| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Co tam w Anglii piszczy?

środa, 16 sierpnia 2017
       40 lat temu miasto Derby zostało ogłoszone City. W języku polskim nie ma to odzwierciedlenia, czy miasto jest town czy city. Dla Anglików ma to jednak ogromne znaczenie, a miastu dodaje prestiżu. Dla mieszkańców Derby było City od dawna, ponieważ miało katedrę, ale zabrakło oficjalnego dokumentu. W 1977 w ramach obchodu srebrnego jubileuszu swojego panowania królowa Elżbieta postanowiła nadać Derby ten zaszczytny status. 7 lipca ogłosiła swoją decyzję, a 28 lipca przyjechała do Derby z oficjalną wizytą i wygłosiła pamiętne przemówienie. Miasto, które zawsze pozostawało w cieniu sąsiedniego i znanego wszystkim Nottingham, nagle zmieniało swoją rangę.

         Kiedy przyjechaliśmy do Derby prawie 9 lat temu, wydawało nam się, że pod latach mieszkania w stolicy Polski i stolicy Czech zostajemy zesłani na prowincję. I pewnie nadal tak jest, żyjemy w Derby na prowincji, a nasza Spondon jest prowincją tego miasta. Wszyscy moi polscy znajomi kojarzą, gdzie jest Nottingham, Birmingham, Manchester, może nawet Leicester, ale Derby w środku tego wszystkiego pozostaje nierozpoznawalne.

              Derby być może nie jest w stanie konkurować pod względem zabytków estetycznego piękna czy zachwycającej starówki i otrzymać tytułu królowej piękności środkowej Anglii, ale przez ostatnie 10 lat okazało się, że mimo trudności, cięć budżetowych i kryzysu Derby wyrasta na króla handlu, biznesu i ilości miejsc pracy. Ktoś może się podrapać w głowę i zapytać, czy ja naprawdę wierzę, w to co mówię, ale statystyki mówią same za siebie. Derby wspina się również w statystykach popularności wśród turystów, w co może wielu osobom trudno jest wierzyć, mnie szczerze mówiąc też. Bo zawsze mi się wydawało, że Derby jest gorsze, mniejsze niż Nottingham, nie ma wiele do zaoferowania, ale okazuje się, że cudze chwalicie, swego nie znacie. Strona internetowa Skyscanner głosowała na Derby jako piąte warte do odwiedzenia brytyjskie City, zajmując miejsce przed Durham, Edynburgiem, Stratford-upon-Avon i co ciekawe, Nottingham.

                Być może brane jest tutaj pod uwagę ciekawe położenie Derby, które jet idealnie usytuowane jako wrota do najstarszego Parku Narodowego w Wielkiej Brytanii, jakim jest Peak District. Ale nie zapominajmy również o dziedzictwie Derby jako kolebki rewolucji przemysłowej, Silk Mill jako pierwszej na świecie manufaktury oraz siedziby takich potentatów przemysłowych jak Rolls-Royce, Bombardier czy fabryka porcelany Royal Crown Derby. Okazuje się, że według ostatnich danych statystycznych Derby jest najlepszym miejscem na otwarcie swojego własnego biznesu. Co stało się początkiem dobrej passy dla Derby City?

                Według danych z ostatnich 10 lat paradoksalnie było to, coś, czego wszyscy okoliczni właściciele małych biznesów obawiali się najbardziej – otwarcia wielkiego centrum handlowego w środku miasta, molocha pochłaniającego ogromną część dawnych uliczek handlowych oraz jednego z największych targowisk pod dachem - Eagle Market i zamknięcie ich w bryłę centrum handlowego Westfield – teraz Intu. Kiedy Piotr zaczął przyjeżdżać do Derby służbowo jeszcze z Pragi, Westfield właśnie był na ukończeniu i lada moment miało nastąpić wielkie otwarcie.

                Ludzie obawiali się, że ten handlowy potwór wyssie energię z całego centrum miasta, przeniesie środek ciężkości i reszta sklepików i biznesów podupadnie. Z czasem okazało się, że paradoksalnie Westfield był wybawieniem dla miasta Derby. Dzięki temu, że przyciągał ludzi do centrum miasta na zakupy, inne sklepy w centrum, czy w okolicach katedry też zaczęły być częściej odwiedzane przez kupujących, czy ludzi przyjeżdżających do Derby z okolicznych miasteczek i wiosek na zakupy. Z czasem usytuowanie Westfielda, który przyciągał ludzi jak magnes, pomogło w otwarciu nowych miejsc pracy, przebudowaniu centrum, zainwestowaniu w nowe domy, sklepy i pozwoliło zapobiec przekształceniu się centrum miasta w pustą dziurę – efekt doughnut – czyli pączka z dziurką. Miasto, w którym przez 25 lat w centrum miasta nie budowano nowych przestrzeni biurowych, nie miało porządnego kina oraz hotelu w centrum, gdzie mogliby zatrzymać się turyści czy biznesmeni, nagle dostało zastrzyk energii. Nie da się ukryć, że inwestycja firmy Westfield w centrum handlowe w Derby była zaskakująca, nikt nie spodziewał się, że lider na rynku nieruchomości i handlu w Europie, zbuduje swoje pierwsze brytyjskie centrum handlowe akurat w Derby. To zastanowiło inwestorów, by zacząć dostrzegać potencjał tego miasta i zaczęły tu inwestować także inne firmy. Rok po otwarciu Westfielda przyszedł credit crunch – kryzys finansowy, który zatrząsł finansami Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków. Gdyby Westfield nie powstał, Derby nie wstałoby już z kolan i centrum miasta popadałoby w coraz większą ruinę.

       Jako przeciwwagę dla Westfielda - wielkiego centrum handlowego z sieciówkami – tradycyjna handlowa część miasta z małymi biznesami, sklepikami, prywatnymi przedsięwzięciami w okolicach Market Place, Iron Gate, Sadler Gate, Friar Gate, Queen Street, The Wardwick, The Strand i katedry zorganizowała się w Cathedral Quarter i zaczęła prężnie rozwijać swoją działalność, by przyciągnąć klientów w swoją stronę. 10 lat temu uliczki te świeciły pustymi witrynami sklepów zamykających swoją niedochodową działalność. Teraz nie sposób znaleźć wolnego lokalu do wynajęcia, by otworzyć nowy sklep. Z każdego rogu witają klientów nowe kawiarenki, restauracje, sklepy z indywidualną i niepowtarzalną ofertą, kolekcjami ubrań, niespotykanymi nigdzie indziej. Pozmieniało się.
             Po dziesięciu latach od otwarcia Westfielda - obecnie Intu, statystyki wyglądają imponująco. Derby ma jedna z najszybciej rozwijających się gospodarek w Wielkiej Brytanii. Ma jedną z wyższych średnich pensji poza Londynem (prawie 33 000 funtów rocznie, gdzie średnia krajowa wynosi 28 000). Derbiański uniwersytet znajduje się wśród 10 uniwersytetów z najlepszą jakością nauczania oraz wysokim poziomem zatrudnienia po ukończeniu studiów. 97% studentów znajduje pracę w ciągu 6 miesięcy od ukończenia studiów.
            Kiedy otwieramy jedną z broszurek promujących miasto, natykamy się na hasło ‘Derby – UK Capital for Innovation’. Twórcy kampanii reklamowej przypominają, że Derby jest kolebką zmian i innowacji w dziedzinie gospodarki od ponad 300 lat i nawiązuje tym hasłem do Silk Mill, budynku trochę zapomnianego, na uboczu, stojącego nad rzeką przy katedrze w centrum miasta, który był pierwszą fabryką na świecie i wraz z całą siecią młynów, które napędzały swoje maszyny siłą wody, rozpoczął produkcję przędzy na skalę przemysłową.
             The Cathedral Quarter jest zdobywcą nagrody dla najlepszej głównej ulicy handlowej w centrum miasta w 2016 roku. Niektórzy biznesmeni postanowili spróbować swoich sił w Derby zachęceni właśnie tego typu przedsięwzięciami. Pozostają oczywiście jeszcze problemy do rozwiązania czyli na przykład pomoc bezdomnym, którzy nocują w okolicy St. Peters Church na przedłużeniu głównej alei handlowej w centrum, czy powracający problem ze śmieciami, którego chyba nie uda się nigdy wyplenić i nauczyć ludzi dobrych manier.
             Na szczęście Derby stara się podążać za trendami nowoczesnych miast. Dawniej miasta miały wydzielone, oddzielne części, gdzie szło się na zakupy, gdzie indziej do kina czy do teatru, gdzie indziej do restauracji, a gdzie indziej uprawiać sport. Teraz w jednym miejscu możesz robić zakupy, iść na obiad, poćwiczyć i pójść do kina. Lada moment centrum zaludni się jeszcze bardziej, bo po wyburzeniu straszącego pustymi oknami wieżowca, który był częścią starego kompleksu szpitalnego, ma być wybudowane nowe osiedle mieszkaniowe.
           Za odrodzeniem się Derby i jego sukcesem stoi również niewątpliwie rozwój derbiańskiego uniwersytetu. Ufundowany w 1992 roku z rozwijającymi się kolejnymi kampusami w mieście jest uczelnią z prawie 30 tysiącami studentów. Oczywiście jako uczelnia Derby Univeristy jest również miejscem, które zatrudnia ponad 5 tysięcy osób. 80 procent studentów kończących Derby University znajduje prace w mieście lub jego okolicach dzięki wielu pracodawcom współpracującym z uczelnią.
           Wydaje się, że przyszłość Derby City maluje się optymistycznie. Miasto nigdy nie miało tak wiele do zaoferowania: Derby’s Photography Festival, festiwale książkowe, filmowe, muzyczne; liczący się festiwal teatralny - Derby Festé; Derby Theatre; Derby Museum & Art Gallery wraz z galerią Josepha Wrighta; Derby Guildhall; Derby Arena/Velodrome. Oczywiście są nadal w centrum miast miejsca, które wyglądają jak zapomniane strefy zrzutu bomby jak na przykład Duckworth Square, czy zarośnięty drzewami stary teatr – Hipodrom. Są projekty, żeby te okolice przebudować na całosezonowe kryte lodowisko. Pod znakiem zapytania stoją nadal losy Assembly Rooms – kompleksu widowiskowego, który został zniszczony przez pożar. Ale z drugiej strony miasto przyciąga kolejnych inwestorów otwierając kolejny po Pride Parku rejon inwestycyjny - Infinity Park. Instalacja artystyczna czerwonych maków, o których pisałam wcześniej zakończyła się 3 tygodnie temu i przyciągnęła do Derby setki tysięcy zwiedzających. Miło było widzieć rejon katedry i Silk Mill tak kolorowy, zatłoczony, tętniący życiem. Warto byłoby pomyśleć, co miasto może zrobić, by to utrzymać, by tego potencjału nie zmarnować. Ludzie cieszą się tymi sukcesami, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i teraz oczekują następnych zmian na lepsze. Pytają swoich radnych - co dalej z pustymi sklepami, czy właśnie wspomnianym Duckworth Square, co dalej z Assembly Rooms? Dobrze, że mieszkańcy mają oczekiwania i wymagania.
             Wprawdzie zmiany nie zajdą w ciągu jednej nocy, ale jest nadzieja, że Derby jest na dobrej drodze. Jak wszędzie na świecie, w każdym małym czy dużym mieście, wiosce, społeczności ważny jest dobry gospodarz, który ma wizję na lata i mimo zmian politycznych ta wizja jest wszystkim wspólna, uzgodniona i krok po kroku realizowana. Jeśli takiej gospodarskiej i gospodarczej stabilności zabraknie, inwestorzy przestaną się tym naszym city interesować. Tymczasem jest nowy kontrakt dla Bombardiera, którego pociągi będą jeździć na budującej się w stolicy nowej linii metra – Elisabeth, łączącej miasto z lotniskiem Heathorw. Mamy odnowiony dworzec kolejowy, nowy dworzec autobusowy, nowy budynek rady miasta. Odnowiony zabytkowy budynek sądu miejskiego został przekształcony w przestrzenie biurowe do wynajęcia, powstały dwa nowe hotele w centrum miasta i Quad -  multimedialne centrum kulturalne organizujące jeden z najważniejszych festiwali fotograficznych w Wielkiej Brytanii - Format. Odnowiona zabytkowa lokomotywownia jest częścią Derby College i to są niewątpliwie osiągnięcia i inwestycje, które zmieniły miasto na lepsze.
           Wszyscy, którzy tu mieszkają wiedzą, jakie miasto ma słabości, gdzie jest największa przestępczość, gdzie największe śmieci, gdzie korki. Miasto, które jest siedzibą najbardziej utytułowanego aktualnego mistrza świata w pływaniu, który niedawno w czasie mistrzostw świata w Budapeszcie zdobył 2 złote medale i pobił rekord świata - Adama Pitty – nie ma porządnego basenu o wymiarach olimpijskich. Może się kiedyś doczekamy. Może doczekam się, że śmieci leżące na trasie dojazdowej do Derby i bynajmniej nie będące jego najlepszą wizytówką zostaną kiedyś uprzątnięte. Na rondzie Pentagon, które jest wschodnim wjazdem do miasta od strony Nottingham, krzaki bukszpanu tworzą napis Proud of Derby. I naprawdę wszyscy chcieliby być z tego miasta dumni.
            Wszystkiego najlepszego czterdziestolatku i kolejnych lat sukcesów Derby!
środa, 28 czerwca 2017

           Czy pamiętacie, co działo się na świecie 26 czerwca 1997 roku? Wielka Brytania wciąż emocjonowała się efektami wyborów parlamentarnych i obraniem Tony’ego Blaira na premiera Zjednoczonego Królestwa, Spice Girls święciły triumfy na listach przebojów,  na jaw wychodziły kolejne szczegóły z życia miłosnego księżnej Diany, do kin wszedł „Batman i Robin”. W Polsce dzieci skończyły rok szkolny i szykowały się na wakacje. Nikt nie przeczuwał powodzi tysiąclecia na południu Polski i tego, że wspomniana księżna nie będzie już żyła pod koniec sierpnia. My z Piotrem planowaliśmy wyprawę w góry.

            Tymczasem nikomu nieznana, debiutująca pisarka Joanne Rowling wydała pierwsze 500 egzemplarzy swojej książki “Harry Potter i kamień filozoficzny”. Ta pierwsza edycja została praktycznie niezauważona na rynku księgarskim. 300 egzemplarzy trafiło do bibliotek. Okazuje się, że po 20 latach ta pierwsza edycja jest sporo warta. Książki w twardej oprawie, które mogą zalegać gdzieś na  strychach lub w sklepach charytatywnych są warte 30 tysięcy funtów za sztukę. Warto poszperać po swoich zapomnianych biblioteczkach z dzieciństwa. My wczoraj obeszliśmy 20. rocznicę wydania pierwszej książki z serii oglądając pierwszy film z serii pod tym samym tytułem – “Harry Potter i kamień filozoficzny”, jeszcze jeden z tych, który mamy z polskim dubbingiem. Ja prasowałam, a dziewczyny oglądały z przejęciem, choć znają chyba tę historię na pamięć zarówno z książek jak i z filmu, ale nadal odkrywając nowe szczegóły, wspominając nasze dwie wizyty w studiach filmowych Harry’ego Pottera i przerzucając się ciekawostkami na temat całej historii najsławniejszego małego czarodzieja. Ciekawostek jest niezliczona ilość, strony fanów Harry’ego są nadal oblegane przez nowych młodych czytelników, a ja wybrałam za gazetą “The Guardian” kilka z nich.


          J.K. Rowling, której majątek liczy się w miliardach funtów, jak każdy pisarz piszący serie książek, popełniała drobne błędy. Fani, jeśli nie fan-atycy są w stanie wyłapać wszystko i czasem lepiej pamiętają szczegóły z książek niż sam pisarz, który jest zajęty wiązaniem kolejnych wątków opowieści w atrakcyjny dla czytelnika sposób. Podobnie rzecz ma się z wielbicielami książek z serii „Gry o tron”, oni też prześcigają się w łapaniu szczegółów i pisarza za pióro. Rowling nie ustrzegła się więc małych wpadek. Jedną z nich była na przykład kolejność dusz zmarłych, zabitych przez Voldemorta, które po sprzęgnięciu się jego różdżki z różdżką Harry’ego ukazywały się za plecami czarnego maga.  Powinny być w odwrotnej kolejności niż ginęli, a ojciec Harry’ego pojawił się pierwszy zamiast jego mama. Pisarka wyciągnęła wnioski i poprawiła swój błąd w następnym wydaniu książki „Harry Potter i czara ognia” i przeprosiła za swoje niedopatrzenie.

          Okazuje się, że książki dla dzieci mogą mieć polityczne zabarwienie. Z pewnością świetną decyzją Rowling był fakt, że jej bohaterowie rośli razem z czytelnikami jej książek i tak samo dojrzewali do coraz trudniejszych zadań stawianych przed nimi, coraz trudniejszych dylematów moralnych i coraz niebezpieczniejszych przygód. Kiedy po kilku latach dochodzimy do książki numer 4 – Czary Ognia, Hermiona rozpoczyna kampanię na rzecz zniewolonych elfów domowych i ich praw. Rita Skeeter, dziennikarka „Proroka codziennego” uosabia stereotyp dziennikarki tabloidów, wysysających informacje z palca. Ministerstwo Magii ma biurokrację rozbudowaną do rangi Białego Domu. Różnice między czarodziejami z rodzin mugoli a magami czystej krwi czy też czarodziejami pół krwi podkreślane przez tych czystej krwi, którzy czuli się lepsi i ważniejsi ukazują schematy prześladowań rasistowskich i prób ich zwalczania.

           Świat Harry’ego został bardzo poważnie potraktowany przez wielu badaczy i nauczycieli akademickich, podejrzewam, że nie tylko na gruncie brytyjskim. Okazuje się, że powstało wiele prac naukowych, prac magisterskich z literatury, socjologii i psychologii posiłkujących się historią Harry’ego i jego przyjaciół. Mnożyły się analizy psychoanalityczne, socjologiczne czy kulturoznawcze. Z pewnością książki Rowling miały niebywały pozytywny wpływ na wzrost poziomu czytelnictwa między młodymi ludźmi, ale również dorosłymi w Wielkiej Brytanii. Pamiętam, że moi polscy znajomi szkolili sobie na tej przyjemnej dla nich lekturze swój angielki. Z drugiej strony byli i nadal są zaprzysięgli przeciwnicy tej serii, którą uważają za niemoralną i szkodliwą. W Stanach Zjednoczonych książki Rowling były palone na stosach przez fundamentalistów chrześcijańskich, którzy uważali, że książki zachęcają dzieci do praktykowania czarnej magii.


          Warto wiedzieć, że kawiarnie są świetnymi miejscami na pisanie powieści. Dzisiaj wydaje nam się to tym bardziej oczywiste, bo w większości takich miejsc mamy darmowy WIFI. W kawiarniach siedzą studenci i pracownicy biur, nieprzestający pracować  na swoich laptopach zamawiający tylko kolejne kubki kawy. J.K. Rowling nie korzystała jeszcze w 1996 roku z dobrodziejstw WiFi, ale może potem z czasem mogła już z tego skorzystać. Poza tym Rowling twierdzi, że po prostu nie chciała siedzieć w pustym domu, chciała być otoczona ludźmi, pisząc czasem na laptopie lub w zwykłym brulionie. Kawa jednakże była bardzo mile widziana jako doping do pisania. Znane są dwie kawiarnie, w których pisarka pracowała nad pierwszą powieścią najczęściej – obie w Edynburgu. Jedna została przerobiona na restaurację chińską, a druga jest tak okupowana przez turystów, że wszyscy chętni, którzy chcieliby napić się kawy, zaczerpnąć inspiracji i być może napisać tam powieść, nie mogą się przepchnąć przez tłumy turystów odwiedzających to miejsce.

           Może się to wydawać seksistowskie, ale Joanne została poproszona przez wydawców pierwszej książki, aby obrała sobie inicjały zamiast swojego pełnego imienia Joanne. Chodziło o to, by z góry nie definiować, że autorem książki jest kobieta i by zachęcić chłopców do sięgnięcia po nią. Uważali, że może ich zrazić fakt, że skoro została napisana przez kobietę, to jest tylko dla dziewczynek. Joanne przystała na to, a potem i tak przestała być anonimowa i wszyscy wiedzieli, że jest kobietą i jakoś nie zraziło to chłopców do czytania jej książek. Kiedy Rowling zapragnęła sięgnąć po inny gatunek i napisała serię powieści detektywistycznych, zaczynających się książki „The cuckoo is calling” - znowu sięgnęła po męski pseudonim, tym razem Robert Galbraith.

         Szybko okazało się, że nie tylko dzieci szaleją na punkcie przygód Harry’ego. Dorośli też chcieli zaczytywać się w przygodach czarodziejów, ale wstydzili się czytać książki dla dzieci, więc wydawca wypuścił specjalną edycję, która wyglądała poważnie. Pamiętam, że mój mąż przechodził też fazę zawstydzenia, że czyta Harry’ego, ale nie dlatego, że jest to książka dla dzieci, tylko, że tak późno się za nią zabrał. Owijał je w dodatkowe okładki, żeby w metrze go palcami nie wytykali ��

Privet Drive

            Tłumacze książek Rowling mieli nie lada wyzwanie. Od czasu „Czary ognia” wszystkie premiery książek były pilnie strzeżoną tajemnicą, tłumacze musieli przestrzegać wszystkich zasad bezpieczeństwa, by zapobiec wyciekom przed publikacją w Wielkiej Brytanii. Podobne obostrzenia dotyczą praw autorskich. Jeżeli ktokolwiek próbowałby opublikować powieść, opowiadanie lub sztukę teatralną opartą na wątkach Harry’ego, mającą jakikolwiek związek z Hogwartem lub jakąkolwiek postacią z książki, ryzykuje sprawę w sądzie. Jednak Rowling rozumie potrzeby swoich fanów i wie, że pisanie kolejnych opcji dalszych przygód bohaterów jej sagi przysparza jej tylko dalej trwającej popularności. Dała więc swoje błogosławieństwo wszystkim, którzy chcą pisać dalsze losy, opowiadania, pod warunkiem, że nie publikują ich dla zysku i korzystają z jej strony internetowej.

         Wszystkie dzieci w Wielkiej Brytanii, które zbliżają się do swoich 11. urodzin, żartują, że czekają na list z Hogwartu. Moje też tak miały. Zosia czekała, Basia czekała. Bez efektu. Książki o Harrym miały wpływ na szkolnictwo w Wielkiej Brytanii na inny sposób. Nie tylko trafiły one na listy lektur, a dzieci przebierały się najchętniej w kostiumy skojarzone z powieściami na szkolne festyny. Okazuje się, że szkoły z internatami zyskały na popularności. Podobno w latach 90. szkoły te odnotowały zwiększoną ilość podań, bo młodzież pomyślała, że bycie w szkole z internatem daleko od rodziców nie jest takie straszne. Niektóre szkoły musiały zainwestować w nowe budynki szkolne i internaty, by sprostać oczekiwaniom aplikantów. Nazywa się to zjawisko efektem Harry’ego Pottera. Przeciwnicy elitarnych szkół z internatami podkreślają jednak, że większość pisarzy, którzy odnieśli sukces  w ostatnich latach w tym sama J. K. Rowling chodziło do normalnych, państwowych szkół bez internatu.


         Za każdą historią jest zawsze coś więcej, tym bardziej, że świat Harry’ego ma ogromny potencjał do tworzenia historii, podobnie jak inne sagi literackie. Można pisać książki o wątkach pobocznych lub książki używane w głównej historii, jak na przykład historia Quidditcha czy rzeczy o fantastycznych stworach lub bajki barda Beele'a. Rowling nie zostawiła bohaterów samych sobie.  2 lata temu miała miejsce premiera jej sztuki scenicznej “Harry Potter i przeklęte dziecko”, która nadal jest oblegana przez fanów, czekających wiele miesięcy na bilety na to przedstawienie. Nasze dziewczyny się tymczasem nie wybierają. Magia książek nigdy się nie kończy, pewnie przeżyją swój renesans z kolejnym pokoleniem w rodzinie.

Ps. Zdjęcia pochodzą z naszej drugiej wizyty w studiach filmowych pod Londynem, gdzie kręcono filmy o Harrym Potterze.

czwartek, 22 czerwca 2017

         Podobno wczoraj na Wyspie naszej padł rekord najcieplejszego czerwcowego dnia od pamiętnego gorącego lata 1976 roku. Akurat w pierwszy dzień lata temperatury dały znać o sobie rosnąc już od piątku, uderzając w nas falą ciepła w czasie weekendu, by w końcu osiągnąć swoje rekordowy odczyt. W naszej okolicy było bardzo słonecznie i ciepło w czasie weekendu, poniedziałek był jak na miarę Derby prawdziwy upał, ale we wtorek i w środę temperatury trochę zelżały, bo się zachmurzyło. Ciągle jednak było ciepło i wilgotno i wszyscy czekali na zapowiadaną burzę, która oczyści powietrze. Bo przecież pogoda się zepsuła i kataklizm nastał z tym „upałem”.

        Tak to właśnie jest z Anglikami, ale to chyba nie jest wyłącznie ich cecha, że narzekają na upały, ale kiedy mają okropną deszczową pogodę, marzą o cieple i słońcu. Koniec końców jeżdżą na egzotyczne wakacje, żeby wygrzać się w słońcu i nabrać energii na sprostanie wilgotnemu klimatowi swojej ojczyzny. Kiedy słucham tych marudzeń i narzekań, jak jest gorąco, to przypominają mi się te same marudzenia i narzekania z zimy, kiedy zaledwie kilka centymetrów śniegu przyprawiało Anglików o palpitacje serca i stan wyjątkowy na drogach. Teraz jesteśmy po drugiej stronie amplitudy temperatury. 30 stopni Celsjusza, czyli 86 stopni w skali Fahrenheita i ludzie nie wiedzą, jak mają sobie poradzić. Klimatyzacje we wszystkich biurach nastawione na maksimum, po powrocie do domu nie znajdują ulgi, bo domy nagrzane, w nocy duszno, ciężko się śpi. Dzisiaj w radio słyszałam, że ludzie śpią z termoforami pełnymi lodu, a pod poduszkę kładą sobie mrożonki z zamrażalnika. A potem mają sny w groszki lub fasolkę szparagową.

          Zastanawiam się, jak sobie radzą z podobnymi lub dużo wyższymi temperaturami, kiedy jeżdżą na te egzotyczne wakacje. Zamiast cieszyć się tym, że mają piękną pogodę bez wyjeżdżania ze swojego kraju, marudzą i nie doceniają. Kiedy przyjdą znowu deszczowe dni, będą wspominać z rozrzewnieniem, jak to było ciepło, ale już uciekło. Jakiś temat do narzekań być musi. A że pogoda to najczęstszy temat small talk między Anglikami, to zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony z obecnie panującej aury.

          Jedyne, na co ja mogę narzekać, to moja alergia na pyłki – hay fever, która dała znać o sobie. Po przeprowadzce do Wielkiej Brytanii zorientowałam się, że tutejszy wilgotniejszy jednak nieco od polskiego klimat sprzyja mi i łatwiej mi się wiosną i latem oddycha. Spotkałam się z wieloma osobami, których alergia uległa uśpieniu po przeprowadzce na Wyspę naszą Wielką, ale są też tacy, których to właśnie tutejsze gatunki traw czy kwiatów uczulają bardziej, a w Polsce czy na Słowacji nie mieli żadnych objawów alergii. Wilgotne powietrze Brytanii nie sprzyja też osobom uczulonym na pleśń i grzyb, których niestety w wielu domach angielskich nie brakuje, kiedy ludzie są zmuszeni oszczędzać na ogrzewaniu.

       Ja zazwyczaj jestem w stanie przetrwać wiosnę i lato w Anglii bez leków antyhistaminowych, co w Polsce byłoby nie do przyjęcia. Przed wyprowadzką z Polski miałam początki astmy, na porządku dziennym były inhalatory, krople do oczu, krople do nosa. Każdego roku odkrywałam nowe rzeczy – alergeny, na które jestem uczulona. W środkowej Wielkiej Brytanii klimat jest w dużej mierze zbliżony do polskiego, w końcu Derby znajduje się na tej samej mniej więcej szerokości geograficznej co Toruń, ale jednak w odległości 150 kilometrów na wschód i na zachód mamy morze i powietrze jest wilgotniejsze. Powodem mogą też być inne gatunki traw, zbóż, krzewów czy drzew i ich nieco inny zestaw powoduje, że moja alergia nie męczy mnie aż tak.

          Wystarczyło jednak kilka słonecznych, gorących dni, żeby powietrze się osuszyło, a poziom pyłków wzrósł znacznie i alergia przypomniała mi o sobie. Załzawione oczy, kichanie jak z armaty, zatkany nos z lejącym się z niego katarem siennym zmusiły mnie do brania leków. W poniedziałek jednak nasycenie było zbyt duże i niezbyt dobrze się czułam. Do tego koleżanki w biurze nastawiły klimatyzacje na 18 stopni co powodowało, że między temperaturą na zewnątrz i wewnątrz budynku różnica wynosiła 15 stopni. Dla mojej głowy i zatok to widocznie było za dużo. Rozbolały mnie zatoki i chodziłam jak zombie. Wyszłam wcześniej z biura i na mentalnym autopilocie dojechałam do domu. Klimatyzacja to jednak straszna jest czasami. W naszym budynku nie da się przetrwać słonecznego dnia bez włączenia jej chociaż na chwilę, ponieważ ktoś zaprojektował ten budynek jak szklarnie. W swoim twórczym szale projektant myślał o tym, jak ten budynek będzie dizajnersko wyglądał z częścią dachu ze szkła, ale nie przewidział, jaki to będzie miało wpływ na ludzi w nim pracujących. Za karę powinien spędzić z nami rok by w zimie marznąć, a latem czuć się jak roślina tropikalna.

          Wydaje mi się, że tak jak Brytyjczycy zapomnieli jak radzić sobie z zimą, bo już od dawna nie mieli prawdziwej zimy, tak samo nie potrafią sobie radzić z upałami. Przyzwyczaili się do pogody constans przez cały rok wiosenno-jesienne temperatury, deszcz i nie trzeba się martwić ani ciepłym ubiorem na zimę, ani letnim dającym ulgę w upałach. Oczywiście można zainstalować sobie klimatyzację w domu, ale pytanie czy warto. Czasami wystarczy mieć jakiś wiatraczek, żeby chociaż trochę ruszyć powietrze, jeśli jest duszno. Wychodząc z domu warto pozasłaniać okna, by dom się nie nagrzewał. Starsze pokolenie radzi zaopatrzyć się w wachlarze i ubieranie się w przewiewne stroje. Na Facebooku roi się od filmików ludzi, którzy naśmiewają się z tych narzekających i doradzają, jak oni sobie radzą. BBC News wyprodukowało nawet spot z udziałem osób pochodzących z krajów tropikalnych, by doradzili, jak sobie radzić z upałami. Wydawałoby się, że to jest oczywiste, tak na zdrowy rozsądek, ale okazuje się, że trzeba ludziom przypominać o nakryciach głowy, o luźnym ubiorze, najlepiej w jasnych kolorach, piciu wody, na przykład z dodatkiem soku z cytryny, zimnych okładach.

          Inni z kolei narzekają, że społeczeństwo się za bardzo roznegliżowuje i mamy obywateli paradujących po ulicach prawie nago. Mężczyźni zdejmują koszulki i wkładają je sobie za pasek u spodni, jak nie przymierzając ręcznik, kobiety noszą sukienki, które ledwo co zakrywają. Jak stwierdziła jedna pani:  noś ubiór, który nadaje się do Twojego ciała takim, jakie jest, a nie ubiór do ciała, jakie chciałabyś mieć. Pojawiają się też protesty mężczyzn, którzy chcieliby ubrać się do pracy w krótsze spodnie i móc się nieco ochłodzić. Dzisiaj w mediach pojawiły się informacje o mężczyźnie, który przyszedł do pracy w smart shorts czyli nieco skróconych spodniach garniturowych, ale jego menadżer odesłał go do domu, by się przebrał. Ten zdenerwowany sytuacją i upałem w biurze postanowił przywdziać sukienkę swojej dziewczyny, którą ona nosi do pracy i mimo, że jest dość krótka, jest akceptowana. Menadżer nie znalazł w dress code policy punktu, który zabraniałby mężczyźnie przyjść do pracy w sukience i tak pracownik ów stworzył precedens. Firma zgodziła się na krótsze spodnie w pracy, szczególnie, że jako pracownik call centre mężczyzna nie miał bezpośredniego kontaktu z klientami firmy. Niektórzy argumentują zakaz noszenia szortów tym, że nie chcą oglądać w pracy owłosionych nóg kolegów, ale bądźmy szczerzy, koleżanki też nie zawsze są wydepilowane.

         

          Drugi protest zasłynął w mediach za sprawą chłopców ze szkoły w hrabstwie Devon, którym również nie pozwolono nosić krótkich spodenek do szkoły. Zamiast tego pożyczyli do swoich koleżanek i sióstr spódniczki i wzorem szkockich pobratymców przyszli dzisiaj w spódniczkach do szkoły. Muszę tutaj oddać sprawiedliwość szkole mojej córki, że pozwoliła dzieciom od początku tygodnia chodzić do szkoły w szortach – w stroju na WF czyli Physical Education i uczniowie mają do wyboru, czy przyjść w normalnym uniformie, czy w stroju sportowym. Chociaż trochę im dzięki temu chłodniej. Zosia też mogła skorzystać z tej opcji, ale jej w spódnicy było już wystarczająco wygodnie.

          Tymczasem nasza lokalna stacja radiowa BBC Radio Derby przypomina lato 1976 i sztandarowe przeboje z tego upalnego czerwca. Co było wtedy na topie? Abba “Dancing Queen”, Elton John “Don’t go breaking my heart”. Ja miałam wtedy niecały roczek i nie wiem, czy w Polsce było wówczas upalnie, ale zawsze lubiłam ciepłe lato, bo oznaczało to kąpiele i pływanie w jeziorze lub rzece, dojrzałe, słodkie truskawki, czereśnie, pełne karotenu marchewki. Gorące lato dzieciom nie przeszkadza, bo nie mają obowiązków, nie muszą chodzić do pracy i wciśnięte w swoje formalne ubiory stawiać czoła wysokim temperaturom. Póki co cieszymy się ciepłem, ale na horyzoncie zbierają się dziś chmury, więc obiecywana od dwóch dni burza może wreszcie nadejść. Rośliny w naszym ogrodzie na pewno ucieszą się z deszczu, potem poprosimy słoneczko z powrotem. Nie mamy nic przeciwko niemu.

czwartek, 08 czerwca 2017
          Kiedy przeprowadzaliśmy się do Wielkiej Brytanii, do Derby, był koniec października. Dziewczynki zaczęły chodzić do szkoły 3 listopada. Jedną z pierwszych uroczystości, jakie odbywały się w szkole, w których brały udział, był Remembrance Day -  11 listopada. Data jest nam wszystkim znana, dla Polaków ma dodatkowy wydźwięk, bo jest związana z odzyskaniem przez Polskę niepodległości po rozbiorach. Dla Brytyjczyków jest to rocznica końca Wielkiej Wojny, jak zwykło się ją tutaj nazywać – Great War. Wojny, która tak naprawdę zaczęła dwudzieste stulecie, wojny, która pokazała, do czego doprowadziła polityka imperiów, która przewartościowała społeczeństwo brytyjskie, zatarła w pewnej mierze ogromne różnice klasowe. Na wojnę poszli oficerowie, wywodzący się z arystokracji, pracownicy ich posiadłości, mężczyźni z okolicznych wiosek, robotnicy z miast i miasteczek. Walczyli  ramię w ramię, ginęli obok siebie, śmierć nie oszczędzała i nie wybierała.
 
             Po wojnie na placach miast, przy kościołach i katedrach, w wioskach stanęły obeliski, pomniki lub powieszono pamiątkowe tablice z nazwiskami chłopców, młodzieńców i mężczyzn, którzy polegli w obronie ojczyzny. Od tamtego czasu 11 listopada obchodzono się jako dzień pamięci o poległych w Wielkiej Wojnie. Po 27 latach niestety na tablicach trzeba było dopisać nazwiska żołnierzy poległych w II Wojnie Światowej. Teraz 11 listopada jest dniem upamiętniającym żołnierzy poległych we wszystkich konfliktach zbrojnych. Przy pomnikach i obeliskach, na ich mogiłach składa się wieńce z maków. Czasami świeżych, czasami sztucznych, ale maków, które symbolizują krew przelaną w obronie ojczyzny. Znamy ten symbol, znamy czerwone maki spod Monte Casino. Symbol czerwonych maków był obecny w kulturze europejskiej od dawna, jako symbol snu, czerwieni krwi, ale po bitwach we Flandrii I walkach w okopach, gdzie rosło dużo czerwonych maków, przybrał on jeszcze to dodatkowe znaczenia. W Polsce  maki nie są tak popularne, ale w Wielkiej Brytanii pojawiają się wszędzie, ludzie noszą je wpięte jako broszki, metalowe, plastikowe, papierowe, robione z włóczki, przyczepiają do samochodów, żeby pokazać, że pamiętają, szanują, doceniają i nie chcą więcej wojen i ich ofiar.

           Dlaczego piszę o 11 listopada, dniu pamięci i rocznicy końca I Wojny Światowej, w czerwcu? Bynajmniej nie dlatego, że pogoda za oknem przypomina te typowo listopadową, chmurną, wietrzną i deszczową. Piszę o tym dlatego, że do Derby jako kolejnego z 19 planowanych, 10. miejsca w Wielkiej Brytanii przybyła instalacja artystyczna – czerwonych ceramicznych maków, które tworzyły słynną instalację artystyczną w 100. rocznicę wybuchu I Wojny Światowej przy twierdzy Tower w Londynie. Instalacja dwóch artystów Paula Cumminsa i Toma Pipera nazwana Blood Swept Lands and Seas of Red została zainspirowana wierszem żołnierza, nieznanego z imienia, który zginął w okopach we Flandrii, zaczynającego się od tych właśnie słów. Instalacja w Londynie trwała od lipca do listopada 2014 roku. Składała się z 888.246 ceramicznych czerwonych maków, z których każdy reprezentował żołnierza poległego na wojnie, który wywodził się ze Zjednoczonego Królestwa lub jego kolonii.

           Twórcą instalacji jest lokalny artysta ceramik pochodzący z Chesterfield, Paul Cummins, który z pomocą projektanta, Toma Pipera stworzył morze czerwonych maków, każdy wykonany ręcznie metodą wyrabiania gliny i tworzenia ceramiki z czasów I Wojny Światowej. Maki były produkowane w warsztacie Paula Cumminsa w Pride Parku w Derby, część z nich była również produkowana w Stoke-on-Trent, które znane jest z przemysłu ceramicznego. Morze kwiatów zostało zaaranżowane przy twierdzy Tower w taki sposób, by wyglądało jak ogromna kałuża krwi wypływającej z jednego z okien twierdzy – płaczącego, szlochającego okna "Weeping Window".

           Pierwszy mak został “posadzony” 17 lipca 2014 roku. W przygotowaniu całej instalacji i „posadzeniu” ponad 800 tysięcy maków brało udział 17 tysięcy wolontariuszy. Instalacja  została odsłonięta 5 sierpnia w rocznicę przystąpienia Zjednoczonego Królestwa do wojny w 1914 roku. Całość była gotowa na 11 listopada 2014 na Remembrance Day.  Po 11 listopada kwiaty zostały sukcesywnie usuwane z ekspozycji i wysyłane osobom, które je zamówiły i kupiły za cenę £25. Dochód z tego przedsięwzięcia szacowany jest na £15 mil0ionów funtów i został przekazany na rzecz sześciu fundacji, które pomagają weteranom i ofiarom konfliktów zbrojnych. Jeden z maków znajduje się chociażby w szkole Derby Moor, w której jestem na swoim dyżurze w każdy czwartek.
 
           Część ekspozycji, która wylewała się z okna i była oparta na stalowej konstrukcji, została rozebrana i ogłoszono, że będzie ona wędrować po Wielkiej Brytanii przez kolejne 4 lata aż do 2018 roku, kiedy zostanie przekazana do muzeum w Londynie i Manchesterze - Imperial War Museums. Wszyscy ci, którzy nie mogli zobaczyć jej w Londynie, będą mogli też podziwiać ją i zadumać się nad nią w swoich miastach. W kwietniu 2016 roku maki dotarły na Orkady, do Kirkwall i były zainstalowane przy wieży katedry Św. Magnusa. Upamiętniały one 100. rocznice bitwy o Jutlandię, największego morskiego przedsięwzięcia, w które była zaangażowana Wielka Brytania w czasie I wojny światowej. I chociaż nie udało nam się zobaczyć maków w czasie ekspozycji w Londynie to mieliśmy to szczęście, że akurat wtedy byliśmy na naszej wyprawie na Orkady i zobaczyliśmy je z bliska.

 
           Teraz przyszedł czas na Derby. Maki przyjechały do nas. Przez kilka ostatnich dni były montowane przy oknie i wieży Silk Mill, zabytkowego budynku w centrum miasta nad rzeką Derwent, który jest muzeum techniki i przemysłu. Silk Mill był pierwszą na świecie manufakturą, stąd wzięła swoje początki rewolucja przemysłowa. Zamontowanie maków w tym miejscu, nie przy katedrze, nie przy pomniku upamiętniającym ofiary wojny na głównym placu miasta ma również swój wydźwięk. Pokazuje, że ofiary wojny pochodziły również z takich miejsc. Robotnicy, pracownicy warsztatów, manufaktur, fabryk, którzy ciężko pracowali, utrzymywali swoje rodziny , ale również swoją pracą rozwijali przemysł i handel w swoim kraju. Poszli walczyć na wojnę i wielu z nich zginęło. Kiedy jechałam dzisiaj do pracy, kątem oka widziałam już maki na wieży Silk Mill, która mignęła mi między budynkami w centrum. Dzisiaj jest tylko pokaz dla prasy, ale mam nadzieję, że w czasie weekendu wybierzemy się, żeby ją dokładnie obejrzeć, podziwiać, porozmyślać. Instalacja będzie w Derby od 9 czerwca do 23 lipca. Maki w Derby są u siebie w domu, mam więc nadzieję, że wzbudzą zainteresowanie.
Silk Mill Derby poppies
            W całej historii płaczącego makami okna jest również polski akcent. W produkcji maków brała udział polska artystka ceramik, Joanna Dawidowska.
Joanna Dawidowska
 
środa, 31 maja 2017

            Podobno w Polsce na matury nie zakwitły kasztany. Taki psikus aury - zimnego początku maja i biedne kasztany się nie wyrobiły. Trudno im się dziwić w tym zmasowanym ataku mrozu, śniegu, gradu i szronu. U nas wszystko zakwitło, ale bądźmy szczerzy, kasztany w Wielkiej Brytanii mają przewagę nad polskimi nie tylko z racji cieplejszego klimatu, ale również dat egzaminów. I teraz trzeba się zdecydować, czy bierzemy pod uwagę małą czy dużą maturę. Tak naprawdę to są moje robocze nazwy, ponieważ system edukacyjny Wielkiej Brytanii jest skonstruowany nieco inaczej niż polski, przynajmniej w kształcie, jaki znaliśmy dotychczas. Uczniowie do ukończenia 11. roku życia uczęszczają do szkoły podstawowej, a kiedy kończą klasę 6., przechodzą do szkoły secondary – czyli odpowiednika polskiego gimnazjum. Tam kontynuują naukę przez następne 5 lat aż do klasy 11. Wtedy właśnie przychodzi czas na małą maturę czyli egzaminy GCSE  z większości przedmiotów, których uczniowie uczyli się przez te 5 lat. Jest pula przedmiotów obowiązkowych, które muszą zdać wszyscy oraz 3 przedmioty, jakie wybrali sobie dodatkowo. Tak się akurat składa, że w tym roku przyszła kolej na naszą Basię, która już drugi tydzień pisze po kolei egzaminy z przedmiotów obowiązkowych i dodatkowych. A że niektóre przedmioty są rozbite na dwie lub trzy części to w sumie ma tych egzaminów 16.

          Egzaminy GCSE (General Certificate of Secondary Education) w Wielkiej Brytanii to jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu roku szkolnego. Podsumowują one edukację ucznia na poziomie secondary i zaświadczają o kwalifikacjach zawodowych 16-letniego młodego człowieka. Jeszcze do niedawna po egzaminach GCSE kończyło się obowiązkowy etap edukacji  i można było starać się o pracę. Niestety, wśród młodych ludzi panowało tak wysokie bezrobocie, że kilka lat temu rząd podjął decyzję, że edukacja będzie obowiązkowa do 18. roku życia. W praktyce oznacza to, że większość młodych ludzi albo kontynuuje naukę robiąc dużą maturę, jeśli chcą iść na uniwersytet lub robią kursy na college’u, które również otwierają szansę na studia. Można też zacząć pracować, ale tylko pod warunkiem, że łączy się to jednocześnie z kursami lub szkoleniami.

          Nic więc dziwnego, że GCSE jest kamieniem milowym w życiu młodego człowieka. Jest to bardzo duże obciążenie dla uczniów – muszą zdać egzamin z angielskiego, matematyki, science na poziomie podstawowym lub rozszerzonym, a do tego jeszcze przedmioty dodatkowe. Basia wybrała sobie geografię, historię i dramę. Trudno jej się było zdecydować, bo z większości przedmiotów ma świetne wyniki. Zastanawiała się też nad muzyką i sztuką, ale w końcu ku rozczarowaniu nauczycieli tych przedmiotów, wybrała dramę. W tej sytuacji nauka do dużej matury i zdawanie tylko 3 przedmiotów już wydaje się dużo łatwiejsze. Muszę przyznać, że kiedy obserwuję Basię od wielu miesięcy, jaki ma system nauki, przygotowywania się do egzaminów, to jestem pełna podziwu i dumy. Zawsze była bardzo konsekwentna, zorganizowana i przygotowywała się rzetelnie do egzaminów na koniec każdego roku ze wszystkich przedmiotów. Jej systematyczność teraz procentuje, ponieważ musi sobie tylko przypomnieć to, czego uczyła się wcześniej. W przypadku wielu młodych ludzi powtórki do egzaminów to nie są powtórki tylko nauka tego materiału zupełnie od nowa.

            Mam porównanie między Basią, a moimi uczniami w szkołach, w których pracuję i widzę często młodych ludzi, którzy zupełnie lekceważą sobie egzaminy lub nie zdają sobie sprawy, jak mogą one zaważyć na ich przyszłości. Być może wychodzą z założenia, że system edukacji w UK zawsze daje Ci możliwość powrotu, nadrobienia lub poprawienia tego, czemu nie podołałeś w szkole. Możesz już jako dorosła osoba wrócić na college, zdać egzaminy, ale już nigdy nauka nie będzie taka łatwa, przyjemna i darmowa jak w szkole. Sama się przekonałam, jak to jest studiować, kiedy jest się wolnym ptakiem, bez zobowiązań, kiedy możesz skupić się tylko na nauce, a jak to jest uczyć się do egzaminów, kiedy masz już rodzinę, pisać wieczorami eseje i prace zaliczeniowe. To są zupełnie dwa różne światy.

            Problemem jest też podejście nauczycieli. Od lat obserwuję metody nauczania niektórych przedmiotów w czasie lekcji, na których pomagam moim podopiecznym i czasami łapię się za głowę. Niejednokrotnie musiałam poprawiać nauczyciela, uściślać rzeczy, które podają dzieciom. Niektórzy myślą, że jestem wykwalifikowaną nauczycielką chemii, biologii, historii, kiedy widzą, jak pracuję z moimi uczniami. A to tylko moja wiedza z liceum. Rola nauczyciela w niektórych szkołach średnich w Derby sprowadza się do powielania z roku na rok prezentacji w PowerPoint. Potem uczniowie też stosują metodę copy-paste, przepisywania z podręczników. Bywam na lekcjach chemii, biologii czy geografii, gdzie z ust nauczyciela nie pada ani jedna merytoryczna uwaga, wyjaśnienie. Kiedy przychodzi do egzaminów, skupiają się jedynie na technice wypełniania testów, a nie wiedzy, która w tych testach ma być użyta.

             Basia zdaje dzisiaj kolejny egzamin z matematyki, myślę o niej i wspieram ją pozytywną energią. Myślę też o moich uczniach, których poznałam w ramach przygotowań do egzaminu GCSE z polskiego. To taka mała egzotyka w UK. Zapomniałam przecież wspomnieć, że uczniowie zdają również egzamin z języka obcego. Mogą wybrać hiszpański, francuski, niemiecki, w niektórych szkołach uczy się urdu, punjabi lub włoskiego. Ciekawe jest to, że język polski został wraz z językiem rosyjskim zarejestrowany jako język obcy, z którego uczniowie mogą zdawać egzamin GCSE w Wielkiej Brytanii. Daje to dodatkową możliwość dzieciom, które mówią w domu po polsku, by wykorzystały swoje umiejętności i zdały egzamin z tego języka i powiększyły w ten sposób swoją pulę punktową przy ubieganiu się o miejsce w sixth form – dużej maturze lub na college’u.

           Egzamin GCSE z polskiego jak z większości języków obcych składa się z czterech części – słuchania ze zrozumieniem, czytania ze zrozumieniem, mówienia oraz pisania. Basia zdała ten egzamin dwa lata temu, żeby już mieć go z głowy, kiedy przyjdzie pora na egzaminy z innych przedmiotów. Dla niej było to dość łatwe, czyta i pisze po polsku bez najmniejszych problemów, może czasem zabraknie jej właściwego słowa. Podejrzewam jednak, że Zosia już nie da rady podejść do tego egzaminu, nigdy nie uczęszczała do polskiej szkoły, nawet nie zdążyła być w przedszkolu.  Mimo starań mamy polonistki pisanie po polsku sprawia jej trudność, bo w pewnym momencie musieliśmy się skupić bardziej na angielskim. Ze słuchaniem i mówieniem być może dałaby sobie radę, ale czytanie i pisanie byłyby już dla niej zbyt trudne.

           Wiele polskich uczniów zdecydowało się w tym roku zdawać ten egzamin i wtedy szkoły zwróciły się do mnie o pomoc w przygotowaniu ich do tego egzaminu. Trzeba przyznać, że to była bardzo interesująca przygoda spotkać młodych ludzi w wieku mojej córki rozsianych po szkołach średnich w Derby, poznać ich zainteresowania, zapatrywania, sposób myślenia, gusty muzyczne, ich historie, jak długo mieszkają w Anglii, jakie są ich plany na przyszłość. Nie jestem egzaminatorem, wszystko ocenia komisja w Londynie, ale przeprowadzam egzamin z mówienia, do którego uczeń potrzebuje interlokutora – partnera do rozmowy w języku, który zdaje, żeby zaliczyć tę część egzaminu. Niektóre szkoły podeszły poważnie i odpowiedzialnie do tego tematu i zwróciły się do mnie o pomoc już w styczniu, żeby uczniowie mieli wystarczająco dużo czasu na przygotowanie. Inne szkoły jednak obudziły się z letargu na kilka tygodni przed datą dostarczenia nagrania egzaminu do komisji w Londynie i wtedy zaczął się wyścig z czasem. Jak przygotować uczniów w ciągu 3 lekcji do tego, nad czym z innymi grupami pracowałam 3 miesiące. Koniec końców przetestowałam 15 uczniów i teraz trzymam kciuki za ich pisemne egzaminy z polskiego i innych przedmiotów, które zdają.

           Maj się dzisiaj kończy, kasztany przekwitają. Dzisiaj w Derby jest najcieplejszy jak dotychczas dzień w roku. Niebo niebieskie, bezchmurne, powodzenia maturzyści!


czwartek, 23 czerwca 2016

           Jak każdego czwartku jechałam dzisiaj do jednej ze szkół średnich, którą wspieram w ramach swoich obowiązków w pracy. Wydawałoby się czwartek, jak każdy inny, mały korek przy włączaniu się na trasę szybkiego ruchu, potem na rondzie w centrum, ale generalnie dojechałam do pracy bez większych problemów. Czwartek jak czwartek, ale nie dziś. Na trasie szybkiego ruchu na każdym moście transparenty  „Vote leave”, przy rondzie na światłach mężczyźni z tablicami z takim samym hasłem. To nie jest zwykły czwartek, dzisiaj odbywa się najważniejsze referendum ostatnich dziesięcioleci, które ma zadecydować, czy Zjednoczone Królestwo zostanie w Unii Europejskiej, czy ją opuści. Brytyjczycy decydują dziś o przyszłości swoich dzieci, wnuków i prawnuków.

            Nauczycielka wiedzy o społeczeństwie w tym gimnazjum, w którym byłam dziś, postanowiła użyć tematu Brexitu do ćwiczenia dyskursu i debaty. Podzieliła więc klasę na dwie części i bez względu na osobiste poglądy 13-letnich uczniów dała im dwie opcje – kampanię na rzecz pozostania w Unii i kampanię na rzecz odłączenia się Zjednoczonego Królestwa od Unii Europejskiej. Dostarczyła im materiały, pokazała wiadomości, ale okazało się, że ci młodzi ludzie nie są w ogóle zainteresowani tym, co się dzieje wokół nich, od czego zależy przyszłość ich ojczyzny i tego, w jakich okolicznościach i warunkach przyjdzie im kiedyś żyć. Nie wiedzieli, które partie polityczne popierają wyjście z Unii, jakie ważne osobistości życia publicznego opowiadają się za pozostaniem w europejskiej wspólnocie, a które wręcz przeciwnie. Jeśli większość z nich zapytać o fakty z życia ich ulubionych celebrytów i piłkarzy, wiedzą wszystko na wyrywki, ale sprawy polityki są im zupełnie obce.

             Przygotowywanie się do debaty też niestety szło im jak po grudzie. W sytuacji kiedy na większości lekcji doskonalą umiejętność copy-paste, kreatywne podejście do dyskusji, research i znalezienie odpowiednich argumentów było dla nich prawdziwym wyzwaniem. Większość argumentów opierała się na stereotypach, plotkach, niepotwierdzonych informacjach. Niektórzy znaleźli się we właściwej grupie, zgodnej z ich osobistymi poglądami lub poglądami, które są lansowane w ich domach. Padły zarzuty pod adresem braku kontroli napływu imigrantów, wykorzystywania przez imigrantów z innych krajów Unii systemu zasiłków społecznych. Odezwał się stereotyp imigranta, który przyjeżdża po zasiłki, a nie do pracy i tylko żeruje na brytyjskim państwie, a tym samym na kieszeniach podatników. Pytanie tylko, ilu Anglików robi dokładnie to samo? Na wyobraźnię tych młodych ludzi na pewno działają wielkie liczby jak chociażby to, że Wielka Brytania płaci tygodniowo 350 milionów funtów składki do budżetu unijnego. Oznacza to 50 milionów dziennie. Jednak informacje o wielkości subsydiów, z którymi te pieniądze wracają chociażby do brytyjskich farmerów, już pominęli w swoich poszukiwaniach czy argumentach. Jedni obawiali się utrudnień w  podróżowaniu i studiowaniu poza granicami UK, kiedy opuści ono Unię, inni zastanawiali się nad opieką zdrowotną, ale większość z nich powielała opinie swoich opiekunów i rodziców zasłyszane w domu, jeżeli w ogóle u nich w domu rozmawia się na te tematy.

             Zastanawiająca była postawa dziewcząt pochodzenia hinduskiego i pakistańskiego. Były jak najbardziej za opcją wyjścia z Unii i popierały swoją opinię argumentem, że imigranci przyjeżdżają do Anglii tylko po zasiłki, ale nie do pracy, nie uczą się języka angielskiego, oczekują specjalnego traktowania. Nauczycielka przypomniała im wówczas, że społeczność hinduska w Wielkiej Brytanii, czy przybysze z Pakistanu przechodzili przed 20-30 laty przez dokładnie ten sam proces, co obecni imigranci z krajów Europy Środkowej czy Wschodniej. Przyjeżdżali do Wielkiej Brytanii z nadzieją na pracę, możliwość dostępu do lepszej edukacji dla swoich dzieci, nadzieją na lepszą przyszłość dla swoich rodzin. Część z nich nawet po tych 20-30 latach nadal tkwi zamknięta w swoich małych społecznościach, nie zamierza się asymilować. Starsze pokolenie już nie zdążyło nauczyć się angielskiego, zdarzają się rodziny, gdzie od 3 pokoleń wszyscy żyją z zasiłków i nie zawracają sobie głowy pracą. Zważywszy na to, że mają za sobą takie doświadczenia, ich uprzedzenia i niechęć do nowo napływających do Wielkiej Brytanii przybyszy ze Słowacji, Rumunii czy Polski bywa czasami zadziwiająca.

              Sam nauczycielka prowadząca tę młodzieżową debatę o Brexicie, była zaniepokojona tym, jakie negatywne postawy i jakie podziały wśród brytyjskiego społeczeństwa utworzyło referendum i głosowanie. Przyznała, że w jej własnej rodzinie część starszego pokolenia jest za wyjściem z Unii, odzyskaniem niezależności, jeśli nie niepodległości nawet. Ona sama jest przerażona tym, co może się stać, jeśli Wielka Brytania opuści Unię i boi się, w jakim świecie przyjdzie żyć jej 4-letniej córeczce. Boi się izolacji, nacjonalizmu, braku tolerancji. Niestety, w coraz większej ilości krajów w Europie takie postawy dochodzą do głosu. Sama wspominała swoje podróże po Europie, kiedy czuła się wolna, przekraczając niepostrzeżenie granice kolejnych krajów i była zachwycona Chorwacją, Słowacją, Czechami. Boi się kroku w nieznane, nie wie, jakie przepisy wejdą w życie po opuszczeniu Unii i co czeka ją i jej dziecko w tej sytuacji.

              Warsztaty z uczniami się skończyły, a ja pojechałam do biura. Po drodze wpadłam na chwilę do sklepu zrobić zakupy w czasie swojej przerwy na lunch. A że sklep znajduje się praktycznie w centrum dzielnicy międzynarodowej, gdzie mieszka większość rodzin, którym pomagamy, nie sposób jest się nie natknąć na kogoś znajomego. W drzwiach marketu Lidl spotkałam pana Krisztę, Słowaka, którego córeczce pomagałam w szkole kilka lat temu. Minęliśmy się z pozdrowieniem 'dobry den' na ustach, ale pan Kriszta odwrócił się i zapytał – Pani Ewo, a co Pani myśli? Za tydzień będą nas stąd wyrzucać? Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Nie wiem, jakie będą wyniki głosowania, nie mam przeczucia, nie umiem wróżyć z fusów. Sondaże w ostatnim tygodniu ciągle wahały się z jednej opcji na drugą, nie dając żadnej z nich znaczącej przewagi. Szkocja chciałaby zostać, ale co z Walią, Anglią, i Północną Irlandią? Większość Anglików w naszej okolicy żyje w złudnym przekonaniu, że dzień po głosowaniu, jeśli większość opowie się za wyjściem z Unii Europejskiej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną ich wszystkie problemy, które ich zdaniem członkostwo w Unii wnosi w ich życie. Co więcej, wydaje im się, że pozbędą się wszystkich zobowiązań, ale będą nadal cieszyć się wszystkimi przywilejami.

              Powiedziałam panu Kriszcie, co powtarzam każdemu zaniepokojonemu pytającemu mnie o zdanie. Nie panikujmy, zobaczymy jutro rano, jakie będą wyniki i jakie kroki prawne podejmie rząd Zjednoczonego Królestwa. Jak długo będzie trwał okres przejściowy i co będzie wymagane od rezydentów – obywateli krajów Unii Europejskiej, mieszkających na stale w Wielkiej Brytanii. Może będziemy musieli wyrabiać sobie wizy, może trzeba będzie przyjąć obywatelstwo. Nie widzę powodu, dla którego ludzie, którzy od lat uczciwie tutaj pracują, posyłają swoje dzieci do szkoły, płacą podatki, mówią dość dobrze po angielsku, nie wchodzą w konflikt z prawem i swoją pracą i płaceniem kredytów hipotecznych za swoje domy napędzają brytyjską gospodarkę mieli się czegokolwiek obawiać. Ale to ja tak myślę. A co zrobią brytyjskie władze? Jeśli po przegranym referendum David Cameron ustąpi ze stanowiska premiera rządu i do władzy dojdą nacjonaliści, brytyjskie podejście do imigrantów może ulec kategorycznej zmianie i skończy się polityczna poprawność. Już teraz temat referendum dzieli ludzi na będących za i przeciw, więc w niektórych miejscach, na przykład u mojego męża w pracy po jednej burzliwej dyskusji, gdzie ku zaskoczeniu kilku osób okazało się, że ci, po których najmniej by się tego spodziewano, są za wyjściem z Unii, zaprzestano rozmów na ten temat – tabu.

            Jutro będziemy wiedzieli, jakiego wyboru dokonali Anglicy, jakiego Szkoci, Walijczycy czy Irlandczycy z Irlandii Północnej. Kiedy jechaliśmy na urlop do Szkocji, przekonaliśmy się, że zamiast dominujących przy angielskich drogach tabliczek ‘vote leave’, jest więcej tabliczek ‘vote stay’. Kto wie, czy to referendum nie rozsadzi Zjednoczonego Królestwa od środka, kiedy okaże się, że niektóre kraje chcą zostać w Unii, a inne nie. Kto wie, z jakim nastawieniem Anglików przyjdzie nam się zetknąć w najbliższych latach i jakie prawne konsekwencje pociągną za sobą obie opcje. Może będzie podobnie jak ze szkockim referendum w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa – wszyscy panikowali, że większość uzyska opcja odłączenia, a jednak Szkoci zagłosowali za pozostaniem w UK. Trudno przewidzieć, jakie nastroje zwyciężą dziś. Niestety, w większości postawy osób głosujących są oparte właśnie na nastrojach, na populistycznych argumentach spierających się polityków, na stereotypach, bez rzetelnych informacji. A młodzi ludzie, ludzie, którzy jeszcze nie mają prawa wyborczego, narzekają, że cokolwiek się wydarzy, to oni wypiją piwo, którego dzisiaj nawarzą ich rodzice i dziadkowie. Cheers!

poniedziałek, 10 lutego 2014

          W Anglii wszyscy boją się śniegu. Generalnie nie mają nic przeciwko temu, żeby przyprószyło świat na biało i zmieniło szarobury krajobraz, ale w najlepiej w czasie świąt lub ferii, kiedy nie trzeba iść do pracy. Wystarcza 2 cm śniegu i kraj jest sparaliżowany, bo wszyscy zapomnieli, jak się jeździ samochodem po śniegu i niestety w większości nie mają zimowych opon. Ja mam zimowe opony, ja lubię śnieg i mróz, wszystko jest lepsze niż ta nieustająca od 2 miesięcy plucha za oknem. Na palcach jednej ręki mogę policzyć słoneczne dni, kiedy nie spadł deszcz. Czasami słońce przebije się przez chmury i pokoloruje świat malowniczo, ale zazwyczaj towarzyszą temu inne ekstremalne zjawiska pogodowe, jak chociażby tydzień temu deszcz z gradem. Promienie zachodzącego słońca przebijające się przez tę ulewę, stworzyły wprawdzie podwójną tęczę, ale była to jednak tylko chwila szczęścia, a potem znowu nastała szarość.

          Przez całą przerwę świąteczną nie daliśmy rady wybrać się na żadną wycieczkę, ponieważ ciągle padał deszcz. Po powrocie do pracy kogokolwiek bym nie spytała, jak  minęły święta, w odpowiedzi słyszałam, że albo ktoś rozchorował się w czasie świąt, albo właśnie bierze go przeziębienie. Przy tak niesprzyjających okolicznościach przyrody było tylko kwestią czasu, żeby infekcja dopadła i mnie. Przez pierwszy tydzień w pracy byłam bardziej zmęczona niż po całym trymestrze przed Bożym Narodzeniem. Mimo kilku zapowiedzi opadów śniegu tylko raz przyszedł zaledwie przymrozek i szron. Nic nie wymroziło panoszących się wirusów i bakcyli, więc tylko czekałam, kiedy mnie dopadnie. Od 10 dni zmagam się z bólem gardła, kaszlem i katarem i niby nie gorączkuję, ale taka jestem słaba jak ta żaba. Nie da się ukryć, że nałogowe granie w scrabble wieczorami też nie polepsza mojej kondycji, ale moje szare komórki nie mogą sobie odmówić tej przyjemności.

           Matko, kiedy będzie wiosna, kiedy pojedziemy w plener przejść jakiś szlak w Peak District, zaczerpnąć świeżego powietrza, nieprzesiąkniętego wilgocią i zgnilizną. Zakupiłam już sobie listę szlaków i mam zamiar ją wcielić w życie, ale to, co się dzieje za oknem, te ołowiane chmury, nie nastrajają mnie bynajmniej pozytywnie. Na pociechę fundujemy sobie słońce na talerzu w postaci zupy dyniowej i świeżo wyciskany sok z pomarańczy, cokolwiek, by wzmocnić odporność i dodać naszemu życiu barw. Byleby zaświeciło słońce, mój nos się odetkał i już będzie lepiej.

           Nie możemy narzekać, bo mamy szczęście, że naszego rejonu nie dotknęła żadna klęska powodzi ani huraganu. Nie zmagamy się z zalaniami, tak jak mieszkańcy południowej Anglii, których domy są od 6 tygodni zalane wodą i nie ma jak ich osuszyć, wrócić do nich, uratować czegokolwiek, co jeszcze z nich zostało. Obrazy pokazywane w serwisach informacyjnych jeżą włos na głowie, nasi krewni martwią się, czy nas też to dotyczy, ale na szczęście nie. Mieszkamy na wzgórzu, ale nasz ogródek też kląska, bo gliniasta ziemia już nie ma jak wchłaniać kolejnych opadów, ale nie ma czego porównywać do alarmów powodziowych w miasteczkach wzdłuż rzeki Derwent, płynącej przez Derby.

          W niedzielę byliśmy na koncercie Basinego chóru, który występował w jednym z lokalnych kościołów blisko ujścia rzeki Derwent do Trent i wały powodziowe przesiąkały obficie na drogę. Udało nam się przejechać, ale obraz zalanych pól i wody idącej równo z brzegami rzeki zatrważał. Niestety nic nie zapowiada poprawy pogody. Wydawałoby się, że Anglicy przywykli już historycznie do deszczu, mgieł i wilgoci, ale nawet ta sytuacja wydaje się przerastać ich stoickie podejście do pogody i cierpliwość do klimatu panującego na wyspach. Z tego wszystkiego chyba woleliby śnieg. Jednym słowem, słońca życzmy sobie wzajemnie!

wtorek, 31 grudnia 2013

         Święta, święta i po świętach. Anglicy świętowali przed świętami i choć lubię radosne podejście do Adwentu, to jednak królujące już od października świąteczne ozdoby i akcesoria delikatnie mnie irytowały. To ciśnienie przyśpieszenia Bożego Narodzenia przekładało się na naszą rodzinę. Zosia ciągle pytała, kiedy ubierzemy choinkę, bo wszystkie jej koleżanki w klasie już mają ubraną. Moje tłumaczenia, że w Polsce tradycją jest ubieranie choinki w Wigilię, nie działały. W końcu poddałam się i w ramach świątecznych porządków i przystrajania domu, wieszania lampek na zewnątrz i stroika na drzwiach, zgodziłam się, żeby ubrać choinkę na tydzień przed świętami. W sumie mąż mój miał rację, że wtedy zrobimy to na spokojnie i z głową, bo potem będzie szaleństwo zakupów i gotowania i choinka już się w ten harmonogram nie zmieści. Święta minęły, ale choinka u nas nadal stoi tradycyjnie do święta Trzech Króli. Gwiazdy betlejemskie kwitną na parapecie, stroik wisi na drzwiach i mimo wiejących u nas silnych wiatrów trzyma się dzielnie. W sklepach po mału znikają świąteczne ozdoby, w galerii handlowej nie ma już groty świętego Mikołaja, bo teraz wszystkich interesują wyprzedaże i zniżki.

        Ludzie biegają w amoku między sklepami, przed drzwiami pracownicy ustawiają barierki do porządkowania kolejek, przy kasach czas oczekiwania minimum 15 minut, wszystko znika z półek. Najpierw ludzie biegali po sklepach przed świętami, żeby kupić prezenty innym, a teraz biegają najwyraźniej, żeby kupić sobie upatrzone lub niekoniecznie rzeczy dla siebie. Są też tacy, którzy kupują hurtowo, zgarniając towar z półek. Na segragcję rozmiarów i ocenę przydatności przyjdzie czas w domu, co się nie nadaje, sprzeda się przez Internet. Zapobiegliwi i oszczędni gromadzą już przecenione kartki świąteczne i papier do pakowania na przyszły rok. Potem upchną to gdzieś w szafie i przed następnym Bożym Narodzeniem zapomną, że już mają i kupią następne. A po drodze zmieni się moda, deseń już nie ten i tak przeceniony papier poleży jeszcze rok.

       Są też tacy klienci, którzy kupują tradycyjne angielskie crakery, wybuchowe tubki z niespodzianką i żartem w środku, bez których świąteczny obiad nie może się obyć. Warto się więc zaopatrzyć na następny rok po niższej cenie, ale możne je zapomnieć na dnie szafy tak, jak pewien mieszkaniec Derbyshire, który na na antenie lokalnej rozgłośni radiowej opowiadał, że znalazł pudełko crakerów sprzed 50 lat. Miały być uroczyście otwarte na aukcji dobroczynnej, ale ktoś go przekonał, by potrzymał je jeszcze dłużej, zyskają jeszcze bardziej na wartości. Nie dowiemy się więc, jakie były modne żarty przed 50 laty. My też postanowiliśmy spróbować otworzyć świąteczne tubki wybuchowe z żartami i bibułkowymi koronami, był zapach siarki, iskry i bibeloty. Dziwne, że jakoś pasowały każdemu do jego upodobań. Zosia miała notesik, a każdy notesik jest dla Zosi na wagę złota. Piotr znalazł podstawki do piłek golfowych, co uznaliśmy za sugestię, że najwyższy czas zacząć grać w golfa, ja miałam wisiorek z choinką, Basia kostkę do gier planszowych, a babcia kłodkę z kluczykiem w sam raz do zamykania sekretnych notatników.

         Jedną z tradycji świątecznych są również przedstawienia zwane panto. To skrót od pantomime, ale z pantomimą nie mają wiele wspólnego. Wybierają się na nie całe rodziny, by obejrzeć coś na kształt polskich jasełek, czy li nativity, ale często są to bajkowe historie z nawiązaniem do świat jak chociażby Opowieśc wigilijna na podstawie Charlesa Dickensa lub w ogóle nie związane ze świętami przedstawienia, które są rozrywką dla dzieci i ich rodziców. Już od jakiegoś czasu Zosia wspominała nam, że bardzo chciałaby iść do teatru. Trzeba przyznać, że w natłoku codziennych zajęć  zapomnieliśmy o takiej rozrywce jak teatr. Kiedyś, za dawnych czasów, nie wyobrażaliśmy sobie z Piotrem weekendu bez wyjścia do teatru. Kiedy urodziły się dziewczynki przyszło nam poczekać, żeby dorosły do tego rodzaju rozrywki. Od kiedy przyjechaliśmy do Angli, byliśmy rodzinnie w teatrze dwa czy trzy razy, w tym na przedstawieniu baletowym w Nottingham. Dziewczynki chodziły do teatru na przedstawienia ze szkoły, ale rodzinnie raczej wybieramy się do kina. Zosia uznała, że czas najwyższy to zmienić. Kiedy w mieście zawisły reklamy przedstawienia Horrible Christmas według książki Terry’ego Dearry, stwierdziliśmy, że to idealna okazja połączenia naszego rodzinnego wyjścia do teatru z tradycją chodzenia na panto świąteczne. A że bardzo wszyscy lubimy książki z serii Horrible Histories, nie mogliśmy się doczekać przedstawienia.

         Swoją drogą to niesamowite, jaką karierę zrobiły te ilustrowane żartobliwe książeczki, w których przemierzamy dzieje i na wesoło poznajemy nie tylko dzieje Anglii, ale również przeszłość ważnych cywilizacji czy okresów historycznych. Basia swego czasu była ogromną fanką tych książek i przeczytała chyba większość części dotyczących historii Anglii, a potem jeszcze czytała Horrible Geography.  Seria znana w Polsce jako Strraszna historia jest wydawana w Anglii od 1993 roku, więc już 20 lat i doczekała się kolejnych wydań 60 części z kolejną wersją okładek tego samego rysownika , gier komputerowych, filmów i jak widać również przedstawień teatralnych. Doczekała się tłumaczeń na 30 języków i wersji narodowych opowiadających ze swadą historię danych krajów i narodów, jak chociażby w polskiej serii Dynamiczni Jagiellonowie czy Pokrętni Piastowie. Książeczki te zyskały sobie ogromną popularność wśród dzieci i młodzieży, bo dzięki obrazkom i humorystycznemu sposobowi opisywania wydarzeń, z typowo angielskim podejściem i wyczuciem absurdu oraz innym punktem widzenia były o wiele bardziej interesujące niż tradycjnie podręczniki.

 

          Jedna z naszych ulubionych są części dotyczą wrednych Wiktorian, Tudorów i Rzymian. Okazało się, że przestawienia Strrraszne Boże Narodzenie ma w sobie elementy kilku okresów historycznych, bo jest podróżą w czasie do źródeł Bożego Narodzenia. Podszywający się pod Mikołaja zły Sidney Claus stara się cofać w czasie do kolejncyh etapów budowania elementów dzisiejszej angielskiej tradycji Bożego Narodzenia, do czasów elżbietańskich,  do czasów purytanów, Tudorów, aż po sam czas narodzin Jezusa w stajence betljemskiej, by zapobiec obchodzeniu świąt w przyszłości. Dzieci dowiadują się, skąd się wzięły tradycja świętego Mikołaja, biskupa, skąd nadziewany indyk i gry w czasie świąt i jak blisko było do zapomnienia prawdziwego ducha świąt w czasach Dickensa.

         W programie przedstawienia znalazłam kilka ciekawych faktów, które odzwierciedlają strraszność współczesnego podejścia do świętowania Bożego Narodzenia, w którym ilość przedkłada na jest ponad jakość. Na przykład gdyby ułożyć dróżkę z banknotów 20 funtowych wypłaconych na zakupy ostatniego dnia przed świętami, to sięgałaby ona od londyńskiego mostu Tower do egipskich piramid. Wyspy Brytyjskie są podtapiane prze własnych obywateli, ponieważ dodatkowe kilogramy tłuszczyku zgromadzonego w święta przez populację zamieszkującą Zjednoczone Królestwo to 158 tysięcy ton. Nie dziwi to w obliczu faktu, że Brytyjczycy wydają 450 milionów funtów na bożonarodzeniowe czekoladki. Podobne sumy wydają na indyki, bez których nie może się obejść żaden świąteczny obiad. Mięsa jest zawsze za dużo, jedzą go potem przez cztery dni na wszelkie możliwe sposoby, żeby zużyć mięso. Potem potrzebne są tabletki na trawienie, których zużywa się 5 milionów. Nadmiar widoczny jest również w kwestii prezentów. Gdyby połączyć wszystkie rulony do pakowania prezentów samych tylko Brytyjczyków, owinąłby on Ziemię 4 razy wokół równika. A do tego nie zapominajmy o taśmie klejącej, bez której zapakowanie prezentów byłoby bardzo trudne. Zużyta na potrzeby pakowania taśma klejąca sięgałaby Księżyca. W myśl angielskiej tradycji kupowania i obdarowywania się kartkami z każdej okazji, a już szczególnie z okazji świąt Bożego Narodzenia Brytyjczycy kupują 1.6 miliarda kartek świątecznych. My też siłą rzeczy wpisujemy się w tę tradycję, dostajemy kartki i sami obdarowujemy nimi naszych znajomych. Cóż, jeśli wszedłeś między wrony...

          Ale staramy się bronić rękami i nogami przed innymi objawami szaleństwa świątecznych i poświątecznych zakupów, wydawaniem pieniędzy, pomiędzy którymi gubi się prawdziwy duch świąt. Przed Wigilią prezenter w lokalnym rado rozpoczął ze słuchaczami dyskusję, gdzie jest ten duch świat, czy ludzie jeszcze pamiętają, o co w tym wszystkim chodzi, czy to tylko wyścig zakupów, pieczenie indyka, bieganie w piżamach w świąteczny poranek, granie w gry rodzinne i otwieranie prezentów. Jedna ze słuchaczek zadzwoniła i zaczęła opowiadać, czym jest dla niej duch świąt Bożego Narodzenia, który wywodzi się dla niej z jej chrześcijańskiej wiary, narodzin Jezusa. Nie ważne, co ma się na stole, czy pod choinką, to jest powód świętowania, spotkania rodziny, spędzania czasu razem i radości. Prezenter nie bardzo potrafił się do tego odnieść, ewidentnie się tego nie spodziewał i wbrew własnej początkowej tezie zaczął bronić konsumpcjonizmu naciskiem społecznym, szczególnie wśród dzieci i nastolatków, kupowaniem im prezentów, żeby nie czuły się gorsze, że nie mają najnowszych gier i konsoli, bo wszyscy już mają. W drugi dzień świąt, angielski Boxing Day, kiedy wszyscy ruszyli na wyprzedaże, prezenter rozgłośni proponował, żeby pierwszego maila z tego tabletu, który dostało się pod choinkę wysłać do niego, do radia. A co mają zrobić Ci, którym Mikołaj nie przyniósł tabletu? No biedactwa, jak to nie mają tabletu??? Natychmiast powinni ruszyć na wyprzedaże w sklepach z elektroniką!

        Drugiego dnia świąt my też wyruszyliśmy, ale na lodowisko, by bawić się z dziewczynkami, korzystać z tego, że akurat nie wieje i nie siąpi. Obok lodowiska przechodzili ludzie w świątecznych sweterkach, pędzący do galerii handlowej Westfield na zakupy, a my ślizgałyśmy się w najlepsze na niezatłoczonej tafli. Każdy spędza świąteczny czas tak, jak lubi. Czego wszystkim życzymy!



środa, 30 maja 2012

           Właśnie skończyłam robić z Zosią koronę. Ja zaplanowałam zęby korony,  Zosia wycinała diamenty i szafiry z kolorowych błyszczących papierów. Przy okazji zrobiłyśmy sobie powtórkę z matematyki na temat kształtów i figur. Dół korony wykończyłyśmy pluszowym wężykiem, jak przystało na insygnia królewskie, korona musi być wyściełana gronostajem, żeby nie uciskała głowy monarchini. A wszystko z powodu jutrzejszego przyjęcia w szkole. Dziewczynki idą do szkoły ubrane na czerwono, biało i niebiesko oraz w koronach na głowach, bo mają party na cześć miłościwie nam panującej królowej Elżbiety II. To już 60 lat, od kiedy wstąpiła ona na tron.

           W bardzo ciekawych czasach przyszło nam żyć w Wielkiej Brytanii. Doświadczamy epokowych wydarzeń. Najpierw był królewski ślub Williama i Kate, ale rok 2012 nie będzie miał sobie równych – czeka nas najpierw 5 czerwca jubileusz 60-lecia panowania Jej królewskiej wysokości Elżbiety II, a potem przyjdzie czas na olimpiadę w Londynie. Biedni marketingowcy sami już nie wiedzą, na co położyć nacisk, ale jak na razie w sklepach królują wszystkie gadżety związane z jubileuszem. Na stoiskach z książkami mnożą się biografie królowej, każda gazeta lub magazyn na półce z prasą nawiązuje do jubileuszu, wszystkie bulwarówki postanowiły wydać specjalne zeszyty dotyczące 60-lecia panowania królowej w fotograficznym skrócie. Reklamy namawiają do patriotycznych zakupów - można sobie nabyć właściwie wszystko w barwach Union Jack, czyli flagi Zjednoczonego Królestwa. Mogłabym długo wymieniać - od paczki chusteczek higienicznych za 50 pensów po najdroższe komplety porcelany z wizerunkiem monarchini, a pomiędzy nimi przekrój jest naprawdę niesamowity. Meble ogrodowe, akcesoria grilowe, ubrania, buty, legginsy, rajstopy, ozdoby do włosów, sukienki, T-shirty, zabawki, rowerki dla dzieci, baseniki ogrodowe. Musiałabym wymienić naprawdę cały asortyment supermarketu, a i tak nie dałabym rady zamieścić tutaj wszystkich artykułów z oferty.  Dzisiaj zakupiłam między innnymi paczkę M&M’s w barwach narodowych.

            Już od dobrych kilku tygodni akcesoria jubileuszowe porozkładane są w sklepach, ale teraz nastało już prawdziwe szaleństwo. W ostatnim magazynie z przepisami kulinarnymi znalazłam nawet przepis na tartę owocową w kształcie i kolorystyce Union Jack z wykorzystaniem malin, truskawek, jagód i jeżyn na bazie z bitej śmietany. Wygląda pysznie! Bawy narodowe królują nie tylko na talerzu czy sklepach, ale coraz więcej miejsc jest już przybranych, ozdobionych flagami, chorągiewkami, proporcami. Temat dominuje już media, wszyscy się szykują na weekend. W BBC Radio Derby prowadzący wspominają wizytę królowej Elżbiety II w Derby sprzed roku oraz jej wizytę w 1977 roku z okazji jej srebrnego jubileuszu. Wówczas jej wizyta miała szczególne znaczenie dla miasta, ponieważ po dziesięcioleciach niełaski został mu przywrócony status City.

           Wyobrażam sobie, jakie tłumy będą okupować Londyn w nadchodzący długi weekend. Ponieważ jubileusz jest oficjalnie obchodzony  5 czerwca we wtorek, poniedziałek jest również dniem wolnym od pracy i wszyscy mogą świętować. Dzieci mają ferie wiosenne, więc hulaj dusza! Wszędzie planowane są uroczystości, przyjęcia, koncerty. Jest też tradycja street party - wystawiania stołów na ulice, przy których spotykają się wszyscy sąsiedzi, każdy przynosi coś do jedzenia i wspólnie ucztują.

            Zapowiada się, że większość z atrakcji planowanych w Derby nas ominie, ponieważ postanowiliśmy wykorzystać ferie w szkole na wyjazd do Szkocji. Ale kto wie, może przekonamy się, jak Szkoci świętują królewski jubileusz. Będzie to ciekawe doświadczenie, szczególnie w obliczu niedawnych wiadomości o dążeniu Szkocji do niepodległości i zerwaniu unii z Anglią. Tymczasem miejmy nadzieję, że jutro pogoda dopisze dzieciom na przyjęciu w szkole i nam w czasie wyjazdu na daleką północ wyspy. Tymczasem czas kończyć pisanie, spakować bambetle do pracy i iść spać. Dobrej nocy!

sobota, 05 listopada 2011

          Kartka w kalendarzu i kolejka do stoiska z fajerwerkami w supermarkecie świadczą o tym, że przyszła pora na Bonfire Night. Dzień ten związany jest ze znaczącym epizodem w historii Anglii – udaremnieniem zamachu na króla Jakuba I. Bohaterem tej nocy był Guy Fawkes, buntownik, katolik, który chciał obalić władzę króla, który prześladował katolików i kontynuował politykę kościoła anglikańskiego i oddzielenia się od Watykanu. Więcej na ten temat znajdziecie w moim wpisie sprzed 2 lat (http://wolinscy.blox.pl/2009/11/Bonfire-Night.html).

          Wstęp do Bonfire Night, którą obchodzi się 5 listopada, mieliśmy już wczoraj, kiedy nasi sąsiedzi zza płotu postanowili urządzić prawdziwie godne Bonfire Night ognisko, sięgające swoimi płomieniami 3 metrów i pokaz fajerwerków godny conajmniej księżnej Devonshire. W ich mniemaniu była to fantastyczna zabawa, my i pozostali sąsiedzi byliśmy nieco innego zdania. Palenie ognisk w terenie zabudowanym jest zabronione, a tym bardziej tak dużych ognisk i w tak gęstej zabudowie. Na szczęście wczoraj rano i wieczorem padał deszcz i wszystko było nasiąknięte wilgocią, ale iskry lecące z ogniska niosły się, płonąc jeszcze bardzo długo i stanowiły duże zagrożenie. Podobnie było z fajerwerkami, które płonące spadały do naszego ogródka. Trudno powiedzieć, czy sąsiedzi celowali, ale sporo z dopalonych fajerwerków i petard Piotr zbierał dziś rano z trampoliny. Na podjeździe przed domem mamy jeden śmietnik. Wszystko pokryte pomarańczowym pyłem z petard.

           Rano, kiedy wyjrzałam przez okno sypialni i zobaczyłam ten bałagan, miałam ochotę odwdzięczyć się skacowanym sąsiadom, walić do ich drzwi i zaproponować im trochę ruchu na świeżym powietrzu, żeby posprzątali ten syf. Piotr w końcu pozbierał wszystko sam i w ostatniej chwili się powstrzymał, żeby całej tej reklamówki niedopałków nie przerzucić sąsiadom za płot. Ostatecznie trafiły do naszego kontenera z śmieciami. Co innego jest oglądać fajerwerki z dużej odległości, zachwycać się ich kolorem i światłem, a co innego, kiedy wybuchają ci one przed nosem kilka metrów od Twoich okien i obawiasz się jeszcze pożaru. A dopiero co wczoraj w BBC Radio Derby mówili o pożarze, który strawił cały dom, rodzina cudem się uratowała, a siedmioletnie dzieko musiało skakać przez okno na piętrze, żeby się uratować. Ludzie są chyba pozbawieni wyobraźni, o odpowiedzialności nie wspomnę.

            W takich sytuacjach mam wrażenie, że kolejna tradycja, kolejne święto sprowadza się już tylko do możliwości zrobienia imprezy, picia alkoholu i kupowania gadżetów. Sens samego święta, danego zwyczaju, jego podłoże historyczne, kulturowe, schodzi kompletnie na dalszy plan albo zanika. Najważniejszy jest zysk, jakie dane święto generuje dla branży handlowej. Ludzie wydają masę pieniędzy najpierw na stroje halloweenowe i słodycze oraz dynie, potem jak tylko minie ten jeden wieczór, zaczyna się szaleństwo fajerwerków, a potem to już tylko zakupy na święta. W sklepach królują już świąteczne dekoracje i asortyment, ludzie już w amoku kupują prezenty, żeby zdążyć przed Gwiazdką, teraz już wszystko przez dwa miesiące będzie podporządkowane pojęciu Christmas, nawet dla ludzi, którzy nawet nie są chrześcijanami. Komercjalizacja panoszy się wszędzie i pewnie się już tego nie zmieni i nie zatrzyma. Korzysta ona w głównej mierze z kalendarza chrześcijańskich świąt, ale przecież to nie znaczy, że mamy te święta odwołać. To, że inni komercjalizują, nie znaczy, że my nie możemy ich przeżywać tak, jak nam się podoba, według potrzeby serca i ducha.



             Wczoraj ominęły nas atrakcje przygotowane prze skautów w ramach Bonfire Night. Basia wróciła z wycieczki bardzo późno, choć planowany powrót był o 16.00. Autokar stał w korku na autostradzie z powodu dwóch wypadków. Cała wymęczona i głodna Basia nie miała już siły iść na zbiórkę skautów. Ucieszyła się więc w sumie z ekscesów sąsiadów, ale po 10 huku prosto w jej okno miała dosyć. My preferujemy zorganizowane przez profesjonalistów pokazy fajerwerków i z przyjemnością pojechaliśmy znowu do Chatsworth na Bonfire Night. Zgodnie z doświadczeniem sprzed 2 lat mamy zamiar stać na moście i oglądać fajerwerki z oddali, żeby ominął nas huk i dym. Nie bez znaczenia pozostają też dziesiątki funtów zaoszczędzone na biletach, uprawniających do wejścia do pałacowych ogrodów. Spróbowaliśmy rok temu i wolimy jednak nasze rozwiązanie logistyczne. Uzbrojeni w aparat fotograficzny, termos z herbatą i kanapki czekaliśmy na ferię świateł i barw. Światło księżyca i nadchodząca znad rzeki mgła dopełniały scenerii godnej tej nocy. Kiedy skończyło się odliczanie z zapartym tchem obserwowaliśmy pokaz, który rozbłyskał na niebie i odbijał się w spokojnych wodach rzeki Derwent.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5