| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.

Co tam w Anglii piszczy?

czwartek, 08 czerwca 2017
          Kiedy przeprowadzaliśmy się do Wielkiej Brytanii, do Derby, był koniec października. Dziewczynki zaczęły chodzić do szkoły 3 listopada. Jedną z pierwszych uroczystości, jakie odbywały się w szkole, w których brały udział, był Remembrance Day -  11 listopada. Data jest nam wszystkim znana, dla Polaków ma dodatkowy wydźwięk, bo jest związana z odzyskaniem przez Polskę niepodległości po rozbiorach. Dla Brytyjczyków jest to rocznica końca Wielkiej Wojny, jak zwykło się ją tutaj nazywać – Great War. Wojny, która tak naprawdę zaczęła dwudzieste stulecie, wojny, która pokazała, do czego doprowadziła polityka imperiów, która przewartościowała społeczeństwo brytyjskie, zatarła w pewnej mierze ogromne różnice klasowe. Na wojnę poszli oficerowie, wywodzący się z arystokracji, pracownicy ich posiadłości, mężczyźni z okolicznych wiosek, robotnicy z miast i miasteczek. Walczyli  ramię w ramię, ginęli obok siebie, śmierć nie oszczędzała i nie wybierała.
 
             Po wojnie na placach miast, przy kościołach i katedrach, w wioskach stanęły obeliski, pomniki lub powieszono pamiątkowe tablice z nazwiskami chłopców, młodzieńców i mężczyzn, którzy polegli w obronie ojczyzny. Od tamtego czasu 11 listopada obchodzono się jako dzień pamięci o poległych w Wielkiej Wojnie. Po 27 latach niestety na tablicach trzeba było dopisać nazwiska żołnierzy poległych w II Wojnie Światowej. Teraz 11 listopada jest dniem upamiętniającym żołnierzy poległych we wszystkich konfliktach zbrojnych. Przy pomnikach i obeliskach, na ich mogiłach składa się wieńce z maków. Czasami świeżych, czasami sztucznych, ale maków, które symbolizują krew przelaną w obronie ojczyzny. Znamy ten symbol, znamy czerwone maki spod Monte Casino. Symbol czerwonych maków był obecny w kulturze europejskiej od dawna, jako symbol snu, czerwieni krwi, ale po bitwach we Flandrii I walkach w okopach, gdzie rosło dużo czerwonych maków, przybrał on jeszcze to dodatkowe znaczenia. W Polsce  maki nie są tak popularne, ale w Wielkiej Brytanii pojawiają się wszędzie, ludzie noszą je wpięte jako broszki, metalowe, plastikowe, papierowe, robione z włóczki, przyczepiają do samochodów, żeby pokazać, że pamiętają, szanują, doceniają i nie chcą więcej wojen i ich ofiar.

           Dlaczego piszę o 11 listopada, dniu pamięci i rocznicy końca I Wojny Światowej, w czerwcu? Bynajmniej nie dlatego, że pogoda za oknem przypomina te typowo listopadową, chmurną, wietrzną i deszczową. Piszę o tym dlatego, że do Derby jako kolejnego z 19 planowanych, 10. miejsca w Wielkiej Brytanii przybyła instalacja artystyczna – czerwonych ceramicznych maków, które tworzyły słynną instalację artystyczną w 100. rocznicę wybuchu I Wojny Światowej przy twierdzy Tower w Londynie. Instalacja dwóch artystów Paula Cumminsa i Toma Pipera nazwana Blood Swept Lands and Seas of Red została zainspirowana wierszem żołnierza, nieznanego z imienia, który zginął w okopach we Flandrii, zaczynającego się od tych właśnie słów. Instalacja w Londynie trwała od lipca do listopada 2014 roku. Składała się z 888.246 ceramicznych czerwonych maków, z których każdy reprezentował żołnierza poległego na wojnie, który wywodził się ze Zjednoczonego Królestwa lub jego kolonii.

           Twórcą instalacji jest lokalny artysta ceramik pochodzący z Chesterfield, Paul Cummins, który z pomocą projektanta, Toma Pipera stworzył morze czerwonych maków, każdy wykonany ręcznie metodą wyrabiania gliny i tworzenia ceramiki z czasów I Wojny Światowej. Maki były produkowane w warsztacie Paula Cumminsa w Pride Parku w Derby, część z nich była również produkowana w Stoke-on-Trent, które znane jest z przemysłu ceramicznego. Morze kwiatów zostało zaaranżowane przy twierdzy Tower w taki sposób, by wyglądało jak ogromna kałuża krwi wypływającej z jednego z okien twierdzy – płaczącego, szlochającego okna "Weeping Window".

           Pierwszy mak został “posadzony” 17 lipca 2014 roku. W przygotowaniu całej instalacji i „posadzeniu” ponad 800 tysięcy maków brało udział 17 tysięcy wolontariuszy. Instalacja  została odsłonięta 5 sierpnia w rocznicę przystąpienia Zjednoczonego Królestwa do wojny w 1914 roku. Całość była gotowa na 11 listopada 2014 na Remembrance Day.  Po 11 listopada kwiaty zostały sukcesywnie usuwane z ekspozycji i wysyłane osobom, które je zamówiły i kupiły za cenę £25. Dochód z tego przedsięwzięcia szacowany jest na £15 mil0ionów funtów i został przekazany na rzecz sześciu fundacji, które pomagają weteranom i ofiarom konfliktów zbrojnych. Jeden z maków znajduje się chociażby w szkole Derby Moor, w której jestem na swoim dyżurze w każdy czwartek.
 
           Część ekspozycji, która wylewała się z okna i była oparta na stalowej konstrukcji, została rozebrana i ogłoszono, że będzie ona wędrować po Wielkiej Brytanii przez kolejne 4 lata aż do 2018 roku, kiedy zostanie przekazana do muzeum w Londynie i Manchesterze - Imperial War Museums. Wszyscy ci, którzy nie mogli zobaczyć jej w Londynie, będą mogli też podziwiać ją i zadumać się nad nią w swoich miastach. W kwietniu 2016 roku maki dotarły na Orkady, do Kirkwall i były zainstalowane przy wieży katedry Św. Magnusa. Upamiętniały one 100. rocznice bitwy o Jutlandię, największego morskiego przedsięwzięcia, w które była zaangażowana Wielka Brytania w czasie I wojny światowej. I chociaż nie udało nam się zobaczyć maków w czasie ekspozycji w Londynie to mieliśmy to szczęście, że akurat wtedy byliśmy na naszej wyprawie na Orkady i zobaczyliśmy je z bliska.

 
           Teraz przyszedł czas na Derby. Maki przyjechały do nas. Przez kilka ostatnich dni były montowane przy oknie i wieży Silk Mill, zabytkowego budynku w centrum miasta nad rzeką Derwent, który jest muzeum techniki i przemysłu. Silk Mill był pierwszą na świecie manufakturą, stąd wzięła swoje początki rewolucja przemysłowa. Zamontowanie maków w tym miejscu, nie przy katedrze, nie przy pomniku upamiętniającym ofiary wojny na głównym placu miasta ma również swój wydźwięk. Pokazuje, że ofiary wojny pochodziły również z takich miejsc. Robotnicy, pracownicy warsztatów, manufaktur, fabryk, którzy ciężko pracowali, utrzymywali swoje rodziny , ale również swoją pracą rozwijali przemysł i handel w swoim kraju. Poszli walczyć na wojnę i wielu z nich zginęło. Kiedy jechałam dzisiaj do pracy, kątem oka widziałam już maki na wieży Silk Mill, która mignęła mi między budynkami w centrum. Dzisiaj jest tylko pokaz dla prasy, ale mam nadzieję, że w czasie weekendu wybierzemy się, żeby ją dokładnie obejrzeć, podziwiać, porozmyślać. Instalacja będzie w Derby od 9 czerwca do 23 lipca. Maki w Derby są u siebie w domu, mam więc nadzieję, że wzbudzą zainteresowanie.
Silk Mill Derby poppies
            W całej historii płaczącego makami okna jest również polski akcent. W produkcji maków brała udział polska artystka ceramik, Joanna Dawidowska.
Joanna Dawidowska
 
środa, 31 maja 2017

            Podobno w Polsce na matury nie zakwitły kasztany. Taki psikus aury - zimnego początku maja i biedne kasztany się nie wyrobiły. Trudno im się dziwić w tym zmasowanym ataku mrozu, śniegu, gradu i szronu. U nas wszystko zakwitło, ale bądźmy szczerzy, kasztany w Wielkiej Brytanii mają przewagę nad polskimi nie tylko z racji cieplejszego klimatu, ale również dat egzaminów. I teraz trzeba się zdecydować, czy bierzemy pod uwagę małą czy dużą maturę. Tak naprawdę to są moje robocze nazwy, ponieważ system edukacyjny Wielkiej Brytanii jest skonstruowany nieco inaczej niż polski, przynajmniej w kształcie, jaki znaliśmy dotychczas. Uczniowie do ukończenia 11. roku życia uczęszczają do szkoły podstawowej, a kiedy kończą klasę 6., przechodzą do szkoły secondary – czyli odpowiednika polskiego gimnazjum. Tam kontynuują naukę przez następne 5 lat aż do klasy 11. Wtedy właśnie przychodzi czas na małą maturę czyli egzaminy GCSE  z większości przedmiotów, których uczniowie uczyli się przez te 5 lat. Jest pula przedmiotów obowiązkowych, które muszą zdać wszyscy oraz 3 przedmioty, jakie wybrali sobie dodatkowo. Tak się akurat składa, że w tym roku przyszła kolej na naszą Basię, która już drugi tydzień pisze po kolei egzaminy z przedmiotów obowiązkowych i dodatkowych. A że niektóre przedmioty są rozbite na dwie lub trzy części to w sumie ma tych egzaminów 16.

          Egzaminy GCSE (General Certificate of Secondary Education) w Wielkiej Brytanii to jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu roku szkolnego. Podsumowują one edukację ucznia na poziomie secondary i zaświadczają o kwalifikacjach zawodowych 16-letniego młodego człowieka. Jeszcze do niedawna po egzaminach GCSE kończyło się obowiązkowy etap edukacji  i można było starać się o pracę. Niestety, wśród młodych ludzi panowało tak wysokie bezrobocie, że kilka lat temu rząd podjął decyzję, że edukacja będzie obowiązkowa do 18. roku życia. W praktyce oznacza to, że większość młodych ludzi albo kontynuuje naukę robiąc dużą maturę, jeśli chcą iść na uniwersytet lub robią kursy na college’u, które również otwierają szansę na studia. Można też zacząć pracować, ale tylko pod warunkiem, że łączy się to jednocześnie z kursami lub szkoleniami.

          Nic więc dziwnego, że GCSE jest kamieniem milowym w życiu młodego człowieka. Jest to bardzo duże obciążenie dla uczniów – muszą zdać egzamin z angielskiego, matematyki, science na poziomie podstawowym lub rozszerzonym, a do tego jeszcze przedmioty dodatkowe. Basia wybrała sobie geografię, historię i dramę. Trudno jej się było zdecydować, bo z większości przedmiotów ma świetne wyniki. Zastanawiała się też nad muzyką i sztuką, ale w końcu ku rozczarowaniu nauczycieli tych przedmiotów, wybrała dramę. W tej sytuacji nauka do dużej matury i zdawanie tylko 3 przedmiotów już wydaje się dużo łatwiejsze. Muszę przyznać, że kiedy obserwuję Basię od wielu miesięcy, jaki ma system nauki, przygotowywania się do egzaminów, to jestem pełna podziwu i dumy. Zawsze była bardzo konsekwentna, zorganizowana i przygotowywała się rzetelnie do egzaminów na koniec każdego roku ze wszystkich przedmiotów. Jej systematyczność teraz procentuje, ponieważ musi sobie tylko przypomnieć to, czego uczyła się wcześniej. W przypadku wielu młodych ludzi powtórki do egzaminów to nie są powtórki tylko nauka tego materiału zupełnie od nowa.

            Mam porównanie między Basią, a moimi uczniami w szkołach, w których pracuję i widzę często młodych ludzi, którzy zupełnie lekceważą sobie egzaminy lub nie zdają sobie sprawy, jak mogą one zaważyć na ich przyszłości. Być może wychodzą z założenia, że system edukacji w UK zawsze daje Ci możliwość powrotu, nadrobienia lub poprawienia tego, czemu nie podołałeś w szkole. Możesz już jako dorosła osoba wrócić na college, zdać egzaminy, ale już nigdy nauka nie będzie taka łatwa, przyjemna i darmowa jak w szkole. Sama się przekonałam, jak to jest studiować, kiedy jest się wolnym ptakiem, bez zobowiązań, kiedy możesz skupić się tylko na nauce, a jak to jest uczyć się do egzaminów, kiedy masz już rodzinę, pisać wieczorami eseje i prace zaliczeniowe. To są zupełnie dwa różne światy.

            Problemem jest też podejście nauczycieli. Od lat obserwuję metody nauczania niektórych przedmiotów w czasie lekcji, na których pomagam moim podopiecznym i czasami łapię się za głowę. Niejednokrotnie musiałam poprawiać nauczyciela, uściślać rzeczy, które podają dzieciom. Niektórzy myślą, że jestem wykwalifikowaną nauczycielką chemii, biologii, historii, kiedy widzą, jak pracuję z moimi uczniami. A to tylko moja wiedza z liceum. Rola nauczyciela w niektórych szkołach średnich w Derby sprowadza się do powielania z roku na rok prezentacji w PowerPoint. Potem uczniowie też stosują metodę copy-paste, przepisywania z podręczników. Bywam na lekcjach chemii, biologii czy geografii, gdzie z ust nauczyciela nie pada ani jedna merytoryczna uwaga, wyjaśnienie. Kiedy przychodzi do egzaminów, skupiają się jedynie na technice wypełniania testów, a nie wiedzy, która w tych testach ma być użyta.

             Basia zdaje dzisiaj kolejny egzamin z matematyki, myślę o niej i wspieram ją pozytywną energią. Myślę też o moich uczniach, których poznałam w ramach przygotowań do egzaminu GCSE z polskiego. To taka mała egzotyka w UK. Zapomniałam przecież wspomnieć, że uczniowie zdają również egzamin z języka obcego. Mogą wybrać hiszpański, francuski, niemiecki, w niektórych szkołach uczy się urdu, punjabi lub włoskiego. Ciekawe jest to, że język polski został wraz z językiem rosyjskim zarejestrowany jako język obcy, z którego uczniowie mogą zdawać egzamin GCSE w Wielkiej Brytanii. Daje to dodatkową możliwość dzieciom, które mówią w domu po polsku, by wykorzystały swoje umiejętności i zdały egzamin z tego języka i powiększyły w ten sposób swoją pulę punktową przy ubieganiu się o miejsce w sixth form – dużej maturze lub na college’u.

           Egzamin GCSE z polskiego jak z większości języków obcych składa się z czterech części – słuchania ze zrozumieniem, czytania ze zrozumieniem, mówienia oraz pisania. Basia zdała ten egzamin dwa lata temu, żeby już mieć go z głowy, kiedy przyjdzie pora na egzaminy z innych przedmiotów. Dla niej było to dość łatwe, czyta i pisze po polsku bez najmniejszych problemów, może czasem zabraknie jej właściwego słowa. Podejrzewam jednak, że Zosia już nie da rady podejść do tego egzaminu, nigdy nie uczęszczała do polskiej szkoły, nawet nie zdążyła być w przedszkolu.  Mimo starań mamy polonistki pisanie po polsku sprawia jej trudność, bo w pewnym momencie musieliśmy się skupić bardziej na angielskim. Ze słuchaniem i mówieniem być może dałaby sobie radę, ale czytanie i pisanie byłyby już dla niej zbyt trudne.

           Wiele polskich uczniów zdecydowało się w tym roku zdawać ten egzamin i wtedy szkoły zwróciły się do mnie o pomoc w przygotowaniu ich do tego egzaminu. Trzeba przyznać, że to była bardzo interesująca przygoda spotkać młodych ludzi w wieku mojej córki rozsianych po szkołach średnich w Derby, poznać ich zainteresowania, zapatrywania, sposób myślenia, gusty muzyczne, ich historie, jak długo mieszkają w Anglii, jakie są ich plany na przyszłość. Nie jestem egzaminatorem, wszystko ocenia komisja w Londynie, ale przeprowadzam egzamin z mówienia, do którego uczeń potrzebuje interlokutora – partnera do rozmowy w języku, który zdaje, żeby zaliczyć tę część egzaminu. Niektóre szkoły podeszły poważnie i odpowiedzialnie do tego tematu i zwróciły się do mnie o pomoc już w styczniu, żeby uczniowie mieli wystarczająco dużo czasu na przygotowanie. Inne szkoły jednak obudziły się z letargu na kilka tygodni przed datą dostarczenia nagrania egzaminu do komisji w Londynie i wtedy zaczął się wyścig z czasem. Jak przygotować uczniów w ciągu 3 lekcji do tego, nad czym z innymi grupami pracowałam 3 miesiące. Koniec końców przetestowałam 15 uczniów i teraz trzymam kciuki za ich pisemne egzaminy z polskiego i innych przedmiotów, które zdają.

           Maj się dzisiaj kończy, kasztany przekwitają. Dzisiaj w Derby jest najcieplejszy jak dotychczas dzień w roku. Niebo niebieskie, bezchmurne, powodzenia maturzyści!


czwartek, 23 czerwca 2016

           Jak każdego czwartku jechałam dzisiaj do jednej ze szkół średnich, którą wspieram w ramach swoich obowiązków w pracy. Wydawałoby się czwartek, jak każdy inny, mały korek przy włączaniu się na trasę szybkiego ruchu, potem na rondzie w centrum, ale generalnie dojechałam do pracy bez większych problemów. Czwartek jak czwartek, ale nie dziś. Na trasie szybkiego ruchu na każdym moście transparenty  „Vote leave”, przy rondzie na światłach mężczyźni z tablicami z takim samym hasłem. To nie jest zwykły czwartek, dzisiaj odbywa się najważniejsze referendum ostatnich dziesięcioleci, które ma zadecydować, czy Zjednoczone Królestwo zostanie w Unii Europejskiej, czy ją opuści. Brytyjczycy decydują dziś o przyszłości swoich dzieci, wnuków i prawnuków.

            Nauczycielka wiedzy o społeczeństwie w tym gimnazjum, w którym byłam dziś, postanowiła użyć tematu Brexitu do ćwiczenia dyskursu i debaty. Podzieliła więc klasę na dwie części i bez względu na osobiste poglądy 13-letnich uczniów dała im dwie opcje – kampanię na rzecz pozostania w Unii i kampanię na rzecz odłączenia się Zjednoczonego Królestwa od Unii Europejskiej. Dostarczyła im materiały, pokazała wiadomości, ale okazało się, że ci młodzi ludzie nie są w ogóle zainteresowani tym, co się dzieje wokół nich, od czego zależy przyszłość ich ojczyzny i tego, w jakich okolicznościach i warunkach przyjdzie im kiedyś żyć. Nie wiedzieli, które partie polityczne popierają wyjście z Unii, jakie ważne osobistości życia publicznego opowiadają się za pozostaniem w europejskiej wspólnocie, a które wręcz przeciwnie. Jeśli większość z nich zapytać o fakty z życia ich ulubionych celebrytów i piłkarzy, wiedzą wszystko na wyrywki, ale sprawy polityki są im zupełnie obce.

             Przygotowywanie się do debaty też niestety szło im jak po grudzie. W sytuacji kiedy na większości lekcji doskonalą umiejętność copy-paste, kreatywne podejście do dyskusji, research i znalezienie odpowiednich argumentów było dla nich prawdziwym wyzwaniem. Większość argumentów opierała się na stereotypach, plotkach, niepotwierdzonych informacjach. Niektórzy znaleźli się we właściwej grupie, zgodnej z ich osobistymi poglądami lub poglądami, które są lansowane w ich domach. Padły zarzuty pod adresem braku kontroli napływu imigrantów, wykorzystywania przez imigrantów z innych krajów Unii systemu zasiłków społecznych. Odezwał się stereotyp imigranta, który przyjeżdża po zasiłki, a nie do pracy i tylko żeruje na brytyjskim państwie, a tym samym na kieszeniach podatników. Pytanie tylko, ilu Anglików robi dokładnie to samo? Na wyobraźnię tych młodych ludzi na pewno działają wielkie liczby jak chociażby to, że Wielka Brytania płaci tygodniowo 350 milionów funtów składki do budżetu unijnego. Oznacza to 50 milionów dziennie. Jednak informacje o wielkości subsydiów, z którymi te pieniądze wracają chociażby do brytyjskich farmerów, już pominęli w swoich poszukiwaniach czy argumentach. Jedni obawiali się utrudnień w  podróżowaniu i studiowaniu poza granicami UK, kiedy opuści ono Unię, inni zastanawiali się nad opieką zdrowotną, ale większość z nich powielała opinie swoich opiekunów i rodziców zasłyszane w domu, jeżeli w ogóle u nich w domu rozmawia się na te tematy.

             Zastanawiająca była postawa dziewcząt pochodzenia hinduskiego i pakistańskiego. Były jak najbardziej za opcją wyjścia z Unii i popierały swoją opinię argumentem, że imigranci przyjeżdżają do Anglii tylko po zasiłki, ale nie do pracy, nie uczą się języka angielskiego, oczekują specjalnego traktowania. Nauczycielka przypomniała im wówczas, że społeczność hinduska w Wielkiej Brytanii, czy przybysze z Pakistanu przechodzili przed 20-30 laty przez dokładnie ten sam proces, co obecni imigranci z krajów Europy Środkowej czy Wschodniej. Przyjeżdżali do Wielkiej Brytanii z nadzieją na pracę, możliwość dostępu do lepszej edukacji dla swoich dzieci, nadzieją na lepszą przyszłość dla swoich rodzin. Część z nich nawet po tych 20-30 latach nadal tkwi zamknięta w swoich małych społecznościach, nie zamierza się asymilować. Starsze pokolenie już nie zdążyło nauczyć się angielskiego, zdarzają się rodziny, gdzie od 3 pokoleń wszyscy żyją z zasiłków i nie zawracają sobie głowy pracą. Zważywszy na to, że mają za sobą takie doświadczenia, ich uprzedzenia i niechęć do nowo napływających do Wielkiej Brytanii przybyszy ze Słowacji, Rumunii czy Polski bywa czasami zadziwiająca.

              Sam nauczycielka prowadząca tę młodzieżową debatę o Brexicie, była zaniepokojona tym, jakie negatywne postawy i jakie podziały wśród brytyjskiego społeczeństwa utworzyło referendum i głosowanie. Przyznała, że w jej własnej rodzinie część starszego pokolenia jest za wyjściem z Unii, odzyskaniem niezależności, jeśli nie niepodległości nawet. Ona sama jest przerażona tym, co może się stać, jeśli Wielka Brytania opuści Unię i boi się, w jakim świecie przyjdzie żyć jej 4-letniej córeczce. Boi się izolacji, nacjonalizmu, braku tolerancji. Niestety, w coraz większej ilości krajów w Europie takie postawy dochodzą do głosu. Sama wspominała swoje podróże po Europie, kiedy czuła się wolna, przekraczając niepostrzeżenie granice kolejnych krajów i była zachwycona Chorwacją, Słowacją, Czechami. Boi się kroku w nieznane, nie wie, jakie przepisy wejdą w życie po opuszczeniu Unii i co czeka ją i jej dziecko w tej sytuacji.

              Warsztaty z uczniami się skończyły, a ja pojechałam do biura. Po drodze wpadłam na chwilę do sklepu zrobić zakupy w czasie swojej przerwy na lunch. A że sklep znajduje się praktycznie w centrum dzielnicy międzynarodowej, gdzie mieszka większość rodzin, którym pomagamy, nie sposób jest się nie natknąć na kogoś znajomego. W drzwiach marketu Lidl spotkałam pana Krisztę, Słowaka, którego córeczce pomagałam w szkole kilka lat temu. Minęliśmy się z pozdrowieniem 'dobry den' na ustach, ale pan Kriszta odwrócił się i zapytał – Pani Ewo, a co Pani myśli? Za tydzień będą nas stąd wyrzucać? Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Nie wiem, jakie będą wyniki głosowania, nie mam przeczucia, nie umiem wróżyć z fusów. Sondaże w ostatnim tygodniu ciągle wahały się z jednej opcji na drugą, nie dając żadnej z nich znaczącej przewagi. Szkocja chciałaby zostać, ale co z Walią, Anglią, i Północną Irlandią? Większość Anglików w naszej okolicy żyje w złudnym przekonaniu, że dzień po głosowaniu, jeśli większość opowie się za wyjściem z Unii Europejskiej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znikną ich wszystkie problemy, które ich zdaniem członkostwo w Unii wnosi w ich życie. Co więcej, wydaje im się, że pozbędą się wszystkich zobowiązań, ale będą nadal cieszyć się wszystkimi przywilejami.

              Powiedziałam panu Kriszcie, co powtarzam każdemu zaniepokojonemu pytającemu mnie o zdanie. Nie panikujmy, zobaczymy jutro rano, jakie będą wyniki i jakie kroki prawne podejmie rząd Zjednoczonego Królestwa. Jak długo będzie trwał okres przejściowy i co będzie wymagane od rezydentów – obywateli krajów Unii Europejskiej, mieszkających na stale w Wielkiej Brytanii. Może będziemy musieli wyrabiać sobie wizy, może trzeba będzie przyjąć obywatelstwo. Nie widzę powodu, dla którego ludzie, którzy od lat uczciwie tutaj pracują, posyłają swoje dzieci do szkoły, płacą podatki, mówią dość dobrze po angielsku, nie wchodzą w konflikt z prawem i swoją pracą i płaceniem kredytów hipotecznych za swoje domy napędzają brytyjską gospodarkę mieli się czegokolwiek obawiać. Ale to ja tak myślę. A co zrobią brytyjskie władze? Jeśli po przegranym referendum David Cameron ustąpi ze stanowiska premiera rządu i do władzy dojdą nacjonaliści, brytyjskie podejście do imigrantów może ulec kategorycznej zmianie i skończy się polityczna poprawność. Już teraz temat referendum dzieli ludzi na będących za i przeciw, więc w niektórych miejscach, na przykład u mojego męża w pracy po jednej burzliwej dyskusji, gdzie ku zaskoczeniu kilku osób okazało się, że ci, po których najmniej by się tego spodziewano, są za wyjściem z Unii, zaprzestano rozmów na ten temat – tabu.

            Jutro będziemy wiedzieli, jakiego wyboru dokonali Anglicy, jakiego Szkoci, Walijczycy czy Irlandczycy z Irlandii Północnej. Kiedy jechaliśmy na urlop do Szkocji, przekonaliśmy się, że zamiast dominujących przy angielskich drogach tabliczek ‘vote leave’, jest więcej tabliczek ‘vote stay’. Kto wie, czy to referendum nie rozsadzi Zjednoczonego Królestwa od środka, kiedy okaże się, że niektóre kraje chcą zostać w Unii, a inne nie. Kto wie, z jakim nastawieniem Anglików przyjdzie nam się zetknąć w najbliższych latach i jakie prawne konsekwencje pociągną za sobą obie opcje. Może będzie podobnie jak ze szkockim referendum w sprawie odłączenia się od Zjednoczonego Królestwa – wszyscy panikowali, że większość uzyska opcja odłączenia, a jednak Szkoci zagłosowali za pozostaniem w UK. Trudno przewidzieć, jakie nastroje zwyciężą dziś. Niestety, w większości postawy osób głosujących są oparte właśnie na nastrojach, na populistycznych argumentach spierających się polityków, na stereotypach, bez rzetelnych informacji. A młodzi ludzie, ludzie, którzy jeszcze nie mają prawa wyborczego, narzekają, że cokolwiek się wydarzy, to oni wypiją piwo, którego dzisiaj nawarzą ich rodzice i dziadkowie. Cheers!

poniedziałek, 10 lutego 2014

          W Anglii wszyscy boją się śniegu. Generalnie nie mają nic przeciwko temu, żeby przyprószyło świat na biało i zmieniło szarobury krajobraz, ale w najlepiej w czasie świąt lub ferii, kiedy nie trzeba iść do pracy. Wystarcza 2 cm śniegu i kraj jest sparaliżowany, bo wszyscy zapomnieli, jak się jeździ samochodem po śniegu i niestety w większości nie mają zimowych opon. Ja mam zimowe opony, ja lubię śnieg i mróz, wszystko jest lepsze niż ta nieustająca od 2 miesięcy plucha za oknem. Na palcach jednej ręki mogę policzyć słoneczne dni, kiedy nie spadł deszcz. Czasami słońce przebije się przez chmury i pokoloruje świat malowniczo, ale zazwyczaj towarzyszą temu inne ekstremalne zjawiska pogodowe, jak chociażby tydzień temu deszcz z gradem. Promienie zachodzącego słońca przebijające się przez tę ulewę, stworzyły wprawdzie podwójną tęczę, ale była to jednak tylko chwila szczęścia, a potem znowu nastała szarość.

          Przez całą przerwę świąteczną nie daliśmy rady wybrać się na żadną wycieczkę, ponieważ ciągle padał deszcz. Po powrocie do pracy kogokolwiek bym nie spytała, jak  minęły święta, w odpowiedzi słyszałam, że albo ktoś rozchorował się w czasie świąt, albo właśnie bierze go przeziębienie. Przy tak niesprzyjających okolicznościach przyrody było tylko kwestią czasu, żeby infekcja dopadła i mnie. Przez pierwszy tydzień w pracy byłam bardziej zmęczona niż po całym trymestrze przed Bożym Narodzeniem. Mimo kilku zapowiedzi opadów śniegu tylko raz przyszedł zaledwie przymrozek i szron. Nic nie wymroziło panoszących się wirusów i bakcyli, więc tylko czekałam, kiedy mnie dopadnie. Od 10 dni zmagam się z bólem gardła, kaszlem i katarem i niby nie gorączkuję, ale taka jestem słaba jak ta żaba. Nie da się ukryć, że nałogowe granie w scrabble wieczorami też nie polepsza mojej kondycji, ale moje szare komórki nie mogą sobie odmówić tej przyjemności.

           Matko, kiedy będzie wiosna, kiedy pojedziemy w plener przejść jakiś szlak w Peak District, zaczerpnąć świeżego powietrza, nieprzesiąkniętego wilgocią i zgnilizną. Zakupiłam już sobie listę szlaków i mam zamiar ją wcielić w życie, ale to, co się dzieje za oknem, te ołowiane chmury, nie nastrajają mnie bynajmniej pozytywnie. Na pociechę fundujemy sobie słońce na talerzu w postaci zupy dyniowej i świeżo wyciskany sok z pomarańczy, cokolwiek, by wzmocnić odporność i dodać naszemu życiu barw. Byleby zaświeciło słońce, mój nos się odetkał i już będzie lepiej.

           Nie możemy narzekać, bo mamy szczęście, że naszego rejonu nie dotknęła żadna klęska powodzi ani huraganu. Nie zmagamy się z zalaniami, tak jak mieszkańcy południowej Anglii, których domy są od 6 tygodni zalane wodą i nie ma jak ich osuszyć, wrócić do nich, uratować czegokolwiek, co jeszcze z nich zostało. Obrazy pokazywane w serwisach informacyjnych jeżą włos na głowie, nasi krewni martwią się, czy nas też to dotyczy, ale na szczęście nie. Mieszkamy na wzgórzu, ale nasz ogródek też kląska, bo gliniasta ziemia już nie ma jak wchłaniać kolejnych opadów, ale nie ma czego porównywać do alarmów powodziowych w miasteczkach wzdłuż rzeki Derwent, płynącej przez Derby.

          W niedzielę byliśmy na koncercie Basinego chóru, który występował w jednym z lokalnych kościołów blisko ujścia rzeki Derwent do Trent i wały powodziowe przesiąkały obficie na drogę. Udało nam się przejechać, ale obraz zalanych pól i wody idącej równo z brzegami rzeki zatrważał. Niestety nic nie zapowiada poprawy pogody. Wydawałoby się, że Anglicy przywykli już historycznie do deszczu, mgieł i wilgoci, ale nawet ta sytuacja wydaje się przerastać ich stoickie podejście do pogody i cierpliwość do klimatu panującego na wyspach. Z tego wszystkiego chyba woleliby śnieg. Jednym słowem, słońca życzmy sobie wzajemnie!

wtorek, 31 grudnia 2013

         Święta, święta i po świętach. Anglicy świętowali przed świętami i choć lubię radosne podejście do Adwentu, to jednak królujące już od października świąteczne ozdoby i akcesoria delikatnie mnie irytowały. To ciśnienie przyśpieszenia Bożego Narodzenia przekładało się na naszą rodzinę. Zosia ciągle pytała, kiedy ubierzemy choinkę, bo wszystkie jej koleżanki w klasie już mają ubraną. Moje tłumaczenia, że w Polsce tradycją jest ubieranie choinki w Wigilię, nie działały. W końcu poddałam się i w ramach świątecznych porządków i przystrajania domu, wieszania lampek na zewnątrz i stroika na drzwiach, zgodziłam się, żeby ubrać choinkę na tydzień przed świętami. W sumie mąż mój miał rację, że wtedy zrobimy to na spokojnie i z głową, bo potem będzie szaleństwo zakupów i gotowania i choinka już się w ten harmonogram nie zmieści. Święta minęły, ale choinka u nas nadal stoi tradycyjnie do święta Trzech Króli. Gwiazdy betlejemskie kwitną na parapecie, stroik wisi na drzwiach i mimo wiejących u nas silnych wiatrów trzyma się dzielnie. W sklepach po mału znikają świąteczne ozdoby, w galerii handlowej nie ma już groty świętego Mikołaja, bo teraz wszystkich interesują wyprzedaże i zniżki.

        Ludzie biegają w amoku między sklepami, przed drzwiami pracownicy ustawiają barierki do porządkowania kolejek, przy kasach czas oczekiwania minimum 15 minut, wszystko znika z półek. Najpierw ludzie biegali po sklepach przed świętami, żeby kupić prezenty innym, a teraz biegają najwyraźniej, żeby kupić sobie upatrzone lub niekoniecznie rzeczy dla siebie. Są też tacy, którzy kupują hurtowo, zgarniając towar z półek. Na segragcję rozmiarów i ocenę przydatności przyjdzie czas w domu, co się nie nadaje, sprzeda się przez Internet. Zapobiegliwi i oszczędni gromadzą już przecenione kartki świąteczne i papier do pakowania na przyszły rok. Potem upchną to gdzieś w szafie i przed następnym Bożym Narodzeniem zapomną, że już mają i kupią następne. A po drodze zmieni się moda, deseń już nie ten i tak przeceniony papier poleży jeszcze rok.

       Są też tacy klienci, którzy kupują tradycyjne angielskie crakery, wybuchowe tubki z niespodzianką i żartem w środku, bez których świąteczny obiad nie może się obyć. Warto się więc zaopatrzyć na następny rok po niższej cenie, ale możne je zapomnieć na dnie szafy tak, jak pewien mieszkaniec Derbyshire, który na na antenie lokalnej rozgłośni radiowej opowiadał, że znalazł pudełko crakerów sprzed 50 lat. Miały być uroczyście otwarte na aukcji dobroczynnej, ale ktoś go przekonał, by potrzymał je jeszcze dłużej, zyskają jeszcze bardziej na wartości. Nie dowiemy się więc, jakie były modne żarty przed 50 laty. My też postanowiliśmy spróbować otworzyć świąteczne tubki wybuchowe z żartami i bibułkowymi koronami, był zapach siarki, iskry i bibeloty. Dziwne, że jakoś pasowały każdemu do jego upodobań. Zosia miała notesik, a każdy notesik jest dla Zosi na wagę złota. Piotr znalazł podstawki do piłek golfowych, co uznaliśmy za sugestię, że najwyższy czas zacząć grać w golfa, ja miałam wisiorek z choinką, Basia kostkę do gier planszowych, a babcia kłodkę z kluczykiem w sam raz do zamykania sekretnych notatników.

         Jedną z tradycji świątecznych są również przedstawienia zwane panto. To skrót od pantomime, ale z pantomimą nie mają wiele wspólnego. Wybierają się na nie całe rodziny, by obejrzeć coś na kształt polskich jasełek, czy li nativity, ale często są to bajkowe historie z nawiązaniem do świat jak chociażby Opowieśc wigilijna na podstawie Charlesa Dickensa lub w ogóle nie związane ze świętami przedstawienia, które są rozrywką dla dzieci i ich rodziców. Już od jakiegoś czasu Zosia wspominała nam, że bardzo chciałaby iść do teatru. Trzeba przyznać, że w natłoku codziennych zajęć  zapomnieliśmy o takiej rozrywce jak teatr. Kiedyś, za dawnych czasów, nie wyobrażaliśmy sobie z Piotrem weekendu bez wyjścia do teatru. Kiedy urodziły się dziewczynki przyszło nam poczekać, żeby dorosły do tego rodzaju rozrywki. Od kiedy przyjechaliśmy do Angli, byliśmy rodzinnie w teatrze dwa czy trzy razy, w tym na przedstawieniu baletowym w Nottingham. Dziewczynki chodziły do teatru na przedstawienia ze szkoły, ale rodzinnie raczej wybieramy się do kina. Zosia uznała, że czas najwyższy to zmienić. Kiedy w mieście zawisły reklamy przedstawienia Horrible Christmas według książki Terry’ego Dearry, stwierdziliśmy, że to idealna okazja połączenia naszego rodzinnego wyjścia do teatru z tradycją chodzenia na panto świąteczne. A że bardzo wszyscy lubimy książki z serii Horrible Histories, nie mogliśmy się doczekać przedstawienia.

         Swoją drogą to niesamowite, jaką karierę zrobiły te ilustrowane żartobliwe książeczki, w których przemierzamy dzieje i na wesoło poznajemy nie tylko dzieje Anglii, ale również przeszłość ważnych cywilizacji czy okresów historycznych. Basia swego czasu była ogromną fanką tych książek i przeczytała chyba większość części dotyczących historii Anglii, a potem jeszcze czytała Horrible Geography.  Seria znana w Polsce jako Strraszna historia jest wydawana w Anglii od 1993 roku, więc już 20 lat i doczekała się kolejnych wydań 60 części z kolejną wersją okładek tego samego rysownika , gier komputerowych, filmów i jak widać również przedstawień teatralnych. Doczekała się tłumaczeń na 30 języków i wersji narodowych opowiadających ze swadą historię danych krajów i narodów, jak chociażby w polskiej serii Dynamiczni Jagiellonowie czy Pokrętni Piastowie. Książeczki te zyskały sobie ogromną popularność wśród dzieci i młodzieży, bo dzięki obrazkom i humorystycznemu sposobowi opisywania wydarzeń, z typowo angielskim podejściem i wyczuciem absurdu oraz innym punktem widzenia były o wiele bardziej interesujące niż tradycjnie podręczniki.

 

          Jedna z naszych ulubionych są części dotyczą wrednych Wiktorian, Tudorów i Rzymian. Okazało się, że przestawienia Strrraszne Boże Narodzenie ma w sobie elementy kilku okresów historycznych, bo jest podróżą w czasie do źródeł Bożego Narodzenia. Podszywający się pod Mikołaja zły Sidney Claus stara się cofać w czasie do kolejncyh etapów budowania elementów dzisiejszej angielskiej tradycji Bożego Narodzenia, do czasów elżbietańskich,  do czasów purytanów, Tudorów, aż po sam czas narodzin Jezusa w stajence betljemskiej, by zapobiec obchodzeniu świąt w przyszłości. Dzieci dowiadują się, skąd się wzięły tradycja świętego Mikołaja, biskupa, skąd nadziewany indyk i gry w czasie świąt i jak blisko było do zapomnienia prawdziwego ducha świąt w czasach Dickensa.

         W programie przedstawienia znalazłam kilka ciekawych faktów, które odzwierciedlają strraszność współczesnego podejścia do świętowania Bożego Narodzenia, w którym ilość przedkłada na jest ponad jakość. Na przykład gdyby ułożyć dróżkę z banknotów 20 funtowych wypłaconych na zakupy ostatniego dnia przed świętami, to sięgałaby ona od londyńskiego mostu Tower do egipskich piramid. Wyspy Brytyjskie są podtapiane prze własnych obywateli, ponieważ dodatkowe kilogramy tłuszczyku zgromadzonego w święta przez populację zamieszkującą Zjednoczone Królestwo to 158 tysięcy ton. Nie dziwi to w obliczu faktu, że Brytyjczycy wydają 450 milionów funtów na bożonarodzeniowe czekoladki. Podobne sumy wydają na indyki, bez których nie może się obejść żaden świąteczny obiad. Mięsa jest zawsze za dużo, jedzą go potem przez cztery dni na wszelkie możliwe sposoby, żeby zużyć mięso. Potem potrzebne są tabletki na trawienie, których zużywa się 5 milionów. Nadmiar widoczny jest również w kwestii prezentów. Gdyby połączyć wszystkie rulony do pakowania prezentów samych tylko Brytyjczyków, owinąłby on Ziemię 4 razy wokół równika. A do tego nie zapominajmy o taśmie klejącej, bez której zapakowanie prezentów byłoby bardzo trudne. Zużyta na potrzeby pakowania taśma klejąca sięgałaby Księżyca. W myśl angielskiej tradycji kupowania i obdarowywania się kartkami z każdej okazji, a już szczególnie z okazji świąt Bożego Narodzenia Brytyjczycy kupują 1.6 miliarda kartek świątecznych. My też siłą rzeczy wpisujemy się w tę tradycję, dostajemy kartki i sami obdarowujemy nimi naszych znajomych. Cóż, jeśli wszedłeś między wrony...

          Ale staramy się bronić rękami i nogami przed innymi objawami szaleństwa świątecznych i poświątecznych zakupów, wydawaniem pieniędzy, pomiędzy którymi gubi się prawdziwy duch świąt. Przed Wigilią prezenter w lokalnym rado rozpoczął ze słuchaczami dyskusję, gdzie jest ten duch świat, czy ludzie jeszcze pamiętają, o co w tym wszystkim chodzi, czy to tylko wyścig zakupów, pieczenie indyka, bieganie w piżamach w świąteczny poranek, granie w gry rodzinne i otwieranie prezentów. Jedna ze słuchaczek zadzwoniła i zaczęła opowiadać, czym jest dla niej duch świąt Bożego Narodzenia, który wywodzi się dla niej z jej chrześcijańskiej wiary, narodzin Jezusa. Nie ważne, co ma się na stole, czy pod choinką, to jest powód świętowania, spotkania rodziny, spędzania czasu razem i radości. Prezenter nie bardzo potrafił się do tego odnieść, ewidentnie się tego nie spodziewał i wbrew własnej początkowej tezie zaczął bronić konsumpcjonizmu naciskiem społecznym, szczególnie wśród dzieci i nastolatków, kupowaniem im prezentów, żeby nie czuły się gorsze, że nie mają najnowszych gier i konsoli, bo wszyscy już mają. W drugi dzień świąt, angielski Boxing Day, kiedy wszyscy ruszyli na wyprzedaże, prezenter rozgłośni proponował, żeby pierwszego maila z tego tabletu, który dostało się pod choinkę wysłać do niego, do radia. A co mają zrobić Ci, którym Mikołaj nie przyniósł tabletu? No biedactwa, jak to nie mają tabletu??? Natychmiast powinni ruszyć na wyprzedaże w sklepach z elektroniką!

        Drugiego dnia świąt my też wyruszyliśmy, ale na lodowisko, by bawić się z dziewczynkami, korzystać z tego, że akurat nie wieje i nie siąpi. Obok lodowiska przechodzili ludzie w świątecznych sweterkach, pędzący do galerii handlowej Westfield na zakupy, a my ślizgałyśmy się w najlepsze na niezatłoczonej tafli. Każdy spędza świąteczny czas tak, jak lubi. Czego wszystkim życzymy!



środa, 30 maja 2012

           Właśnie skończyłam robić z Zosią koronę. Ja zaplanowałam zęby korony,  Zosia wycinała diamenty i szafiry z kolorowych błyszczących papierów. Przy okazji zrobiłyśmy sobie powtórkę z matematyki na temat kształtów i figur. Dół korony wykończyłyśmy pluszowym wężykiem, jak przystało na insygnia królewskie, korona musi być wyściełana gronostajem, żeby nie uciskała głowy monarchini. A wszystko z powodu jutrzejszego przyjęcia w szkole. Dziewczynki idą do szkoły ubrane na czerwono, biało i niebiesko oraz w koronach na głowach, bo mają party na cześć miłościwie nam panującej królowej Elżbiety II. To już 60 lat, od kiedy wstąpiła ona na tron.

           W bardzo ciekawych czasach przyszło nam żyć w Wielkiej Brytanii. Doświadczamy epokowych wydarzeń. Najpierw był królewski ślub Williama i Kate, ale rok 2012 nie będzie miał sobie równych – czeka nas najpierw 5 czerwca jubileusz 60-lecia panowania Jej królewskiej wysokości Elżbiety II, a potem przyjdzie czas na olimpiadę w Londynie. Biedni marketingowcy sami już nie wiedzą, na co położyć nacisk, ale jak na razie w sklepach królują wszystkie gadżety związane z jubileuszem. Na stoiskach z książkami mnożą się biografie królowej, każda gazeta lub magazyn na półce z prasą nawiązuje do jubileuszu, wszystkie bulwarówki postanowiły wydać specjalne zeszyty dotyczące 60-lecia panowania królowej w fotograficznym skrócie. Reklamy namawiają do patriotycznych zakupów - można sobie nabyć właściwie wszystko w barwach Union Jack, czyli flagi Zjednoczonego Królestwa. Mogłabym długo wymieniać - od paczki chusteczek higienicznych za 50 pensów po najdroższe komplety porcelany z wizerunkiem monarchini, a pomiędzy nimi przekrój jest naprawdę niesamowity. Meble ogrodowe, akcesoria grilowe, ubrania, buty, legginsy, rajstopy, ozdoby do włosów, sukienki, T-shirty, zabawki, rowerki dla dzieci, baseniki ogrodowe. Musiałabym wymienić naprawdę cały asortyment supermarketu, a i tak nie dałabym rady zamieścić tutaj wszystkich artykułów z oferty.  Dzisiaj zakupiłam między innnymi paczkę M&M’s w barwach narodowych.

            Już od dobrych kilku tygodni akcesoria jubileuszowe porozkładane są w sklepach, ale teraz nastało już prawdziwe szaleństwo. W ostatnim magazynie z przepisami kulinarnymi znalazłam nawet przepis na tartę owocową w kształcie i kolorystyce Union Jack z wykorzystaniem malin, truskawek, jagód i jeżyn na bazie z bitej śmietany. Wygląda pysznie! Bawy narodowe królują nie tylko na talerzu czy sklepach, ale coraz więcej miejsc jest już przybranych, ozdobionych flagami, chorągiewkami, proporcami. Temat dominuje już media, wszyscy się szykują na weekend. W BBC Radio Derby prowadzący wspominają wizytę królowej Elżbiety II w Derby sprzed roku oraz jej wizytę w 1977 roku z okazji jej srebrnego jubileuszu. Wówczas jej wizyta miała szczególne znaczenie dla miasta, ponieważ po dziesięcioleciach niełaski został mu przywrócony status City.

           Wyobrażam sobie, jakie tłumy będą okupować Londyn w nadchodzący długi weekend. Ponieważ jubileusz jest oficjalnie obchodzony  5 czerwca we wtorek, poniedziałek jest również dniem wolnym od pracy i wszyscy mogą świętować. Dzieci mają ferie wiosenne, więc hulaj dusza! Wszędzie planowane są uroczystości, przyjęcia, koncerty. Jest też tradycja street party - wystawiania stołów na ulice, przy których spotykają się wszyscy sąsiedzi, każdy przynosi coś do jedzenia i wspólnie ucztują.

            Zapowiada się, że większość z atrakcji planowanych w Derby nas ominie, ponieważ postanowiliśmy wykorzystać ferie w szkole na wyjazd do Szkocji. Ale kto wie, może przekonamy się, jak Szkoci świętują królewski jubileusz. Będzie to ciekawe doświadczenie, szczególnie w obliczu niedawnych wiadomości o dążeniu Szkocji do niepodległości i zerwaniu unii z Anglią. Tymczasem miejmy nadzieję, że jutro pogoda dopisze dzieciom na przyjęciu w szkole i nam w czasie wyjazdu na daleką północ wyspy. Tymczasem czas kończyć pisanie, spakować bambetle do pracy i iść spać. Dobrej nocy!

sobota, 05 listopada 2011

          Kartka w kalendarzu i kolejka do stoiska z fajerwerkami w supermarkecie świadczą o tym, że przyszła pora na Bonfire Night. Dzień ten związany jest ze znaczącym epizodem w historii Anglii – udaremnieniem zamachu na króla Jakuba I. Bohaterem tej nocy był Guy Fawkes, buntownik, katolik, który chciał obalić władzę króla, który prześladował katolików i kontynuował politykę kościoła anglikańskiego i oddzielenia się od Watykanu. Więcej na ten temat znajdziecie w moim wpisie sprzed 2 lat (http://wolinscy.blox.pl/2009/11/Bonfire-Night.html).

          Wstęp do Bonfire Night, którą obchodzi się 5 listopada, mieliśmy już wczoraj, kiedy nasi sąsiedzi zza płotu postanowili urządzić prawdziwie godne Bonfire Night ognisko, sięgające swoimi płomieniami 3 metrów i pokaz fajerwerków godny conajmniej księżnej Devonshire. W ich mniemaniu była to fantastyczna zabawa, my i pozostali sąsiedzi byliśmy nieco innego zdania. Palenie ognisk w terenie zabudowanym jest zabronione, a tym bardziej tak dużych ognisk i w tak gęstej zabudowie. Na szczęście wczoraj rano i wieczorem padał deszcz i wszystko było nasiąknięte wilgocią, ale iskry lecące z ogniska niosły się, płonąc jeszcze bardzo długo i stanowiły duże zagrożenie. Podobnie było z fajerwerkami, które płonące spadały do naszego ogródka. Trudno powiedzieć, czy sąsiedzi celowali, ale sporo z dopalonych fajerwerków i petard Piotr zbierał dziś rano z trampoliny. Na podjeździe przed domem mamy jeden śmietnik. Wszystko pokryte pomarańczowym pyłem z petard.

           Rano, kiedy wyjrzałam przez okno sypialni i zobaczyłam ten bałagan, miałam ochotę odwdzięczyć się skacowanym sąsiadom, walić do ich drzwi i zaproponować im trochę ruchu na świeżym powietrzu, żeby posprzątali ten syf. Piotr w końcu pozbierał wszystko sam i w ostatniej chwili się powstrzymał, żeby całej tej reklamówki niedopałków nie przerzucić sąsiadom za płot. Ostatecznie trafiły do naszego kontenera z śmieciami. Co innego jest oglądać fajerwerki z dużej odległości, zachwycać się ich kolorem i światłem, a co innego, kiedy wybuchają ci one przed nosem kilka metrów od Twoich okien i obawiasz się jeszcze pożaru. A dopiero co wczoraj w BBC Radio Derby mówili o pożarze, który strawił cały dom, rodzina cudem się uratowała, a siedmioletnie dzieko musiało skakać przez okno na piętrze, żeby się uratować. Ludzie są chyba pozbawieni wyobraźni, o odpowiedzialności nie wspomnę.

            W takich sytuacjach mam wrażenie, że kolejna tradycja, kolejne święto sprowadza się już tylko do możliwości zrobienia imprezy, picia alkoholu i kupowania gadżetów. Sens samego święta, danego zwyczaju, jego podłoże historyczne, kulturowe, schodzi kompletnie na dalszy plan albo zanika. Najważniejszy jest zysk, jakie dane święto generuje dla branży handlowej. Ludzie wydają masę pieniędzy najpierw na stroje halloweenowe i słodycze oraz dynie, potem jak tylko minie ten jeden wieczór, zaczyna się szaleństwo fajerwerków, a potem to już tylko zakupy na święta. W sklepach królują już świąteczne dekoracje i asortyment, ludzie już w amoku kupują prezenty, żeby zdążyć przed Gwiazdką, teraz już wszystko przez dwa miesiące będzie podporządkowane pojęciu Christmas, nawet dla ludzi, którzy nawet nie są chrześcijanami. Komercjalizacja panoszy się wszędzie i pewnie się już tego nie zmieni i nie zatrzyma. Korzysta ona w głównej mierze z kalendarza chrześcijańskich świąt, ale przecież to nie znaczy, że mamy te święta odwołać. To, że inni komercjalizują, nie znaczy, że my nie możemy ich przeżywać tak, jak nam się podoba, według potrzeby serca i ducha.



             Wczoraj ominęły nas atrakcje przygotowane prze skautów w ramach Bonfire Night. Basia wróciła z wycieczki bardzo późno, choć planowany powrót był o 16.00. Autokar stał w korku na autostradzie z powodu dwóch wypadków. Cała wymęczona i głodna Basia nie miała już siły iść na zbiórkę skautów. Ucieszyła się więc w sumie z ekscesów sąsiadów, ale po 10 huku prosto w jej okno miała dosyć. My preferujemy zorganizowane przez profesjonalistów pokazy fajerwerków i z przyjemnością pojechaliśmy znowu do Chatsworth na Bonfire Night. Zgodnie z doświadczeniem sprzed 2 lat mamy zamiar stać na moście i oglądać fajerwerki z oddali, żeby ominął nas huk i dym. Nie bez znaczenia pozostają też dziesiątki funtów zaoszczędzone na biletach, uprawniających do wejścia do pałacowych ogrodów. Spróbowaliśmy rok temu i wolimy jednak nasze rozwiązanie logistyczne. Uzbrojeni w aparat fotograficzny, termos z herbatą i kanapki czekaliśmy na ferię świateł i barw. Światło księżyca i nadchodząca znad rzeki mgła dopełniały scenerii godnej tej nocy. Kiedy skończyło się odliczanie z zapartym tchem obserwowaliśmy pokaz, który rozbłyskał na niebie i odbijał się w spokojnych wodach rzeki Derwent.

piątek, 07 października 2011

           Przez dwa dni Basia była nieszczęśliwa. We wtorek miała ciężki dzień w szkole i warsztaty matematyczne w gimnazjum. Wieczorem poczuła się źle, owinęła się w szlafrok, koc i kołdrę i poszła spać. Załamałam się, myśląc, że i ją dopadła ta sama infekcja, co mnie i Zosię. Jednak u Basi na razie było to tylko osłabienie, ból głowy i podwyższona temperatura. Nie poszła wprawdzie do szkoły w dniu swoich urodzin, ale po dwóch dniach w domu nabrała sił. Zaczynam się o nią martwić, czy nie wzięła na swoje barki zbyt wiele w tym roku i czy jej silna zwykle odporność poradzi sobie z tym. Zważywszy na to, że ekstremalne zjawiska pogodowe nas nie opuszczają, może być różnie. Po wyjątkowo upalnym pierwszym weekendzie października, kiedy można było jeszcze się plażować na angielskich plażach, wczoraj wieczorem przyszła wielka chmura, zaczęło błyskać i z nieba lunęło deszczem i gradem. I jak tu być zdrowym w takich okolicznościach?

            Na szczęście Basia wydobrzała i postanowiła się pokazać w szkole, żeby dać znać swoim przyjaciołom, że niedzielna impreza urodzinowa naszej 11-latki jest jak najbardziej aktualna. Ubrała się w szkolny uniform i dopiero wówczas spojrzałyśmy na kalendarz i okazało się, że można zaszaleć i wyjątkowo ubrać się w dżinsy. Na dzisiejszy dzień przypada bowiem tegoroczna edycja akcji Jeans for Genes. Za chodzenie w innych ubraniach niż w mundurku szkolnym normalnie grozi upomnienie dyrektora, ale dziś dzięki tej akcji jest to jak najbardziej dozwolone i mile widziane. Jednak, żeby dostąpić tego przywileju trzeba do skarbonki wrzucić funta lub dwa, a kto ma ochotę i więcej. Basia więc szybko wskoczyła w dżinsy, zapakowała do plecaka zaległe cukierki urodzinowe dla swojej klasy i poszła na lekcje.



           Brytyjska fundacja Jeans for Genes organizuje co roku ogólnonarodową akcję charytatywną, podczas której zbierane są pieniądze na pomoc dla dzieci i rodzin dotkniętych chorobami genetycznymi. Fundacja  wspiera również swoimi funduszami zespoły lekarzy i laboratoria, które badają przyczyny chorób genetycznych. Od kiedy fundacja rozpoczęła swoją działalność w 1996 roku, Jeans for Genes zebrała już ponad 33 milliony funtów.



            Zaburzenia genetyczne statystycznie dotykają 1 na 33 dzieci rodzących się w Wielkiej Brytanii. Należą do nich między innymi zespół Downa, zespół Turnera, mukowiscydoza, anemia sierpowata czy dystrofia mięśni. Ponad połowa zgonów dzieci w Wielkiej Brytanii jest niestety spowodowana chorobami o podłożu genetycznym, często dziedzicznymi.

          Głównym przedsięwzięciem fundacji, mającym na celu zbiórkę funduszy na jej rzecz jest dzień chodzenia w dżinsach. Odbywa się on zawsze w pierwszy piątek października. Miliony ludzi płacą małą składkę za prawo pójścia w dżinsach do pracy czy do szkoły. Zwykle tego dnia rok rocznie udaje się uzbierać 3 miliony funtów. Szkoła, do której chodzą moje córki, też ma swój skromny wkład w te akcję. W zeszłym roku uzbierali ponad 200 funtów. Ciekawa jestem, ile uda im się uzbierać tym razem. Zebrane fundusze są przekazywane organizacjom skupionym wokół fundacji, które zajmują się projektami badawczymi, zapewniającym chorym dzieciom opiekę oraz prowadzącym działalność informacyjną. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o tej pożytecznej akcji, zapraszam na stronę fundacji.
http://www.jeansforgenesday.com/

piątek, 24 czerwca 2011

              Gdyby ktoś mnie zapytał, gdzie chciałabym spędzić rozpoczynający się właśnie koniec tygodnia, bez wahania odpowiedziałabym – ruszajmy w stronę Glastonbury. Człowiek idzie w siłę wieku, a nie doświadczył takich epokowych wydarzeń muzycznych, jak polskie festiwale muzyczne - te tradycyjne, jak i te nowe, które w tym roku miały i mieć będą fantastyczną obsadę. Ze studenckich czasów zostały wspomnienia juwenaliów, koncertów Republiki czy Perfectu na stadionie Legii, koncerty Stinga na Gwardii czy U2 na Wyścigach. Potem się człowiek statkował, dzieci niańczył. Zazdroszczę warszawiakom, nawet tym, którzy mieli okazje posłuchać koncertów Warsaw Orange Festiwal ze swoich balkonów, bo było czego słuchać. A w Glastonbury w tym roku gra U2, Coldplay. Ech, konia z rzędem za bilet dla mnie i małżonka mego, który nie odmówiłby, o nie. Tylko skąd wziąć tego konia...

              W Anglii pogoda typowo angielska, ale uczestnikom festiwalu w Glastonbury to absolutnie nie przeszkadza. Podobnie jak w amerykańskim Woodstock im więcej deszczu i błota tym lepiej. Ich grzeje muzyka, poza tym nieodłącznym wyposażeniem na wyjazd na festwial są kalosze. Historia festiwalu sięga 1970 roku. Glastonbury Festival of Contemporary Performing Arts, znany również jako Glastonbury lub Glasto, jest jednym z  największych na świecie festiwali muzycznych i jednym z najstarszych. A jak już mówimy o starości, to zastanawiałam się, czy jest jakaś granica wieku, czy my, zgredy, mamy szansę jeszcze kiedyś wziąć w nim udział i okazuje się, że jak najbardziej. Organizatorzy mają wręcz kłopot, jak zachęcić do przyjazdu na imprezę młode pokolenie, więc zapraszają młodych artystów, którzy są teraz na fali. Doniesienia dziennikarzy brytyjskich o tegorocznej edycji festiwalu trwającej już od środy podkreślają, że rekordowa jest też średnia wieku uczestników festiwalu. Zważywszy na to, że wciąż przyjeżdżają tam uczestnicy pierwszych edycji i wierni fani grających zespołów, nie ma w tym nic dziwnego. A że w tym roku występują tam Paul Simon, Bob Dylan, który w tym roku obchodził 70. urodziny, jeszcze starszy od nich obu BB King, to się samo przez się rozumie, że średnia wieku jest dość duża. Nie wypominając już nikomu wieku, Bono i jego ferajna z U2 też już mają swoje lata. Chciałoby się ich wszystkich zobaczyć na tej legendarnej scenie w kształcie piramidy. Ale z drugiej strony, kogo z młodych ludzi stać na bilety rzędu 125 funtów za osobę?

               Podczas festiwalu odbywają się koncerty zespołów i wykonawców z gatunków szeroko pojętego rocka oraz muzyki alternatywnej. Ponadto organizowane są wystawy, przedstawienia teatralne i cyrkowe, pokazy tańca oraz wiele innych. W tym roku imprezę odwiedzi przeszło 170 tys. osób. Obok legend - U2, Paula Simona czy BB Kinga - wystąpią m.in. Beyonce, Lykke Li, Coldplay i Pendulum. Zgodnie z tradycją w przyszłym roku organizatorzy festiwalu zarządzili przerwę. Następna edycja odbędzie się dopiero za dwa lata, już zaczęła się przedsprzedaż biletów na 2013 rok. Może wtedy mi się uda...

wtorek, 21 czerwca 2011

            Pierwszy dzień lata, a ja smarkata, alergicznie stety i niestety. To faktycznie znak, że lato przyszło, wiosna nie dawała mi się tak we znaki. Nie narzekam bynajmniej, w Polsce przy ostatnich wysokich temperaturach i suszy, czułabym się znacznie gorzej. Lato kalendarzowe, ale co to za lato, chłodno, wieje wiatr, ciągle pryszczy deszczem. Dzisiaj byłyśmy z Zosią u laryngologa na kontroli i pani doktor w ramach podtrzymywania pogawędki zapytała, jaka teraz panuje pogoda w Polsce. Powiedziałam jej, że właśnie skończyły się upały po 30 stopni. Była zaskoczona, Polska kojarzyła jej się ze srogimi zimami, więc wyjaśniłam pani, że w Polsce są odczuwalne różnice między porami roku, a nie to, co w Anglii – constans albo co najwyżej dwie pory roku, kiedy pada mniej lub bardziej z różnicą 10 stopni w temperaturze.

           Deszcz pada tradycyjnie, bo właśnie zaczęły się otwarte mistrzostwa Wielkiej Brytanii w tenisie czyli wielkoszlemowy turniej Wimbledon. Tegoroczna edycja turnieju jest wyjątkowa, bo po pierwsze jubileuszowa 125., a po drugie brytyjski tenisista, Andy Murray, numer 4 w światowym rankingu ATP,  ma realne szanse sięgnąć po tytuł mistrza. W ostatnich latach Brytyjczycy narzekać mogą na brak sukcesów swoich tenisistów w Wimbledonie – ostatnim angielskim triumfatorem był Fred Perry w 1936, a triumfatorką – Virginia Wade w 1977. Nic więc dziwnego, że wszyscy bardzo ekscytują się turniejem, każde wiadomości sportowe od wczoraj zaczynają się od doniesień z trawiastych kortów. Ale jak słusznie zauważył ktoś w komentarzu do jednego z moich poprzednich wpisów, deszcz już nie jest tenisistom straszny, bo główny kort jest teraz wyposażony w specjalny rozsuwany dach, dzięki czemu można grać nawet przy niesprzyjającej pogodzie.

            Wimbledon jest najstarszą imprezą tenisową na świecie i uznawaną za jedną z najbardziej prestiżowych, jeśli nie najbardziej prestiżową. To dla wszystkich Brytyjczyków prawdziwe święto tej dyscypliny sportowej. Nawet w szkole moje córki miały pogawędkę na temat Wimbledonu, a szczególnie o jego tradycjach. Wimbledon rządzi się bowiem swoimi prawami i bardziej restrykcyjnie niż na innych turniejach przestrzega się chociażby zasad ubioru tenisistów. Są oni zobowiązani do noszenia strojów w białym kolorze. Kolorami turnieju natomiast jest zielony i fioletowy, bo takiego koloru jest logo mistrzostw na kortach Wimbledonu. Dlatego ręczniki dla zawodników są w tych kolorach. Wcześniej nawet stroje sędziów i podających piłki na korcie były w tych barwach, ale teraz zastąpiły je granatowe stroje z kolekcji Ralpha Laurena. Typową potrawą serwowaną widzom są truskawki z bitą śmietaną.

            W turnieju startuje Agnieszka Radwańska oraz Dunka polskiego pochodzenia, Karolina Woźniacka, która zajmuje obecnie pierwsze miejsce w rankingu WTA. Wśród panów grają Łukasz Kubot w grze pojedynczej oraz Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski w grze podwójnej. Wszystkim życzę powodzenia!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5