością języków, które słyszą na ulicy czy robiąc zakupy w sklepie. Na ich usprawiedliwienie można dodać, że mieszkający tutaj od lat ludzie, którzy powinni przywyknąć do wielokulturowego aspektu miasta, w którym żyją często od urodzenia, nadal sobie z tym nie radzą. Winią za to fale imigracyjne Hindusów, Pakistańczyków, Polaków, Słowaków, a teraz napływających z Bliskiego Wschodu uchodźców. Boją się ich, bo nie znają, nie rozumieją i nie zadadzą sobie trudu, by zrozumieć.

           W szkołach, w których pomagam uczniom w czasie lekcji, dzieci mówią w ponad 20 językach. Można w jednaj klasie spotkać dzieci prawie wszystkich ras i religii. Na godzinach wychowawczych dzieci uczą się o swoich wierzeniach, religiach i kulturach, bo wszystko to wpisuje się w wytyczne  Departamentu Edukacji, w brytyjskie wartości tolerancji i szacunku dla wszystkich.  Nie jesteśmy tacy sami, ale jesteśmy równi. Sikhowie, hindusi, chrześcijanie, muzułmanie, buddyści uczą się o swoich religiach, by wiedzieć, dlaczego świętują Diwali, Boże Narodzenie czy Eid. Nawet w szkołach założonych przez kościół anglikański czy katolicki w Wielkiej Brytanii obowiązuje taki program nauczania, by wszystkie religie i kultury były uszanowane i nikt nie czuł się dyskryminowany. Jakakolwiek forma rasizmu jest karana jako hate crime. Tego uczymy ich w szkołach, ale potem wracają do domu i często od rodziców słyszą niestety inną wersję, inną ideologię. Zamykają się w swoich grupach lub śnią o powrocie imperium.

           Incydenty hate crime zaczęły się zdarzać częściej po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Brexit widocznie dał ludziom poczucie, przyzwolenie, że teraz wreszcie mogą bezkarnie głosić rasistowskie, ksenofobiczne poglądy. Coś, co dawniej nie miałoby prawa mieć miejsca, jeśli nie w imieniu tolerancji, to chociaż politycznej poprawności, teraz zdarza się bez obawy na konsekwencje. Niedawno słyszeliśmy o przypadku Polki, którą zaatakowano w metrze za to, że mówiła po polsku.  No cóż, w Polsce zaatakowano kogoś, bo mówił w tramwaju po niemiecku, ale nie o to chodzi, żeby sobie wyliczać oko za oko.  Tamten napastnik jest poszukiwany przez policję i zostaną mu postawione zarzuty. Ale co zrobić z uczniem, który na szkolnym korytarzu atakuje innego ucznia za to, że mówi w szkole po polsku, po słowacku czy Punjabi? Jak wytłumaczyć mu, że owszem, językiem obowiązującym w urzędach, szkołach, w życiu publicznym, w miejscu pracy jest angielski, ale nie można nikomu zabronić w czasie przerwy porozmawiać z kolegą w swoim własnym języku. A może się mylę, może jednak można zabronić. Najczęściej tego typu komentarze wychodzą od ludzi, którzy nie znają żadnego języka obcego, tylko angielski i uważają, że żaden inny nie jest im do szczęścia potrzebny. Czy to zawiść, czy zazdrość, czy po prostu brak szansy na przyjrzenie się sobie z innej perspektywy, jak chociażby podróż do innego kraju nieanglojęzycznego?

           Wiem, że szkoła wyciągnęła wobec wspomnianego ucznia konsekwencje, ale tego typu incydenty zdarzają się często i są zazwyczaj przemilczane i zignorowane. Bo czasami to jest jedyne wyjście - zignorować kogoś, kto nas prowokuje do dyskusji, bo chce wykrzyczeć z siebie swój strach przed obcością innych, bo sobie z tym nie radzi, bo sam nie mówi w żadnym innym języku, nie otwiera swojego umysłu na nic innego jak tylko ideologia czystej rasy, Anglii dla Anglików i wyrzucenia z Jego kraju wszystkich, którzy mu nie pasują do jego schematu. Mógłby się zdziwić nie jeden, jakie geny nosi w sobie i jakie ma korzenie. W gruncie rzeczy, kiedy spojrzy się w głąb naszego DNA, wszyscy jesteśmy imigrantami, to jest tylko kwestia czasu i przestrzeni. Otwarty świat zaczyna się od otwartego umysłu.

         Niedawno angielskie media obiegła informacja, że brytyjskie firmy powinny wykazać, ile obcokrajowców zatrudniają. Klimat polityczny po głosowaniu w sprawie wyjścia z Unii sprawił, że tego typu pomysły stają się między Brytyjczykami coraz bardziej normalne. Te dane statystyczne miałyby dotyczyć firm prywatnych, gdzie rząd doskonale zdaje sobie sprawę, że procent zatrudnionych obcokrajowców jest wysoki. Wczoraj  usłyszałam, że urząd miasta, w którym pracuję, nosi się z podobnym zamiarem. Chcieliby, żeby tego typu spis statystyczny dotyczył również pracowników sektora publicznego - budżetowego. Jeszcze 10 lat temu tego typu liczenie ludzi tylko ze względu na to, jaki posiadają paszport, byłoby nie do pomyślenia i byłoby uznane za rasizm. Dziś okazuje się to być całkiem normalne, a polityczna poprawność już nikogo nie obowiązuje. Zastanawiam się, co chcą osiągnąć ludzie, którzy domagają się takiego liczenia, co chcą wytknąć. Po raz kolejny krzyczeć, ile obcokrajowców zabiera pracę Brytyjczykom? Już niejednokrotnie przerabialiśmy ten temat, że obcokrajowcy często dostają pracę, bo trudno jest znaleźć odpowiednio wykwalifikowanego Brytyjczyka na to miejsce. Wielu z nich woli zostać na zasiłku niż poniżać się do pracy w fabryce. Wielu Brytyjczyków nie dostaje pracy, bo nie mają odpowiednich kwalifikacji, nie mają aspiracji, żeby się dalej uczyć, wolą szybko zacząć mniej płatną pracę, wkroczyć w dorosłe życie, niż męczyć się na studiach. Więc co im da ten spis obcokrajowców w biznesie i sektorze budżetowym? Wytkną mnie placem i dowiem się, że jestem ta obca. Nieważne, że mieszkam tu i pracuję uczciwie od 8 lat – właśnie mieliśmy kolejną rocznicę naszej przeprowadzki. W angielskiej mentalności możesz mieszkać gdzieś i 50 lat, ale jeśli się nie urodziłeś tutaj i Twoja rodzina nie mieszka od 3 pokoleń w danej okolicy, nadal jesteś obcy. 8-letni staż jest w tej sytuacji niczym.

           Dzisiaj jest szczególny dzień, kiedy myślę o obcości, o pograniczach, o przenikaniu się kultur, narodowościach i językach. 9 listopada 1989 roku runął mur berliński rozdzielający jedno miasto, ludzi mówiących tym samym językiem. To był festiwal wolności, demokracji, radości. 27 lat później do władzy w Stanach Zjednoczonych dochodzi człowiek, który nie ma żadnego doświadczenia w pełnieniu funkcji publicznych i nawołuje do budowania nowego muru, który będzie dzielił ludzi na  lepszych i gorszych. Według danych statystycznych głosowali na niego w większości biali, z małych miejscowości, którzy czuli się wykluczeni i zapomniani, sfrustrowani swoimi kłopotami, brakiem pracy, niepowodzeniami, których amerykański sen się nie spełnił, którzy uznali, że Ameryka już nie jest najwspanialsza i najsilniejsza. To jest teraz siła zmieniająca oblicze polityczne kolejnego kraju, gdzie dotychczasowy polityczny establishment ludzi rozczarował i zawiódł.

            Szanuję demokrację i uważam, że człowiek wybrany w praworządnych wyborach bez naruszenia żadnych procedur dostaje mandat zaufania do sprawowania władzy nadany mu przez społeczeństwo, nawet jeśli to nie jest mój wybór, mój kandydat. Szanuję to, chociaż się z tym wyborem nie zgadzam. Narzekać na to mogą tylko ludzie, którzy nie korzystają ze swojego prawa wyborczego. Kiedy ktoś mnie pyta o wyniki referendum w Wielkiej Brytanii nie ukrywam, że jestem rozczarowana i zaniepokojona wynikiem, ale szanuję głos demokracji, głosy oddane przez brytyjskich obywateli. I  właśnie ludziom, którzy szanują demokrację, najtrudniej jest się pogodzić z wynikami wyborów, kiedy większość ludzi głosuje za opcją lub osobą, która może być zagrożeniem dla tej właśnie demokracji. To jak podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Tak, jak to stało się w przypadku polskich wyborów, Brexitu, a teraz wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Czy po latach demokracji i względnego spokoju ludzie się znudzili? Ich ksenofobiczne i rasistowskie poglądy i frustracje nie znajdują drogi ujścia i głosują na innych, im podobnych, którzy szerzą populistyczne hasła wybawienia ich od ich kompleksów i od obcych? Ja wiem, że demokracja nie jest idealnych ustrojem, już starożytni ateńczycy to wiedzieli, ale jakoś jeszcze nikt nie opracował lepszego ustroju. Nie pozostaje nic więcej, jak czekać i ze spokojem obserwować, co będzie dalej. Zawsze jeszcze można się wyprowadzić na Falklandy...

piątek, 24 czerwca 2016

         No to się porobiło... Wieczorem oglądałam wieczór wyborczy, ale wyniki spływały bardzo wolno, poszłam spać. Rano Piotr obudził się pierwszy i obwieścił mi, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii. Podświadomie się tego obawiałam, ale wierzyłam, że jednak opcja pozostania we wspólnocie zwycięży. Bez jakiejś miażdżącej różnicy, ale jednak większością głosów Wielka Brytania zdecydowała się odłączyć od Unii Europejskiej. Taki jest głos społeczeństwa, wyrażony w demokratycznym referendum i trzeba go uszanować, jak stwierdził premier David Cameron. Ale mam wrażenie, że po 40 latach otwartych drzwi Brytyjczycy zamknęli za sobą te drzwi z hukiem. Zamknęli też drzwi dla samych siebie. Uważają, że dadzą sobie świetnie radę sami, bez Unii. Ale czy w dzisiejszych czasach można być samotną wyspą, nie tylko geograficznie, ale również politycznie?

          Po latach spokoju nastały burzliwe czasy. Najgorsze jest to, że żyję w tym kraju, ciężko pracuję, płacę podatki, a nie miałam szansy wyrazić swojego zdania i będę musiała się podporządkować głosowi większości. Zobaczymy, co z tego wyniknie... Zastanawiam, jak będziemy teraz traktowani. Znam wielu Brytyjczyków, którzy są przerażeni tym, co się dzisiaj stało, chcą być Europejczykami i nie mają nic przeciwko temu, żeby inni Europejczycy przyjeżdżali żyć między nimi, nie chcą być rasistami, ksenofobami, boją się o przyszłość swoją i swoich dzieci. Ale dzisiaj w pokoju nauczycielskim rozgorzała burzliwa dyskusja i było parę osób, które stało na stanowisku, że nie chcą, żeby im ktoś mówił, co mają robić we własnym kraju. Nie pamiętają już czasów, kiedy to Zjednoczone Królestwo miało rząd dusz nad 1/3 świata i narzucało swój punkt widzenia wielu krajom? Może o to właśnie chodzi, te niespełnione marzenia i sny o potędze, tęsknota za imperium? W końcu to starsze pokolenie w większości głosowało za wyjściem z Unii. Niestety, ich jedynymi argumentami były populistyczne hasła nacjonalistycznych partii. Czy ktoś mi wkrótce powie, tak jak kiedyś polskim żołnierzom po zakończeniu II wojny światowej, którzy nie chcieli wracać do komunistycznej Polski – A co Wy tu jeszcze robicie? Wracajcie do siebie!

          W ramach analizy wyników pokazano mapę Zjednoczonego Królestwa, gdzie głosy za odłączeniem się były zaznaczone na czerwono, a opcja pozostania na żółto. Cała Anglia jest czerwona z małymi żółtymi wysepkami. Nasza okolica czerwona do bólu, za to cała Szkocja bez wyjątku jest żółta. Szkoci są za pozostaniem w Unii, więc obawiam się, że wyniki referendum pokazują rozłam w Zjednoczonym Królestwie. Kto wie, czy Szkocja nie zagłosuje wkrótce ponownie w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa, by móc pozostać w Unii Europejskiej. Kto wie, może przeprowadzimy się do naszej ukochanej Szkocji, ale czy tam będą nas chcieli?

        Wróciłam dzisiaj wcześniej do domu, otworzyłam na oścież okna, wpuściłam lato do środka. Przyjaciel z Polski napisał mi na FB, żeby się nie przejmować, kurz niebawem opadnie, zaczną się negocjacje nowych umów, przepisów i będziemy wiedzieć na czym stoimy. Pomartwię się później, teraz będę cieszyć się latem.

środa, 20 kwietnia 2016

             Są takie momenty w naszej pracy, że człowiek czuje się przytłoczony, pozbawiony energii i entuzjazmu, są też dni, kiedy jeden uśmiech dziecka, z którym się pracuje, ich troska o nas, dobro które wraca, może rozchmurzyć nawet najbardzej zatroskane oblicze. Potrzebujemy tego uśmiechu, szczególnie w dni, kiedy biurokracja nas przygniata, kiedy zamknięci w czterech ścianach naszego biura, musimy sprostać oczekiwaniom naszych klientów i podopiecznych, którzy często uważają, że im wszystko się należy, a nam dobre słowo niekoniecznie.

             Wyszłyśmy z koleżanką z biura, żeby kupić sobie coś na lunch. Na szczęście nasze biuro mieści się w okolicy tak zróżnicowanej narodowościowo i językowo, że co krok można znaleźć sklepik  dla wielbicieli kuchni z całego niemal świata. Oczywiście, mamy też polskie sklepy i prawie wszystkie swojskie produkty, do których przywykliśmy na półkach polskich sklepów możemy znaleźć również tutaj. Nawet nazwy brzmią swojsko jak Polanica, Nasza Biedronka, Kubus. Jest też Bazar Eurupa, ale to inna historia.

            Wyskoczyłyśmy więc mając ochotę na drożdżowkę. Kiedy przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, pewien mężczyzna, starszy na pewno ode mnie i od Iwony i raczej zbliżający się wiekiem do mojego taty zaczął po rosyjsku zachwycać się moją urodą. No nie przywykłam. Najpierw byłam zaskoczona, bo już dawno nikt tak entuzjastycznie i otwarcie się mną nie zachwycał, a potem zaczęłam się śmiać uradowana w sumie tym, co słyszę.
- Такая красивая, такая женщина, ах , мне это нравится

            Pan się zachwycał dalej, ja się śmiałam, ale najgorsze było to, że nie bardzo mogłam odpowiedzieć na te komplementy. Język niepraktykowany zanika. Moje nauczycielki języka rosyjskiego, pani Kowalewska i pani Nowakowa pewnie by się ze wstydu za mnie spaliły. Ja, która płynnie pisałam i czytałam w tym języku, którego uczyłam się przez ponad 8, która brałam udział w olimpiadach językowych, nagle w obliczu takiej wiekopomnej potrzeby zapomniałam języka w buzi i wydusiłam z siebie skromne:
- Cпасибо - z uśmiechem jak rogal. 

            Coś się takiego porobiło w językowej części mojej mózgownicy, że miejsce języka rosyjskiego, nieużywanego od dawna, zajął język czeski i słowacki, których od 5 lat używam intensywnie niemal codziennie. Ja wszystko rozumiem, co moi rosyjscy uczniowe i ich rodzice do mnie mówią, ale kiedy przyjdzie mi się odezwać i odpowiedzieć, wychodzi z tego jakaś dziwna, żeby nie powiedzieć żałosna mieszanina czeskiego, polskiego i rosyjskiego. Sprawę pogarsza fakt, że w czeskim wiele odmian czasowników jest jednak dość podobnych. Szkoda tej zapomnianej umiejętności. Żałuję też, że pozbyłam się swoich podręczników i zeszytów z czasów liceum, które teraz odświeżyłyby mi moją wiedzę. Same częstsze konwersacje z moimi rosyjskojezycznymi koleżankami pewnie dużo by mi pomogły, podobnie jak rozmowy z czeskimi koleżankami i rodzinami na początku pracy w naszym zespole. Tymczasem wymowkę mam jedną i tego się trzymam przy każdej konwersacji w języku rosyjskim:
– Я всё понимаю , но я не говорю хорошо по русский

             W tej sytuacji z pomocą przyszła mi Iwona, która częściej używa rosyjskiego i daje radę się dogadać. Podziękowałyśmy więc panu pięknie za komplementy i odeszłyśmy. Za chwilę dogonił nas jednak w drodze do sklepu, niezrażony faktem mojej niemożności konwersacji i rozmarzył się o tym, jak on by mnie traktował po królewsku i całował od stóp do głów i z powrotem. W innej sytuacji można byłoby to uznać za słowne molestowanie seksualne. Pan nie był ani groźny, ani niegrzeczny, ale sympatyczny i chciał mi koniecznie wytłumaczyć, jak bardzo mu się podobam. Na koniec upewnił się jeszcze, czy mąż jest. Przyznałam, że mąż jest i w dodatku красивий молодeц. Rosyjski wielbiciel nie krył rozczarowania.

             Kiedy wróciłyśmy do biura, śmiałyśmy się z tego całe popołudnie i przyznano mi tytuł krasawicy tygodnia. Jak to podnosi na duchu kobietę po czterdziestce, że każda potwora znajdzie swojego amatora, szczególnie w wielokulturowej dzielnicy Derby.

piątek, 13 listopada 2015

          Zabierałam się już kilka razy. Bo jak opisać to doświadczenie, które kiedyś wydawało mi się niewyobrażalne? Myślenie o sobie jako czterdziestolatce nie mieściło mi się w głowie, a teraz ani się człowiek obejrzał - bum – 40, mimo już duchem czuję się dużo młodziej. Zresztą, kto powiedział dokładnie, jak się ma czuć kobieta w okolicach 40-tki? Jest na to jakaś instrukcja, przepis, recepta? Jedni uważają, że teraz to już z górki, inni, że 40. to nowe 20. Zmieniają kolor włosów (ja zmieniłam i obcięłam), zaczynają coś nowego (zaczęłam studia i już niedługo kończę), odchudzają się (bardzo bym chciała, ale jakoś mi nie wyszło, na razie zaczęłam chodzić na siatkówkę). Ja nie wiem dokładnie, jak to jest być 40-latką, to zupełnie nowa sytuacja dla mnie, nigdy wcześniej nie byłam. Pewnia każda kobieta czuje się inaczej i składa się na to mnóstwo różnych przeżyć, doświadczeń i sytuacji. Ja też mam swoją mozaikę, swoją układankę marzeń, planów, przeżytych dni, smutków, radości, podróży, uśmiechów i łez, wschodów i zachodów, zakrętów i dróg prostych, horyzontów wciąż niedoścignionych, tysięcy zdjęć, milionów mgnień oka, czasu i przestrzeni.

            Czterdziestolatka w moim wydaniu nie ma zbyt wiele czasu na refleksje, ale jak widać piątkowe wieczory, kiedy dzieci pójdą na zbiórkę skautową, a ona siedzie przy komputerze, słuchając listy Trójki, sprzyjają refleksji. Powinnam napisać ostatnie zaliczenie na studia, poprawić tłumaczenie, napisać raport, ale czy doprawdy ta czterdziestolatka nie może sobie po całym tygodniu pozwolić na chwilę relaksu przy muzyce? Tym bardziej, że tygodnie przemykają mi ostatnio z szybkością 70 mil na godzinę, jakbym mknęła gdzieś autostradą M1 na północ lub na południe. Jeśli nie napiszę teraz, to umknie mi jak wiele myśli, refleksji, wpisów, zaczętych, czekających w szufladzie pamięci komputera. Czy to już tak naprawdę jest z górki, że ze szczytu rozpędzam się coraz szybciej? A podobno mam być na tym wzgórzu i się z radością i z zachwytem rozglądać. Porozglądamy się?

             Dzisiaj w ramach piątkowego relaksu, a właściwie padu ze zmęczenia na miękkie poduchy kanapy, Zosia włączyła telewizor i trafiłyśmy na Disneyowskiego „Dzieciaka” z Brucem Willisem. Wydawałoby się, że do refleksji czterdziestolatki będzie pasowała idelanie nasza popularna rodzima produkcja, a ja tu sięgam po typową hollywoodzką historię. Hollywoodzka, ale opowiedziana z urokiem, zabawna dla dzieci, ale i dorosłym daje do myślenia, i łezka zakręci się w oku nie raz. Kto zna ten film, może pominąć opis, a kto nie, postaram się pokrótce opowiedzieć, ale nie zdradzić pointy.

            Nieszczęśliwy i nielubiany doradca do spraw wizerunku zastaje w gabinecie swojego ojca, który prosi go o pomoc w przeprowadzce z ich dawnego rodzinnego domu. Wspomina również, że jego siostrzeńcy za nim tęsknią. Bohater nasz, Russ, nie chce o tym słyszeć i odprawia ojca z kwitkiem. Zbliżają się jego 40. urodziny. Nocą ma wrażenie, że ktoś włamuje się do jego domu. Schodzi na dół z kijem baseballowym w gotowości, ale na progu znajduje jedynie czerwony samolocik, którym bawił się w dzieciństwie. Jest przekonany, że to ojciec chce go w ten sposób nakłonić do wizyty w domu. Następnego dnia  zastaje w domu chłopca, który okazuje się być nim samym sprzed 32 lat – 8-letnim Rustym.

           Kim chcieliście być, mając osiem lat? Aktorkami? Strażakami? Policjantami? Primabalerinami? Co z tych marzeń i wyobrażeń zostało do dziś, kiedy macie te dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat? Ja, będąc dzieckiem, chciałam być lekarką i namiętnie robiłam mojemu misiowi zastrzyki z wody utlenionej, aż jego biedne trocinowe wnętrzności tego nie wytrzymały i zgniły. Chciałam być fryzjerką i obcinałam włosy moim lalkom z rozczarowaniem odkrywając, że nie odrastają, więc zaczęłam eksperymentować z własną grzywką. Chciałam być panią na poczcie, nauczycielką, panczenistką, piosenkarką, bibliotekarką. Ośmioletnia ja zmieniała swoje wizje siebie dość często. Ośmioletni Rusty chciał być pilotem i mieć psa wabiącego się Chester. Biega więc po domu dorosłego Russa, szukając psa. Ale psa nie ma, bo dorosły Russ jest zbyt zapracowany, by opiekować się psem... Mówi, że dużo podróżuje. Rusty jest zachywcony, podróżowanie kojarzy mu się tylko z jednym – to znaczy, że Russ spełnił jego marzenia i został pilotem. Niestety, nie jest pilotem i nie umie wytłumaczyć małemu chłopcu, na czym polega jego praca. Rusty pyta o żonę. Tego też próżno szukać w domu i życiu dorosłego Russa. Rusty jest załamany – nie jesteś pilotem, nie masz rodziny ani psa – wyrosłem na frajera!

         Co moja 8-letnia Ewcia powiedziałaby na te 40-letnią? No na pewno, że ma nadwagę. A co z naszymi marzeniami? Byłaby przerażona czy dumna? Czy zatraciłam w sobie to moje wewnętrzne dziecko, czy już zaczęłam zrzędzić, jak to było za moich czasów? Czy pozostałam wierna swoim marzeniom?

         Co powiedziałaby 8-letnia Ewcia na widok rzeczywistości, w jakiej teraz żyje jej 40-letnia wersja? Słoneczko wyobraź sobie, nie ma Związku Radzieckiego i pochodów 1. majowych. To znaczy są, ale już nikt Cię nie zmusza, żebyś na nie chodziła, masz paszport i podróżujesz wtedy, kiedy masz na to ochotę i kiedy Cię na to stać. Nie mieszkasz w swoim rodzinnym mieście, które niestety nie stało się stolicą Polski, ale może to i dobrze. Mieszkałaś w stolicy dwóch państw i wiesz, jak to jest, ma to swoje zalety, ale również wady. Mieszkasz ze swoją rodziną – bo tak, znalazłaś mężczyznę, który Cię pokochał i chciał założyć z Tobą rodzinę – w innym kraju, Twoje córki uczą się w angielskich szkołach. Ja wiem, że Ci się to nie mieści w głowie, bo chodzisz do drugiej klasy szkoły podstawowej, do budynku stojącego na tej samej ulicy, co Twój dom. Za 3 lata się wyprowadzisz do bloku i będzie Ci brakowało ogrodu, rzeki i podwórka. Ale znajdziesz nowe podwórko i las. A potem przestrzeń otworzy się jeszcze bardziej. Wsiądziesz do autobusu, już bez mamy. Nie pojedziesz na Tomaszów przez Unewel, w odwiedziny do babci, tylko w zupełnie innym, nowym kierunku, zupełnie sama...

          Twoje córki będą nosiły takie same kucyki jak Twoje i będą im się krzywiły jedynki, tak jak Tobie teraz, ale trafią na milszą panią ortodontkę. Też będą eksperymentować z grzywkami. Basia będzie czytała książki z taką samą zachłannością, co Ty, za to Zosia będzie uwielbiała się bawić lalkami w dom. Wszystkie trzy nabawicie się okularów. A mąż będzie obchodził urodziny dzień wcześniej od Twojego Taty. Nie będę Ci opowiadała o rzeczach smutnych, bo co się stało, musi się stać, ale jesteś dzielna i silna. I nie wstydź się płakać, to pomaga. Czasami warto sobie pokrzyczeć. Żyj, śmiej się i kochaj. Dużo tańcz!

Ja też się postaram, następne 40 lat, conajmniej...

czwartek, 15 października 2015

         Taka sytuacja. Jestem w szkole, pomagam mojemu uczniowi w czasie lekcji angielskiego. Omawiają właśnie sonety Szekspira. Dzisiaj nauczycielka zaplanowała sonet 18, gdzie poeta porównuje swoją ukochaną do słonecznego dnia.

Shall I compare thee to a summer's day?
Thou art more lovely and more temperate:
Rough winds do shake the darling buds of May,
And summer's lease hath all too short a date:
Sometime too hot the eye of heaven shines,
And often is his gold complexion dimm'd;
And every fair from fair sometime declines,
By chance, or nature's changing course, untrimm'd;
But thy eternal summer shall not fade
Nor lose possession of that fair thou ow'st;
Nor shall Death brag thou wander'st in his shade,
When in eternal lines to time thou grow'st;
So long as men can breathe or eyes can see,
So long lives this, and this gives life to thee.

            Ponieważ okoliczności przyrody za oknem uniemożliwały uczniom wczucie się w klimat słonecznego letniego dnia, nauczycielka pokazała im zdjęcie i poprosiła, by je opisali. Co widzą, z czym im się kojarzy, jakie wywołuje w nich uczucia. Zdjęcie przedstawiało parę starszych osób siedzących na ławce, tyłem do obiektywu fotografa. Prześwitujące przez liście kasztanowca światło rozmywało nieco obraz, widziany w oddali staw i budynek nad nim. Uczniom spodobał się nastrój zdjęcia, uznali je za ciepłe, ludzi za zadowolonych, prawdopodobnie starsze małżeństwo, cieszące się pięknym dniem na spacerze w parku.

            Wróciliśmy z moim uczniem do ćwiczeń językowych, ponieważ omawianie sonetów byłoby dla niego za trudne. Kiedy skończył, poprosiłam, by również popatrzył na zdjęcie i opisał je kilkoma zdaniami. Wtedy i ja przyjrzałam się uważniej, bliżej. Łzy napłynęły mi do oczu. Ta ścieżka od strony Szwoleżerów, te ławki, ten pałac i woda, jak mogłam nie rozpoznać wcześniej. Zagadnęłam do nauczycielki:
- Wie Pani, to zdjęcie to chyba z mojego miasta, gdzie mieszkałam w Polsce.
- Niemożliwe, naprawdę, ale jak to?
-Tak, to Łazienki, największy i najpiękniejszy park w Warszawie, założony przez ostatniego króla Polski. Mieszkałam blisko niego, chodziłam z córeczkami na spacery, póki nie wyprowadziłam się z Warszawy i z tym samym z Polski.
- To Pani pochodzi z Polski? Moi dziadkowie byli Polakami (ona jest z Portugalii). Tak bardzo chciałabym tam wreszcie pojechać.
- Koniecznie musi się Pani wybrać.

            Nauczycielka nie mogła uwierzyć, dostała gęsiej skórki z wrażenia. Poprowadziła lekcję dalej, a ja kończyłam ćwiczenia z uczniem, zerkając co jakiś czas na wyświetlone na tablicy zdjęcie. Niech mi ktoś powie, że wszystko dzieje się przypadkiem. W sieci są miliony zdjęć słonecznego dnia w parku, z parą siedzącą na ławeczce, a ona wybrała właśnie to. Wychodząc z klasy podziękowałam jej, że nieświadomie zrobiła mi prezent, prezent na moje 40. urodziny. Zakręciły nam się łzy w oczach.

(Podobne do tego, też pod kasztanowcem, tylko w bardziej jesiennych barwach, trochę dalej w stronę wyjścia na Agrykolę)

wtorek, 18 lutego 2014

          Ile jest wart jeden grosz, jeden złoty, złotych 10, 100, 1000? Jak można to przeliczyć? W zależności od potrzeb, priorytetów, ludzie przeliczają to na możliwość zakupu różnych rzeczy. Na ilość zakupionej żywności, bochenków chleba. Czasami przeliczamy to ilość litrów paliwa, które możemy kupić za daną sumę. W dzisiejszych czasach i przy dzisiejszych cenach paliw liczniki biją jak oszalałe przy każdym tankowaniu. Dzieci przeliczają na cukierki, lizaki, teraz chyba bardziej na ilość gier komputerowych, które można za daną sumę kupić, rzadko kiedy na książki czy bilety do kina. Są też tacy, którzy przeliczają na paczki papierosów, czy litry alkoholu. Przeliczamy zarobione pieniądze na ilość rat kredytu, które będziemy mogli zapłacić. Dla ogromnej grupy osób pieniądze przelicza się na kolejne opakowania lekarstw, godziny rehabilitacji i leczenia szpitalnego, zakupu specjalistycznego sprzętu, diety, hospitalizacji. Są w Polsce i na całym świecie ludzie, dla których każdy grosz, każda złotówka może się przeliczyć na kolejną sekundę, minutę życia i zdrowia, być albo nie być, krok do przodu lub wstecz.

           Mój tata jest jedną z takich osób. Kiedyś on prowadził rachunki, płacił wszystkie zobowiązania finasowae, dbał o domowy budżet. Teraz mama przejęła pałeczkę i trzyma pieczę nad domowym budżetem, w którym oprócz stałych pozycji dla każdej rodziny, jak żywność, opłaty i rachunki, ubrania, musi się znaleźć miejsce na lekarstwa, opłaty za rehabilitację, często prywatne konsultacje medyczne, wizyty u logopedy, dojazdy do specjalistów. To wszystko trzeba zaplanować i znaleźć na to fundusze. Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach dobra rehablitacja kosztuje. To, co jest w stanie zaoferować mojemu tacie NFZ, mama jak najbardziej wykorzystuje, ale to nie wystarcza. Dlatego udaje się również do prywatnych specjalistów, z którymi Tata pracuje i przynosi to wspaniałe efekty. W ostatnim roku tata wyjechał na turnus rehablitacyjny dla osób z afazją, a na codzień pracuje z logopedą w Opocznie oraz chodzi na ćwiczenia do centrum rehabilitacyjnego.

            Rok temu założyliśmy tacie subkonto w Fundacji Zielony Liść, która pomaga osobom poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych. Za ich pośrednictwem anonimowy darczyńca przekazał mojemu tacie 2000 zł. Dla jednych to mała kwota, dla jednych wielka, zależy od perspektywy. Dzięki temu moja mama mogła rozliczyć faktury za lekarstwa i opłacić część rachunków  za rehablitację. Jesteśmy tej osobie bardzo wdzięczni.

             Mimo iż możliwość odpisania 1% podatku funkcjonuje w Polsce już od wielu lat, nie wszyscy rozumieją, jak działa subkonto w takiej fundacji oraz rozliczanie datków przekazywanych w rocznym rozliczeniu podatkowym. Niektórzy myślą, że ma się dostep do tych środków bez ograniczeń i można je wydać na co się chce. Otóż nic bardziej mylnego. Przekazane na konto fundacji pieniądze czy to za pomocą darowizny, czy odpisu 1% podatku, są bardzo pieczołowicie rozliczane i dopiero po przedstawieniu faktur i rachunków za leczenie i rehabilitację podopiecznego fundacji, można uzyskać refundację tych kosztów dopóki na subkoncie są na to środki.

            Patrząc na mojego tatę dzisiaj, prawie 3 lata od wypadku, można pomyśleć, że jest świetnie zrehabilitowany i osoba niewtajemniczona nie rozpoznałaby śladów urazów, jakie przeszedł. Owszem osiągnął ten sukces dzięki swojej ciężkiej pracy, ciężkiej pracy, opiece i oddaniu mojej mamy oraz pomocy świetnych specjalitów, do których miał dostęp. Nie znaczy to jednak, że może osiąść na laurach i przestać pracować. Najtrudniejsza praca jest przed nim każdego dnia, by ten efekt utrzymać. Wydaje się, że nie będzie już robił takich spektakularnych sukcesów, ale ważne jest to, by obecny bardzo zadowalający stan utrzymać, by mógł się jeszcze długo cieszyć tą nowo zdobytą kondycją, nową pamięcią, nowymi doświadczeniami, codziennym życiem po prostu.

             Jeśli chcielibyście oddać 1% swojego podatku na rzecz pomocy mojemu tacie, poniżej znajdziecie wszystkie potrzebne dane. Jeśli chcecie, przekażcie to również swoim bliskim i znajomym, którzy jeszcze nie zdecydowali, komu zechcieliby podarować swój 1%. Będziemy wdzięczni za każdą kwotę, każdy grosz się liczy. Może nigdy już nie będzie tak jak dawniej, ale uczynimy wszystko, żeby było najlepiej, jak to tylko możliwe.

Fundacja Zielony Liść
numer KRS: 0000052038
Koniecznie z adnotacją w rubryce 126 na cel szczegółowy: rehabilitacja Andrzeja Zięby

               Dziękujemy wszystkim ofiarodawcom!

czwartek, 12 grudnia 2013

         Blogowa koleżanka uzmysłowiła mi moją uśpioną tęsknotę. Czekam już tak długo i czekam, przyzwyczaiłam się do tego czekania, wierząc, że wreszcie się doczekam i będzie dla mnie niespodzianką. Teraz już wiadomo na pewno, że 1 stycznia na noworoczny prezent moja, nasza, cieprliwość przestanie być wystawiana na próbę i nastąpi kres męki wszystkich fanów serii BBC Sherlock, współczesnej wersji przygód najsłynniejszego detektywa.

          Od zawsze z uwielbieniem pochłaniałam wszystko co w druku ukazało się na temat Sherlocka Holmesa. Pani bibliotekarka w miejskiej bibliotece w Opocznie wynajdywała dla mnie wysłużone, zakurzone tomiki kolejnych opowiadań, a te, które miałam w domu na własność, wyczytałam do cienkości zżółkłych kartek. Czytałam je wciąż od nowa, mimo że znałam je już prawie na pamięć i nie mogłam zaskoczyć siebie samej suspensem rozwiązania danej zagadki. Jakoś mi to nie przeszkadzało, liczyła się przyjemność śledzenia toku myślenia, słynnej dedukcji, osobowości sprawcy i detektywa, ich pojedynku intelektualnego, kto kogo tym razem przechytrzy. Na początku pierwsza lektura zawsze dążyła do rozwiązania zagadki, potem liczyła się przyjemność odszukiwania szczegółów, półtonów, pierwszych sygnałów. Moja mistrzyni, Agata Tuszyńska zawsze powtarzała, że dobrego warsztatu pisarskiego, umiejętności zaskoczenia czytelnika i rozbudzania jego ciekawości można się nauczyć najlepiej właśnie z klasycznych powieści i opowiadań kryminalnych. Ona była wierna swojej imienniczce, Agacie Christie, którą ja również cenię za pannę Marple i Herkulesa Poirot, ale Sherlock Holmes autorstwa Arthura Conana Doyle’a wiedzie pierwszeństwo.

           Tak, jak nie przekonują mnie współczesne kontynuacje przygód sławnego detektywa w stylu Arthura Conana Doyle’a, popełnione przez współczesnych pisarzy, którzy sami nie są w stanie niczego oryginalnego wymyślić i przede wszystkim przebić się ze swoimi pomysłami, więc wykorzystują popularność swego sławnego poprzednika i piszą nowe przygody detektywa, tak nowoczesna ekranizacja przygód Sherlocka Holmesa poczyniona przez BBC przemówiła do mnie z pełną mocą. Jakoś tak mam, że to, co robi BBC, do mnie przemawia. Już jako dziecko wychwytywałam na antenie polskiej telewizji produkcje rodem znad Tamizy, seriale przyrodnicze czy produkcje angielskiego teatru telewizji. Filmy Davida Attenborough, serial dokumentalny „Frozen Planet” przykuwał nas do telewizora, potem padliśmy ofiarą zauroczenia Andrew Maar’em, a właściwie jego wiedzą o historii świata i sposobem jej przekazywania. Jeśli więc BBC firmuje ekranizację Sherlocka, to mnie to przekonuje. Kiedyś przypadkiem trafiłam na odcinek „Wielka gra” na Ale kino i wpadłam jak śliwka w kompot. Natychmiast próbowałam odnaleźć kolejne odcinki na serwisie internetowym BBC, ale okazało się, że są też dostępne na DVD. Jak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia. Po pierwszej euforii przyszedł jednak czas na refleksję.

          Co w sobie ma takiego Sherlock Holmes, że nie mogę sobie odmówić obejrzenia filmu o jego przygodach, że fascynuje mnie jego tok rozumowania, że książki o jego przygodach mogłabym czytać jeszcze raz i od nowa? Czy fascynująca jest bardziej postać fikcyjna, ożywająca na chwilę w umyśle czytelnika, czy umysł pisarza, który taką postać stworzył, włożył w jej usta wywody myślowe, które zaskakują błyskotliwością, spostrzegawczością. Czyj umysł jest bardziej interesujący? Czy to objaw sapioseksualizmu? A może to po prostu przekonująca gra aktorska Benedicta Cumberbatcha? Wysoki, w czarnym płaszczu rozwianym na wietrze. Kędziory czarnych włosów spadające na czoło, niebieskie oczy? Ma on w sobie coś odpychającego i przyciągającego zarazem, ten wzrok skuty lodem, w którym czai się naiwność dziecka. Nie widziałam Cumberbatcha w żadnym innym filmie, choć nakręcił ich wiele. Zobaczyłam jego zdjęcie na serwisie filmowym IMDB jako złocistego blondyna i zupełnie mi do niego nie pasuje.

          Dlaczego postać zarozumiałego, zadufanego w sobie do granic możliwości człowieka, fikcyjnego detektywa budzi takie zainteresowanie, dlaczego takie same odrażające cechy doktora House’a przysparzały mu tylu fanów? Bo zawsze mówił prawdę między oczy, imponował ludziom tym, że miał odwagę to robić, chociaż wszyscy uważali to za brak kultury, uczuć, wychowania, inteligencji emocjonalnej. Może był tak inteligenty, że na emocjonalną jej część zabrakło miejsca? Dlaczego irytujący ze wszech miar w codziennym życiu człowiek, który zawsze musi być najmądrzejszy między znajdującymi się w pokoju osobami, który niczego się nie boi, oprócz nudy, który szuka interesującego przypadku jak narkotyku, jest tak ciekawy? Jest wiele cech upodobniających House’a i Sherlocka. Obaj zbudowali wokół siebie mur, tak gruby i wysoki, żeby nikt nie mógł przez niego dostrzec ich słabości, uczuć, żeby nikt nie mógł ich zranić. Za swoją najpotężniejszą broń uznawali swój własny intelekt. Przerażało ich to, że ich mózg mógłby przestać właściwie funkcjonować, że mogliby dać się oszukać.

          Co jest w tym wszystkim podniecające, dla widza czy czytelnika – ten wyścig, kto pierwszy przewidzi, co się wydarzy, kto winien, kto zabił, kto za tym stoi, kto da się oszukać, zwieść, kto przeoczy jakiś drobiazg, kto wyciągnie wnioski. Pojedynek House’a z chorobą, pojedynek House’a z widzem, którego próbował zwieść, pojedynek scenarzysty z widzami, pojedynek pisarza z czytelnikiem. Zachwycam się inteligencją Sherlocka, ale tak naprawdę trzeba się zastanowić nad inteligencją scenarzysty, który napisał to wszystko, czym potem Benedict Cumberbatch przemawia – to właśnie ten błysk zachwyca. Jak oni to robią? Już nie mogę się doczekać Nowego Roku...

środa, 25 września 2013

          Od jakiegoś czasu, jak pewnie wiele osób zauważyło, pojawiam się na blogu dość rzadko. Jeśli na pierwszej odsłonie bloga nadal widać wpisy z wiosny, to coś jest nie tak. Znajomi pytają, czemu nie piszę, narzekają, że nie są na bieżąco z tym, co się u mnie i u nas dzieje, a do tej pory byli, czytali, wiedzieli i nagle błąd systemu, brak informacji. Czasami brak informacji jest dobrą informacją, wszystko jest w prządku, wszystko toczy się dawnymi trybami. To nie tak, że nie mamy o czym pisać. Znacie nas, moglibyśmy godzinami odnosić się do nowych wydarzeń, zastanych i zadziwiających aspektów życia naszego codziennego w Anglii, opowiadać o kolejnych wyjazdach, podróżach małych i większych, tylko na to wszystko mamy coraz mniej czasu. Ledwo starcza na podróże, a na opisywanie ich już niestety nie.

          Zdaniem niektórych nieopisane nie istnieje, zatraca się w pamięci i trzeba przyznać, że coś w tym jest. Warstwy wspomnień nakładają się jedna na drugą, na szczęście zdjęcia, zapiski w kalendarzu dają nam jeszcze wyobrażenie o tym, co działo się w naszym życiu przed wakacjami, ale codzienność powakacyjna upomniała się z takim tupetem o swoje prawa, że czasami trudno nam sobie przypomnieć, co właściwie robiliśmy w poprzedni weekend. To myśmy mieli jakiś weeknd?! Dlaczego minął tak szybko, prawie niezauważalnie. A jeśli w napiętym grafiku trzeba sobie ustalić priorytety, co jest ważne, co mniej ważne, a co może zaczekać, to wiadomo, że blog może zaczekać. Blog nie zając, nie ucieknie. Szkoda tylko świeżych wrażeń, spostrzeżeń, impresji, bo z perspektywy czasu to wszystko wygląda inaczej. Chciałabym sobie pozwolić na luksus refleksji nad każdym moim dniem, ale wtedy z pewnością zabrakłoby mi czasu na wiele innych obowiązków, które poczekać nie mogą.

          Przecież każda z nas, która pracuje i do spółki z mężem wychowuje dzieci i prowadzi dom, dobrze wie, że czas dla siebie jest luksusem. Ja mam to szczęście, że mój mąż jest w sprawach domowych prawdziwym partnerem i pomagamy sobie wzajemnie. Kiedyś koleżanka na wieść o tym, że piszę bloga, powiedziała mi, że ona sobie nie może pozwolić na taki luksus, bo jest bardzo zapracowana. Wtedy było mi przykro, bo pisanie bloga traktowałam wówczas prawie jako swoją zawodową aktywność. Teraz to jest luksus, relaks i odpoczynek, kiedy możesz usiąść przed ekranem komputera, tak, jak kiedyś robiłam to przed otwartym zeszytem, kolejnym tomem pamiętnika z rzędu i czesać swoje myśli, prostować swoje zaplątane skojarzenia, porządkować swoją głowę, odsiewać uczucia, emocje, dać upust złości i bezsilności, snuć plany i marzenia. Nadal lubię to robić i tęsknię do tego, bo mam wrażenie, że w tej swojej codziennej bieganinie staję się coraz bardziej bezrefleksyjna, zataczam kółka jak biedny chomik w swojej karuzeli i nawet nie mam kiedy obejrzeć się wstecz. Na szczęście są rozmowy z bliskimi, śmiech moich dzieci, spotkania z przyjaciółmi, iskierki czasu, które wypalają się na materii rzeczywistości i zostawiają po sobie ślad.

           Śladem są również zdjęcia, które pozwalają pamiętać o tym, co minione, wrócić do nas samych  z tamtej chwili, przypomnieć sobie podmuch wiatru i promyk słońca na swojej twarzy, kamień pod podeszwą buta i chłód wody obmywającej stopy. Wracam do tych momentów, czerpię z nich siłę i idę dalej. W myśl maksymy - co ma wisieć, nie utonie - wierzę, że mój blog, choć czasem straszy brakiem aktualizacji, nadal jest i opowiada naszą historię na swój sposób. Słowa zostają przy mojej ścieżce jak kamyki milowe, kamyki godzinne, dzienne, układając się na to, co już było. Kiedy biorę je do ręki, odsłaniają swoją tajemnicę, składają się na czas miniony. Kiedy patrzę na nie z oddali, układają się w obraz. Odchodzę krok dalej i widzę większy fragment całości, prawie rozumiem zamysł tej kompozycji. Ale nadal szukam kolejnych elementów tej barwnej mozaiki.

niedziela, 15 września 2013

          Kiedy  drugiego dnia września w poniedziałek po 6 tygodniowej przerwie wróciłam do pracy, mój szef z miejsca uznał, że wyglądam kwitnąco i musiałam mieć wspaniałe wakacje. Wakacje miałam bardzo udane, temu nie da się zaprzeczyć. Założyliśmy się z szefem, na jak długo starczy mi tej promienności. Nie musieliśmy długo czekać. Póki jeszcze pogoda za oknem dopisywała, mieliśmy piękną końcówkę lata na początku września i ponad 20-stopniowe temperatury, wszystko było dobrze. Może ten piątkowy kryzys był spowodowany przez pogorszenie się pogody, może przez nawał pracy, może przez to, że przez cały dzień nie miałam czasu nic zjeść, a jak wiadomo kiedy Polka głodna to zła. Jednym słowem skrzydełka mi opadły. Kiedy wróciłam do domu usiadłam na kanapie i długo nie mogłam się ruszyć. To znaczy jeszcze zanim tak ostatecznie oklapłam, dałam dzieciom jeść i w ogóle i dopiero potem pozowoliłam sobie na stan katatonii.

          Zastanówmy się, co najbardziej mnie tego dnia wykończyło... Czy był to pan B., mój nieustanny prześladowca, który chyba z nudów wynajduje sobie kolejne rzeczy, w których moja pomoc jest mu niezbędna? Zawsze mi obiecuje, że mi kupi czekoladę i podtyka pod nos kolejny papierek. Nie docierają do niego tłumaczenia, że moim obowiązkiem jest pomogać rodzicom, a przede wszystkim ich dzieciom wyłącznie w sprawach edukacji, a na zasiłkach się nie znam i nie mam prawa wypełniać takich dokumentów. Nie rozumie również znaczenia nazwy naszego zespołu – new arrivals support team, co w praktyce oznacza, że pomagamy rodzinom nowo przybyłym do Derby. Jako żywo pan B. mieszka tutaj dłużej niż ja i mógłby nareszcie dysyponować chociażby minimalną znajomością języka, żeby radzić sobie samemu. Ale po co, kiedy jego osobista asystentka, za którą chyba mnie uważa, zrobi to za niego. Pan B. prześladował mnie w zeszłym roku szkolnym, a teraz kiedy przeprowadził się do domu znajdującego się dokładnie na przeciwko jednej ze szkół, która jest po moją opieką, ma mnie jak na widelcu. Nie mogę już zaparkować samochodu na dawnym miejscu, bo nagle pan B. wyrasta spod ziemi i znowu czegoś chce podtykając papierek pod nos. Nie rozumie również, że nie mam ochoty na obiecywane przez niego czekolady, bo ciężko pracuję, by stać mnie było na czekoladę zakupioną samodzielnie.

          A może to była pani F., która przyszła zrobić mi awanturę, że jej dzieci nie mają miejsca w szkole? Po szybkim rozeznaniu w sytuacji, telefonie do działu szkolnictwa urzędu miasta i  rozmowie z koleżanką odpowiedzialną za szkołę, do ktorej rodzeństwo F. powinno chodzić, zrozumiałam, co się święci. Większość przyjeżdżajacych do Derby chciałaby się osiedlić w centrum miasta na Normantonie, gdzie wszędzie jest blisko, mnóstwo polsko-słowacko-litewsko-łotewskich sklepów, job centre. Więszość z nich nie ma samochodów, żeby przemieszczać się szybciej po mieście. Chcieliby zarejestrować dzieci do szkół jak najbliżej i nie chcą zrozumieć faktu, że przed nimi było tutaj tysiące innych i świecące niegdyś pustkami w tej części miasta szkoły zdołali już zapełnić po brzegi. Czasami dzieci czekają na miejsce w szkole pół roku, bywa, że rok. Rodzice uparcie nie przyjmują miejsc w szkołach gdziekolwiek dalej, chociaż nie mają często nic innego do zrobienia niż przespacerować się z pociechą do szkoły. Pani F. zrobiła mi awanturę, że to moją odpowiedzialnością jest posłanie jej dzieci do szkoły, bo ona przez to nie dostaje zasiłków. Argumenty, że jej dzieciom została zaoferowana już inna szkoła, do której musi się przespacerować 20-minut nie docierają do pani F. W końcu była gotowa wysłać dzieci do niej chociażby następnego dnia i w niczym jej nie przeszkadzało, że to była sobota.

          Miałam z zasady nie pisać o mojej pracy, ale chyba po prawie dwóch latach mam przesyt wrażeń i zamiast zamęczać koleżanki opowieściami, które w głowie się nie mieszczą, dam upust swojemu oburzeniu i bezsilności na łamach swojego bloga, w końcu niech się do czegoś przyda. Lubię moją pracę, lubię pracować z dziećmi, używać różnych języków, spotykać codziennie nowe osoby, ale poraża mnie czasami moja bezsilność. Czuję się jak siłaczka z góra skazana na niepowodzenie, która nie jest w stanie przebić się przez kulturowe uwarunkowania, zwyczaje, a czasami przez zwykłą ludzką głupotę i bezmyślność. Patrzę na zaniedbane przez rodziców dzieci i serce mi się kraje. Mam wrażanie, że w wielu rodzinach produkują bezmyślnie kolejne egzemplarze, kochają bardzo te małe berbecie, bo są takie słodkie, ale kiedy podrosną do wieku mniej więcej 7 lat, muszą sobie zacząć radzić same, bo młodsze rodzeństwo zajmuje ich miejsce w kolejce do uwagi rodziców. Tego feralnego piątkowego popołudnia miałam wizytę domową u rodziców jednej z moich małych uczennic. Jej mama niedawno urodziła córeczkę i Sandra nie jest już najmniejsza w rodzinie. Przez cały zeszły rok borykałam się z niską frekwencją Sandry, bólami je zębów, żołądka i trzustki zniszczonej dietą, jaką zafundowali jej rodzice, kiedy była malutka. Teraz ma 8-miesięczną siostrzyczkę, ktora jeszcze nie raczkuje, nie siedzi sama, mama nie stymuluje jej rozwoju, tylko siedzi z nią godzinami na kanapie, gapiąc się w telewizor z małą przy piersi. A jej mleko niewiele jest już warte, bo pani P. spodziewa się kolejnego dziecka, jest w 4. mesiącu ciąży. Jej 8-miesięczna córeczka przez miesiąc nie przybrała na wadze. Pan P. tłumaczy się, że wszystkie dzieci były takie malutkie, ale widząc ich sposób traktowania, żywienia dzieci rozumiem już, dlaczego. Za 5 miesięcy na świat przyjdzie kolejne maleństwo.

           Pracuję z dziećmi w szkołach, ale charakter mojej pracy wiąże się nieuchronnie z zaangażowaniem w ich życie poza szkołą, w zajrzeniu za kulisy ich życia rodzinnego i czasami ogarnia mnie przerażenie na widok tego, co tam zastaję. Po kolejnym tygodniu w pracy nawał tych wszystkich problemów i zadań do wykonania spowodował, że się przeziębiłam. Siedzę w domu i zastanawiam się, jak zebrać siły, żeby jutro ruszyć z nowym zapałem do pracy. Bo jeszcze wciąż mam nadzieję, że można coś zmienić w życiu tych dzieci, że sam fakt, że chodzą do szkoły, uczą się, daje im szansę na zmainę ich życia, na inną perspektywę, na przełamanie schematów i wzorów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Uśmiecham się do nich i kiedy widzę, że chcą się uczyć, zrobię wszystko, żeby im pomóc. Kiedy widzę, że dla rodziców ostatnim priorytetem jest szkoła dzieci, kiedy mówią, że nie mają pieniędzy na szkolne ubranka, czy buty, ale wydają po 5 funtów dziennie na papierosy, to krzyczeć mi się chce, ale muszę zachować profesjonalny dystans. Kiedy spotykam na swojej drodze rodzinę, w której przyszłość dzieci stoi na pierwszym miejscu, zawsze pomogę. Staram się cały czas wytworzyć emocjonalny dystans, zamknać się w skorupie, żeby nie dotykało mnie to tak mocno. Na początku przez pierwszy miesiąc swojej pracy płakałam razem z dziećmi, kiedy miały problemy. Teraz zaciska mi się gardło i czuję złość na ich rodziców.

          Piję kolejny kubek wody z miodem, cytryną i imbirem, najadłam się kanapek z masłem czosnkowym i mam nadzieję, że to pomoże. Może jutro zaświeci słońce i nabiorę sił.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12