| < Marzec 2007 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Ewa Wolinska

Create your badge
Od marca 2006 nasza rodzina mieszka poza Polską. Po 3 latach pobytu w Pradze przeprowadziliśmy się do Derby w środkowej Anglii. Postanowiliśmy skorzystać z możliwości, jakie daje nam dzisiejszy świat. Rodzice zawsze mi powtarzali, że rodzina jest najważniejsza. Tę i inne wartości wyniosłam z domu. Teraz sama go tworzę. A Dom jest tam, gdzie jesteśmy wszyscy razem.
piątek, 30 marca 2007

                   Już nie mogłam się doczekać dzisiejszego dnia. Wcześniej zrobiłam zaopatrzenie w sklepach papierniczych. Uwielbiam takie miejsca dla ludzi, zajmujących się rękodziełem artystycznym. Zawsze lubiłam zaglądać do sklepu dla studentow ASP na Mazowieckiej w Warszawie. To bylo dla mnie jak zaklęty świat barw, farb, pędzli, kolorowych stert papieru, jak zaczarowany ogród, w którym rozkwitały rośliny, których nazw i przeznaczenia nie znałam. Cieszyłam się, kiedy mogłam obłaskawić kawałek tego świata. Dzięki znajomym, albo warsztatom artystycznym na kulturoznawstwie mogłam zrozumieć, co do czego służy lub pasuje. Tak zaczęła się moja przygoda z malowaniem witraży. Najpierw takich samoprzylepnych, a potem na szkle. Jako dziecko nie wierzyłam w swój talent malarski. Ale wystarczyło, żeby ktoś we mnie uwierzył, dał odpowiednie dla mnie narzędzia i okazało się, że potrafię. To niesamowite uczucie, jakby się nagle dostało skrzydeł. W całej tej naszej codziennej bieganinie z dziewczynkami między szkołą, domem a zajęciami dodatkowymi zapomniałam o tych moich skrzydłach. Dzięki fotografii mogę się znowu czasami tak poczuć. Oczywiście uwielbiam postrzegać świat przez obiektyw, ale to co innego, kiedy w ręku ma się aparat, a co innego, kiedy ma się w ręku pędzel. Kiedy weszłam do tych praskich sklepów papierniczych, znalazłam materiały do robienia mozajek, witraży i korzystania z wielu innych technik, których jeszcze nie znałam. Mam nadzieję, że uda mi się ich nauczyć. Potem z radością nauczę Basię i Zosię, bo to będzie dla nas podwójna frajda robić coć nowego, oprócz ciastoliny, modeliny, witraży i malowania kubków.

                  Tym razem nasze spotkanie w gronie mam Polek odbyło się u Edyty, która od z zamiłowaniem zajmuje się różnymi dekoracjami, haftuje. Ma niewątpliwy talent do prac artystycznych, o czym świadczy pięknie urządzony przez nią dom. Zaproponowała nam, żebyśmy udekorowały jajka nietypową metodą. Decoupage to przyklejanie na przedmioty z drewna, ceramiki, materiału cienkich warstw bibuły, papieru lub serwetek. Edyta pokazała nam, jakie cuda mogą powstać w ten sposób i zaraziła nas swoim entuzjazmem. Wszystkie z radością zabrałyśmy się do obklejania jajaek – gotowanych, wydmuszek i sztucznych papierowych kolorowymi serwetkami z motywami świątecznymi. Bawiłyśmy się świetnie, dziewczyny zrobiły prawdziwe arcydzieła. Dzieciom również bardzo się podobało. Sposób jest prosty, ale jakże ciekawe efekty można osiągnąć. Metoda decoupagu bardzo przypadła mi do gustu i będę próbowała ozdabiać w ten sposób inne rzeczy. Kupiłam sobie wiele serwetek z ciekawymi motywami. Chciałabym zrobić kolorowe ramki na zdjęcia i upiększyć drewnanie pudełka, które mam w domu. Po raz kolejny przekonałam się, że tak mało trzeba, żeby zrobic coś ciekawego i oryginalnego samemu, wystarczy, żeby ktoś oswoił z tym światem.

    

                  Przy suto zastawionym wielkanocnymi smakołykami stole przywitałyśmy nową koleżankę. Justyna, która jest architeketem, przeprowadziła się do Pragi z Bukaresztu. Nasze grone się rozrasta. I dobrze, im nas więcej, tym ciekawiej.

czwartek, 29 marca 2007

                   Jakieś 1970 lat temu do Jerozolimy wjeżdżał na niewielkim, wychudzonym osiołku pewien szczególny człowiek. Był upalny poranek. Człowiek ten już od kilku lat chodził po okolicy, gromadził wokół siebie tłumy i opowiadał. Interpretował pisma proroków, często w dość niepopularny sposób. Mówił ludziom, że to ich zdanie jest najważniejsze, że władza "uczonych w piśmie" przeminie, że to tylko uzurpatorzy. Nigdy tego o sobie bezpośrednio nie powiedział, ale grono najbliższych mu "uczniów" – jak ich nazywał, mówiło że jest synem samego Boga. W tamten dzień wokół drogi wjazdowej zgromadziły się wiwatujące tłumy. Już od dawna na niego czekali. Po ostatnich pomysłach zarządców miasta ludzie mieli ochotę posłuchać znów proroka, który da im siłę wierzyć, że kiedyś będzie lepiej – chociażby po śmierci. Ktoś zaczął śpiewać, nastrój radości udzielił się tłumom, dzieci zaczęły biec przy osiołku i głośno krzyczeć, kobiety, idące z targu, zaczęły rzucać osiołkowi pod kopyta całe naręcza kwiatów. Mężczyźni podrzucali nakrycia głów, głośno się śmiejąc.

                    Czy wiedział, że jedzie na pewną śmierć? Czy zdawał sobie sprawę, że oto rzuca rękawicę losowi, własnemu Ojcu? Czy wiedział, że namiestnicy, nie mogąc pojąć siły, z jaką prowadzi za sobą lud, postanowili go usunąć? Ludzie w mieście woleli traktować go jako syna Boga, bo tylko jako takiego uważali, że będzie nietykalny dla żołnierzy. Tydzień później cała nadzieja umarła wraz z przetoczeniem się burzy przez ozdobione krzyżami wzgórza wokół miasta.

                     Trzysta lat później Cesarz zrozumiał wreszcie, co mu szeptali doradcy znad Morza Czerwonego. Tak, za prostą religią pójdzie tłum. Religia, która wymaga nadstawienia drugiego policzka żołnierzowi, religia ludzi biednych i pozbawionych nadziei – tego mu trzeba. Ta religia ma szansę ocalić chwiejący się gmach Imperium. Jeden Bóg, jeden Cesarz, jedna, całkowita, prosta, pewna Władza. Sprowadźcie ich przywódcę. Chcę przyjąć ich religię. Jeszcze dziś wszyscy moi urzędnicy mają być wyznawcami ich Boga. Przynajmniej oficjalnie. Niech lud wie, że jesteśmy po jego stronie. Niech posłusznie idą na śmierć przeciwko żołnierzom naszych wrogów. Niech wiedzą, że ich Bóg im za to wynagrodzi – co ja plotę, Nasz Cesarski Bóg.

                     Za kolejnych trzysta lat Kosciół Chrześcijański już pławił się w bogactwie. Możni Kościoła nauczyli się prowadzić umiejętną politykę z Cesarstwem. Ale powstał nowy problem. Grono wiernych rozrosło się ponad najśmielsze oczekiwania. Zaczynają czytać pisma, zaczynają dochodzić, co też wydarzyło się tamtego tygodnia w Jerozolimie. Trzeba było powiedzieć ludziom, w co wierzą. Umiejętny dobór ksiąg świętych, umiejętne interpretacje Jego słów i wielka polityka, partie polityczne, które dziś określamy mianem schizm – wewnętrzna wojna trwała długo. Żądza władzy i gwałtownie rosnący stan posiadania skupiał w kręgach rządzących Kośiołem najtęższe spośród najpazerniejszych umysłów Europy. Problem wypływania majątku poza Kościół udało się rozwiązać w bardzo prosty sposób. Wystarczy zakazać kapłanom się żenić. Niech się skupiają na pomnażaniu stanu posiadania naszej wielkiej rodziny, a nie swoich dzieci. Finansowania nałożnic i bękartów nie unikniemy. Do tego dodajmy mit o tym, jak bardzo kobieta jest zła i mamy niepodważalne zasady gwarantujące nieprzerwany rozrost imperium na wieki. Któryś tam krzyczy, że historia nas osądzi? To my jej nadstawimy drugi policzek. Ta instytucja musi trwać dla naszego wspólnego dobra. Ustalimy, że jesteśmy nieomylni, a przeciwników będziemy wyklinać i co nam zrobią?

                    Kościół wyszedł z tamtego okresu ciężko okaleczony i podzielony, z trzema papieżami, początkiem rozłamu geograficznego i wieloma wewnętrznymi partiami. Kilku mnichów, przejętych dawno zapomnianą przez władców misją, próbowało reformować Kościół na swój sposób, lecz takie działania jedynie przyspieszały rozpad.

                    Pod prawie dwóch tysiącach lat od tamtego upalnego południa, gdy On wjechał do Jerozolimy, urodziłem się Ja. Wychowany w atmosferze nieszanowania zasad wiary połączonej z dość dowolną interpretacją prawd, głoszonych przez księży, stojących na straży potężnego majątku Kościoła Katolickiego, miałem te kwestie przez wiele lat głęboko w nosie. Gdzieś tak w okolicach wieku 15 lat postanowiłem wystąpić przeciwko rodzicom i zadeklarować się jako katolik praktukujący i przestrzegający. Wpajane mi przez siostzyczki zakonne przeświadczenie, że jestem nikim, doskonale pasowało do wyniesionego z domu identycznego przeświadczenia. Coś mi się nie zgadzało, gdy znajomi księża wytaczali się zalani w półtrupa z imienin babci, gdy rozumiałem, że pani J. i pani D. podejrzanie często nocują w prywatnych mieszkaniach księży S. i T. Przykazania ubóstwa kłóciły się jakoś z zatęchłą bryłą nieremontowanego kościoła u boku tchnącej kiczem rezydencji. Mówiłem sobie zawsze, że to tylko omylni ludzie. Wielu lat potrzebowałem, żeby nauczyć się jak bardzo omylni i jak często celowo nieomylni. I zrozumieć, o jak potężnym imperium omyłki mówimy.

                    Dziś to tak nie razi już w oczy, ale w mojej wyobraźni stawiam znajome wnętrza kościołów, przepyszne ambony i ołtarze, wspaniałe organy i stiuki, witraże, dzwony i niebosiężne wieże – na tle średniowiecznych miasteczek, zabłoconych ulic, głodu, nędzy i zarazy. Za ten okres najbardziej nie lubię historii Kościoła.Dziś, aby naprostować sobie światopogląd, staram się zapominać o wszystkim, co widzę i słyszę, i szukać Boga w sobie. Bo wiem, że w tym Kościele, jaki poznałem – tu Go już nie znajdę. Nie z Kościoła przeszłością, nie z moją pamięcią. Tu pamięć o Nim została dawno już odstawiona na najwyższą półkę, zamazana kolejnymi podziałami łupów, spadków i stref wpływów. W tym Kościele od Jego słów istotniejsza jest możliwość ich użycia dla powiększenia imperium. Konstantyn byłby zapewne zachwycony, jak dalece jego pomysł się przyjął, jak bardzo dzieło przerosło mistrza.

                   Smutna ta historia. I jednocześnie tak bardzo boleśnie prawdziwa. Pewnie też stałem tam w tłumie, pod krzyżem i bałem się odezwać. Pewnie tak, jak i tłum, straciłem nadzieję na jakiekolwiek inne życie. Na wiele długich lat zaszyłem się w samotnym strachu.

                  Dopiero kilkanaście miesięcy temu nauczyłem się cieszyć drobnostkami. Przestałem pędzić do niewiadomego szczęścia, które rzekomo czekało za następnym rogiem. Dziś cieszę się, że nie dogoniłem w ten sposób własnej śmierci. Dziś każdego dnia, otwierając oczy, cieszę się nowym świtem. Postanowiłem już nigdy więcej nie rezygnować z przyjemności. Bynajmniej nie przeciwko komukolwiek, bądź jakimkolwiek zasadom, które – jak sądziłem – rządziły moim wcześniejszym światem. Musiałem dotknąć samego dna swojego strachu przed życiem, aby ten strach przeskoczyć. Strach, który wpoili we mnie rodzice, pozostanie we mnie na zawsze. Ale już nigdy nie będzie większy ode mnie.

                  Dziś mogę spokojnie wyjść na ulicę mojej własnej Jerozolimy. Wiem, że nie będę śpiewał z tłumem, co nie znaczy, że będę obojętny. W moim własnym spokoju prześlę Mu pozdrowienie. Trzymaj się, przed Tobą kilka najcięższych dni Twojego życia. Może mógłbyś mi dać natchnienie, jak nauczyć moje córki radości życia i pewności siebie, której moi rodzice nie raczyli mnie nauczyć?

wtorek, 27 marca 2007

                    Wczoraj portal gazeta.pl podała, że w wywiadzie udzielonym poniedziałkowemu wydaniu dziennika "Hospodarske Noviny" czeski premier Mirek Topolanek zapowiedział próbę wprowadzenia podatku liniowego. Coś od dłuższego czasu podskórnie czułem, że go lubię. Stawka ma wynosić 15 proc. od osób fizycznych. Jeśli wszystko pójdzie po myśli premiera Topolanka, Czechy dołączą do licznej grupy krajów naszego regionu Europy, która opodatkowuje dochody osobiste obywateli podatkiem liniowym. Są to między innymi Słowacja (stawka 19 proc.), Estonia (23 proc.), Rosja (13 proc.), Ukraina (13 proc.), Łotwa (25 proc.), Litwa (27 proc.), Rumunia (16 proc.), a także Gruzja (12 proc.). Polska natomiast znajduje się w towarzystwie Węgier, Białorusi i Rumunii, które nadal stosują podatek progresywny, z kilkoma stawkami. Czy nie warto byłoby się znaleźć w tym lepszym towarzystwie?

piątek, 23 marca 2007

Przedpołudnie spędziłyśmy dziś z Zosią kolorowo. Basia poszła do szkoły, bo dobrze się już czuje. Poza tym bardzo zmotywowały ją pochwały, jakie miał dla niej tata po powrocie z wywiadówki na koniec drugiego trymestru w ISP. Basia świetnie sobie radzi, robi duże postępy w angielskim i ma bardzo dobry kontakt z dziećmi w swojej grupie.

Natomiast ja z Zosią wybrałyśmy się na spotkanie naszego Polklubu. Zrzesza on Polki, które mają swoje dzieci w ISP, ale nie tylko. Z każdym miesiącem dołączają do nas dziewczyny, mieszkające w Pradze, które chcą mieć kontakt z polskim gronem. Poznajemy się dzięki polskiej szkole przy ambasadzie albo dzięki polskiej mszy w parafii dominikanów na Starym Mieście. I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu grupa liczyła sobie tylko kilka osób, teraz z każdym spotkaniem jest nas coraz więcej. Nieformalnym prezesem naszego Polklubu jest Kasia Ferrigno, która działa również w szkole ISP i jeśli tylko na satelicie zaczyna krążyć jakaś nowa polska rodzina, natychmiast zaprasza ją do naszego grona. Staramy się regularnie organizować spotkania, za każdym razem u kogoś innego i przy pysznych polskich smakołykach wymieniamy użyteczne informacje na temat życia w Pradze. Polecamy sobie lekarzy dentystów, odkryte gdzieś w sklepach cenne wiktuały, przypominające polskie jedzenie albo po prostu sobie zwyczajnie plotkujemy. Przed Bożym Narodzeniem spotkałyśmy się u Joasi Marzec na opłatku. Każda z nas przygotowała wówczas jakąs tradycyjną polską potrawę wigilijną. Udzielił się nam wówczas prawdziwy duch świąt.

Pomysłodawcą naszego dzisiejszego spotkania w duchu wielkanocnym była Edyta, która mieszkała do niedawna na Węgrzech. Tam w polskim gronie przed świętami dziewczyny spotykały się i robiły razem palmy oraz pisanki, kraszanki – generalnie jaja zdobione. Postanowiła zaproponować nam tę zabawę, zdobyła kolorowe suszki, kto mógł, przyniósł zielony bukszpan i tuje. Zaczęłyśmy tworzyć powoli za pomocą nitek coraz śmielej układając kwiaty, zielone listki i wyszły nam z tego przepiękne kompozycje.

   

 

                                     

                  Za tydzień będziemy zdobić jajka do wielkanocnych święconek, więc pożegnałyśmy się hasłem - „Do zobaczenia na jajkach!”.

A to twórczość mojej młodszej córeczki, Zosi. Chyba nie wymaga komentarza...

czwartek, 22 marca 2007

            Była sobie raz królewna. Żyła w wielkim mieście, gdzie w samym środku stał wielki pałac, ale nie mieszkał w nim żaden król. Królewna też nie chciałaby w nim mieszkać. Wolała swój mały pokoik z widokiem na zielony horyzont, gdzie tuż pod niebem rosły dęby.

            Pewnego dnia, zupełnie zwykłego dnia, królewna wybrała się na spacer. Szła kamienistą ścieżką wśród drzew, tracących kolorowe liście. Nagle pod stopami poczuła kamień. Wzięła go do ręki. Był bryłką pozlepianej ziemi, piachu, poprzyklejały się do niego małe liście, jakby chciał się nimi ogrzać. Zwykły, brudny kamień. Jednak było coś, co nie pozwoliło królewnie wyrzucić go z powrotem na ścieżkę. Mimo że brudził jej ręce, postanowiła zabrać go ze sobą. W drodze do domu czyściła go z liści, grudek ziemi. Postanowiła go umyć, ale brud wcale nie schodził tak łatwo. Warstwa po warstwie.

            Kiedy wydawało się, że jest już czysty, ciągle odchodził gdzieś kawałek zmurszały, zwietrzały, niepotrzebny jak resztka, po spotkaniu z wiatrem, deszczem, mrozem, lub ogniem. Ale królewna nie poddawała się, czyściła go ciepłymi dłońmi, wierząc, że dotrze do serca kamienia.

            Pewnego wieczoru, po kolejnym czyszczeniu, odłupaniu kolejnej warstwy skorupy oczom królewny ukazała się błyszcząca powierzchnia. Onieśmielona tym widokiem jeszcze delikatniej zaczęła myć kamień, aż jej oczom ukazał się piękny diament. Nie mogła w to uwierzyć. O poranku podniosła kamień i w promieniach wschodzącego słońca przyjrzała mu się jeszcze raz. Był piękny, nieregularny w swym kształcie i odbijał w sobie światło, załamując je na wszystkie kolory. Czasami były to czerwienie dogasającego w kominku ognia, czasem błękit, jaki znają tylko oceaniczne laguny, zieleń świeżo rozwiniętego liścia lub żółć dogasającego w ogrodzie kwiatu. Z jednego boku kamień wydobywał z siebie tęczę górskiego wodospadu, kiedy drobinki wody rozpryskują się o skały, wody lodowatej jak śmierć.

            Królewna postanowiła się zatroszczyć o diament. Pomyślała, że jeśli przypadł jej w udziale, to jest za niego odpowiedzialna. Zaczęła go polerować, bo o szlifowaniu go nie było mowy. Podobał jej się taki, jaki był, ze swoimi nieregularnościami i załamaniami, wiedziała, że poddany obróbce straci swoją pierwotna naturę. Miał zawsze swoje honorowe miejsce na kominku, gdzie światło odbijało się w wiszącym nad nim lustrze.

            Pewnego dnia do domu królewny przez niedomknięte drzwi wpadł nieproszony wiatr i zaczął plądrować mieszkanie, zaglądać w zakamarki, zataczać się po kuchni, jakby szukał czegoś na kolację. I nagle zrzucił ukochany kamień z kominka. Ten spadł na posadzkę i rozbił się na kawałki, rozpadł się. Królewna była zrozpaczona, czy da się posklejać rozbite serce? Ale pomyślała potem, że przecież diamenty są najtwardszymi kamieniami, nie powinien się był zniszczyć. I wtedy zrozumiała, że dała się oszukać, że to było po prostu zwykłe szkło. Może zbyt piękne, by królewna chciała zauważyć prawdę o nim, przeciez tak pięknie załamywało się w nim światło...

Tagi: Bajka
13:28, ewa.wolinska , Opowiadania Ewy
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 marca 2007

                   Dzisiaj pierwszy dzień wiosny. Kiedy się obudziłyśmy, Basia obwieściła mi, że właśnie pada śnieg. Okazało się na szczęście, że tylko poprószyło. Biały śnieg i białe kwiecie na śliwie w naszym ogrodzie. To pewnie takie ostatnie figle odchodzącej nareszcie zimy.

 

                   Jeszcze w piątek, kiedy byłyśmy w ZOO, była prawdziwie wiosenna pogoda, ale weekend? Zimno, przeszywający wiatr i padający od czasu do czasu deszcz. Do tego Zosia zaczęła gorączkować. Ale oprócz tego nie miała innych objawów. Basia z Piotrkiem chcieli spróbować pojeździć na rowerach, ale ledwo wyściubili nos za drzwi i stwierdzili, że się nie da.

                   W niedzielę Basia poszła na przyjęcie urodzinowe swojej koleżanki, Weroniki, córki naszych znajomych, którzy razem z nami przeprowadzali się do Pragi w ramach tej samej firmy. Teraz przenoszą się w nowe miejsce, tak więc urodziny Werci były również czymś w rodzaju jej pożegnania z dziećmi z kalsy i przyjaciółmi. Basia świetnie się bawiła. A my życzymy Weronice równie miłego grona znajomych w nowej szkole. 

                  Coś jednak krążyło po naszej rodzinie. We wtorek rano Basia skarżyła się, że boli ją głowa i brzuch, ale myśleliśmy, że po prostu jest zmęczona i poszła do szkoły. Okazuje się, że nie należy lekceważyć sygnałów dziecka. Po 2 godzinach zadzwoniła do mnie szkolna pielęgniarka i okazało się, że Basia ma gorączkę i dreszcze. Zabraliśmy ją do domu i tak właśnie dzisiaj witamy nieśmiałą wiosnę – kurując się.

                  Godzina 11.34. Przeleciał samolot i jakby chmury rozgonił. Po po raz pierwszy od piątku wyjrzało słońce. Jednak jest nadzieja, że będzie to pierwszy dzień wiosny. Właśnie upiekłam chleb. Nic nie zastąpi tego rozchodzącego się po domu zapachu, kiedy w piekarniku z wyrosniętego na zakwasie ciasta piecze się chleb. A potem smak chrupiącej skórki i świeża kromka z masłem. Uwielbiam to!

                   Siedząc tydzień temu przy śniadaniu w restauracji na parterze Hotelu Intercontinental (to o tyle istotne, że z okien jest widok na wzgórze zamkowe – od lewej widać zamek, potem zamkową dzielnicę średniowiecznych kamieniczek, potem białą basztę, katedrę i oczywiście Lancid Hid) myślałem dużo o miastach Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Pamiętam, że uświadomiłem sobie, że spośród tych kilku perełek Środkowej Europy, większość to właśnie C.K. Miasta – Wiedeń, Budapeszt, Praga, Bratysława, Kraków, że tylko te większe wymienię. Jako człowiekowi mocno związanemu z Warszawą wciąż trudno mi przychodzi traktowanie jako normalne tak ogromnych dzielnic zabudowanych potężnymi kamienicami z fasadami nieomylnie wsakzującymi na XVII i XIX wiek. Pamiętam, jak kilka miesięcy temu tłumaczyłem pewnemu Węgrowi dlaczego ceny mieszkań w starych kamienicach Warszawy są takie wysokie. Dla niego było to nie do pojęcia. Dla niego kamienica z XIX wieku to same problemy, zakurzone, zadymione i zakorkowane centrum miasta, ogromny obszar kamienic, które w czasach sprzed wynalezienia silników spalinowych ozdabiały jasnymi fasadami szerokie, wysadzane wysokimi drzewami aleje Budapesztu – dzisiaj w dużej części opuszczone, lub zamienione na biura, bądź zamieszkałe przez sędziwych mieszkańców, nie potrafiących się oderwać od dobrze znanych miejsc. Wytłumaczyłem mu, że w Budapeszcie ma kilka tysięcy takich kamienic, a w każdej kilkadziesiąt ogromnych mieszkań – z wysokimi sufitami, piecami kaflowymi, oknami o wysokości trzech metrów, szeroką klatką schodową wyłożoną mozaiką i bramą z fazowanym szkłem. W Warszawie są trzy takie. Słownie trzy.

                  Pamiętam Budapeszt z lat osiemdziesiątych. Jedno z ulubionych miejsc wyjazdów wakacyjnych moich rodziców. Kojarzę czarny, lepki kurz, pokrywający wszystko, czego się dotknęło i potoki samochodów. Upalne lato, baseny pod gołym niebem na Margit Sziget. Dla mnie wtedy szokiem było metro. Drugie metro na świecie. Latem 1863 otwarto pierwszą linię w Londynie, a jesienią w Budapeszcie. Warszawa otworzyła swoje 112 lat później. Smród budapesztańskiego metra świadczy dobitnie o tym że od tamtego czasu raczej nie było czyszczone. Pamiętam też, że wtedy Budapeszt był namiastką Wielkiego Świata. Sklepy w których coś było, benzyna bez kartek, cukier i mięso bez kartek, uśmiechnięci ludzie na ulicach. Pamiętam, jak wchodziło się do sklepu papierniczego w Satoraljauhely i doznawało olśnienia – zeszyty w kolorowych okładkach, piórniki, kredki, mazaki. W sklepie Skala na Nyugati Ter (dzisiaj połowa pięter jest okupowana przez bezdomnych, reszta to małe sklepiki z ciuchami wątpliwej jakości) mama kupiła mi trzy pary tenisówek do szkoły. Czerwonych. Większość chłopaków miała chińskie, niebieskie, a ja czerwone. Oczywiście uważałem, że wyglądam jak ... i że mama wyrządziła mi straszną krzywdę, ale istotne też było, że mogłem mieć coś spoza siermiężnej, szaroburej rzeczywistości generała J. Na Węgrzech można było normalnie kupić okulary do pływania, zapalniczkę do papierosów, zegarek elektroniczny, kasety magnetofonowe, skarpetki, koszulki, a przede wszystkim jedzenie. W Budapeszcie były nawet sklepy muzyczne z zachodnimi płytami. Mama wpadała do sklepów spożywczych i wykupywała herbaty, przyprawy, suszone owoce, a potem wieźliśmy to w turystycznych lodówkach do Polski. Uważałem wtedy, że to straszny obciach. Dzisiaj, mając doświadczenie czeskich sklepów spożywczych i tęskniąc czasem za polskim przepychem na półkach, rozumiem, co nią kierowało.

                    Od wakacji 1986 nie byłem w Budapeszcie aż do jesieni 2005. Tu właśnie pomyślałem sobie "Boże, stary jestem", ale nic to. Ten temat na później. Pierwsze kilka pobytów było na tyle obłożone zajęciami, że ograniczyłem się do oglądania miasta zza szyb taksówek. A potem wreszcie znalazł się czas na połażenie. Miło było któregoś wieczoru obejść większość znajomych miejsc i odkryć, że w zasadzie wystarczą na to trzy godziny, zamiast dwóch tygodni, których trzeba było te 20 lat wcześniej. No i wrażenia miałem, szczerze mówiąc, przygnębiające. Jeszcze więcej lepkiego kurzu, jeszcze czarniejsze fasady kamienic, z alei powycinano drzewa, żeby zmieściło się po 4 pasy ruchu w każdą stronę, a centrum i tak jest permanentnie zakorkowane. Odór metra potrafi zabić. Zniknęły kopcące niemiłosiernie wolnossące diesle pierwszych pudełkowatych ikarusów, ale przyrost ilości samochodów zrekomensował tę odmianę. Ciasno, brudno, tłoczno – coś nie tak. Dopiero po kilku kolejnych pobytach zrozumiałem, że z Budapesztem jak z Warszawą – trzeba powoli. Polubiłem go na nowo. Jak widać najlepiej pomaga spacerowanie wieczorem po ulicach, zaglądanie w okna, spojrzenie na Dunaj, jak widać działa z opóźnieniem.

                  No i jeszcze jeden istotny problem. Źle się czuję z niemożnością dogadania się. Muszę ograniczać się do "dzień dobry, dziękuję, rachunek proszę" (nie odważę się spróbować tego napisać) i kilku liczebników. Chociaż trzeba przyznać, że presja biznesu podziałała. W latach osiemdziesiątych rozmawiało się głównie rękoma. Dzisiaj w zasadzie wszędzie można się dogadać po angielsku. No cóż, jeśli Twój ojczysty język jest tak odjechany – nie masz wyjścia, mósisz się uczyć.

                   Na koniec znowu związek z Warszawą. Nie wiem, czy w Pradze czasami nie jest tak, że moje wygodnictwo nie ma dość istotnego wpływu na postrzeganie odległości do lotniska, ale tak czy siak myślę, że dla większości mieszkańców tej strony Wełtawy dojazd na Ruzyne nie stanowi problemu. Genialnych Koncypałów lotniska w Modlinie zapraszam do Budapesztu. Ferihegy nie jest na jakichś strasznych przedmieściach i nawet prowadzi do niego trzypasmowa droga z centrum, a na większości jej długości są dwa specjalne pasy wydzielone wyłącznie do celu dojazdu na lotnisko. I co z tego? Spod byłego pomnika Stalina (obecnie biurowiec River Estate czy jakoś tak – po "właściwej" stronie Dunaju) dojechanie na lotnisko poniżej godziny graniczy z cudem. Przed weekendem murowane półtorej godziny. Gdyby nie bagaże, niewykluczone, że szybciej byłoby na piechotę. Ludzie mieszkający po drugiej stronie Dunaju wolą jeździć obwodnicą albo przez wsie. Ale nie ma co narzekać. Modlin zapewne zaprezentuje legendarną jakość pracy polskich drogowców. Chociaż mam wrażenie, że moje wnuki mogą nie doczekać otwarcia lotniska, więc co ja się przejmuję? Chyba lepiej zająć się sobą, ale o tym następnym razem.
poniedziałek, 19 marca 2007

                   Mikołaj przyniósł Basi zestaw do malowania akrylami na prawdziwym płótnie. Pragniemy się pochwalić, jaki użytek nasza córka zrobiła z tego prezentu.

                   Przyjazdy, odjazdy. Dwie wielkie tablice ze szklanymi szybkami, na których kolorowe naklejki wyznaczają godziny. Dworzec w kształcie koła, z trzema stanowiskami dla autobusów.

- Mamo, jak my pojedziemy do tej Warszawy, to już jest inny kraj?

- Nie, Ewuniu, to cały czas Polska, a nawet stolica.

- Jak to, ja myślałam, że Opoczno jest stolicą Polski.

                   Dla mojej czteroletniej córki podróż z dworca do dworca, z miasta do miasta to wyprawa. Rodzinny wyjazd z przesiadką. Dworzec w Warszawie jest zupełnie nowy. Nazywa się Zachodni. Po tej stronie przyjeżdżasz. Po zachodniej wyjeżdżasz. W holu pod stopami lśnią lastrykowe płyty, kasy, wszystkie zamknięte prócz jednej, kiosk ruchu i przechowalnia bagażu. Na to wszystko potrzeba dużo miejsca. I dużo niewygodnych drewnianych ławek. Przechodzisz przez ten hol i zmieniasz swoje przeznaczenie. Wsiadasz, wysiadasz, wschód zachód, miasto czy miasteczko, wracasz czy wyjeżdżasz.

                   Przyjazdy, odjazdy. Jako dziecko nigdy nie rozumiała, komu potrzebne godziny przyjazdów. Przecież ważne, kiedy odjeżdżasz. Nie wiedziała, że kiedy się na kogoś czeka, tablica przyjazdów jest nadzieją. Kiedy już raz odjedzie ze stanowiska numer dwa z Opoczna do Warszawy, to już zawsze będę tylko czekać. Życie rodzinne zamknięte od 19.45 w piątek do 6.00 rano w poniedziałek. W czerwcu zdała egzaminy na polonistykę. Nie pojechałam z nią, wiedziałam, że poradzi sobie sama. Zawsze sobie radzi, aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nie zdała tych egzaminów. Przecież nie było żadnego wyjścia awaryjnego. Patrzę na nią przez szybę. Cieszy się, nowe życie, nowi znajomi, już nic nie będzie takie samo, ona też nie. Ile nas czeka przez te pięć lat takich chwil. Autobusów, biletów, bagaży.

                     Przyjazdy, odjazdy. Zazwyczaj jeżdżę tym o15.00. Mogłoby być później, bo od razu po obiedzie trzeba się zbierać. I jedzie się strasznie długo, przez małe wioski. Kiedy dojeżdżam do Warszawy, w biurowcu Dworca Zachodniego odbijają się ostatnie promienie słońca. Przykurzone szyby, przybrudzone podłogi, kasy zamknięte. Te same niewygodne ławki. Kto by pomyślał, że będę teraz jeździć do Warszawy tak często. Minęło 10 lat od wyjazdu Ewy na studia. Od miesiąca moje życie wyznaczają godziny odjazdów autobusów na trasie Opoczno - Warszawa. Tam mąż, dom, działka, tutaj córka, zięć i dwie wnuczki. Maleńka Zosia ma dwa miesiące. Basia ma już 3 i pół roku i doskonale wie, że to nie Opoczno jest stolicą Polski, tylko Warszawa. Basia mówi: moja Warszawa.

 

Tekst powstał w 2004 roku

 
1 , 2 , 3