| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Mól książkowy

wtorek, 25 stycznia 2011

             Piotrek powiedziałby, że strach się przyznawać, ale co mi tam. Nie będę przecież ukrywać, że mam zaległości w ukulturalnianiu się i jedyne, z czym jesteśmy na bieżąco, to bajki dla dzieci i to nie zawsze. Dlatego mam opóźnienia, nie jestem trendy i poznaję wartościowe filmy i książki z niejakim poślizgiem, ale oglądając przyjazną blogosferę pocieszam się, że nie tylko ja tak mam. Trzeba byłoby zawodowo zajmować się czytaniem książek, co z radością byłabym uczyniła, gdyby tylko ktoś mi za to płacił. Obecnie i tak nikt mi za nic nie płaci, poza dawaniem lekcji polskiego, więc przynajmniej zaległości mogę odrobić. Pocieszającym jest fakt, że kilkumiesięczny dystans do premier czy nowych wydań powoduje, że ziarna odsiewają się od plew i pozostają te pozycje, które naprawdę warto obejrzeć i przeczytać. I nie będę się wstydziła przyznawać, że dopiero teraz odkryłam dla siebie jakąś książkę lub film. Czas najwyższy przestać przejmować się tym, co pomyślą o mnie inni, a czas myśleć o tym, co ja sama o sobie myślę. A że jak powiedział mój znajomy, prawdziwa krytyka cnoty się nie boi, zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli skrytykować bo ponieważ, więc co mi tam. A o krytyce i cnocie postaram się popełnić osobny tekst, bo wart jest tego grzechu.

              Niedawno obejrzałam z wielką przyjemnością film „Duchess”. Film być może nie jest wybitny, ale miło ogląda się Keirę Knightley i Ralpha Fiennesa w głównych rolach. Dla mnie najistotniejszym aspektem tego filmu były sfera uczuciowa i poczucie bezsilności głównej bohaterki wobec mentalności i czasów, w jakich przyszło jej żyć, oraz miejsca, w jakich można było ją w tym filmie zobaczyć.

               Akcja filmu toczy się pod koniec XVIII wieku w Anglii. Opowiada historię młodziutkiej Georgiany Spencer, młodej arystokratki, wyróżniającej się spośród swoich rówieśniczek urodą i inteligencją. Duke Devonshire, William Cavendish postanawia się wreszcie ożenić, ponieważ wymagają tego od niego jego interesy i pozycja społeczna. Jego wybranką zostaje Georgiana, która jest początkowo zaszczycona i onieśmielona awansem społecznym oraz oziębłością męża. Duke był bowiem nieszczęśliwym wewnętrznie człowiekiem, splątanym swoimi obowiązkami i pozycją. Myślał o obowiązkach i powinnaściach swoich oraz swojej żony, a nie o osobistym szczęściu. Nie potarfił wyrazić swoich uczuć. Pochwycił Goergianę jak pięknego motyla, zachwycony jej spontanicznością i wolnością, ale chyba tylko po to, by uczynić ją tak samo nieszczęśliwą jak siebie. Najważniejszym obowiązkiem, jaki żona powinna była spęłnić, to danie mu syna, i to było dla księcia najważniejsze. Tymczasem nieszczęśliwa Georgiana jest kochana przez wszystkich, dworzan, przyjaciół, ludzi z towarzystwa, ale nie przez własnego męża. Wrótce w ich małżeństwie pojawia się trzecia osoba, kochanka księcia, która będzie towarzyszyła im aż do śmierci księżnej i potem wyjdzie za mąż za Duka. Płakałam z bezsilności oglądając ten film i jak wielu innych przede mną nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z historią Diany Spencer i księcia Karola.

             Ogromną przyjemnością oglądania tego filmu była moja znajomość topografii, rozpoznawanie miejsc i krajobrazów, w których ekipa filmowa poruszała się, kręcąc zdjęcia. Pamiętam naszą wizytę w Kedleston, kiedy po premierze filmu w całym pałacu były wzmianki o kręceniu filmu, kostiumy, w których występowała Keira Knightley. Kiedy widziałam scenę zabawy Georgiany z przyjaciółmi, pamiętałam te same zaułki ogrodu i dziedzińca pałacu. Kiedy Georgiana rozmawia ze swoim ukochanym na tarasie pałacu w Chatsworth, czułam się, jakbym sama dotykała stopą tych żwirowych alejek, bo przecież sama nimi spacerowałam. Kiedy pojechała do Bath, leczyć się u wód, rozpoznwałam miejsca, uliczki, pawilony lecznicze, słynny Rogal w Bath.

              Tak się złożyło, że kilka dni z rzędu oglądałam filmy, które korespondowały z moją przeszłością, pokazywały miejsca tak ściśle kojarzące mi się z moim życiem w Warszawie, w Pradze, a teraz w Anglii. Wiedziałam, jakich sztuczek używają filmowcy, kiedy jakieś miejsce udawało inne, chodziłam tymi ścieżkami lub oglądałam starszą wersję znanych mi miejsc, dziwiłam się logice jechania na północ, kiedy właśnie trzeba jechać na zachód, wsiadania w taksówkę, kiedy na uniwersytet z Parku Saskiego w Warszawie można iść na piechotę w 5 minut. Lubię te smaczki, moje szlaki, rozpoznawalność, która pozwala mi bardziej osadzić się w filmie, książce, która dopuszcza mnie w jej świat głębiej, niż w miejsce nieznane.

               Z kolei kiedy czytamy książki, przyjmujemy świat, który jest nam w nich dany i oczuwać możemy go na dwa sposoby. Albo jest to świat nam nieznany, którego miejsca i topografię odkrywamy dzięki lekturze, albo jest to książka opisująca świat, który znamy, kojarzymy, którego drogami chodziliśmy w rzeczywistości lub możemy przenieść się w czasie, by dostrzec zmiany, które w nim zaszły. Czytelnicy czasami specjalnie wybierają książki ze względu na ich topografię, miejsce, w którym się rozgrywa. Ja sama przeżyłam tę przygodę, pisząc pracę magisterską o pograniczu kulturowym polsko-niemieckim. Kierowałam się kluczem topograficznym i wybierałam kolejne toposy, miejsca – Wrocław, Gdańsk, Berlin, Dolny Ślask. Kto wie, czy między innymi nie z tego powodu tak bardzo przypadły mi do gustu powieści kryminalne autorstwa Marka Krajewskiego o przygodach komisarza Eberharda Mocka, ponieważ były osadzone w przedwojennym Wrocławiu, Breslau. Jego topografię autor odtworzył z wielką pieczołowitością, podobnie jak topografię Lwowa, w którym umieścił akcję dwóch kolejnych powieści. I temu też nie mogłam się oprzeć, bo Lwów jest jednym z miejsc, które chciałabym odwiedzić.

            Bywa też tak, że nasza fascynacja lekturą, światem w niej przedstawionyma powoduje, że zwiedzamy miejsca, które zostały w nim opisane. Wycieczki chodzą szlakami pisarza po opisanym w książce miejscu. Do legendy przeszły już spacery po Dublinie tropami Joyce’a, po Warszawie można chodzić szlakiem „Lalki” Prusa, „Złego” Leopolda Tyrmanda lub innych twórców piszących o Warszawie. Wielbiciele prozy Brunona Schulza starają się odnaleźć ślady ulicy Krokodyli w Drohbyczu. Można też skorzystać z książek jak z wehikułów czasu i przenosić się do miast, które przypadły nam do gustu, ale w innych epokach, kiedy wyglądały zupełnie inaczej. Książki inspirują nas do podróży, a fani, wielbiciele konkretnych powieści, spacerują. Jednym z najnowszych europejskich fenomenów turystycznych jest spacerowanie po Sztokholmie tropami trylogii Millenium Stiega Larssona. Może niektórzy postrzegają jego książki jako niedopracowane warsztatowo dłużyzny, ale trzeba przyznać, że wielbicielom kryminalnych zagadek pomieszanych ze szpiegowskimi akcentami, w których tle toczy się wątek zemsty i miłości, książka ta mocno zapadła w serca i pamięć, podobnie jak nakręcone na ich podstawie filmy. Ludzie zapominają jeść i spać, byleby doczytać do końca chociaż kolejny rozdział, świat Millenium pochłania ich bez reszty. Sama pamiętam moją lekturę, w którą zapadłam się w czasie wakacji i po powrocie z Polski do Anglii. Książka potrafi zawładnąć czytelnikiem, a potem ten czytelnik, fan a nawet fanatyk, chce chodzić szlakiem swojego bohatera, pisarza i potrafi to traktować jak pielgrzymkę.

            Od jakiegoś czasu czytam „Stambuł” Orhana Pamuka. Ze względu na charakter tej książki, jej kronikarski styl, są momenty, kiedy opowieść noblisty wiąże się osnową i wątkiem i wciąga mnie na dłużej, czasami jednak jej materia rwie się na mniejsze kawałki, eseje i pozwala odłożyć się na chwilę na półkę przy łóżku, by w międzyczasie przeczytać inną książkę. Nasza wspólna przygoda trwa już jakiś czas, w tym czasie królowały na mojej półce inne pozycje, zaciągały do swoich przestrzeni, ale „Stambuł” tam ciągle leży i czeka. Może dlatego, że moim marzeniem jest zwiedzenie tego miasta, poznanie jego zaułków i uliczek, właśnie w taki sposób, jakimi widzi je autor. Dozując sobie tę książkę, moja przygoda z jej topografią wpisaną w kręgosłup tomu nadal trwa, nie muszę zbyt szybko się żegnać, wysiadać z pociągu, który mnie przez nią wiezie. Smakuję książki Pamuka. Stambuł staje się marzeniem na wyciągnięcie ręki, czymś, co chciałoby się posmakować, poczuć na własnej twarzy wiatr znad Bosforu, na ustach sól z kropli wody unoszących się w powietrzu i liczyć przepływające przez cieśninę statki, mając wrażenie, że jedną nogą jest się w Azji, a drugą w Europie.

            Podobnie czytam książki podróżników, ludzi przemierzajacych świat, z nadzieją, że mnie kiedyś również będzie dane zobaczyć te miejsca, o których marzę lub z cichym pogodzeniem się z faktem, że pewnie tam nie dotrę, ale oni swoim słowem pisanym mnie do nich doprowadzają. Cieszę się, że mam w sobie tyle obrazów miejsc, widoków, które tworzą moją wewnętrzną mapę. Moja pamięć magazynuje je wszystkie gdzieś pod powiekami i czasami, kiedy zamkne oczy mogę znowu odnaleźć te miejsca w sobie. To moja topografia pamięci. A najbardziej fascynujący jest w tym wszystkim fakt, że każdy z nas ma inną, zapisaną w sobie mapę.

środa, 16 grudnia 2009

             Skończyłam niedawno czytać książkę "Lala" Jacka Dehnela. Wiem, że nie jestem na bieżąco, ta książka czekała na swoją kolej dość długo. Najważniejsze, że ją przeczytałam, ja się bardzo często wyłamuję z ram tego, co aktulanie jest na czasie. W sumie autorzy książek powinni być wdzięczni istnieniu takich czytelnikówjak ja. Dzięki nim ich książki zawsze pozostaną czytane, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto je doceni. Nie wtedy, kiedy wszyscy w owczym pędzie się na nie rzucają, ale wówczas, kiedy przejdą próbę czasu i nie zostaną zapomniane, kiedy wciąż ktoś po nie sięga.

            Przeczytałam "Lalę" i przyznam się szczerze, że zazdroszczę Dehnelowi tej książki. Zazdroszczę mu pierwsze dlatego, że jako dwudziestolatek w chwili pisania tej powieści miał już świetny styl. Kryguje się zapożyczaniem narracji od swojej babci, bohaterki jego książki, ale powiedzmy sobie szczerze, trzeba umieć taką nararcję usłyszeć i użyć we właściwy sposób. Trzeba umieć słuchać i przełożyć potem to słowo mówione w domowej rodzinnej sytacji na słowo ciekawe dla czytelnika książki, który wiąże się z babcią Heleną, jakby była jego własną. Trzeba umieć szlifować, by z diamentu otrzymać brylant. Przeszkadzały mi być może nieco barokowe opisy, gdzie ponosiły autora wodze fantazji i zabawy słowem, obrazem, ale kiedy wracał już do języka mówionego, faktów, kolejnosci zdarzeń bądź wręcz przeciwnie – ich całkowitego bezładu, czułam się o wiele lepiej.

             Przez całą lekturę tej książki stopniowo docierało do mnie również drugie uczucie zazdrości. Zazdrości o to, że Jacek Dehnel mógł napisać książkę o swojej babci, o swojej złotej ikonie, o kobiecie, która umiała kochać, umiała tę miłość okazywać, która popełniała w swoim życiu błędy i umiała się do tego przyznawać. Umiała za te błędy przepraszać, choć nie należała do osób pokornych i spolegliwych. Była stanowcza, uparta, miała romanse, flirty, ale starała się żyć tak, żeby nie robić nikomu krzywdy. Nie bała się inności, nie sądziła ludzi o pozorach. Potrafiła w innych dostrzec dobro, ich innośc przekuć na pozytywną cechę, potrafiła szanować odmienność. Wychowywała się w świecie, w którym ta różnorodność ludzka i odmienność była chlebem powszednim, ale nie była powszednia umiejętność doceniania odmienności.

               Zazdroszczę Jackowi Dehnelowi, że mógl tak opisać swoją babcię.

środa, 09 grudnia 2009

             Niespodzianki, jak sama nazwa wskazuje, przychodzą do nas wtedy, kiedy ich się najmniej spodziewamy.

              Do moich drzwi ktoś właśnie zapukał. Nie wyglądał wprawdzie jak święty Mikołaj, ale prawie. Miał niebieską czapkę z żółtym pomponem. Okazało się, że to nasz sąsiad. Wręczył mi paczkę od kuriera, który przyjechał do nas, kiedy akurat pojechałam odebrać dziewczynki ze szkoły.

            Kiedy zobaczyłam napisy Merlin.pl na taśmie klejącej zabezpieczającej paczkę, ucieszyłam się niezmiernie, bo jako wytrawny książkożerca nasycę wreszcie swój głód. I tak zawitały pod mój dach nowości i książki nienowe, ale jakże pożądane.

"Marina" Carlos Ruiz Zafon
"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk
"Biały zamek" Orhan Pamuk
"Chińczyk" Henning Mankell
"Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko
"Posłaniec" Markus Zusak

               I teraz tylko pozostaje dylemat, czym rozkoszować się najpierw, od czego zacząć ucztę. Osiołkowi w żłoby dano...

środa, 21 października 2009

                Książka Philipa Marsdena stała się ostatnio bardzo popularna w Polsce. Co ciekawe, zrobiło się wokół niej głośno dopiero przy jej drugim wydaniu. Musiała tarfić na swój czas. Już miałam ją kupić, kiedy zorientowałam się, że mam ją już w swoim zbiorku książek poświęconym Kresom. Czekała tam na mnie cierpliwie od dobrych paru lat. Kupiłam jej pierwsze wydanie w czasach, kiedy wszystko, co dotyczyło Kresów, pogranicza, przedwojennej Polski było mi bardzo bliskie, i żywo się interesowałam tą tematyką. Zawdzięczam to zajęciom u profesora Stanisława Frybesa, który otworzył moje oczy, serce, ciekawość na tę część literatury, poświęconej wszelkim spotkaniom różnych kultur i narodowości, Kresom w szerokim rozumieniu tego słowa. Pasja przekształciła się w końcu w determinację badawczą i zaowocowała pracą magisterską o pograniczu polsko-niemieckim.

                "Dom na Kresach" dotyczy raczej pogranicza polsko-litewskiego, polsko- białoruskiego i czasów przed II wojną światową. Sięga w historię prywatną głęboko, jeszcze przed pierwszą z wielkich wojen. Zajęta wieloma innymi lekturami odłożyłam wówczas opowieść o życiu Zofii Brońskiej. Książka cierpliwie czekała na mnie, jak wiele innych. Moje książki mają do mnie wiele cierpliwości. Jednak to oczekiwanie miało swój sens i cel, bo przeczytałam tę książkę własnie teraz, kiedy mieszkam w Anglii. Narratorem powieści jest bowiem Anglik, Philip Marsden, który przyjaźnił się z polską poetką i pisarką Zofią Brońską, która tuż po rozpoczęciu II wojny światowej uciekła ze wschodniej Polski, a po wojnie osiedliła się w Anglii.

                Opowieść o życiu Zofii, jej dzieciństwie, małżeństwie rodziców, powstała z zapisków matki Zofii, Heleny Brońskiej i samej Zofii, która nie przestawała pisać swoich wspomnień, pamiętników, wierszy. Potrzebowała jednak obiektywnego spojrzenia swojego przyjaciela Philipa, by opisać to, co najważniejsze. A oprócz historii rodziny, Historii, przetaczającej się przez ich dom, ziemię, kraj jest to dla mnie również historia silnych kobiet, które radziły sobie z wyzwaniami, jakie stawiał przed nimi los. Ratowały swoje rodziny przed wojennymi zawieruchami, walczyły o przetrwanie oraz o swoją kobiecą godność. Silne kobiety, które rozumiały swoją rolę, zadanie, miejsce, które wierzyły w miłość i miłości starały się być wierne. To książka o mądrych kobietach, które na swoich barkach czasami nosiły ciężar ponad swoje siły, a w sercu smutek i tęsknotę za utraconym miejscem na ziemi, za Domem.

                  Książka Marsdena opowiada o nieistniejącym świecie, świecie, do którego podświadomie tęsknię i dziękuję kartom książki, słowom, które jak wehikuł czasu przenoszą mnie w tamte czasy, w tamte miejsca, bym choć na chwilę mogła przekonać się jak wyglądało życie w tamtych czasach, w tamtych miejscach, gdzieś nad zakolem Niemna, tuż przy rosyjskiej granicy. Opowieść Marsdena pozwala mi również skonfrontować tamtą wizję z zastaną tam rzeczywistością lat 90., kiedy Philip razem z Zofią postanawiają pojechać na Białoruś i odnaleźc ślady jej życia – ruiny domu, właściwie tylko zarys fundamentów, rodzinną miejscowość, grobowiec jej przodków. Wzruszające są spotkania z ludźmi, którzy ją jeszcze pamiętają, jako małą dziewczynkę i panienkę z kokardami na warkoczach. Kiedy Zofia pojedzie po raz drugi na Białoruś, by odremontować rodzinny grobowiec, pożegna się podświadomie z tym swoim miejscem na ziemi, odda mu, co była mu winna, rozliczy się z przeszłością, by spokojnie dożyć końca swoich dni z poczuciem spełnionego obowiązku wobec przeszłosci swojej rodziny.

                  Czytam takie książki jak opowieść o życiu Zofii i tęsknię za tymi miejscami, chociaż nigdy ich nie odwiedziłam. Tyle już razy planowałam podróż w tamte rejony. Przodkowie mojego męża wywodzą się z Ukrainy, chcielibyśmy kiedyś móc na własne oczy przekonać się, jak wygląda Kołomyja, pobłądzić uliczkami Lwowa. Chciałabym pojechać do Wilna, odwiedzić Nowogródek, nie tylko z moich głęboko zakorzenionych polonistycznych pobudek. Kiedy robiłam dyplom z fotografii na studiach dziennikarskich, podróżowałam po Polsce śladami niemieckiego dziennikarza Alfreda Doeblina, który odwiedził Polskę w latach 20. XX wieku. Fotografowałam to, co on opisał w swojej książce, "Podroż po Polsce", dokumentowałam zmiany, jakie zaszły w tych miejscach w ciągu 70 lat. Planowałam wówczas pojechać do Wilna i Lwowa, żeby zebrać dokumetację zdjęciową tamtych miejsc, ale nie udało mi się.

                 Obroniłam dyplom na podstawie materiału o miejscach znajdujących się w obecnych granicach Polski, a Kresy nadal czekają na mnie cierpliwe. Czasami obawiam się, jak wypadnie ta konfrontacja, moich oczekiwań marzeń, z rzeczywistością, ale wierzę, że to czekanie się opłaci i będzie tak, jak z książką – przydarzy mi się ta podróż dokładnie wtedy, kiedy będę na nią gotowa.

wtorek, 06 października 2009

             Przeczytałam właśnie najnowszą powieść Paulo Coelho "Zwycięzca jest sam". Pewnie zdaniem niektórych nie powinnam się przyznawać do czytania książek tego pisarza. Pamiętam, jak kiedyś pewien młody literat oburzył się na wystawioną przeze mnie recenzję. Wyrzucał mi mój spaczony gust, oskarżał, że czytam pewnie tylko Miłosza i Coelho (swoją drogą czyż nie ciekawie zestawione zarzuty?) i co ja się tam w ogóle znam. Z zarzutami trafił w sedno, a ja sobie bynajmniej nie przypisuję licencji na nieomylność mojego gustu czytelniczego.

               Czytam przeróżne rzeczy, a ich wspólnym mianownikiem jest moja ciekawość, którą te książki przyciągają i nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć. Albo pisarz jest w stanie wciągnąć mnie w swój świat już pierwszym zdaniem, paragrafem, albo brutalnie mówiąc idzie w odstawkę. Jeśli słyszę od kogoś, że książka się rozkręca po 120 stronie, to przepraszam bardzo, ale co twórca robił przed te pierwsze 119? Nie chodzi tylko suspens, zaskoczenie, zaciekawienie wartką akcją. Po tylu latach bycia molem książkowym czuję tę więź, tę nić porozumienia. Przeczytałam więc wszystkie książki Paulo Coelho, począwszy od legendarnego już "Alchemika" po najnowszą pozycję, bo mnie po prostu zaciekawiły. Wczoraj zarwałam noc, żeby przekonać się, jak skończy się tym razem historia wykreowana przez brazylijskiego pisarza.

                Książka zaciekawiła mnie tym bardziej, że jest nietypowa dla Coelho. Tym razem porzuca on świat duchowości, czarownic, więzi z Matką Naturą, Sofią, żeńskim wcieleniem bóstwa. Tym razem wkracza w świat blichtru, celebrytów, błysków fleszy, fałszu, który kryje się za każdą z przyciemnianych szyb limuzyn podjeżdżających pod Pałac Festiwalowy w Cannes. Zważywszy na to, że w wakacje miałam okazję przyjrzeć się temu miejscu z bliska, stanowiło to dla mnie dodatkową ciekawostkę. Akcja książki rozgrywa się w ciągu jednego dnia festiwalowego, a jej bohaterem jest mężczyzna, który dla miłości do kobiety jest zdolny do wszystkiego.

              Tym razem Coelho zamiast opisywać kolejne wierzania, filozofie życia, pokazuje brak wartości, brak filozofii, brak duchowości. Zdziera maski ludzi, którzy są gwiazdorami filmowymi, producentami, dyktatorami mody, modelkami czy reżyserami. Pokazuje machinę przemysłu rozrywkowego od wewnątrz i reguły, jakie rządzą każdą z jego dziedzin. Zdradza sekrety, lęki i nadzieje ludzi należących do tzw. Superklasy, aspiracje tych, którzy chcą się do niej dostać i depresje tych, który spadli z tego wysokiego kozła.

               Najważniejszym słowem nie jest wartość artystyczna filmu, kreacja aktorska, ale popularność. "Popularność, która przy odrobinie szczęścia stanie się Sławą, która z kolei przy odrobinie szczęścia stanie się Władzą. To ostatnie, magiczne słowo posiada moc przeobrażenia zwykłego człowieka w niedostępny symbol, w półboga nawykłego do tego, że każdy jego kaprys zostaje spełniony, a jego limuzynę z przyciemnianymi szybami albo sportowy kabriolet odprowadzają zawistne spojrzenia gawiedzi. Półboga, który zdobył już wszystkie szczyty i dla którego nic już nie jest niemożliwe."

               Warto przeczytać tę książkę, żeby spojrzeć z innej perspektywy na świat iluzji, życie w pogoni za popularnością, na widzów, dla których nie jest już od dawna ważny film, który zobaczą w kinie, ale możliwość zobaczenia z bliska wszystkich filmowych gwiad, tak jakby bycie blisko celebrytów ich samych czyniło kimś lepszym, bardziej wartościowym. Nie zdają sobie często sprawy, jakim kosztem ich ulubieńcy dotarli na szczyt sławy, szczyt, na którym wieje bardzo silny wiatr i trzeba się bardzo starać, żeby się na nim utrzymać.

               Warto przeczytać tę książkę, żeby docenić swoje własne życie, rodzinę bliskich, przyjaciół i swój ciepły dom, w którym przyszło nam żyć. Bo to jest właśnie to, za czym tęsknią ludzie za przyciemnionymi szybami, kiedy płaczą. Potem wytrą oczy, poprawią makijaż, nałożą maskę, wysiądą z samochodów i przejdą się po czerwonym dywanie.

wtorek, 10 marca 2009

                  Kiedy przeczytałam "Cień wiatru" Carlosa Ruiza Zafona, nie mogłam się już doczekać, kiedy na polskim rynku wydawniczym ukaże się jego kolejna książka. Wiedziałam, że muszę odczekać, by sukces "Cienia" odbił się pozytywnie na kieszeniach wszystkich, którzy mieli na tym zyskać, żeby dopiero wówczas było sens wprowadzać na półki księgarń kolejna książkę tego autora. Wszyscy spragnieni czytelnicy musieli odczekac tak jak ja, bo przecież nie będą się rzucać bez opamiętania na książkę podstawiona im pod nos. Trzeba ich było uzależnić, a potem zostawić na pastwę głodu. Wydawcy dobrze wiedzą, jak się obchodzić z książkoholikami.

                  Czekałam więc cierpliwie, aż zamówiona przeze mnie w Poflsce książka dotrze do mnie na Gwiazdkę. Potem chwilę odczekałam, kiedy nadejdzie dobry moment na rozsmakowanie się. Nie był nim czas wyjazdu na narty, kiedy człowiek ledwo wieczorem pamięta, jak się nazywa. Musiałam mieć czas na to, żeby się tą książką nacieszyć. Bym mogła znowu błądzić po przeklętym mieście Barcelonie, przechadzać się po jej krętych, wąskich uliczkach z czasów międzywojnia. Zajrzeć znowu do księgarni Sempere i powędrować zapomnianymi ścieżkami na Cmentarzysko Zapomnianych Książek. Dać się uwieść czytaniu o tym, co było najważniejsze nie tylko dla Daniela, pana Sempere czy Sempere juniora. O czymś co jest również niezmiernie ważne dla mnie. O pisaniu i czytaniu.

                  "Pisarz nigdy nie zapomina dnia, w którym po raz pierwszy przyjmuje pieniądze lub pochlebstwo w zamian za powieść. Nigdy nie zapomina tego momentu, kiedy po raz pierwszy słodka trucizna próżności zaczyna krążyć mu w żyłach, wierząc, że jeśli zdoła ukryć swój brak talentu, sen o pisarstwie zapewni mu dach nad głową, ciepłą strawę na wieczór i ziści jego największe marzenie: ujrzy swoje nazwisko wydrukowane na nędznym skrawku papieru, który zapewne go przeżyje. Pisarz skazany jest na wieczne wspominanie tej chwili, bo właśnie wtedy został zgubiony na zawsze, za jego duszę już wyznaczono cenę." Ja też dobrze pamiętam ten moment, chociaż wydawałoby się błahy i mało znaczący druk gazetki w szkole średniej, odbijanej na ksero. Ale to doświadczenie w jakiś sposób ugruntowało moje przekonanie, że chcę pójść tą drogą, chcę spróbować, przekonać się. Potem przyszły studia i pisanie dla gazety uniwersyteckiej.

                   Reguły, jakimi rządziło się i rządzić się powinno nadal dobre pisanie, nie tylko dla prasy, przyświecały również bohaterowi "Gry anioła" – Davidowi w czasie jego pracy w gazecie "La Voz de la Industria". Bardzo przypadła mi do gustu żelazna zasada redaktora naczelnego, don Basilia Moragasa: "Nadużywanie przysłówków i przymiotników właściwe jest dewiantom i osobom cierpiącym na awitaminozę." Ciekawa była również kara za zbyt kwiecisty styl – trzytygodniowe zesłanie do działu nekrologów. Namacalne zetknięcie z prozą życia miało raz na zawsze oduczyć adepta dziennikarstwa zawiłości stylistycznych. Przypomina mi to warsztaty dziennikarskie z panem Markiem Przybylikiem, który twierdził, że nie ma nic lepszego dla początkujących dziennikarzy, jak praca w dziale miejskim w gazecie lokalnej i opisywanie cen pietruszki na targu. Jak mówił, tak zrobił i wysłał mnie na wakacyjne praktyki do "Życia Warszawy". Wycinki moich artykulów, które poszły wtedy drukiem, trzymam do dziś. Mają dla mnie wartość sentymentalna, ale głównie są przestrogą.

                    Podobną zasada unikania przymiotników kierowaliśmy się też na warsztatach pisarskich u pani Agaty Tuszyńskiej. Kazała nam sobie wyobrazić, że w kącie naszego pokoju stoi niewidzialny kosz na przymiotniki i kazała je nam do niego wyrzucać. Relatywizm słów: piękny, szczęśliwy, smutny itd. jest tak duży, że nigdy nie wiemy, co dla kogo oznacza piękno, szczęście, smutek. Mieliśmy za zadanie tak opisać bohatera, miejsce zdarzenia, żeby to nasz czytelnik zobaczył swoimi oczami, że kobieta jest piękna, że ktoś jest szczęśliwy, a ktoś inny smutny. By czytelnik miał szansę sięgnąć do swoich własnych doświadczeń i na ich podstawie porównać, zrozumieć i  sam przeżyć te emocje, a nie by zostały mu one podane na tacy.

                    Bohater Zafona stoi przed wielkim zadaniem napisania księgi, która stanie się podstawa nowej wiary. Praca zlecona mu przez tajemniczego Andreasa Corellego staje się dla niego wielkim wyzwaniem i ogromnym ciężarem. Ale nie chciałabym zdradzać zbyt wielu szczegółów, niech każdy czytelnik przejdzie tę drogę razem z Davidem, niech się przekona, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Jednym z najciekawszych fragmentów książki są dla mnie dyskusje Davida z Corellim na tematy wiary. Można się zgadzać z jego wywrotowymi na pozór pogladami, ale na pewno warto przeczytać ich dyskusję, kiedy Corelli mówi: "W naszej naturze leży przetrwanie. Wiara jest instynktowną odpowiedzią na te aspekty egzystencji, których nie potrafimy wyjaśnić w inny sposób, może to być moralna pustka, którą znajdujemy we wszechświecie, pewność śmierci, pozostające bez odpowiedzi pytanie o początek wszystkiego, o sens naszego życia lub jego brak. To aspekty zupełnie podstawowe, niezwykle proste, ale nasze własne ograniczenia nie pozwalają nam rostrzygnąć kwestii w sposób jednoznaczny, dlatego w akcie samoobrony, wytwarzamy odpowiedź emocjonalną. Dzieje się tak tylko i wyłącznie za sprawą biologii".

                   Cynizm Andreasa Corellego sprowadza wszystkie nadmuchane ideologie na ziemię. Ciekawe są również spostrzeżenia na temat intelektualistów. Chciałabym je zadedykowac tym, którzy w naszym ojczystym kraju uważają, że mają monopol na prawdę, wiedzę i władzę, a innych nazywali wykształciuchami: "Intelektualista to ktoś, kto się specjalnie nie wyróżnia intelektem. Określa siebie mianem, by skompensować naturalny brak zdolności, z którego zdaje sobie sprawę. To tak stare jak powiedzenie: powiedz mi, czym się chlubisz, a powiem ci, czego ci brakuje. Powszechna prawda. Dyletant zawsze chce uchodzić za eksperta, sadysta za samarytanina, grzesznik za świętoszka, prześladowca za dobroczyńcę, sprzedawczyk za patriotę, arogant za skromnisia, ordynus za eleganta, a głupiec za mędrca. (..) Im mniej ktoś ma do powiedzenia, z tym większym nadęciem i zawile mówi."

                   Ale poza tym wszystkim "Grę Anioła" czyta się jak świetną przygodę, kryminał miejscami nawet, osadzoną w nietuzinkowym miejscu, w ciekawych czasach, do których wielu, łącznie z piszącą te słowa, tęskni.  Dodatkowym miłym akcentem przy wymienionych wcześniej zaletach lektury książki Zafona jest to, że jej korektę robiła moja znajoma, Kasia, którą serdecznie pozdrawiam.

                   I jakby naturalną konsekwencją , kontynuacją czytania "Gry Anioła" przez przypadek stała się dla mnie lektura książki "Inkheart" Cornelii Funke. Powieść niemieckiej pisarki czytam po angielsku. Wreszcie odważyłam się wziąć się za jakąś lekturę w języku kraju, w którym mieszkam. Chciałam się podszkolić przy lekkiej książce, zanim zacznę czytać poważniejsze pozycje, które gromadzimy z Piotrem. Z miesiąca na miesiąc nasza anglojęzyczna biblioteczka się powiększa, bo kupujemy dla Basi i dla nas. I mimo iż "Inkheart" jest książką przygodową, na podstawie której nakręcono film, również porusza ważne dla mnie tematy, krąży ciągle wokół książek, jej kolekcjonerów, jej twórców, a także tych, którzy o nie dbają i oprawiają na nowo. Jest w niej dom Elinor, cały zapełniony książkami, od piwnic po dach. Jest też Mortimer, który słynie ze swego kunsztu oprawiania i odnawiania zniszczonych książek. Ma też jeden niebezpieczny dar i dlatego nigdy nie przeczytał swojej córce żadnej książki na głos.

                    I może niektórym niedorzecznym wyda się tutaj stawianie obok siebie książki Zafona i pani Funke, to jednak dla mnie przez zbieg okoliczności przemówiły do siebie wzajemnie. A jak skończę lekturę tej przygody, to się podzielę swoimi spostrzeżeniami. O czym skwapliwie zapewnia Mól Książkowy.

poniedziałek, 09 lutego 2009

                 Słyszałam już taką historię bardzo często. Przytrafiła się wielu osobom, które żyją teraz z tym uzależnieniem. A zaczynało się tak niewinnie. Jakaś szafka z książkami, zapach zakurzonych stronic lub świeżej farby drukarskiej, chroniona za szybą biblioteczka u dziadka lub półka w dziecięcym pokoju. Przygoda odnajdywania codziennie innego skarbu tylko dla siebie, zawiniętego w szary papier. Sadowienie się w kącie z książką i zapominanie o świecie wokół. Świecie, w którym nie wszystko było tak jak być powinno, była choroba, była czyjaś nieobecność, był brak uwagi ze strony kogoś, kogo się kochało. Tak bywało na początku, tam się odnajdywało śćieżkę, którą uciekało się na plażę tajemniczych wysp, siadało się na kolanach czarodziejów i bawiło się w sadzie pełnym kwitnących wiśni.

                 I tak już zostało. Kiedy zewsząd omota człowieka mgła złych wiadomości, pożarów, porwań, morderstw, kiedy jeden rzut okiem na telewizyjne doniesienia, strony dzienników czy portali internetowych znowu wprowadza człowieka w dysonans, znowu można salwować się ucieczką lub znaleźć tam rozwiązanie lub odpowiedź. Umysł człowieka już tak funkcjonuje, że musi wytwarzać sobie mechanizmy obronne przed naporem złych wiadomości. Gdyby prawda o otaczającym nas świecie docierała do nas w pełni z całą swoją bezwględnością, nasza krucha równowaga ległaby w gruzach w kilka sekund. Nic więc dziwnego, że ludzie siegają po swoje uzależnienia, żeby wprowadzić się w stan, jaki im bardziej odpowiada. Jedni mają kawę, inni czekoladę, jeszcze inni kieliszek czerwonego wina, niewątpliwie jest ogromny odsetek miłośników nikotynowego i nie tylko dymu oraz mnóstwa innych używek miększych lub twardszych. Ja preferuję te twarde. Twarde okładki książek, od deski do deski. Nazywam się Mól Książkowy, jestem książkoholikiem.

                  Jak wiadomo wszyscy holicy gromadzą sobie ukryte po kątach używki. Niektóre o wiele łatwiej ukryć, moje muszą leżeć na półkach. Trzeba przyznać, że ja sobie nagromadziłam całkiem niezły zapas, ale wciąż mi mało. Nie mogę się oprzeć ich widoku na półkach księgarni, kiedy kuszą nową historią, nową przygodą, nowym światem do odkrycia, nową wiedzą o świecie i o mnie samej. Oczywiście, Mól zdaje sobie sprawę, przeczytał już niejedno, chociażby cały swój zbiór książek dotyczących Zagłady, że nie opisują one tylko dobrych wersji wydarzeń. Ale i tak dają siłę, by się tym złym wersjom sprzeciwić lub z nimi pogodzić.

                   I mimo iż ktoś wybitnie mądry, albo jeszcze bardziej uzależniony ode mnie, wymyślił biblioteki, skąd można sobie na czas jakiś wypożyczyć pocieszyciela swego, ja jednak mam ten problem, że wiele, zbyt wiele może nawet książek chcę mieć na własność. Kiedy znajomi pytają, czy wracam do nich, sama się nad tym zastanawiam. Są takie, do których wracam, są takie, o których zapominam, że je przeczytałam i czytam jeszcze raz. Są takie, które od kilku lat stoją na półce z zakładką gdzieś po 20 stronach i czekają na swoją drugą szansę, że mnie wciągną, oczarują, nie pozwolą się już od siebie oderwać. Może muszę do nich dojrzeć. Cierpliwie czekają na reanimację, kiedy otworzę okładki, wpuszczę do nich znowu światło, powietrze i czytając je przywrócę je do życia.

                   Mogę czytać o każdej porze dnia i nocy, ostatnio nawet dobrze po północy, bo bohatera nie mogłam przecież zostawić na pastwę losu. Małżonek mój nieco się zdziwił, kiedy rankiem niedzielnym znalazł w łazience legowisko pod kaloryferem. Czworonożnego przyjaciela przecież nie mamy. A tu się okazało, że Mól książkowy zalęgł był się tam nocą, by mężowi lampką nocną po oczach nie świecić i by zazdrość o owego bohatera w potrzebie przed złoczyńcami uciekającego go nie brała. Każda pora jest dobra, fakt, że rytm życia obecnego Molowego nie zawsze pozwala mu na bezwzględne poświecenie się lekturze, ale bez słowa pisanego spać Mól pójść nie może, choćby nie wiem jak na twarz swoją Molową padał, przeczytać musi chociaż stronę. Tę to przypadłość Molowi rodzice winią za Molowe okulary krótkowidza, co ciekawe, tę przypadłość potrafiła również Molowi jego ciotka wypomnieć. Bo z Molem się ciotce nie chciało gadać, bo Mól i Brat jego Molowy za dużo książek czytają. Ale nie zrażony tym Mól dumnie oświadczyć może, że przypadłość tę genetycznie lub treningiem cowieczornym dzieciom swym zaszczepił.

                  Jak to w robocie dziennikarskiej bywa odpowiedziawszy sobie na pytanie: kiedy?, trzeba by również odpowiedzieć na pytanie: gdzie się czyta? Przygodę łazienkową mogłabym rozwinąć jeszcze, ale nie chcę tutaj zbyt wielką intymnością swoją szafować. Skądinąd wiadomo, że nie tylko Mole, ale również inne osobniki poczytać sobie w toalecie lubią. Kiedy człowiek jest przyparty do muru, nawet opakowanie po paście do zębów czy etykieta szamponu stanowią pasjonująca lekturę, szczególnie jeśli jest w kilku językach. Można się podszkolić lingwistycznie i to w dodatku lingwistyką stosowaną i porównawczą między czeskim, polskim, słowackim węgierskim i rumuńskim. Wszystko zależy od kraju pochodzenia kosmetyku.

                   Ale poza tym Mól gotów jest czytać wszędzie, na przystanku, w autobusie, w windzie, nawet jeśli pozbawiona jest reklam to zawsze jeszcze ma instrukcję obsługi i zaświadczenie o ostatnim przeglądzie technicznym. Mól się musi nawet przyznać do przypadłości strasznej i niekulturalnej w sytuacji samotnego spożywania posiłków Molowi jednak towarzyszy słowo pisane. Może to i niezdrowo, ale trudno jest to molowi wyperswadować. Ulubionym Molowym miejscem do czytania była kiedyś czytelnia na Świętojańskiej w Warszawie, ale jak się teraz mieszka 2000 km od niej, to się człowiek cieszy własnym łóżkiem, ukochanym jaśkiem pod karkiem i lampką.

                   I tu się przyplątuje pytanie następne, co konkretnie Mola pociąga najbardziej, jakie książki, jakich pisarzy i tu Mól jest zakłopotany. Na takie pytania odpowiadać nie potrafi. Powinien wprawdzie Mól mieć swój wyrobiony gust polonistyczny, być może powinnien podążać obranym kursem i za modą jakąś, ale trudno powiedzieć, bo Mól jest w poprzek. W poprzek modzie, przeciwko której zazwyczaj się buntował, przeciwko gustom innych, narzucającym swoje zdanie. Podobno polonistycznemu Molowi nie wypada czytać kryminałów, ale cóż Mól ma poradzić, jak pociągają go czasem. Może nie powinien romansów czytać, ale kiedy kilka był czytelniczo popełnił, w końcu to nie zbrodnia jakaś, może tylko strata czasu.

                    W sumie, jak się tak Mól swoim zazdrosnym obłąkanym wzrokiem po swoich półkach prześlizgnie, odruchowo oblizując wargi ze smakiem, to musi przynać, że ma to nawet jakiś swój sens. Przynajmniej taki starał się mu Mól nadać przy okazji kolejnej przeprowadzki i rozładowywaniu pudeł z książkami, które zazwyczaj stanowią lwią część naszego spakowanego dobytku. Stoi więc sobie półka iberoamerykańska, stoi sobie półka angielskojęzyczna, ale to bardziej dla Małżonka Molowego, który jednak twierdzi, że Mól się wygłupia ze swoim angielskim i spokojnie mógłby sobie poczytać. Jest sobie półka Mola pogranicznego, gdzie i Gdańsk i Wrocław i inne pogranicza się godnie reprezentują, są półki klasyków i wieszczy, których przecież Mól z powodu swojego polonistycznego sumienia wygonić by nie śmiał. Jest też Mól ciekawski, który kupił coś na próbę i wpadł jak w studnię, albo się utopił w łyżce wody. W tej sytuacji nie sposób więc od Mola wymagać, żeby był się w stanie opowiedzieć za czymś, co czyta najchętniej, ulubioną książką czy pisarzem. Najchętniej to Mól czyta po prostu.

                      Molowi doskwiera ostatnio niemożność uzupełniania swojego zbioru. Na szczęście Mikołaj był tak dobry i dostarczył trochę słowa pisanego w języku ojczystym pod choinkę. Czasami Mól myśli, że to i dobrze. Czas dokonuje selekcji pragnień i w końcu wybiera się te najważniejsze. Dostępność księgarń w życiu codzienym Mola w Polsce powodowała znaczne uszczuplenie jego funduszy. Na widok księgarni, półki z książkami Mól nie mógł wytrzymać, musiał jakąś wziąć do ręki, przeczytać pierwszą stronę lub chociaż notatkę na obwolucie, każdy holik mnie przecież zrozumie.

                      Podobno Mole bardziej wysmakowane w swoim uzależnieniu dodają jeszcze odpowiedni anturaż pod postacią zakładek do swoich książek, pieczątki ekslibrysów i numery w miejscu księgozbioru. Molowi jak się uda kupić książkę z zakładką, to zakładki użuwa, ale najczęściej zaznacza miejsce ukończenia lektury tym, co mu pod rękę wpadnie. A to pocztówką z wakacji, a to laurką od córki otrzymaną, albo otrzymanym niegdyś mandatem ku przestrodze pokutnej. Czasami ołówek a czasami paragon ze sklepu, gumka do włosów. Tutaj się Mól przyznaje do braku smaku w tym temacie, ale to już zupełnie inna para kaloszy. Może na starość Molowi przyjdzie do głowy swoje zbiory nie chomikować ale katalogować. Może przyjdzie kiedyś na Mola tak potrzeba, by sobie ładną pieczątkę ex libris wyrobić, ale na razie mu to nie grozi.

                     A jak się Mola zapyta, który z bohaterów książkowych najbardziej przypadł mu do gustu, to zaczyna się robić duży problem. Musiałby się Mól ostro nawytężać i nawet po zjedzeniu 1000 kotletów miałby problem z przypomnieniem sobie wszystkich bohaterów. Zrobienie im castingu na ulubionego, bo to się zmieniało z wiekim, z czasem, z dojrzewaniem Mola do molowatości i jego życiem w ogóle. I nie posądzajcie proszę Mola o brak idoli w swym książkowym świecie, ale gdyby miał kogoś wybrać, zrobiłby krzywdę zbyt wielu pozostałym. I cóż biedny Mól poradzi. Może się kiedyś weźmie wreszcie na serio i zastanowi.

                    Tak to już jest z tym tekstoholizem, uzależnienie od słowa pisanego potarfi mieć straszne efekty uboczne, szczególnie w sytuacji, kiedy się człowiek zapomni i w sytuacji krytycznej żadnego słowa pisanego sobie nie zapewni pod postacią gazety, książki. Utkwiła mi w pamięci historyjka, którą na swoim blogu opisała Magda Umer. Rzecz była o Kazimierzu Brandysie, który kiedyś stwierdził, że istnienie wybitnych pisarzy byłoby niemożliwe bez wybitnych czytelników. Wszystko szłoby na marne. A takim właśnie wybitnym czytelnikiem był sam Kazimierz Brandys. Kiedyś wyjechał gdzieś z żoną. Zamieszkali w pensjonacie i kiedy wieczorem odezwał się w nich wilczy głód czytania, okazało się, że nie wzięli z domu niczego. Wpadli w panikę i oskarżali się wzajemnie o to niedopatrzenie. Szukali czegokolwiek, jakiegoś skrawka papieru chociażby, który mogliby sobie przeczytać przed snem. W apteczce znaleźli syrop. Wyrywali go sobie nawzajem, żeby móc przeczytać sposób użycia, skład i dawkowanie. Pokrzepieni tą dawką, przeczytaną dwukrotnie, spokojnie zasnęli. Samego syropu nie pili, nie potrzebowali przecież lekarstwa, tylko czegoś, co zaspokoi ich głód słowa pisanego.

                    Ta przygoda niech będzie przestrogą dla wszystkich Moli, mniej lub bardziej wybitnych i skromnego osobnika, piszącego te słowa, który stara się mieć w torebce lub plecaku zawsze coś do czytania. Po tych wszystkich rewizjach osobowości Molowej  i dokonanej samokrytyki, będzie teraz można spokojnie napisać o tym, co się ostatnio ze smakiem przeczytało.